czwartek, 26 kwietnia 2012
wtorek, 24 kwietnia 2012
B jak Beethoven i jak bezsilność
Tyle terapii... Tyle nadziei..
Chciała, żeby blog służył tym, którzy się zabłąkali.
Wierzyła, że jej droga będzie miała szczęśliwe zakończenie.
Łza skapnęła do zielonej herbaty.
Ludwig van Beethoven rozbrzmiewał na skrzyżowaniu fal z głośników. Skrzyżowaniu w jej głowie.
I nie wzruszało jej już nic.
Sporządzała mentalne notatki - wykaz znajomości i tego, co się z nimi stało, a raczej - co z nimi zrobiła.
Terapia dała jej właśnie tyle, że miała mgliste pojęcie, że przyczyną może być ona. Pewnie najczęściej tak było. Przyczyną czego? Ano, rozpadu. Zmęczenia.
Cholerne zaburzenie organizacji osobowości, NIENAWIDZIŁA GO. Miała tyle woli walki, chęci zmiany, a tu ciągle te schematy, których nie wychwytywała, dotrzegała dopiero skutki.
Na tym koniec.
Nie miała pomysłu.
Tak bardzo potrzebowała kontaktu i opieki. Ale - nie mogła o to poprosić. Nie mogła zostać zdemaskowana.
To wyglądało jak jakieś patologiczne bolero. Od początku do końca ten sam motyw. Zmiany w natężeniu i okolicznościach, ale... wiecznie to samo. Nie wiedziała jak odkształcić tę spiralę. Mądrości z zachowywaniem spokoju i wiary, z niepoddawaniem się, z nieuleganiem słabości i pesymitycznym myślom... Mądrości o Jasnej Stronie Mocy. Wiedziała, że są sensowne, ale... Wiedziała co, mniej więcej, tylko - JAK?
Rano, gdy próbuje się zacisnąć dłoń w pięść, można poczuć swego rodzaju niemoc. To właśnie to.
Chciała, żeby blog służył tym, którzy się zabłąkali.
Wierzyła, że jej droga będzie miała szczęśliwe zakończenie.
Łza skapnęła do zielonej herbaty.
Ludwig van Beethoven rozbrzmiewał na skrzyżowaniu fal z głośników. Skrzyżowaniu w jej głowie.
I nie wzruszało jej już nic.
Sporządzała mentalne notatki - wykaz znajomości i tego, co się z nimi stało, a raczej - co z nimi zrobiła.
Terapia dała jej właśnie tyle, że miała mgliste pojęcie, że przyczyną może być ona. Pewnie najczęściej tak było. Przyczyną czego? Ano, rozpadu. Zmęczenia.
Cholerne zaburzenie organizacji osobowości, NIENAWIDZIŁA GO. Miała tyle woli walki, chęci zmiany, a tu ciągle te schematy, których nie wychwytywała, dotrzegała dopiero skutki.
Na tym koniec.
Nie miała pomysłu.
Tak bardzo potrzebowała kontaktu i opieki. Ale - nie mogła o to poprosić. Nie mogła zostać zdemaskowana.
To wyglądało jak jakieś patologiczne bolero. Od początku do końca ten sam motyw. Zmiany w natężeniu i okolicznościach, ale... wiecznie to samo. Nie wiedziała jak odkształcić tę spiralę. Mądrości z zachowywaniem spokoju i wiary, z niepoddawaniem się, z nieuleganiem słabości i pesymitycznym myślom... Mądrości o Jasnej Stronie Mocy. Wiedziała, że są sensowne, ale... Wiedziała co, mniej więcej, tylko - JAK?
Rano, gdy próbuje się zacisnąć dłoń w pięść, można poczuć swego rodzaju niemoc. To właśnie to.
piątek, 20 kwietnia 2012
Przeklęty perfekcjonizm i szczypta złości
Wiedziała, że to zaburzenia warunkują sposób, w jaki postrzega świat. On wcale nie jest taki straszny. Życie da się przeżyć, a nawet z niego cieszyć. Nie była w tragicznej sytuacji. Jeszcze nie dostała pisma z informacją o skreśleniu z listy studentów. Raczej nie nastąpi to w najbliższym czasie - chyba że... jakoś to sprowokuje, na co NAPRAWDĘ miała ochotę. By troszkę odetchnąć.
Co z tego że od zarania dziejów była sama (chłopak w gimnazjum się nie liczy - całe 3 dni), jak ciągle słyszała - bo Ty to spotkasz faceta na całe życie, takiego wartościowego, odpowiedzialnego etc. Może i tak, ale...
Wiedziała swoje. To musi być jakiś defekt. Pewnie po prostu nie dopuszcza do bliskości, taki ot mechanizm. Chętnie by go zmieniła... ale uno - musiałaby go odkryć, a to nie łatwe, due - obawiała się, że zmiana mogłaby nieść ze sobą ryzyko, np. wiązać się z koniecznością częstszych kontaktów z nieznajomymi, poznawaniem - tylko o tym myślała, a już czuła silny dyskomfort. Może potrzebowała nie faceta, tylko nowego krzesła?
Ciągle słyszała: to przesilenie wiosenne, to gorsza chwila, każdy tak ma, to minie... Mijał 4 miesiąc gdy jest źle, 3 tydzień gdy jest tragicznie i płacze z byle powodu. Ty sobie poradzisz. A mnie strzela kurwica, bo inaczej tego nie można nazwać. Nie, k****, ciągle liczyła, że to tylko kilka dni, a kończy się na liczeniu argumentów przeciwko temu, by pożegnać się z tym światem. Bohater "Oskara i pani Róży" skarży się, że ludzie głuchną, gdy słyszą o umieraniu. Coś w tym jest. Może nie głuchną, ale chyba źle słyszą. Nie "chcę umrzeć" tylko na przykład "mam chandrę", "źle mi idzie w szkole", "boli mnie głowa".
Wytrącało z równowagi to pragnienie bycia idealną. Nie pragnienie. Bo to... warunek konieczny, tak to postrzegała. Idealny post, idealny komentarz, idealnie napisane kolokwium, idealnie dobrany makijaż. Idealne wyczucie chwili, takt, zawsze do powiedzenia to, co ktoś chciałby usłyszeć. Inaczej jest beznadziejnie, samoocena szybuje w dół z prędkością światła (Chciałbym żeby światło nie było takie szybkie). A często idzie coś nie tak, więc... Siostra już się z niej śmieje, i puka w czoło, gdy słyszy, że ma do przygotowania prezentację na zajęcia. Wie, że zajmie jej to cały dzień i pół nocy. Bo musi być perfect.
Co z tego że od zarania dziejów była sama (chłopak w gimnazjum się nie liczy - całe 3 dni), jak ciągle słyszała - bo Ty to spotkasz faceta na całe życie, takiego wartościowego, odpowiedzialnego etc. Może i tak, ale...
Wiedziała swoje. To musi być jakiś defekt. Pewnie po prostu nie dopuszcza do bliskości, taki ot mechanizm. Chętnie by go zmieniła... ale uno - musiałaby go odkryć, a to nie łatwe, due - obawiała się, że zmiana mogłaby nieść ze sobą ryzyko, np. wiązać się z koniecznością częstszych kontaktów z nieznajomymi, poznawaniem - tylko o tym myślała, a już czuła silny dyskomfort. Może potrzebowała nie faceta, tylko nowego krzesła?
Ciągle słyszała: to przesilenie wiosenne, to gorsza chwila, każdy tak ma, to minie... Mijał 4 miesiąc gdy jest źle, 3 tydzień gdy jest tragicznie i płacze z byle powodu. Ty sobie poradzisz. A mnie strzela kurwica, bo inaczej tego nie można nazwać. Nie, k****, ciągle liczyła, że to tylko kilka dni, a kończy się na liczeniu argumentów przeciwko temu, by pożegnać się z tym światem. Bohater "Oskara i pani Róży" skarży się, że ludzie głuchną, gdy słyszą o umieraniu. Coś w tym jest. Może nie głuchną, ale chyba źle słyszą. Nie "chcę umrzeć" tylko na przykład "mam chandrę", "źle mi idzie w szkole", "boli mnie głowa".
Wytrącało z równowagi to pragnienie bycia idealną. Nie pragnienie. Bo to... warunek konieczny, tak to postrzegała. Idealny post, idealny komentarz, idealnie napisane kolokwium, idealnie dobrany makijaż. Idealne wyczucie chwili, takt, zawsze do powiedzenia to, co ktoś chciałby usłyszeć. Inaczej jest beznadziejnie, samoocena szybuje w dół z prędkością światła (Chciałbym żeby światło nie było takie szybkie). A często idzie coś nie tak, więc... Siostra już się z niej śmieje, i puka w czoło, gdy słyszy, że ma do przygotowania prezentację na zajęcia. Wie, że zajmie jej to cały dzień i pół nocy. Bo musi być perfect.
czwartek, 19 kwietnia 2012
Uciec chcę nie mogę
Chciała zapomnieć co było i jest, chciała, by "będzie" nie było.
Monotonia tego stanu wykańczała - ją, i, jak sądziła, wszystkich którzy mieli z nią do czynienia.
Nie dziwiła się temu, też wolałaby trzymać się z dala od takiej trucizny, po co marnować energię na próbę pobycia w tym ze nią.
Gdyby ktoś zechciał wejrzeć w jej wnętrze zobaczyłby dziecko trzęsące się ze strachu, śmiertelnie przerażone w obliczu rzeczywistości, która przerasta, w rozgorączkowaniu szukające drogi wyjścia, sposobu - którego nie ma, matki - która dawno temu odeszła. Jak ktoś przyłapany przez burzę w miejscu, gdzie nie ma gdzie się skryć.
Umieram w środku.
Czy nie słyszysz wołania?
Monotonia tego stanu wykańczała - ją, i, jak sądziła, wszystkich którzy mieli z nią do czynienia.
Nie dziwiła się temu, też wolałaby trzymać się z dala od takiej trucizny, po co marnować energię na próbę pobycia w tym ze nią.
Gdyby ktoś zechciał wejrzeć w jej wnętrze zobaczyłby dziecko trzęsące się ze strachu, śmiertelnie przerażone w obliczu rzeczywistości, która przerasta, w rozgorączkowaniu szukające drogi wyjścia, sposobu - którego nie ma, matki - która dawno temu odeszła. Jak ktoś przyłapany przez burzę w miejscu, gdzie nie ma gdzie się skryć.
Umieram w środku.
Czy nie słyszysz wołania?
wtorek, 10 kwietnia 2012
Klęska żywiołowa
Drogi Mózgu,
Piszę z uprzejmą prośbą, by raczył Pan zaprzestać bombardowania mnie myślami dotyczącymi samounicestwienia. Po uprzedniej interwencji ich ilość znacznie się zmniejszyła, lecz w ostatnim czasie przedostają się one do mojej świadomości zdecydowanie zbyt często. Skutkiem tego jest stopniowe zamykanie fabryk wiary i nadziei (o miłości nie wspomniawszy), przez co na rynku brakuje marzeń, pragnień, celów, uśmiechów. Sens jest towarem deficytowym i nie można go już nigdzie dostać. Swoją prośbę motywuję faktem, że obserwowane zjawiska nieuchronnie prowadzą do decyzji o pośrednim zamknięciu również Pańskiej instytucji, co, jak sądzę, nikogo nie usatysfakcjonuje.
Proszę o pozytywne rozpatrzenie mojej prośby.
Z poważaniem.
sobota, 7 kwietnia 2012
Panie Tato
Kochany Tato,
Zaczynam w ten sposób list, mimo że nie darzę Ciebie tym pięknym uczuciem jakim podobno jest miłość. I mimo że czasem nachodzą mnie wątpliwości, czy rzeczywiście nim, ojcem, jesteś. Tak niewiarygodnym zdaje mi się Twój brak uczuć, że nieraz wolałabym myśleć o Tobie jako kimś obcym, że to dlatego.
Jest Sobota Wielkanocna. Przyjechałam do domu, i może dlatego tak mi się narzuca Twoja obecność. Jesteś, a jednak Cię nie ma. Zwykle staram się zapomnieć, zadziwiająco łatwo mi to przychodzi. Nigdy nie byłeś obecny w moim życiu, więc właściwie czemu miałbyś nagle zacząć..?
Znajomi opowiadają mi nieraz o swoich rodzicach, o wspólnych wyjściach, uprawianych razem sportach. O tym, że ojciec nauczył ich tego i owego, że dzięki niemu są tacy a nie inni. O tym że odszedł, okazał się niedojrzałym łajdakiem, od którego teraz z trudem mogą wyegzekwować alimenty i ciągają się po sądach. Ty nie byłeś przy nas, przy mnie, mimo że nie odszedłeś. I to jest jeszcze gorsze.
Gdybym mogła chociaż z czystym sumieniem część poczucia winy przenieść na Ciebie, obciążyć Cię, tak, by było to oczywiste, jasne, klarowne. A nie mogę. Niby-ojciec.
Jest jedna rzecz, na pewno, którą Ci zawdzięczam. Skrzywiony wizerunek mężczyzny. Mężczyzny, który niby jest, który niby czuje, niby się opiekuje, niby się troszczy. Niby kocha. A tak naprawdę kocha tylko siebie. Który na dłuższą metę jest nieobliczalny, niewyraźny i właściwie groźny. Inna sprawa, że dzięki Mamie sądzę, że bez niego nic nie mogę, nie jestem nic warta. Ale, czy wiesz co to dla mnie oznacza? Czy znasz ten lęk, czy znasz to rozdarcie między "to mój ojciec" a "to obcy człowiek"? Nic nie wiesz o mnie, ja nie chcę nic wiedzieć o Tobie, ale muszę znosić to że jesteś, plączesz się po domu, zadajesz dziwaczne pytania, jakbyś to Ty był dzieckiem. Chciałabym Cię nienawidzić, naprawdę, a nie mogę... bo mi Ciebie żal. Bo to nie Twoja wina że masz popsuty mózg produkujący urojenia. Ale to takie straszne... Nie móc oczekiwać, nie móc się zezłościć, tylko dlatego, że jesteś chory. I to chory w taki sposób, że wszyscy myślą że jesteś zdrowy, wszyscy z zewnątrz.
Co więc chcę Ci powiedzieć? Nie wiem, chyba tylko to że cierpię.
Choć i tak wiem że tego nie zrozumiesz, bo Ty nie czujesz.
Zaczynam w ten sposób list, mimo że nie darzę Ciebie tym pięknym uczuciem jakim podobno jest miłość. I mimo że czasem nachodzą mnie wątpliwości, czy rzeczywiście nim, ojcem, jesteś. Tak niewiarygodnym zdaje mi się Twój brak uczuć, że nieraz wolałabym myśleć o Tobie jako kimś obcym, że to dlatego.
Jest Sobota Wielkanocna. Przyjechałam do domu, i może dlatego tak mi się narzuca Twoja obecność. Jesteś, a jednak Cię nie ma. Zwykle staram się zapomnieć, zadziwiająco łatwo mi to przychodzi. Nigdy nie byłeś obecny w moim życiu, więc właściwie czemu miałbyś nagle zacząć..?
Znajomi opowiadają mi nieraz o swoich rodzicach, o wspólnych wyjściach, uprawianych razem sportach. O tym, że ojciec nauczył ich tego i owego, że dzięki niemu są tacy a nie inni. O tym że odszedł, okazał się niedojrzałym łajdakiem, od którego teraz z trudem mogą wyegzekwować alimenty i ciągają się po sądach. Ty nie byłeś przy nas, przy mnie, mimo że nie odszedłeś. I to jest jeszcze gorsze.
Gdybym mogła chociaż z czystym sumieniem część poczucia winy przenieść na Ciebie, obciążyć Cię, tak, by było to oczywiste, jasne, klarowne. A nie mogę. Niby-ojciec.
Jest jedna rzecz, na pewno, którą Ci zawdzięczam. Skrzywiony wizerunek mężczyzny. Mężczyzny, który niby jest, który niby czuje, niby się opiekuje, niby się troszczy. Niby kocha. A tak naprawdę kocha tylko siebie. Który na dłuższą metę jest nieobliczalny, niewyraźny i właściwie groźny. Inna sprawa, że dzięki Mamie sądzę, że bez niego nic nie mogę, nie jestem nic warta. Ale, czy wiesz co to dla mnie oznacza? Czy znasz ten lęk, czy znasz to rozdarcie między "to mój ojciec" a "to obcy człowiek"? Nic nie wiesz o mnie, ja nie chcę nic wiedzieć o Tobie, ale muszę znosić to że jesteś, plączesz się po domu, zadajesz dziwaczne pytania, jakbyś to Ty był dzieckiem. Chciałabym Cię nienawidzić, naprawdę, a nie mogę... bo mi Ciebie żal. Bo to nie Twoja wina że masz popsuty mózg produkujący urojenia. Ale to takie straszne... Nie móc oczekiwać, nie móc się zezłościć, tylko dlatego, że jesteś chory. I to chory w taki sposób, że wszyscy myślą że jesteś zdrowy, wszyscy z zewnątrz.
Co więc chcę Ci powiedzieć? Nie wiem, chyba tylko to że cierpię.
Choć i tak wiem że tego nie zrozumiesz, bo Ty nie czujesz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)