niedziela, 24 marca 2013

Kilka słów o zastępnikach - zapychaczach

Nałóg to taki paskudny stan. Stan? A może proces?

Zaczyna się niepozornie. Czasem od pojedynczych, nawet niezbyt przyjemnych epizodów, prób. W którymś momencie zauważasz, że mimo tej "nieprzyjemności" dany czynnik daje coś, czego nie znalazłeś dotąd nigdzie. Zaspokojenie potrzeb, które wydawały się dotąd niezaspokajalne. Wypełnienie pustki. Rozładowanie stresu. Spokój. I w tym miejscu stajesz na rozstaju dróg, z których jedna oznacza rozsądek i umiar, druga - niefrasobliwość zawartą w powiedzeniu "carpe diem", jestem odporny na takie rzeczy, to przecież nie może szkodzić, to jest przecież DOBRE.
Ale nie jest. Jeśli zapomnisz rozumu...
Potrzebujesz wciąż więcej i więcej. Raz w tygodniu, trzy razy w tygodniu, codziennie. Nałóg to egocentryk, ale i sprytny strateg. Im więcej chcesz, tym mniej daje. Mówi się, że w związku "władzę" ma ta osoba, której mniej zależy. Ona decyduje co i jak.
Poświęcasz się temu jak kochanej osobie. Ale to nie jest miłość - to zniszczenie.
Pół biedy, gdy zorientujesz się dokąd to prowadzi i będziesz w stanie zerwać. Czemu pół?
Bo to dopiero początek. Nie ma gwarancji, że się powiedzie. Po jakimś czasie rozłąki myślisz "już mi minęło, a tak tęsknię... co szkodzi spróbować". I to jest błąd. Bo nie minęło. Czy w ogóle mija? Czy po jednorazowym kontakcie z czynnikiem uzależniającym można nie chcieć z nim dalszego kontaktu, nie czuć pociągu, potrzeby, czy możliwe jest tylko powstrzymanie się przed pójściem za tą potrzebą, dzięki silnej woli?

Może zawsze tak było, ale tak jej się czasem zdawało, że dzisiejsza rzeczywistość charakteryzuje się szczególnie szerokim wachlarzem uzależnień. Alkohol, narkotyki, tytoń, praca, komputer, zakupy, seks, jedzenie. Ludzie.
Jakoś naturalnie przychodziły jej do opisania procesu uzależniania słowa i porównania kojarzące się z relacją - zerwanie, rozłąka, związek, tęsknota. Bo może to jest sedno: potrzeba stabilnej, bezpiecznej, satysfakcjonującej relacji. Wszystko inne jest zapychaczem. Ale ludzie też uzależniają, to przecież też relacje... Tak. Ale nie: stabilne, nie: bezpieczne, i częstokroć nie: satysfakcjonujące. Relacje z człowiekiem nie zaspokoją wszystkiego. To pewnie oczywista oczywistość dla wielu osób, może dla wszystkich, poza nią. Dla niej było to odkrycie. Odkrycie, że jest tylko jedna Relacja, która to wszystko daje, jedna Osoba.

Mówi się "wszystko jest dla ludzi". W głowie pojawiały jej się dwa skojarzenia. Pierwsze skojarzenie: hasło "wszystko dla ludzi" jako motto promujące niewłaściwy stosunek do ludzi. Chyba całkiem sporo osób się nim posługuje nie wiedząc o tym. I drugie, że faktycznie w większości "obiekty" uzależnienia nie są jednoznacznie złe. To my czynimy z nich zło, stawiając na miejscu wyższym niż im przynależne, wynosząc niejako na ołtarze, kłaniając się im i podporządkowując im całe życie. A jedynym, który jest tego godzien i którego Droga prowadzi do szczęścia, jest Bóg. Tylko za Nim nie stoi żaden przemysł, tylko On nie niszczy zdrowia, tylko On chce czynnie uczestniczyć w naszym życiu i zależy Mu na naszym Dobru. Całkowicie bezinteresownie.

piątek, 22 marca 2013

niedziela, 17 marca 2013

I rób, co postanowiłaś.

Utrzymanie się w powziętych decyzjach to ciężka praca, szczególnie gdy
a) ich główną treścią jest rezygnacja z czegoś, co chce się robić, do czego "ciągnie"
b) wiąże się to z koniecznością rezygnacji również z innych, cennych spraw, czynności, w jakimś stopniu też ludzi.
Trzeba znaleźć różnego rodzaju alternatywy, zbudować sobie stelaż, który choć na moment zastąpi dotychczasowe wsparcie. Stelaż oparty na Bogu i ludziach, którzy mogą pomóc w budowaniu relacji z Nim. I modlić się, z wiarą, że On ma plan dla mnie, ciągle czuwa i prowadzi najlepszą drogą.

Dziś na nabo była mowa między innymi o tym, by modlić się z wiarą. Że Bóg zawsze nas słucha (co nie jest równoznaczne z wysłuchiwaniem konkretnych próśb), ale konieczne jest zaufanie Mu, oddanie danej sprawy CAŁKOWICIE w Jego ręce. Trzeba zapomnieć o własnym wkładzie - choć to nie oznacza kompletnej  życiowej bierności. Jednak, w pewnych sprawach to jest jedyne wyjście, gdy już nie wie się co robić, każdy kolejny ruch okazuje się pomyłką - nie ma innej opcji, jak tylko zostawić to Jemu. Skoczyć z okna płonącego domu wierząc, że wpadnie się w Jego ręce. Nie jest to łatwe, ale innej drogi NIE MA.

poniedziałek, 11 marca 2013

Będę kochać każdego człowieka, którego spotkam.

Warsztaty rozwoju w oparciu o łaskę. W oparciu o wiarę w Boga, duchowość. Było tam poruszanych sporo tematów, ale chyba najważniejszym była miłość. To dość naturalne, prawda?
Ale miłość jako decyzja i działanie w życiu wobec każdego. Jako podstawa postawy chrześcijańskiej. Było o miłości bliźniego, Boga i wobec siebie. Było o tym, że miłość, wbrew katolickim tendencjom, to niekoniecznie umartwianie się, ciągłe dawanie i poświęcanie, ale by dobrze kochać trzeba też brać. To nie tylko głaskanie i mówienie tego co dobre, ale też czasem kopniak. A czasem odsunięcie się - by okazać brak akceptacji dla jakiś postaw czy zachowań, lub po to, by dać wolność. Bo dobra miłość, prawdziwa chrześcijańska miłość nie odbiera wolności ani sobie, ani kochanemu człowiekowi.
W ciągu ostatnich dni doszła wreszcie do tego, że jej miłość nie jest zdrowa. Że doprowadza się do zniszczenia w imię dobra drugiej osoby. Co gorsza, mając na względzie ją, a swoje potrzeby spychając (nieudolnie) gdzieś do ciemnego zaułka, wcale nie daje jej tej miłości. Nie da się dać tego, czego się nie ma. Doszło to do miejsca, gdy sama nie miała już siły i traciła równowagę wewnętrzną, co oddziaływało destrukcyjnie i destabilizująco na tę drugą osobę. I na inne, bo to odbijało się na wszystkich wokół. To taka spirala prowadząca donikąd, błędne koło, które zabija. To nie jest miłość, której uczy Chrystus.
Czego potrzebowała do otrząśnięcia? Trochę bezosobowego potraktowania. Czyichś mądrych słów. Czyjejś serdeczności. Niestety, trochę późno zorientowała się, co robi. Na tyle późno, że chyba jedyną drogą do zwrócenia wolności stało się odsunięcie. Totalne odsunięcie. Miłość była nadal, owszem, oczywiście - ale wzbogacona o trzeźwe myślenie, wejrzenie w siebie i, co najważniejsze, w zaufanie Bogu.

Na tych warsztatach ktoś odniósł się do historii zaczerpniętej z książki George'a Ritchie "Powrót z jutra".

"Tym sposobem poznałem Wild Bili Cody. Nie było to jego prawdziwe nazwisko, które składało się z siedmiu nie do wypowiedzenia polskich sylab. Miał ogrom­ne obwisłe wąsy, jak bohater z dzikiego Zachodu na starych amerykańskich obrazach. Amerykańscy żołnierze nazwali go więc Dziki Bili.
Był jednym z więźniów tego obozu, ale oczywiście nie mógł tu być długo; jego postawa była bezbłędna, oczy świecące; niespożyta energia. Ponieważ tak samo biegle władał angielskim, francuskim, niemieckim, rosyjskim, jak swoim polskim językiem, stał się nieoficjalnym tłumaczem w obozie.
Przychodziliśmy do niego z problemami wszelkiego rodzaju. Praca administracyjna przyprawiała nas co­dziennie o zawrót głowy, kiedy usiłowaliśmy wysyłać do domów ludzi, których całe rodziny, a czasem całe rodzinne miasta znikły z powierzchni ziemi. Zadziwiają­ce jednak było to, że pomimo iż Wild Bili pracował piętnaście i szesnaście godzin na dobę, to nie wykazywał w ogóle zmęczenia. Podczas gdy reszta z nas opadała z sił, on wydawał się rosnąć w siłę.
- Mamy jeszcze chwilę czasu dla tych starych druhów. Czekają na nas cały dzień - mawiał.
Współczucie dla współtowarzyszy jaśniało na jego twarzy i to była ta jasność, której szukałem, kiedy czułem się załamany. Jakież było moje zdziwienie, kiedy pewnego dnia przedłożono nam dokumenty Dzikiego Billa i jak się okazało, ten człowiek przebywał w obozie Wuppertalu od 1939 roku! Przez sześć lat był tak samo wygłodzony jak inni, spał w tych samych dusznych, chorobotwórczych bara­kach, i to bez najmniejszego uszczerbku na zdrowiu tak fizycznym, jak i psychicznym!
Być może jeszcze bardziej zadziwiające było to, że wszystkie grupy w obozie traktowały go jak swojego przyjaciela. Był tym, któremu powierzano rozstrzyganie sporów pomiędzy więźniami.
Już po krótkim pobycie zauważyłem, że ten kocioł więźniów różnych narodowości nienawidził się prawie tak samo, jak nienawidził swych ciemiężycieli Niemców A Niemców nienawidzono tak dalece, że w pewnym obozie po wyzwoleniu zdrowsi więźniowie pochwycili za broń, pobiegli do najbliższej wioski i wystrzelali pierwszych napotkanych po drodze Niemców. Byliśmy zobowiązani do zabezpieczenia przed tego rodzaju ekscesami, i znowu Wild Bili był naszym nieocenionym pomocnikiem, rozmawiał z różnymi grupami, nakłaniając ich do przebaczania.
- Dla wielu z nich nie jest łatwo zapomnieć - powiedział pewnego dnia, kiedy przygotowywaliśmy herbatę w kuchni. - Niektórzy utracili wszystkich członków rodziny. Wild Bili usiadł na krześle i wolno popijał kawę. - Mieszkaliśmy w żydowskiej dzielnicy Warszawy - rozpoczął spokojnie. Były to pierwsze słowa, jakie mówił o sobie. - Z żoną, dwiema córkami i trzema chłopcami. Kiedy Niemcy doszli do naszej ulicy, postawili wszystkich pod ścianę i rozstrzelali z karabinów maszynowych Błagałem ich, aby rozstrzelali mnie razem z rodziną, ale ponieważ mówiłem po niemiecku, dołączyli mnie do grupy robotników. Przerwał na chwilę, być może ujrzał znowu żonę i pięcioro dzieci. — W tym momencie stanąłem przed decyzją — kontynuował — czy mogę pozwolić sobie na znienawidzenie żołnierzy, którzy tego dokonali. Była to naprawdę niełatwa decyzja. Byłem prawnikiem. W mojej praktyce zbyt często widziałem, co może nienawiść dokonać z umysłem i ciałem. Nienawiść przecież zabiła sześć osób, które były dla mnie najważniejsze na świecie. Zdecydowałem się wreszcie spędzić resztę mojego życia - czy to ma być kilka dni, czy wiele lat - kochając każdą osobę, z którą się spotkam. Kochanie każdej osoby... to była ta siła, która trzymała człowieka w formie pomimo jego przeżyć.

To jest ta miłość, do której mamy dążyć. Pomimo wszystko. Miłość jest decyzją. I dobrem. W każdych warunkach.