niedziela, 27 czerwca 2010

Wyjaśnij mi swoją samotność

Było to przytłaczające nieco. Bycie samemu.
Kiedy nie ma osoby, której można powiedzieć WSZYSTKO.
Nie ma kogoś, przy kim można poczuć się naprawdę bezpiecznie.

Tak już miała, że wierzyła w naturalną dobroć ludzi. Że każdy dąży do tego, by być dobrym, zwraca uwagę na to czy kogoś rani, i nie chce tego.
I mimo tylu już dowodów na to, że tak nie jest, nie musi być, ciągle waliła głową w mur.
Po co?
Sama nie wiedziała. Złudzenia... Pesymiści są nielubiani - ale jak zachować realizm, nie mówiąc o optymizmie, gdy świat uparcie zaprzecza jego sensowi?
Starała się myśleć, że tak nie zawsze musi być.
Młodsza siostra zmajstrowała jej ostatnio takie dzieło:
Zatytułowała je "Każda potwora znajdzie swego amatora". Czy to było myślenie życzeniowe? Żeby starsza siostra wreszcie kogoś znalazła, uwierzyła, że nie musi być sama?

Chodziła na terapię. Uczyła się wierzyć w siebie. Dochodziła do różnych wniosków.
Wcześniej całą winę zwalała na swój wygląd. Od czasu gimnazjum uważała się za grubaskę, nawet kiedy obiektywnie nią nie była. Myślała: "Znam swoją wartość - nie jestem głupia, łapię w szkole niemal wszystko, inteligencja jest, jestem miła - tylko nikt się na tym nie pozna, bo jak tu rozmawiać z kimś kto TAK wygląda?"
Teraz zaczynała dostrzegać w sobie kobietę, zalety aparycji, też, było ich trochę. Ocena 4+ w porywach do 5.
Ale faceta na horyzoncie jakoś nie mogła wypatrzyć, choć aż takiej wady wzroku nie miała.
Dlaczego?
Odpowiedź sama się narzucała: skoro nie jest brzydka, to chyba po prostu - głupia.

sobota, 26 czerwca 2010

Barwy uczuć

Zastanawiała się, kto wymyślił barwy, skąd się wzięły

Jako dziecko lubiła bawić się w określanie kolorów liter, imion, wyrazów w ogóle. R jest pomarańczowe, M niebieskie, L szare, N zielone... spierała się z siostrą, ona widziała inaczej. Dla niej M było czerwone, nie wiedzieć czemu. Ostatnio o tym rozmawiała z siostrą, i okazało się, że po prostu były takie magnesy na lodówkę, litery, w różnych kolorach. Że to dlatego. Być może.
Barwy są wszędzie.

Obserwowała emocje, które się w niej pojawiały. Jaka jest ich faktura, balans kolorów, kontrast, ostrość. Bo nie umiała ich nazwać: smutek, złość, radość, lęk - to tak mało konkretne, tak niewiele wyraża, w rzeczywistości jest inaczej. U niej smutek, złość i poczucie beznadziei były niemal nierozłączne. Błękitny smutek, złość w kolorze khaki, bordowa beznadzieja - a wychodzi fotografia jakby spłowiała, prawie czarno - biała, ale szara...
Czasem tylko, gdy te uczucia były silne, przez chwilę, parę minut, godzinę- wszystko płonęło. A potem zamieniało się w wodę, przypływy i dopływy, fale na brzegu.

I muzyka też miała kolory. Dźwięki w ogóle. Nie były bezbarwne, były półprzezroczyste. Ale to zależało od instrumentu, wysokości, wielości. No i barwa głosu... ktoś to tak nazwał przecież, chyba nie bez powodu.

czwartek, 24 czerwca 2010

Wyryte na skórze znaki

Wspomnienia mają zabójczą moc. Potrafią dopaść i trudno się z nich otrząsnąć. Przeszłość ciągnie się.


Jej normą było to, że bez przerwy zastanawiała się, co inni mogą myśleć. Jak ją oceniają, czy coś zrobiła dobrze, czy źle. Czy "ujdzie", czy "co za idiotka", czy co tam innego, do wyboru do koloru.
I tak też było we wtorek. Pogrzeb, jak wiadomo, to jedna z najlepszych okazji do obczajenia w rodzinie- kto, z kim, jak i co. Nie była na to przygotowana. Pojechała tam w sukience od siostry, sama nic czarnego nie miała. Czuła się w niej dobrze, kobieco. Ale sukienka ta miała rękaw 1/2.
Nie przykrywała przedramion. Ani lekkomyślnych śladów przeszłości.
A jej rodzina, ta od strony mamy, raczej nie marnotrawi energii na próbach zrozumienia. Co zobaczy, to idzie w obieg, ubarwione, zaprawione nutką (albo etiudą) cynizmu, złośliwości. I nie tylko jej mogło to zaszkodzić - ale jej bliskim. Rozgrywki między rodzeństwem mamy były dość konkretne. Wszelkie chwyty dozwolone, byleby udowodnić, że ktoś jest gorszy.
Przez cały dzień nie zdjęła kurtki.

Nie wierzyła, gdy ktoś mówił, że tego nie widać.
Była przeczulona, tak.

Kiedyś siostra powiedziała jej: "Po co się tniesz, skoro nawet nie robisz tego porządnie. Komu później pokażesz takie ręce, a jak będzie lato - będziesz wiecznie nosiła długi rękaw i spodnie minimum do kolan? Zobaczysz, będziesz żałowała"
I żałowała.
Choć widziała ręce gorsze od swoich, tak naprawdę jej to pikuś. Ale co z tego? Ona miała porównanie, ona widziała ręce prawie odarte ze skóry, z kreską przy kresce, od nadgarstka do łokcia. Inni nie widzieli.

Wszystko mija, i nadchodzi czas weryfikacji działań, czas powrotu do normalności. A pewne rzeczy, działania - są nieodwracalne i brzemienne w skutki. Czasem to trudne, powstrzymać się - ale jest to możliwe. I najlepsze.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Jeśli uwierzysz

W czasach strachu,
Kiedy modlitwa zdaje się być próżna
Nadzieja jest jak ptaki,
Które szybko odlatują w górę
Jednak w moim sercu jest wiara,
Której nie umiem wytłumaczyć
I mówię słowa, które nie sądziłam, że kiedyś wypowiem

Cuda mogą się wydarzyć, jeśli w nie wierzysz
A nadzieję trudno zabić, chociaż jest krucha
Kto wie jakie cuda mogą się zdarzyć,
jeśli w nie wierzysz
Jakie się wydarzą, jeśli uwierzysz

Nie zawsze modlitwy zostają wysłuchane
Wtedy łatwo poddać się zwątpieniu
Ale kiedy jesteś oślepiony, przez swój ból
Czy nie widzisz jasno, chociaż pada deszcz
Czy nie słyszysz cichego, lecz pewnego głosu
Mówiącego:
Pomoc jest bardzo blisko.

("When you believe" Prince of Egypt)

niedziela, 20 czerwca 2010

Sprawy niedokończone

We wtorek pożegnanie z Babcią. Ostatnie.
Pamiętała jak zmarł jej dziadek. Był wspaniałym człowiekiem, jedynym właściwie od strony ojca, który roztaczał ciepło - swojskość. Który traktował wnuki i jej mamę z nieudawaną serdecznością.
Z pogrzebu pamiętała tylko ciągłą nadzieję, że on się obudzi. Mówiła tacie, że gdyby nie był chłodzony, na pewno by żył. Ale nikt jej nie słuchał.
Wróciła teraz do tamtej sytuacji. Zmuszała się wtedy do płaczu nie dlatego, że nie było jej żal - tylko dlatego, że po prostu nie dotarł do niej fakt, że dziadka już nie ma.

Próbowała dociec, co teraz czuje.
Fakt, odkąd się dowiedziała miała dziwne skoki nastroju. Podobno oznaki żalu bywają różne - niektórzy płaczą, inni się śmieją. Ale coś jej się wydawało, że ten żal nie wygląda do końca tak, jak można by sądzić.
Bo jak tak obserwowała swoje myśli - okazywało się, że nie jest jej smutno, bo już Babci nie zobaczy. Bo z nią nie porozmawia. To nie jest poczucie braku.
To jest raczej: "Powinna była".
Nienawidziła mieć sobie coś do zarzucenia. Jeśli tylko istniało prawdopodobieństwo, iż ktoś mógłby się do czegoś we niej przyczepić - próbowała się tego pozbyć. Tyle że w takich sytuacjach niewiele można już zrobić. A ciągłe wyrzucanie sobie do niczego nie prowadzi.
Po prostu musiała wyciągnąć wnioski - "Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj".
Tylko teraz pytanie: czy tylko po to, by zaspokoić swoje potrzeby bycia ideałem, czy dla innych?

sobota, 19 czerwca 2010

Introspekcja

Czasem myślisz, że zostałeś oszukany. Czujesz się oszukany.
Ale to ty sam się oszukujesz, nikt inny tego za ciebie nie robi.

To nie ktoś cię denerwuje, to ty dajesz się zdenerwować.

To nie ktoś cię pociesza.
To nie ktoś cię smuci.
To nie ktoś sprawił że.

Wszystko jest w tobie.

Druga osoba ma znaczenie, tak.
Ale nic by nie zdziałała bez twojego przyzwolenia/ poddania się/ znalezienia siły wewnętrznej.

A co z opuszczeniem?
Dała się opuścić czy została opuszczona.
Gdy ktoś bliski umiera...
Przecież to czysta biologia, kolej rzeczy.

Ale może gdyby się pożegnała... Gdyby nie odkładała na później. Gdyby uwierzyła że to może się stać, że to realne...Lecz Babci już nie było.

Nie ma mnie tu

Gaba Kulka "Napisy końcowe":

Tyle nut, tyle słów
Tyle słów, tak mało sensu
w sumie
nie ma mnie tu wcale, nie ma
tu mnie wcale, nie

Tyle snów, tyle snów
Tyle snów mam na sumieniu
I według nich osądzą mnie

(tyle szumu, tyle krzyku)
(czego ona jeszcze chce)
(tyle szumu, tyle krzyku)
wokół mnie

A ja chciałam tylko filmu
Ja chciałam tylko filmu
z tobą
w roli
mnie

Nie ma tu jej wcale
Nie ma tu jej wcale, nie

czwartek, 17 czerwca 2010

Kierunek: szkoła wyższa

Dobrze więc. Studia.
Co ją pasjonuje, tak? Hmm i tu był problem: są dwie dziedziny.
  1. Psychologia, jakże by inaczej. Praca z ludźmi, odkrywanie, szukanie sedna, to cudowne!. Tylko że aby to robić, trzeba skończyć studia (psycho, socjo, reso, coś takiego), czyli 5 lat + 3 - 4 lata szkoły psychoterapeutycznej, która jest droga. Nie miała takich warunków i wątpiła, żeby pracując w trakcie studiów tyle odłożyła. No już pomijając fakt, że szkoła techniki która ją zainteresowała nie przyjmuje osób po interwencjach psychiatrycznych.I że konkurencja jest przytłaczająca.
  2. Nie wiedziała jak to nazwać- robótki ręczne? Nie jakieś dzierganie, bardziej praca rękami. Jakieś tam majsterkowanie, naprawianie, itd. Ogólnie to, przy czym dzierży się w ręku obcęgi tudzież śróbokręt, co wymaga precyzji i/lub zmysłu artystycznego. Tylko czy można z tym wiązać przyszłość?
I co znaczy człowiek zajmujący się czymś TAKIM?
Może dałoby się to jakoś połączyć, byłoby idealnie.

Pamiętała, jak była świeżo po maturze. Wtedy nikt się nie przejmował tym, czy po danych studiach znajdzie pracę, czy nie. Brało się to, co się chciało. I było prościej. A teraz? Dylemat: coś co ma perspektywy, czy coś co się kocha - ale bez gwarancji, że będzie z czego żyć.
Stłumione naturalne, spontaniczne odruchy na rzecz odpowiedzialności. Na ile jest to przydatne?
Została wychowana w domu, gdzie ktoś bez studiów wyższych, albo humanista niewiele znaczy. Rodzina nauczycielska: ojciec fizyk, matka matematyczka. W grę wchodziły prawie bez wyjątku kierunki techniczne. "Psychologia? No tak, fajnie, skoro to lubisz... Ale wiesz ilu jest psychologów? Jak wygląda kształcenie? W dzisiejszych czasach tylko tytuł inżyniera zapewni Ci chleb i dach nad głową."

I w tej głowie mętlik.

wtorek, 15 czerwca 2010

Jest / powinno być

Ach, zachwyt! Czym kim? Sobą! Narcyzem być... Przecież miała prawo, w pełni uzasadnione.
Któż, jeśli nie ona, ukończył terapię "ze skutkiem"?
Och i ma świadomość, i zna tyle określeń psychologicznych.
I myśli!
I pięknie ubiera w słowa to, co czuje, choć nie umie tego nazwać.
I jeszcze bierze odpowiedzialność za siebie, i za innych też, i dba o relacje, i aż tchu braknie!
Och jest normalna! Zwyczajna- niezwyczajna..!


I niezbyt spełniona... samotna wciąż.
Rozdźwięk między tym co jest a "powinno być".
Na fali samozadowolenia tak łatwo przeoczyć.. tak łatwo w biegu minąć jakiś ważny element, bez którego ani rusz. Zapomnieć o innych - albo o sobie.
Myślisz: jest idealnie: w miarę pozytywny nastrój; praca; dobre relacje z rodziną, przyjaciele nieliczni, ale obecni. Nie chcesz wchodzić w to dalej, zostajesz na wierzchu, bo wygląda ładnie.
Pozory.
Cenne są te chwile, kiedy dajesz sobie podważyć osądy i opinie. Kiedy ktoś odważa się rozpruć szew na misternie przez Ciebie zaprojektowanej ułudzie i przekonujesz się, że to, co uważałeś za elegancką spódnicę - to tylko halka.
Znika samozadowolenie i stagnacja- możesz znów zacząć szukać, iść, wspinać się.
Kiedyś w szpitalu przypisana jej pielęgniarka powiedziała jej, że bardziej się niepokoi, gdy jest rozentuzjazmowana, niż gdy wszystko neguje i daje się opanować rezygnacji. Nie to, żeby hamowała jej dobry humor i cenzurowała radość: po prostu tak często jest, że dopiero niepowodzenie zmusza do szukania nowych rozwiązań.
Chociaż niepowodzenie to za dużo powiedziane.
Dzień wcześniej ktoś zwrócił jej uwagę, że przyjaźń z koleżanką z pokoju jest dziwnie podobna do relacji z przeszłości. Tzn: ona się angażuje, koleżanka nie, ona daje, nie biorąc nic prawie, ona zabiega, martwi się, troszczy, a z drugiej strony sygnał zanika. Z początku mówiła, że nie, że to nie prawda, broniła, tłumaczyła... że ona jest w kiepskim stanie, też ma problemy... Krótko mówiąc - jeśli nie ona, to kto, no przecież jest jej najbliższą osobą. Tylko że jakoś nie dzwoniła. W ciągu prawie 3 tygodni milczenia koleżance nie przyszło do głowy, co ona mogę czuć.
I teraz próbowała wyważyć - na ile to sprawka zaburzeń, a na ile "pozwalania sobie"? Co mogła zrozumieć i wybaczyć, a czego już nie? Nie wiedziała jak wygląda zdrowa relacja, jaki powinien być w niej transfer energii.
Nie chciała stracić M.
Ale też nie miała zamiaru kurczowo się jej trzymać.

niedziela, 13 czerwca 2010

Na przyszłość

Mogłoby się wydawać że jest tak pięknie. Że terapia wymazuje wszelkie problemy. Nie: niedogodności życiowe, tylko problemy myślowe, lękowe.


Zadzwoniła w ostatnich dniach na oddział 7F. Wychodząc z niego obiecała, że się odezwie za jakiś czas i powie, jak sobie radzi. Sprawdziła kiedy B.B. będzie na dyżurze i zatelefonowała. W sumie z wyborem czasu, by to zrobić, czekała, aż wszystko mniej więcej się ułoży. Żeby nie było. Żeby nie sprawić zawodu. Bo z tego co słyszała, zaliczono ją do pacjentów, którzy coś wzięli z terapii, nie zmarnowali jej. To zobowiązuje. Jeśli raz zostanie się docenionym, nie chce się, by czar prysł. Łatwiej jest mówić o sukcesach niż porażkach. Tym bardziej, jeśli całe życie było się przekonanym, że tylko idealni ludzie mogą coś osiągnąć.
Ciągle bywały momenty, takie chwile uświadomienia, które sprawiały, że czuła się do niczego, bez wartości. Kiedy zamyka starannie drzwi i płacze w poduszkę. Albo pod prysznicem. Kiedy nie wie co ma robić dalej i ogarnia ją bezsens. Kiedy w głowie kołacze się pytanie- dokąd to doprowadzi? czy warto? czy ma szansę?

Wybierała kierunek studiów. Łatwe? Już tu zaczęły się schody: jest tyle ciekawych rzeczy: informatyka, fotografia, psychologia, grafika... Nie wiedziała na co się zdecydować. I do czego się nadaje. Praca z ludźmi czy raczej techniczna? Robiła jakieś testy predyspozycji zawodowych, wyniki były sprzeczne albo nie odpowiadały jej ambicjom. Gdyby miała więcej czasu... Żeby przeszufladkować myślenie, uporządkować je.
Ale nie miała. I bała się, że decyzja, którą podejmie, będzie błędna i znów straci czas. I jakąś szansę.

środa, 9 czerwca 2010

Takie tam gadanie

Może komuś się wydawać, że terapia to takie nic. Idzie się do kogoś, gada z nim/do niego. I tyle. Ani w tym żadnego wysiłku, ani efektów. No bo jak - samym gadaniem miałoby się coś zmieniać? Co mają słowa do rzeczywistości, do uczuć, emocji, postaw, zachowań? Zdarzają się opinie, że to dla leni i osób użalających się nad sobą, którym tak naprawdę nie chce się wziąć spraw w swoje ręce. Że to dla ludzi słabych.
Sama nieustannie toczyła walkę wewnętrzną. Z tym co podobno, co powinno się, i z tym co rzeczywiście.
Bo realia terapii, to naprawdę mocna rzecz. Osoba bez trudnych przeżyć i dysfunkcyjnej rodziny pewnie znudziłaby się szybko - o ile nie ma nic do odkrycia. Ktoś inny może przeżyć wstrząs. Nie na zasadzie, że nagle psychoanaliza ujawnia wyparte wspomnienia o molestowaniu; to takie przereklamowane.
Nie.
Wystarczy, że emocje wychodzą na jaw. Myślisz o sobie, że jesteś w miarę opanowany, no, bywało ciężko, przykrości ze strony innych, ale wszystko wybaczyłeś, zapomniałeś... jesteś inną osobą, silną, tak. I przykładowo, myślisz o swojej siostrze jako najbliższej osobie - możesz jej o wszystkim powiedzieć, zaufać, jest zdroworozsądkowa, obyta, wykształcona- wspaniała. I w czasie rozmowy z obcą osobą okazuje się, że ta siostra wcale nie jest taka anielska i nieomylna. Uświadamiasz sobie, że osądy na temat siebie i świata, które wydawały ci się twoje własne, rodzone- takie nie są. Przyjąłeś je bez mrugnięcia okiem uznając, że taka jest norma. Tylko że ta norma jest bardzo krzywdząca- i skrzywiająca obraz rzeczywistości. I co wtedy?
Budzi się żal, bunt, tak silne.
Później złość- tak, złość, ta okropna emocja, której nie wolno ujawniać.
Rezygnacja, bezsilność.
Chcesz obwinić o wszystko tę właśnie siostrę, to też ulga, że jednak nie ty jesteś odpowiedzialny.
Cóż za wspaniały wachlarz uczuć, i one wszystkie w tobie były!

A teraz trzeba to opanować.
Powoli.
Nic na siłę. Trochę zrozumienia i przyzwolenia- sobie, i innym. Na błędy, na uczucia.
I wszystko jakoś się wycisza.
Może do następnego razu - może.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Auto - stop

W takich chwilach jak dziś przychodziły jej do głowy słowa: wspomnienia palą mnie jak słońce. Skąd to określenie się wzięło - nie wiedziała. Nawet nie oddawało w pełni jej odczuć. Było banalne. Ale wracało, zdecydowanie zbyt często. Wystarczało jedno błędne posunięcie. Przypadkowe otwarcie teczki z dokumentami, z leżącą na wierzchu karta wypisu. Stary pamiętnik. Pojawienie się na facebooku dawno zapomnianej osoby. Powrót nadziei (tak, ona istnieje!)
Życie przeszłością nie ma sensu. Trzeba wyciągnąć z niej wnioski, i iść dalej. Ją coś hamowało. Nie, nie coś. Ona sama. Dawała sobie prawo do uczuć, marzeń, porywów serca nawet. Po czym anulowała je.

To czego się nauczyła i co miało największą skuteczność w wychodzeniu na prostą, to autoanaliza. Dzięki niej mogła wychwycić nieścisłości i sprzeczności w myśleniu i działaniu. To było dobre.
Ale czasem kierowało się przeciwko niej. Szczególnie w relacjach. Zyskiwała coraz większą świadomość siebie, swoich zalet - ale i niedoskonałości. Zawsze sądziła, że ludzie nie lubią osób niedoskonałych i dążyła do ideału. Nadal nie potrafiła tego przeskoczyć. Nie czuła się dość dobra. W ogóle. Dla kogokolwiek.
Była niedojrzała, niewykształcona, niestabilna. Taka prawda. Nie bynajmniej rozżalona, o nie. To taka bezsilność trochę, zrezygnowanie, ale też poczucie, że, no czego lepszego mogła się po sobie spodziewać.
Był też jakiś tego pozytyw: temperowało to nieco jej dumę, a naprawdę było jej to potrzebne. Swoją drogą czy to nie paradoks, że osoba z nie najwyższym poczuciem wartości jednocześnie czuje wyższość w jakichś aspektach? Są rzeczy których nie ogarniała.

sobota, 5 czerwca 2010

Złota rybko, złota rybko

Zastanawiała się kiedyś: gdyby miała jedno życzenie, gdyby mogła je wypowiedzieć i zostałoby spełnione, czego by pragnęła? Tyle marzeń, tyle potrzeb do zaspokojenia. Wiele z rzeczy, które przychodziły jej do głowy sukcesywnie wykluczała. Po co jej pieniądze, mogła je zarobić, po co jej święty spokój - bywa nudny. Długi czas myślała, że może idealna figura- ale w sumie co to znaczy idealna, i przecież to głupie, wybrać TAKIE marzenie, przecież to małostkowość i brak ambicji. Czytanie w myślach byłoby na dłuższą metę nie do zniesienia. Czego sama nie mogła zmienić?

Przeszłości.

To coś, co kładło się cieniem na całym jej życiu, czaiło się i wywoływało lęk przed nie akceptacją, odrzuceniem, w kluczowych momentach. Myślała, że to już za nią, że ważne jest to co robi teraz i jak planuje przyszłość. Myślała, że nikt nie musi o tym wiedzieć: jest teraz nową, silną osobą. Ale choćby chciała, nie mogła się tego pozbyć - części siebie.

Gdyby mogła... Tylko co by to dało?

Nie chciała żałować, nie chciała ukrywać, grać osoby, którą nie jest - bo to jaka jest teraz nie wzięło się znikąd. Czy idąc w góry liczy się tylko fakt dotarcia na szczyt? A widoki, pejzaże, przygody po drodze?

Bała się nie akceptacji - ale podobno miłość to całkowita akceptacja drugiej osoby. Więc jeśli ktoś nie jest w stanie jej tego zapewnić - to znaczy, że nie jest TĄ osobą, cokolwiek to znaczy.

Nie chciała, nie zamierzała uciekać od przeszłości.

środa, 2 czerwca 2010

Co jest normalne


Stresowała się trochę terapią, bo nie zrobiła zadania. Ale jej terapeutka okazała się równą babką i to zrozumiała. Stwierdziły zresztą, że kwestia odżywiania może poczekać, ważniejsze są inne rzeczy. Bo tak naprawdę to tylko skutek, źródło jest gdzie indziej, gdzie - tego trzeba było się dowiedzieć. A w czasie rozmowy wyszło coś, co ją zaskoczyło. Otóż to, że za dużo z siebie daje innym. Jakoś nigdy jej się tak nie wydawało. Myślała, że właśnie za mało... Że jest egoistką i raczej bierze, wykorzystuje, niż odwrotnie. Właściwie nadal tak myślała. Tylko że dopuszczała też taką możliwość, że może to być kolejne skrzywienie w postrzeganiu siebie... Musiała się zastanowić.
Najbliższa jej osoba z terapii, przyjaciółka, z którą była w pokoju, mieszkała w Warszawie. Dziewczyna z wersalki w tygodniu raczej tam nie bywała. Z pracy wychodziła najczęściej o 10 w poniedziałek, o 18 miała terapię. Z M. umawiała się "pomiędzy". W zeszłym tygodniu pracę skończyła w niedzielę, i jakoś nie spotkała się z nią. I od 2 tygodni nie miała z nią kontaktu. Dzwoniła wczoraj i nie odbierała, i teraz pytanie- dlaczego?
Nie umiała nie dopuścić też najgorszych scenariuszy, bo wiedziała, że M. nie czuła się najlepiej. Czy poczuła się jak "zapchajdziura", czy tak zrozumiała spotkania "pomiędzy"? Czy to kolejna osoba, z którą relacji nie udało jej się utrzymać. Czy ma prawo myśleć, że ona też mogła zadzwonić, czy mogła tego od niej wymagać? Tyle pytań, nikogo, kto by na nie odpowiedział. To był właśnie jej problem: nie wiedziała, co jest normalne, a co nie.