piątek, 27 lutego 2015

Bez - sen - s

Ech, no ile można, serio.

Zabierzcie huśtawki. Wszystkie. Z placów zabaw, ogródków, domów, dusz.

Miała dziś być na spotkaniu ze znajomymi.

Siostra chciała, żeby do niej przyjechała.

Klasyczny dylemat co chcą inni/co chce ona. Rozwiązany w najlepszy sposób, tj. nie pójść nigdzie.

Ćwiczyła śpiewanie do nabożeństwa w niedzielę. Bez potrzeby, bo i tak fałszowała.


Lista narzekactwa nigdy się nie kończy. Narzekactwa, czy... nienawiści. Tak. Na pytanie co czuje, dziś jest jedna odpowiedź. Nienawiść. Nienawiść do tego, co sprawiło, że jest taka, jaka jest. Tak kompletnie bezcelowa, niepotrzebna, zbędna, nijaka. Wybrakowana, niedopasowana, inna.

Nic się nie zmieniło. Od dobrych kilku lat nic się nie zmieniło. Ludzie biorą śluby, rodzą dzieci, dostają pracę, zyskują przyjaciół, rosną w wierze. U niej bez zmian. Jak to się mówi, ch......o ale stabilnie.

Wiedziała kto jest odpowiedzialny. ONA. ONA. ONA.

Tym gorzej

wtorek, 24 lutego 2015

Bo w dużej dziewczynce...

Jeden ze znajomych z uporem nazywał ją dziewczynką. Czasem nawet grzeczną dziewczynką. Osoba zresztą przez nią lubiana i ceniona, choć nieco niepokorna, jak to muzyk około czterdziestki. Byli na stopie zdecydowanie koleżeńskiej, podobne poczucie humoru, podejście do życia, niezbyt wiele poza tym łączących spraw. Więc, no cóż, rozumiała, że różnica 15 lat nie jest mała, niemniej jednak do określania dziewczynką, i to grzeczną, nie uprawniało. Z tego powodu na uparte określanie uparcie się buntowała.
Do dziś.
Dziś była na sesji.
Takie tam, wyciągnie pięćset razy upranych brudów, do czego to ma żal do mamy. Jaki żal, gdzie żal? Coś tam jednak się znalazło. W międzyczasie wyszedł temat jak to "w wyważony sposób" w relacji z nią jest dorosłym i dzieckiem. Przybliżając, chodzi o teorię systemową, gdzie rodzina to system składający się z podsystemów: jednostek, diad, rodziców, dzieci, małżonków, dziadków, mężczyzn, kobiet. Konfiguracji jest wiele. Chodzi tu jednak o konfigurację małżonkowie/rodzice versus dzieci. W rodzinach, w których w pierwotnej diadzie coś szwankuje, np mąż pije, jest nieobecny, niezaangażowany, w każdym razie nie dający oparcia, często w jego roli obsadza się dziecko. Jeśli matka zwierza się ze swoich problemów córce, pyta o wychowanie innych dzieci, traktuje ją jak partnera - to niemal pewne, że robi z córki męża. I da się to objąć empatycznym rozumieniem, jednak trzeba powiedzieć jasno: to jest ZŁE. To zaburzenie funkcjonowania, nadmierne obciążenie, szkodzenie dziecku. Zwykle nieświadome.
Po przeprowadzce do domu rodziców znalazła się w skomplikowanej sytuacji. Jest dorosła, jest prawie psychologiem. W domu jest nastolatka w apogeum wieku buntu. Mama jest bez wsparcia taty i musi sobie z nią radzić. Pytanie brzmi: wejść w to? Czy nie wejść, i jak? Pozwolić, by kolejne dziecko miało pod górkę? Zostać z boku? Byś doradcą, czy być siostrą? Wybrała obie opcje. Podwójną odpowiedzialność. Dlaczego? Bo "trzeba dbać o uczucia innych". Znany schemat. Schemat, w którym zawsze wysłucha, będzie zawsze rozumieć, nie powie nic co może zranić. Bo inni mają gorzej, jej uczucia... pff, kto by się przejmował, zresztą jakie uczucia. Dziecko, które bało się powiedzieć byle słowo, bo to groziło awanturą pod tytułem "moje dzieci mnie nie kochają, ja miałam trudniej, wam się poprzewracało w głowach, jestem taka zraniona". Dorosła, która nie wyrazi sprzeciwu, bo boi się odrzucenia, zranienia czyichś uczuć, sprawienia bólu. Naprawdę dorosła?
Dorosła zamknięta w pułapce rozumienia. Padło dziś pytanie, czy przebaczyła swojej mamie. No chyba tak, chociaż no, może to nie to słowo, raczej rozumie to wszystko, jej trudną sytuację, brak złych intencji itp. Ale czy zdaje sobie sprawę, jakie skutki miało to wszystko, jaki wpływ wywarło na jej obecne życie? No hmm no tak, widziała analogie, no tak.
I w tym momencie z tyłu głowy refleksja: nie przebaczyła. Dlatego, że przebaczyć musi być co. Ona usprawiedliwia mamę, tatę, wszystkich, rozumiała ich trudne sytuacje. Nie miała im tego za złe. Nie ma czego przebaczać. Przynajmniej tak jej się wydaje.
I wreszcie wniosek końcowy łańcuszka refleksji. Przebaczenie Boga. Nie odczuwała potrzeby przebaczenia z Jego strony. Nie wiedziała czemu. Jest tak nieczuła, zero sumienia? Teraz chyba to zrozumiała. Nie potrzebowała przebaczać, bo czyny innych widziała jako zbieg nieszczęśliwych okoliczności. "Nie są niczemu winni". O dziwo w relacji z Bogiem mierzyła Go swoją miarą. Błędnie, bo On co prawda jest kochający i empatyczny, ale jest też potężny i sprawiedliwy. I stworzył Prawo. A Prawo to Prawo, co tu dyskutować.
Miała jednak mgliste przeczucie, że jednak musi przebaczyć. Że potrzebuje tego. To nie będzie łatwa droga, bo musi też tym samym uznać winę innych. A dotąd sądziła, że jeśli ktoś może być winien, to przecież tylko ona. Czeka ją więc remanent. I dorastanie, po raz enty. Póki co natomiast, postanowiła, przestanie się buntować na określanie jej dziewczynką. I to nawet grzeczną. Bo przecież nadal nią jest.


czwartek, 5 lutego 2015

Pożyczone

Od znajomej: http://thefleetingday.com/ta-o-pustych-synapsach/
Bardzo dobry wpis. Jasny, prosty, prawdziwy. Tylko czy zawsze?

Zwróciła się wreszcie o pomoc. Spotkanie człowieka z człowiekiem, człowieka trochę bardziej pogubionego z trochę mniej pogubionym.
Herbata. Plik kartek A4 do notatek i zadań. Psycholog, która bez zahamowania mówi o tym, że leży jej na sercu. Mówienie sobie po imieniu.

Po latach terapii, i po latach przerwy od niej przyszła na rozmowę z myślą, że to bez sensu. I tak to nic nie da. Drętwa wymiana zdań, zero zrozumienia, tego mogła oczekiwać. Szufladka z potworami zostanie zamknięta, i dopiero, jak zwykle, gdy wróci do domu i usiądzie w swoim pokoju, komoda nagle się otworzy, zasypując ją trucizną. I jak zwykle nie będzie wtedy nikogo, żeby ją przed tym obronić. Ale nie. Okazało się, że szufladkę można otworzyć na sesji, i zrównoważyć ją antidotum. Okazało się, że nikt nie będzie jej wmawiał, że w środku nie jest arszenik, tylko najzwyklejsza mąka, i nie ma czego się bać. Nie. Po latach studiów na psychologii moc jej oddziaływania jakoś dla niej przygasła. A teraz znów rozbłysła. Nadal była jednak sceptyczna. Podstawowy problem to to, czy znów uda jej się otworzyć tę szufladkę. Sens tej terapii widziała tylko, o ile uda jej się nie zamydlić oczu A. A miała do tego predyspozycje. Jak zresztą stwierdziły wczoraj, jej poczucie humoru to jedna z zasłon dymnych. W życiu codziennym tylko garstka osób wiedziała, co się dzieje pod żartobliwą skorupką. Tak więc, o ile uda jej się wylać wszystko na sesji, będzie dobrze.

Zastanawiała się nad lekami. Dotąd na nią nie działały. Nie wiedziała też, czy tego wymaga, w końcu jakoś sobie radziła. Nie wiedziała. Łapała się na tym, że ocena rzeczywistości staje się dla niej niemożliwa. Jest tak, czy odwrotnie? Nie umiała określić.

Mimo wszystko, miała jakąś nadzieję. Kiedyś narzekała na nadzieję, bo każe żyć, w mglistym oczekiwaniu Lepszego. Ale może to i dobrze. Przynajmniej dlatego nie umarła.