wtorek, 22 stycznia 2013

Samokontrola

Zadziwiało ją czasem to dopasowanie - a to słów pastora, a to przeczytanego fragmentu Biblii, a to tematu Kid Stuff'u albo grupy studenckiej... Szła sobie, z jakimś problemem, bez nawet nieśmiało przemykającej myśli o rozwiązaniu, i bach! Jakby jej ktoś tuż przed nosem postawił znak drogowy. Chociaż właściwie, czy to takie dziwne... odkąd uwierzyła coraz mniej ją dziwiło.

W tym miesiącu właśnie to pojęcie - samokontrola, było przybliżane dzieciom w kościele.
Samokontrola, czyli przedkładanie tego, co się powinno nad to, czego się chce.

Oczywiście, w kontekście psychologicznym brzmi to strasznie patologicznie. Znaczy: można tak to usłyszeć. Ale jeśli pod "to, co powinno się" podstawi się "to, co dobre i budujące, nie zawsze przyjemne", a pod "to, czego się chce" - "zachcianki" - wygląda to już inaczej. 
Samokontrola wymaga zdecydowania, siły. Przynosi owoce, rozwój, spokój, ale nie od razu. Czasem trzeba zrezygnować z czegoś nie wiedząc, co będzie dalej, nie umiejąc sobie tego nawet wyobrazić. Ale pierwsze potwierdzenia, że był to dobry krok, wzmacniają - charakter i decyzję. Pozwalają kontynuować działania, które się rozpoczęło/zaprzestało/ograniczyło, mimo wahań, które, rzecz jasna, gdzieś po drodze się zdarzają.
Najtrudniej jest zacząć, dać dojść do głosu myśli, że to ja jestem odpowiedzialna/y za swoje życie, za swój czas, za wybory, za to czy wzrastam czy się cofam. Uświadomić sobie, że nawrócenie to nie tylko powiedzenie Bogu - kocham Cię. Tak jak powiedział Jezus do kobiety przyłapanej na cudzołóstwie: "Idź, a od tej chwili już nie grzesz!" (J 8,11). Miłość to nie tylko uczucie, ale i postawy. Jeśli mówi się kocham, to trzeba być też świadomym tego konsekwencji i zobowiązania. Nie można być wiernym mężem zdradzając na prawo i lewo. Nawrócenie - to odwrócenie się od tego co złe. Niestety, to co gubi, często bywa to też przyjemne, fajne, powierzchownie. Ale nie ma odwrotu. Trzeba być zimnym albo gorącym.

Samokontrola to wzięcie sterów życia w swoje ręce i zamiast bezwolnego dryfowania - nakierowanie go na Cel. To trzymanie ciągle tych sterów, nieprzerwane czuwanie, uważność na wskazówki i przeszkody. To niełatwa sprawa. Ale dobra.

czwartek, 17 stycznia 2013

Najłatwiejsze wyjście

Niektórzy twierdzą, że samobójstwo to pójście na łatwiznę. Że to ucieczka przed odpowiedzialnością i dojrzałością, przed trudnościami codzienności. Samobójstwo - właściwie w ten sposób mówi się o tych, którzy próbowali, ale im się nie udało. Oni to już w ogóle mają przechlapane, bo nie dość, że uciekają, to jeszcze nieudolnie... A ci, co już przestali, no, uznaje się, że po prostu wrócili na dobrą drogę. Ale i tak są porąbani, no bo przecież to nie znika.
Denerwowały ją takie osądy. Ze swojej perspektywy natomiast mogła tylko powiedzieć, że:

  1. Podjęcie decyzji o zrobieniu sobie krzywdy, odebraniu sobie szansy na lepsze życie, nie jest prostą sprawą. Pomijając kwestie, że myśli się o reakcji rodziny, autodestrukcja jest WBREW naturze, jest mnóstwo mechanizmów obronnych. Poza tym, każdy kto się na to decyduje ma choć mglisty przebłysk, że jest możliwe, że gdyby tego nie zrobił to, przynajmniej hipotetycznie, mógłby lepiej żyć. I że ucina sobie drogę. Tyle, że w rozrachunku przebłysk vs ciemność - ta druga okazuje się wyżej punktowana. To nie jest łatwa decyzja. Nie zasługuje na uznanie - chodzi tylko o to, że nie jest to takie najprostsze rozwiązanie.
  2. Ci, którzy tylko próbowali. Oddzielna kwestia. I ryzykowna decyzja. Dla wielu ludzi nie śmierć jest celem - jest nim skierowanie na siebie uwagi otoczenia, zyskanie pomocy, powiedzenie "nie wiem już co robić, ale może wy coś zróbcie". Ryzyko polega tu na cienkiej granicy między tym i drugim światem. Chcąc otrzymać pomoc ryzykują życie, muszą to brać pod uwagę. Często się z nich drwi. Że jak można być tak nieskutecznym, podsuwa się im metody skuteczne, i notabene skłania przez to (często) do bardziej radykalnych działań. Jeśli naprawdę jesteś taki nieszczęśliwy, to proszę, jest pociąg. Nie chcesz? Ha, wiedziałem że jesteś zwykłym histerykiem, symulantem. Nie cierpisz naprawdę. I znów - nie jest to dobra metoda, ale każdy posługuje się tym, co ma. Ile razy zdarzyło przy braku młotka używa się kombinerek? jakość nie ta sama, ale efekt podobny, albo - przynajmniej jakiś. Ktoś, kto popełnia próbę (nie: samobójstwo) wie, że może się liczyć z trudnym odbiorem otoczenia, ale potrzeba uwagi jest zbyt duża. Przegrywa z nią, nieraz pojawia się poczucie porażki, lęk przed innymi. Ale jeśli nie umiesz inaczej - zdecydujesz się na to. To też nie jest łatwe.
  3. I ostatnia kategoria. Ci, którzy samobójstwa się wyrzekli. Może dostrzegli, że jest dobro w świecie, że mają szansę, że mogą przejść różnego rodzaju trudności. Pięknie, łatwo i przyjemnie? Pozory. Tu jest dopiero trudność, może nie u wszystkich, ale u części na pewno. Mówi się tak: "można wybaczyć, ale nie zapomnieć". A w pewnym filmie bohaterka mówiła, że jeśli ten pomysł zaistnieje w głowie jako wyjście, to już nim pozostanie. Co to oznacza? Że w każdej trudnej sytuacji, poszukując drogi wyjścia, on się pojawia. Trudnych sytuacji jest bez liku. I za każdym razem trzeba podejmować najbardziej wyczerpującą walkę - z samym sobie. To jest nieustanne zmaganie się, którego sens potwierdzają czasem bardzo krótkie i rzadkie chwile szczęścia. Ale jednak zdecydowałeś, więc unosisz głowę, zaciskasz zęby i idziesz wciąż i wciąż, przedzierasz się przez tą dżunglę... Mówi się czasem o kimś, że ma siłę charakteru i wolę walki. Ale w odniesieniu do kogoś po próbach? Nie... on się po prostu poprawił, ale słabym był, jest i będzie.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

To działa!

Modlitwa naprawdę ma moc..!
Strach pomyśleć, co by było, gdyby rzeczywiście codziennie czytała Pismo. Ale postanowiła, że zacznie, będzie, to trudne, jednakże widziała taaakie działanie Boga za każdym razem, gdy do niego sięgała, że, no nie miała wyjścia.
Szła dziś na zajęcia pewna katastrofy. Na migowym miała zostać prześwięcona za nadwyżkę nieobecności i, delikatnie mówiąc, niezbyt dobrą znajomość znaków. Przed wyjściem miała się jeszcze pouczyć, ale tak jakoś pomyślała - "raz kozie śmierć, pomodlę się". Niewiele zrozumiała z fragmentu na który trafiła, ale - mówi się trudno. Po przyjściu na uczelnię okazało się, że jest egzamin, taka niespodzianka. Dla usprawiedliwienia, nikt o tym nie wiedział. Co ciekawe jednak, zdawany był w grupach i koniec końców - zaliczyła. I to tak, że była bardzo szczęśliwa. Później prowadzenie ćwiczeń z treningu samodzielności, też na zaliczenie. Jakoś poszło. To akurat nieważne. I jeszcze jedna cudowna niespodzianka po powrocie - mail od prowadzącego ćwiczenia ze społecznej, że nie będzie musiała w ramach odpracowania nieobecności pisać dużej i trudnej pracy, jak wcześniej zapowiadał, a tylko przygotować się z jednego z tych tematów i przyjść do niego na dyżur... Może to nie brzmi jak wielkie udogodnienie, ale w kontekście ilości przedmiotów na dwóch kierunkach i pisania pracy dyplomowej - to NAPRAWDĘ duża rzecz. Ulga, po prostu. Wróciło jej poczucie, że może to zrobić - zaliczyć kolejną podwójną sesję. Nie odpuszczała.
Zdarzyło się też w godzinach porannych coś, co wywołało uśmiech na jej twarzy. SMS: "Już nie siedzę i nie narzekam. Wziąłem los w swoje ręce. Dzięki Tobie." Coś, czego brakowało jej od bardzo dawna.
Krótkie poranne uwielbienie i lektura Pisma. I tyle wspaniałych rzeczy. Chyba za każdym razem gdy tak zaczynała dzień działy się niezwykłe rzeczy.

Przy okazji zajęć, na których jedno z ćwiczeń pokazywało opory przed dotykiem - uświadomiła sobie, jak daleką drogę w tym przeszła. Dwa, trzy lata temu na dotyk reagowała jak na wrzątek, o przytuleniu nie było mowy. Teraz nieraz sama wychodziła z inicjatywą, i było to tak naturalne, że nawet tej zmiany nie zauważyła.

sobota, 12 stycznia 2013

Zło kica po świecie, powiem Myśliwemu.

W którą stronę idzie świat? Jak zmieniają się ludzi i ich wartości?

Był taki czas, gdy bardzo się bała. Po prostu widziała dużo zła. Właściwie, dostrzegła wcześniej pomijane i bagatelizowane miejsca, w których miewa siedlisko, gdzie jest lokowane. Muzyka, media, show biznes, a dalej - różnego rodzaju produkty i mody na stosowanie pewnych symboli, które nie każdy rozumie, co nie zmienia faktu, że są groźne. Do pewnego momentu i ona twierdziła, że jak to, że to nie może być złe, no przecież jakie działanie może mieć kilka przecinających się kresek? Albo układ palców? Jakieś tam liczby, figury... no przecież co w tym złego? A jednak. Przestała tak myśleć. Czemu? Po części to kwestia uzyskania informacji, po części po prostu odczucie tego zła. Nie umiała tego wyjaśnić, podobnie jak tego, jak to się stało, że uwierzyła. Dla niej było to oczywiste, ale nie umiała tego wytłumaczyć. W każdym razie zauważenie tego zła sprawiło, że zaczęła się bać. Wydawało się, że może ono wniknąć w każdą sferę życia, prowadząc do zepsucia i zapadnięcia się wszelkiego dobra... Wydawało jej się, że nie sposób się nie ugiąć w starciu z taką siłą, i że wiara w Boga czy po prostu dążenie do bycia dobrym, moralnym, z zasadami to coś co lada chwila zaniknie... Kilka dni przeżyła w permanentnym stresie, dopóki nie otrzymała spokoju i zwyczajnie nie zaufała, że ma wystarczającego Obrońcę.
To było kilka miesięcy temu. A teraz? Zaskakujące okazało się, jak wielu ma wokół siebie ludzi, z przeróżnych środowisk, którzy głęboko wierzą. Rozmawiała z kimś, kto NAPRAWDĘ nie wyglądał jak stereotypowy katolik (tj. oazowicz/moher/golf/spódnica do kostek), i gdzieś w międzyczasie słyszała jego historii, nieraz naprawdę niezwykłej, albo okazywało się, że kieruje się radykalnymi zasadami w życiu... Że czuje, że jest kochany, i sam z tym wychodzi do ludzi. Naprawdę, serce rośnie i można z nadzieją patrzeć do przodu.
Nie zaczęła myśleć, że zła nie ma - było, przekonywała się o tym każdego dnia - a to artykuł o pochodzeniu Hell-o Kitty, a to kolejny obejrzany teledysk Rihanny czy Lady Gagi, a to jakiś wywiad, newsy i tak dalej. Ale poza tym jest potężniejsza Siła. Rachunek wychodzi na plus - oczywiście nie tak ot sobie. Ciągle jest mnóstwo ludzi którzy nie wiedzą (nie wierzą), i tak naprawdę zadaniem tych, którzy już zostali "dotknięci" jest wychodzenie do nich. To prowadzi do dobra - uświadamianie i kochanie - nie bycie tylko dla siebie. W sumie złemu teraz o to chodzi, żeby siedzieć w swoim, martwić się o siebie, zostawić resztę świata swojemu losowi. Tak, to niezły pomysł. Ale nie można mu się dać. Za to - trzeba dać, dawać - świadectwo, czas, zrozumienie, akceptację, wiedzę. I wiele więcej. I tak się zwróci.

czwartek, 10 stycznia 2013

Myśli różne

Już po północy.
Powinna była spać, nazajutrz kolokwium na zaliczenie jednego z miliona przedmiotów. Ale jakoś... czekała. Nie spała i czekała na coś, nie wiedziała na co.
Myślała, poruszając się w jakimś niebycie.
Myślała, że ma niesamowite szczęście do ludzi. Nagle niepokojące sytuacje czy stany rozwiązują się dzięki, wydawałoby się, zupełnie obcym ludziom, spotykanym raz w tygodniu na próbie, z którymi tak naprawdę nie udało jej się jeszcze nawiązać kontaktu. A jednak. Ktoś czuwa.
Myślała, że czasem też ma pecha do relacji. Może ich nie rozumie. Może to kwestia cierpliwości. Albo zdecydowania.
Myślała o tym, czy miłość ma jedno oblicze czy też wiele. Czy jest kontrolowalna, a jeśli nie, to dlaczego - z niedostatku woli czy też ze względu na wysoki stopień "prawdziwości". Czy można wykluczyć z niej jakiś czynnik.
Myślała o tym... i owym.
O tym, jak role przyjmowane w dzieciństwie wpływają na zachowanie w dorosłości, na charakter czy osobowość, jak zwał tak zwał.
Myślała, na ile  się odsłania, znów.
Myślała o tym, że po drugiej stronie sieci ktoś jest, i kim są ci ludzie.
Myślała o globalnym ociepleniu i tym, że podobno to wcale nie tak. Wiele zresztą spraw jest tak naprawdę "nie tak". Tylko my je rozumiemy w jakiś sposób, ale to niepełne rozumienie, jak ogarnąć całościowo globalne zjawiska, albo człowieka, albo relacje? Zawsze zostanie coś nieodkrytego...
Myślała też... że jednak pora odpocząć.