piątek, 30 grudnia 2011

Poprzedniego dnia usłyszała słowa, które ją zdziwiły, przynajmniej w pierwszym momencie. Mianowicie koleżanka stwierdziła, że znajomość z nią jest dla niej zaskakująca o tyle, że spotkała osobę z jeszcze niższą samooceną niż ma ona.
Gdy opowiedziała o tym siostrze, ta była wstrząśnięta. Że jak to, myślała że u niej jest już tak dobrze, a tu taka niespodzianka, że pewnie ją to zabolało, że tyle pracy na nic. A dziewczyny z wersalki to, szczerze powiedziawszy, jakoś nie bardzo obeszło, ale zaczęła się zastanawiać, że może niesłusznie. Może to rzeczywiście takie straszne. Chociaż - nie wydawało jej się...
Zaczęła myśleć. Machina analityczna została wprawiona w ruch.
Pierwsze co ją zastanowiło, to czym kierowała się ta koleżanka - nie wiedziała co wg. niej jest wskaźnikiem poziomu samooceny. Z jej punktu widzenia ona miała dość wysoką, tak patrząc z zewnątrz, po zachowaniu. Ale mówiła, że nie, czyli siebie oceniała po wewnętrznym wrażeniu, a ją po zewnętrznym, co wydawało się dość niekonsekwentne i sprzeczne, a przynajmniej niemiarodajne. Nie mówiąc o tym, że nie wiedziała o samoocenę w jakim obszarze chodziło, bo to nie wszystko jedno.
Po drugie - wiedziała dobrze, że to jak siebie postrzega i traktuje odbiega nieco od ideału. Ale wiedziała też, że kiedyś było stanowczo gorzej. W tym momencie potrafiła np po fakcie stwierdzić że sobie poradziła - dawniej tak to umniejszała, że właściwie wychodziło na to że każdy jej sukces był dziełem przypadku. Dawniej nic nie mówiła o tym, nie wyrażała potrzeb, więc tkwiła w potrzasku - nie było szansy aby zmienić stan rzeczy. Teraz mówiła, że coś by chciała (czasem po prostu się "żaliła"), i zwykle dostawała na to satysfakcjonującą odpowiedź - co sprawiało, że ta samoocena powolutku szła do góry.
Po trzecie, nie każde zachowania, czy zabiegi, które wydają się wskazywać na niedocenianie tego co się robi, są takie w rzeczywistości. Czasem to celowe zagrania, czasami żart (ale na jej żartach nie każdy się znał), czasem stwierdzenie faktu (np nikt jej nie słucha) bez oceny. 

Miała nadzieję że to rozkminianie odsłoni jakieś uczucia a'propos. A jednak nie. To znaczy że a) ta sytuacja jej nie obeszła i nie jest warta rozważań, lub b) jest jakaś sprawa która obecnie bardziej ją zajmuje, ale nie dopuszcza tego do świadomości, lub c) żadna odpowiedź nie jest prawidłowa, lub d) wszystkie odpowiedzi są prawidłowe.

piątek, 23 grudnia 2011

Podsumowania

Nadchodziły święta. Szczerze mówiąc, nie była szczególnie przywiązana do tych dni. Statystyki mówią, że w okolicach Wigilii i Bożego Narodzenia rośnie liczba samobójstw. Rozumiała to, bardzo dobrze. Na szczęście czasy, gdy była skłonna w ten sposób działać, już minęły. Teraz skupiła się na byciu z rodziną i korzystaniu z kilku dni wolnego od uczelni.
Przy okazji, ponieważ rok zbliża się ku końcowi, nachodziły ją myśli - co takiego w nim przeżyła, o co była bogatsza, czego się nauczyła, kogo spotkała - i czy to wszystko należycie wykorzystała. Bo najgorsze to uświadomić sobie, że ten czas gdzieś umknął, prześlizgnął się przez palce i już nie będzie można go odzyskać; że o włos, ale jednak, minęło się coś ważnego.
Jak to było u niej?
Myślała, że jeśli chodzi o wiek emocjonalny, wkroczyła w okres liceum. To dobry wynik. Nie żyła tyle lat - nic nie stanie się ot tak, przy pstryknięciu palcami (czego notabene nie potrafiła). Mimo, że czasem się niecierpliwiła - na wszystko jest czas. Nieraz było jej głupio: ludzie w jej wieku mają zwykle na koncie przynajmniej roczne związki. Ale tak. Na wszystko był czas.
Pierwsza połowa tego roku była... jeszcze dość senna. Proces wybudzania też trwa chwileczkę. Ale od października, albo nawet chwilę wcześniej, ruszyła do przodu. Zdecydowanie. Co z tego, że tak jakby nadal była sama. Miała wzloty i upadki, chwile porywów i chwile radzenia sobie z ich odejściem. Pełen repertuar uczuć, jak w tęczy. Co, jak sądziła, nie było łatwe dla jej bliskich, była świadoma, że dała im popalić. Ale też, dzięki nowym doświadczeniom, nieco się do nich zbliżyła. Przynajmniej do jednej osoby.
Co dalej... Spotkała na swej drodze cudownych ludzi. Na razie wiedziała, że leci na wrażeniu "cud-miód-maliny". Dostrzegała też na horyzoncie czające się pierwsze trudności, jednakże - ci ludzie byli, to już postęp. 3 miesiące, to zakrawało na swego rodzaju stałość, tak jej potrzebną, upragnioną. Ale, tak czy inaczej.
Spełniała się na studiach, kochała to, czego się uczyła. Czuła, że idzie dobrą drogą. Choć czasem nie widać, by była tego świadoma.
Brakowało jej jeszcze jakiejś osoby, która dostrzegałaby jej potrzeby, ale tu akurat wiedziała, że to po części jej działka - zbyt dobrze się kryła. Od czasów kompletnego nieradzenia przeszła do opcji wszyściutko-jest-w-porządku-jeszcze-Ci-pomogę. Teraz nadchodził moment zrównoważenia. Kolejny szczebelek na drabinie do szczęścia. Nie, wróć. Na drabinie szczęścia. Bo to nie jest tak, że trzeba dojść na sam szczyt, i dopiero wtedy je osiągnie. Szczęście to takie miłe stworzenie, które daje się poznać wcześniej. Pomalutku.

piątek, 2 grudnia 2011

Miłość i inne nieszczęścia

Zakochanie się skończyła.
Co pozostało?
Przyjemne wspomnienie.
I żal.
Nie o to że nie wyszło - ale o brak tego co należy się każdemu jak prawo do życia.
Szczerości i uczciwości.
Może za dużo wymagała, choć wydawało jej się, że to podstawa.
Może mężczyźni nie posiadają nawet w znikomym stopniu czegoś takiego jak sumienie, takt, czy jak to nazwać.
Czy miała w takim razie zmienić wymagania..?