piątek, 30 grudnia 2011

Poprzedniego dnia usłyszała słowa, które ją zdziwiły, przynajmniej w pierwszym momencie. Mianowicie koleżanka stwierdziła, że znajomość z nią jest dla niej zaskakująca o tyle, że spotkała osobę z jeszcze niższą samooceną niż ma ona.
Gdy opowiedziała o tym siostrze, ta była wstrząśnięta. Że jak to, myślała że u niej jest już tak dobrze, a tu taka niespodzianka, że pewnie ją to zabolało, że tyle pracy na nic. A dziewczyny z wersalki to, szczerze powiedziawszy, jakoś nie bardzo obeszło, ale zaczęła się zastanawiać, że może niesłusznie. Może to rzeczywiście takie straszne. Chociaż - nie wydawało jej się...
Zaczęła myśleć. Machina analityczna została wprawiona w ruch.
Pierwsze co ją zastanowiło, to czym kierowała się ta koleżanka - nie wiedziała co wg. niej jest wskaźnikiem poziomu samooceny. Z jej punktu widzenia ona miała dość wysoką, tak patrząc z zewnątrz, po zachowaniu. Ale mówiła, że nie, czyli siebie oceniała po wewnętrznym wrażeniu, a ją po zewnętrznym, co wydawało się dość niekonsekwentne i sprzeczne, a przynajmniej niemiarodajne. Nie mówiąc o tym, że nie wiedziała o samoocenę w jakim obszarze chodziło, bo to nie wszystko jedno.
Po drugie - wiedziała dobrze, że to jak siebie postrzega i traktuje odbiega nieco od ideału. Ale wiedziała też, że kiedyś było stanowczo gorzej. W tym momencie potrafiła np po fakcie stwierdzić że sobie poradziła - dawniej tak to umniejszała, że właściwie wychodziło na to że każdy jej sukces był dziełem przypadku. Dawniej nic nie mówiła o tym, nie wyrażała potrzeb, więc tkwiła w potrzasku - nie było szansy aby zmienić stan rzeczy. Teraz mówiła, że coś by chciała (czasem po prostu się "żaliła"), i zwykle dostawała na to satysfakcjonującą odpowiedź - co sprawiało, że ta samoocena powolutku szła do góry.
Po trzecie, nie każde zachowania, czy zabiegi, które wydają się wskazywać na niedocenianie tego co się robi, są takie w rzeczywistości. Czasem to celowe zagrania, czasami żart (ale na jej żartach nie każdy się znał), czasem stwierdzenie faktu (np nikt jej nie słucha) bez oceny. 

Miała nadzieję że to rozkminianie odsłoni jakieś uczucia a'propos. A jednak nie. To znaczy że a) ta sytuacja jej nie obeszła i nie jest warta rozważań, lub b) jest jakaś sprawa która obecnie bardziej ją zajmuje, ale nie dopuszcza tego do świadomości, lub c) żadna odpowiedź nie jest prawidłowa, lub d) wszystkie odpowiedzi są prawidłowe.

piątek, 23 grudnia 2011

Podsumowania

Nadchodziły święta. Szczerze mówiąc, nie była szczególnie przywiązana do tych dni. Statystyki mówią, że w okolicach Wigilii i Bożego Narodzenia rośnie liczba samobójstw. Rozumiała to, bardzo dobrze. Na szczęście czasy, gdy była skłonna w ten sposób działać, już minęły. Teraz skupiła się na byciu z rodziną i korzystaniu z kilku dni wolnego od uczelni.
Przy okazji, ponieważ rok zbliża się ku końcowi, nachodziły ją myśli - co takiego w nim przeżyła, o co była bogatsza, czego się nauczyła, kogo spotkała - i czy to wszystko należycie wykorzystała. Bo najgorsze to uświadomić sobie, że ten czas gdzieś umknął, prześlizgnął się przez palce i już nie będzie można go odzyskać; że o włos, ale jednak, minęło się coś ważnego.
Jak to było u niej?
Myślała, że jeśli chodzi o wiek emocjonalny, wkroczyła w okres liceum. To dobry wynik. Nie żyła tyle lat - nic nie stanie się ot tak, przy pstryknięciu palcami (czego notabene nie potrafiła). Mimo, że czasem się niecierpliwiła - na wszystko jest czas. Nieraz było jej głupio: ludzie w jej wieku mają zwykle na koncie przynajmniej roczne związki. Ale tak. Na wszystko był czas.
Pierwsza połowa tego roku była... jeszcze dość senna. Proces wybudzania też trwa chwileczkę. Ale od października, albo nawet chwilę wcześniej, ruszyła do przodu. Zdecydowanie. Co z tego, że tak jakby nadal była sama. Miała wzloty i upadki, chwile porywów i chwile radzenia sobie z ich odejściem. Pełen repertuar uczuć, jak w tęczy. Co, jak sądziła, nie było łatwe dla jej bliskich, była świadoma, że dała im popalić. Ale też, dzięki nowym doświadczeniom, nieco się do nich zbliżyła. Przynajmniej do jednej osoby.
Co dalej... Spotkała na swej drodze cudownych ludzi. Na razie wiedziała, że leci na wrażeniu "cud-miód-maliny". Dostrzegała też na horyzoncie czające się pierwsze trudności, jednakże - ci ludzie byli, to już postęp. 3 miesiące, to zakrawało na swego rodzaju stałość, tak jej potrzebną, upragnioną. Ale, tak czy inaczej.
Spełniała się na studiach, kochała to, czego się uczyła. Czuła, że idzie dobrą drogą. Choć czasem nie widać, by była tego świadoma.
Brakowało jej jeszcze jakiejś osoby, która dostrzegałaby jej potrzeby, ale tu akurat wiedziała, że to po części jej działka - zbyt dobrze się kryła. Od czasów kompletnego nieradzenia przeszła do opcji wszyściutko-jest-w-porządku-jeszcze-Ci-pomogę. Teraz nadchodził moment zrównoważenia. Kolejny szczebelek na drabinie do szczęścia. Nie, wróć. Na drabinie szczęścia. Bo to nie jest tak, że trzeba dojść na sam szczyt, i dopiero wtedy je osiągnie. Szczęście to takie miłe stworzenie, które daje się poznać wcześniej. Pomalutku.

piątek, 2 grudnia 2011

Miłość i inne nieszczęścia

Zakochanie się skończyła.
Co pozostało?
Przyjemne wspomnienie.
I żal.
Nie o to że nie wyszło - ale o brak tego co należy się każdemu jak prawo do życia.
Szczerości i uczciwości.
Może za dużo wymagała, choć wydawało jej się, że to podstawa.
Może mężczyźni nie posiadają nawet w znikomym stopniu czegoś takiego jak sumienie, takt, czy jak to nazwać.
Czy miała w takim razie zmienić wymagania..?

środa, 30 listopada 2011

Komendy wydano

Bólu znikaj
Mózgu wróć
Chcę myśleć
Analiza tylko ma sens
Rzeczowa

Głupie uczucia, idźcie sobie
Głupi, źli ludzie, ulotnijcie się, szybko

Spokoju tylko chcę
Ugasić pożar
Sprzątnąć zgliszcza
Środka

niedziela, 20 listopada 2011

Wszystko się zmienia, coś jest, a później tego nie ma...


To był bardzo dziwny okres, jak dla niej. Bogaty. Obfity w wydarzenia. Przewracający jej światopogląd do góry nogami. Ciągle weryfikowała swoje dotychczasowe sądy o rzeczywistości, i przekonywała się, jak niewiele wie. Oraz, że prawdopodobnie dużo więcej się nie dowie, a przynajmniej nie będzie to wiedza absolutna. Że nie ma takich przemyśleń i opinii, które sprawdzają się zawsze i wszędzie. Ideały są fajne i czynią człowieka lepszym, ale też narażają na rozczarowania.
Chwilami miała wątpliwości, czy tę skondensowaną wiedzę, wir wydarzeń w jaki została rzucona, uda jej się okiełznać i poukładać w szufladki. Jak to się mówi - ogarnąć. Na ile rzucające nią emocje ją wzbogacą, a na ile wyczerpią. Bo jak twierdziła jej siostra, miała teraz bardzo przewidywalne stany - 24 godzinne fazy dołka i górki. Regularnie. Ale co dziwne, chociaż huśtawka emocji to jej znak rozpoznawalny i objaw z którym walczyła od lat, obecna sytuacja jakoś jej nie przygnębiła, raczej - bawiła. Przewidywała, że w przeciwieństwie do tych poprzednich, może przynieść interesujące owoce.

Wiedziała że ciągle nie jest "zdrowa". Nadal nie do końca czuła się kobietą, nie czuła, że może być kobieca, że jest..? Całą sprawę utrudniało jej trochę właśnie jej zaburzenie. Przezwyciężenie postawy "chcę żebyś mnie polubił, ale i tak wiem że mnie znienawidzisz" nie jest proste. Ale - nikt nie powiedział, że będzie prosto. Poza tym, może chwilowo, z racji górki, miała wiarę właśnie. Że tak.
Tyle już za nią... z tym co nadchodzi też da sobie radę. Sobie - z innymi. Bo miała takie osoby, które sprowadzały ją na dobrą, racjonalną drogę, wspierały jak mogły, dawały wytchnienie i dzieliły się tym, co same doświadczyły. I nie pozwalały się wycofać.
Co mogła jeszcze powiedzieć? Może to, że mały promyk zaczął się tlić...
Takie mikro światełko optymizmu, wiary - że ma wartość.
I kiedyś ktoś się na tym pozna.
Ktoś zwyczajnie wyjątkowy.

czwartek, 3 listopada 2011

Puzzle

Po raz kolejny układanka się rozpadła. Co gorsze, ona razem z nią.
Nie była w jakimś dole, nie. To właściwie dziwne. Miała całkiem niezły nastrój. Rozmawiała z ludźmi, śmiała się.
Ale to jakby nie jej. Nie rozumiała. Nie rozumiała, co oni mówią, co znaczą ich miny, żarty, jaki mają cel...
Wplątywała się w myślenie, że mają jakieś zmowy, że wiedzą więcej niż im powiedziała, że to jakieś układy, że każde słowo ma dwa, albo i trzy dna. Wiedziała że to zły kierunek, ale jak miała sobie tłumaczyć... Nie wiedziała. Nie rozumiała.

Była niezadowolona z siebie, i trochę zła na kogoś innego. Bo? Za cicho mówi. Może to głupio brzmi, no tak. Ale bycie niesłyszanym, to coś tak frustrującego... Jakby jej nie było. W towarzystwie, małej paczce, w której sądziła, że jest miejsce dla każdego. Nie umiała o nie zadbać.
Zresztą traciła poczucie że jest.
Może to wszystko sen.

niedziela, 23 października 2011

Wskazówki

Cóż to za ulga, ułożyć myśli i uczucia, uporządkować głowę i wyciągnąć wnioski.
Wreszcie, po tygodniu niemal, osiągnęła stan względnej równowagi. Miała plan. W jaki sposób przewartościować swoje myślenie i nastawienie.
Odkąd usłyszała o terapii Gestalt, żywiła do niej jakąś sympatię. Przy okazji robienia zadań na ćwiczenia natknęła się na jej 9 zaleceń.

1. Żyj teraz. Zajmuj się tym, co jest teraz, a nie przeszłością lub przyszłością.
2. Żyj tutaj. Dawaj sobie radę z tym, co obecne, a nie z tym, czego nie ma.
3. Przestań sobie wyobrażać. Doświadczaj tego, co realne.
4. Powstrzymaj niepotrzebne myślenie. Raczej smakuj i spostrzegaj.
5. Raczej wyrażaj, zamiast manipulować, wyjaśniać, oceniać czy osądzać.
6. Poddawaj się nieprzyjemności i bólowi dokładnie tak samo jak przyjemności. Nie ograniczaj swojej świadomości.
7. Nie akceptuj żadnego innego "muszę" i "powinienem" niż twoje własne.
8.Weź odpowiedzialność za swoje czyny, uczucia i myśli.
9. Poddaj się byciu takim, jaki jesteś

Mimo, że ich treść była jej jakoś znana, bo poszczególne punkty przewijały się podczas terapii wielokrotnie, to widząc je w takiej formie - doznała olśnienia. DOTARŁO.
Pomyślała, w związku z niedawnymi wydarzeniami, że to jak myśli tylko ją krzywdzi. I innych też. Pomyślała, że - łał - można inaczej.

1. Bliskość, której doświadczyła w ostatnie urodziny, mogła postrzegać z punktu widzenia jej utraty ALE też mogła potraktować ją jako trafiony PREZENT.
2. Mogła zastanawiać się co powodowało tą osobą, by jej go dać, a potem odejść, jednak mogła też odpuścić i zaakceptować fakt, że tak się stało.
3. Mogła być zauroczona i zajmować się a. negatywną przeszłością (np. co zrobiła nie tak - co oczywiście hamuje) lub b. przyszłością w sposób roszczeniowy (np. dlaczego nie będą razem - co też jest frustrujące). Ale mogła też być tu i teraz, bez pretensji i oczekiwań.
4. Mogła myśleć, że POWINNA spróbować zdusić uczucia w środku (i cierpieć w milczeniu, bo to wbrew temu, co sama CHCE). Jednak, jeśli poszłaby za pkt. 3, czy komuś one zaszkodzą? Zauroczenie dodaje sił, czemu miała marnować energię na zaprzeczanie?
5. Mogła, i chciała, cieszyć się tym co ma (zadziwiające, ale tak to jest, że samodzielne dojście do jakiegoś wniosku bierze się dużo bardziej do siebie niż słowa innych, nawet podziwianych osób)

Tak w skrócie, jak to powiedział Philip Zimbardo, mogła korzystać z pozytywnych wydarzeń przeszłości, koncentrować się na tym w teraźniejszości, co daje radość, a o przyszłości myśleć wytyczając osiągalne cele.

I to jej da poczucie wolności, tak sądziła.

środa, 19 października 2011

When there is nothing left to burn, you have to set yourself on fire

Chwilami myślała że zemdleje. Brakło jej tchu, a może bardziej chęci?
Zobojętniała na sygnały z zewnątrz. Wydawało jej się, że zamiast skóry ma pancerz, i nic, nikt już nie dotrze do środka - ani ona z niego nie wyjdzie. W jakimś sensie podobało jej się to. Mimo że ten nagle powstały mur nie pozwalał, by jej ból wydostał się na zewnątrz, to też trochę chronił to, co jeszcze dobrego w niej zostało. Miała wrażenie, że jest tylko bezstronnym obserwatorem, który widzi wszystko, a jego nikt. Prawie nikt. Czasem znajdował się ktoś, kto dzięki sprytnym zabiegom, zwanym potocznie "gnojeniem" i naprzykrzaniem się powodował ruszenie lawiny. Ale to nie było dobre.. 
Dostrzegała wtedy, że ten mur to tylko atrapa, że na długo nie starczy, że trzeba żyć i albo wznieść nowy, albo, jak mówi piosenka - jeżeli nie ma już nic do spalenia, trzeba złożyć w ofierze samego siebie. Serce chciało budować mur, ale rozum przychylał się do tej drugiej opcji - zrewidowania światopoglądu, postawy, a przede wszystkim oczekiwań wobec siebie i innych osób.
Czekało ją duże zadanie.
Nie widziała jeszcze, jak to będzie wyglądać. 
Czy się uda.
Czy w trakcie nie spali się do cna.
I co będzie ZA MUREM

poniedziałek, 17 października 2011

Gdy kobieta kocha, od ciszy pęka głowa

Zdążyła zapomnieć, czego jej brakuje.
Ktoś niechcący otworzył jej oczy.
A to kurewsko boli. Nawet pomijając tę osobę.
To tak, jakby miała wypadek, doznała szoku, i jakby właśnie ten szok mijał, za to docierał ból ze sponiewieranego ciała.

Bardzo, bardzo, bardzo się starała.


Miała wrażenie, że nikogo to nie obchodzi, co się z nią dzieje. To też bolało. Bo, jak sądziła, sama trzymała ludzi w takiej odległości.

wtorek, 4 października 2011

Siostra

Była szczęściarą.
Były w jej życiu rzeczy dobre i takie, za które była wdzięczna.

Mamie, że urodziła jej Siostrę. Nie wiedziała, czy tak może to ująć, bo zrobiła to na 2 lata przed jej pojawieniem się na świecie. Była więc wdzięczna po prostu za to, że tę Siostrę ma. Trochę ta wdzięczność należała się właściwie samej siostrze. Bo to, że ją miała nie było równoważne z tym, że była. Bo bycie (w sensie - bycie obecną w czyimś życiu) zależało tylko od niej, od jej wyboru, decyzji, chęci.
Przez długi czas otaczała ją mgła. Nie widziała ludzi wokół, byli tylko cieniami. Relacje rodzinne i ciepłe uczucia kierowane do niej z tej strony jakoś marginalizowała (bo to rodzina, bo oni muszą, itd.). Był okres że nie czuła, nie chciała. Mimo to ktoś zawsze przy niej był. 

Nawiedziła 3 szpitale, 4 oddziały. Jej siostra dotarła na każdy z nich, i to nie raz. Chociaż sama miała problemy, choć niezbyt entuzjastycznie była przyjmowana, jakoś jej to nie przeszkadzało. Siostra miała naprawdę znaczny udział w tym, że ona przeżyła, nie poddała się, że przetrwała te kiepskie lata. I że przetrwała nich relacja
To tak a'propos przeszłości.

A dziś? Nadal była dla niej. I w jakimś stopniu odwrotnie.
Nieraz rozumiały się bez słów (może telepatia istnieje?). Były różne, ale bardzo podobne. Były dla siebie. To takie fajne, mieć przyjaciółkę bez cienia rywalizacji. Przeżyły już kłótnie i wyścigi o chwiejną uwagę mamy. Teraz nawzajem mogły się nią obdarzyć. To takie... bezpieczne. Kiedy o niej myślała, czuła ciepło w sercu. Wiedziała że ją wybieram, i że ona ją wybiera, codziennie. I doceniała to.
Siostra była wobec niej szczera i ona też mogła się otworzyć.
Była dla niej ważną osobą, może najważniejszą, na ten moment.
Była jej światełkiem w tunelu.

Bardzo się cieszyła, że ją ma.

czwartek, 29 września 2011

Tsunami niepowstrzymane fale

"Wychowała się w domu, gdzie zadaniem kobiety było rozpoznawanie i zaspakajanie potrzeb mężczyzny. Nie miała od kogo nauczyć się mówienia wprost o tym, czego sama by chciała. Jej matka była mistrzynią w maskowaniu swych pragnień, i to też wpoiła córce. A ta stała się jej najlepszą uczennicą. Sztukę ukrywania opanowała niemal do perfekcji. Niemal.
Bo od czasu do czasu strumień niezaspokojonych potrzeb, które się w niej gromadziły, znajdował jakąś szczelinę. I jak to zwykle bywa w przypadku cieczy pod ciśnieniem, wydostawał się na zewnątrz rozrywając ją na wskroś. Mała szczelina powodowała trzęsienie całego świata. W każdym razie tak to postrzegała - i śmiertelnie się tego bała.
Zwykle szczeliną okazywał się drugi człowiek i uwaga, którą nieszczęsny jej poświęcił. Nie ważne w jakim charakterze - przyjacielskim, czy partnerskim. To wystarczało, by wzniecić aktywność podstawowej, i najsilniejszej potrzeby - bliskości. Ale fala tsunami zmiata każdego, i nikt, nawet przy najlepszych chęciach, jej nie podołał. Kolejne osoby uciekały, co było, z żalem to stwierdzała, logiczne.
Wtedy ona też tonęła. Bezgraniczne poczucie winy, straszliwy wstyd i brak sensu spychały ją w smutek na miarę Rowu Mariańskiego. Snuła rozważania "co by było gdyby" i "dlaczego nie tak". Co oczywiście nie doprowadzało do niczego poza wzrastającą frustracją, która ledwie mieściła się w granicach wytrzymałości.
Sił miała już niewiele.

Potrzebowała pomocy. Ale o tym też nie umiała powiedzieć."

wtorek, 27 września 2011

Niemowlaki w dorosłej skórze

"Nie wiedzieć czemu, przestało jej wystarczać chowanie i zapominanie. Białe, gładkie, lekko wypukłe efekty koalicji rąk, pogmatwanej psychiki i metalu nie próbowały już udawać przyjaznych. Urosły do monstrualnych rozmiarów, każąc zastanowić się - po co to było?
Jakiś czas wcześniej mimo odruchu zwrotnego przełknęła nadaną jej etykietkę emo i osoby, która za wszelką cenę chce zwrócić uwagę (w taki sposób, mówiono pogardliwie). Teraz ten but o rozmiar za mały zaczął ją uwierać...  Bo właściwie czemu to, że żaden inny sposób nie wystarczał by zdobyć coś, co tak naprawdę należało jej się, z racji urodzenia, było wytykane jak wina i powód do wstydu? A może to kto inny powinien się wstydzić..? Poza tym, czy rzeczywiście taki miała cel i zamysł - skoro większości blizn nikt nie widział?
Gdzieś w środku czuła potrzebę utulenia śladów po tych swoich małych operacjach. W jakiś sposób wywoływały w niej skojarzenia z niemowlakiem, tak samo bladym, gładkim i pulchnym. Bardzo chciała go ukołysać, ułożyć do snu, ukochać... Jeszcze nie wiedziała jak to zrobić, którędy do niego dotrzeć, ani jak ma na imię. Ale miała pewność, że to kwestia czasu, poszukiwań - i chęci.
Bardzo chciała"

środa, 14 września 2011

Zabłądziła

"Wzrokiem błądziła gdzieś w okolicach podłogi i dolnych partii ścian. Oczy innych ludzi jednogłośnie wykreśliła z rejestru miejsc odwiedzanych. Wstydziła się, że zobaczyliby w nich smutek. Znów. Nie chciała obciążać, tylko jej wstrzymywane łzy ciążyły w drodze do pracy, tylko ona była osobą, którą pozwalała sobie obciążać. Nie wiedzieć kiedy straciła ochotę i zdolność do rozmowy. Myśli rwały jej się w pół zdania. Uciekała od rozmów, od utkwienia w miejscu, od dotknięcia stopami podłogi - rzeczywistości, która nagle zaczęła budzić nieokiełznany strach. Nagle? Znów. Nie chciała przyznać, że znów jest kiepsko, że nie daje rady, przecież już było dobrze. Miała być bohaterką, wzorem. Na zewnątrz grała silną, w środku ukrywając powoli postępujący rozkład. Nie mogła sobie pozwolić na..."

czwartek, 28 lipca 2011

Bajka o zrównoważeniu

Było dobrze:) Nawet bardzo.
Wyprowadziła się, zarabiała, od października nowe studia, ukochana psychologia...

Ludzie wokół.
I ona wśród nich, co dziwniejsze.
Cieszyła się życiem, nawet smród w tramwajach miał jakiś urok, dość specyficzny.

Muzyka brzmiała wspierająco, wychwytywała te tony, które niosły nadzieję i radość.

Radość.
Ciągle zaskakiwało ją, że ją czuje, to takie niecodzienne, i cenne poniekąd. Jeśli odczuwa się radość przez całe życie, czy nie traci na wartości? Ona wpadała w zachwyt nad każdą małą chwilką, witała ją tak jak wita się nowonarodzone dziecko, ciągle od nowa, ciągle z równie wielkim entuzjazmem...

Pisząc to miała świadomość że "to też minie", jak mówi pewna bajka.
Pewien król postanowił sprawdzić swoich mędrców. Dał im zadanie - niech stworzą coś, co w chwilach entuzjazmu nieco go ostudzi, a w chwilach smutku tchnie nadzieję. Mędrcy myśleli i myśleli, ale przychodziły im do głowy tylko rozwiązania częściowe. W końcu zgłosił się do króla mędrzec nikomu nieznany, i wręczył mu zwykłą obrączkę. Zwykłą, gdyby nie wygrawerowany napis "To też minie". Król oczywiście był pod wrażeniem, zatrzymał mędrca jako osobistego doradcę i hojnie go nagrodził. 
Tak więc gdzieś tam wiedziała, że nie będzie już na wieki wolna od trosk, że smutki wrócą, nawet rozpacze włącznie z myślami "s". Ale cieszyła się chwilą, co innego można robić?

poniedziałek, 30 maja 2011

"Kocham cię"


Co powinna dawać matka?
Wsparcie, jakie, no emocjonalne, czyli żeby to pokazać to co ma wyrazić?
No uczucia.
Czyli co ma m.in. powiedzieć?
Magiczne 2 słowa: kocham cię.

Nie znosiła tych słów. To hipokryzja w czystej postaci.
Brzmiały sucho, pachniały plastikiem i kiepsko ukrywaną interesownością.
Jeszcze takie macierzyńskie kocham cię to mały pikuś, powiedzmy przejdzie czasem, jako miłość własna, bo w końcu dziecko z matki się bierze.
Ale faceta który to mówi nie wyobrażała sobie nijak. No jak, gdzie? Co za pomysł!

Według jej mózgu faceci nie kochają, nie czują. To było po prostu jej krzywe zwierciadło. Trochę mocno krzywe. Dziwne.

Ale koniec końców, jak mogła postrzegać takie kocham cię? Dla niej nigdy nie miało głębi...
Od matki słyszała te słowa rzadko, i raczej sądziła, że słyszałam, bo konkretnej sytuacji nie pamiętała; myślała, że mówiła, to możliwe. Ojciec nigdy tego nie powiedział. Nawet w liście który jej przekazał po próbie "s" nie było o tym mowy. Tylko rady, pouczenia, takie podejście naukowe. Żadnych uczuć.
Ojciec mówił mamie kocham cię tylko na pokaz, żeby dzieci myślały, że coś między nimi jest. Ale nie przytulali się, nie całowali, zresztą o czym tu mówić, skoro nawet niewiele rozmawiali...

Jak miała teraz wejść w dorosłe życie, w związki? Tak jej się teraz wydawało, że nie ma co się dziwić że tyle czasu jest sama. Z jednej strony się starała, ale z drugiej - nawet nie wiedziała do końca o co? I czy naprawdę tego chce? Bo wszyscy chcą, a przynajmniej zdecydowana większość? To chyba za mało.

Chciała powiedzieć tylko, że jest jej smutno. Po prostu.
Szukała prowiantu na drogę, ale plecak był pusty.
Szukała pozytywów we wspomnieniach, a czasem po prostu ich brak...

środa, 30 marca 2011

Klątwy moc

Odcinam głowę
Uszy milkną, zamilkną usta
Rozpusta słów

Ścięgna, więzadła na pożegnanie
Wzmacniają uścisk
Ścisk nieprzerwany
Przekleństwem Hydry ta nieśmiertelność


Przekleństwem moim


Zanim nadejdzie odchodzi szczęście
Pod łokciem skryte
W stawie bagnie moknie
Czeka

Jaszczurka w trawie

czwartek, 10 lutego 2011

Wspomnienia w słuchawkach


Nieraz konkretne utwory czy piosenki wiążą się silnie ze wspomnieniami. Nie zawsze pamiętała fakty, zwykle uczucia z danego okresu życia. 

Marzec 2010, niedługo po powrocie z Krakowa. Była jeszcze dość okrągła, samotna i stęskniona, właśnie to uczucie tęsknoty za czymś, za kimś.... Dopiero zaczynała odnajdywać się w realnym świecie. Koleżanka dała jej do przeczytania serię "Zmierzch". Straszny chłam, ale fakt, że dobrze "wchodziła" i odrywała od trochę przerażającej rzeczywistości. Within Temptation / Chris Jones - Utopia 

2008, listopad, grudzień? Jakoś przed pamiętnymi świętami, po których przeprowadziła się na Sobieskiego. Jechała na weekend do domu, czekała na autobus, było zimno i ciemno, słuchała tego- i w pewnym momencie poczuła przemożne pragnienie by wstać z ławki i przebiec te kilka kroków- na ruchliwą jezdnię. To była naprawdę schiza totalna, choć nie jedyna. Unikała później tego utworu. Apocalyptica - Schism

Liceum, 2/3 klasa. KDM miała fazę na ten kawałek i go "sprzedała". Uczucie związane z tamtym czasem, to kompletne rozbicie, bezwład i poczucie nieadekwatności. Miała taki przebłysk nawet, że kiedyś z tą koleżanką schodziły z głównych schodów szkoły, i zapytała ją że co jest taka smutna i nic nie mówi, jakaś deprecha czy co. Nie byłyśmy jakoś szczególnie blisko, i to było pytanie raczej w formie żartu. A jak się okazało... Goo Goo Dolls - Iris

wtorek, 8 lutego 2011

Młoda para

Mówić "kocham Cię" i naprawdę to czuć.

Myśleć "lubię siebie" nie na siłę, ale z przekonaniem.
Konflikt między emocjonalną i racjonalną stroną JA można jednak zażegnać- zaskakujące! że można doprowadzić do kompromisu i scalenia siebie.
Na razie w pojedynczych kwestiach, ale to daje siłę i nadzieję.
Być może kiedyś ta neurotyczna, lekko rozwydrzona i pamiętliwa część pójdzie po rozum do głowy, weźmie z nim ślub i będą żyli razem długo i szczęśliwie...

niedziela, 2 stycznia 2011

Dobro, które dostajesz

Czy człowieka można nazwać dobrym?
Czy ktokolwiek jest tego godny, bez przekłamania?
Czy bezinteresowność to postawa, którą można jeszcze spotkać, czy to tylko czcze pojęcie, nie mające przełożenia w rzeczywistości?

Od czasu do czasu zdarzało jej się spotkać takiego kogoś, taki promyk, i zawsze była zaskoczona. Nie wiedzieć czemu, w najmniej spodziewanym, ale idealnym momencie, ktoś taki pojawiał się na horyzoncie.

Zawsze sądziła, że świat to związki przyczynowo skutkowe. A tu? Skutek był, ale czym spowodowany? Czym sobie zasłużyła?

Może jednak nie zawsze, nie każdy musi uzyskać korzyść z tego, że da coś z siebie. A może ta korzyść jest bardziej dyskretna, subtelna?
Niektórzy twierdzą, że odnoszenie korzyści jest złe. Ale czy nie jest tak, zawsze jest jakaś korzyść. Może mieć różną postać, jawną albo ukrytą - czasem jest rzeczywiście materialna, czasem to lepsza opinia ogółu, czasem wdzięczność, albo własna wewnętrzna satysfakcja. To tylko sposoby poprawienia sobie humoru, jedne mniej, inne bardziej zaawansowane ewolucyjnie, ale prowadzące do tego samego, egoistycznego celu. Czy to źle? Jeśli poprawa humoru doprowadzi do dalszych "wspaniałomyślnych" aktów, to czemu jej bronić? Czy potrzebującemu zrobi to różnicę, czy darczyńca łechcze swoje ego, czy jest stuprocentowym altruistą?
Jednak nigdy nie lubiła ludzi z postawą roszczeniową. Uważała też, że w gruncie rzeczy to smutne, że takie myślenie może w którymś momencie doprowadzić do katastrofy. Jak łatwo ktoś tak myślący może się rozczarować, zawieść. Dla niego milion dolarów byłby mniej znaczący niż dla niej ten promyk, że choć nie zasłużyła, a jednak otrzymała.

Odrobinę uwagi, opieki, wsparcia, zrozumienia.

To właśnie dostała w prezencie noworocznym. Możliwe, że nic lepszego nie mogła sobie życzyć.