Nic się nie zmieni. Nigdy. Podobno co nie zabija, to wzmacnia. Ale to nie prawda. Co nie zabija, to zabija później. Powoli ale nieubłaganie. Takie jest życie, przynajmniej jej.
Próbowała jakoś nabrać optymizmu, rozwiać te smętne myśli. Szła do kina, na imprezy, oglądała filmy w domu, słuchała optymistycznej muzyki, odzywała się do dawnych znajomych. Ale to nie działało. Wszystko miało skutek odwrotny od zamierzonego, sprawiało, że 100x mocniej odczuwała samotność i bezsilność. Na imprezy przestała chodzić, bo to najgorzej działało. Kiedy widziała jak jest brzydka, niewystarczająca, niezauważalna, obca, inna. Niepełnosprawna. Psychicznie. Tak, właśnie tak to czuła. Próbowała oglądać filmy z happy endem, ale one tym bardziej uświadamiały jej, że jej nigdy szczęście nie spotka. Zawsze to ona o kogoś zabiegała, bez skutku. Nie była warta czyjegoś spojrzenia.
Co miała zrobić, żeby przestać to czuć? Co miała zrobić? Z kim mogła porozmawiać? Nie miała siły już szukać, nie miała siły w tym żyć, na nic nie miała siły. Chciała tylko umrzeć, tylko o tym marzyła, a nie mogła. Nie wiedziała, czy może. Kto jej powie, co mam robić? Kto ją wysłucha, potrzyma za rękę, obejmie i powie, że może jej pomóc? Powie, że jest normalna, że razem to przejdą? I - komu by na to pozwoliła? Tak, była jedna osoba. Ale nieosiągalna. I to było najbardziej przygnębiające - znalazła tego kogoś, ale on nie znalazł jej. Jak zwykle.
Bez sensu.
niedziela, 26 października 2008
środa, 15 października 2008
Nie prawda
Nienawidziła siebie. Nie potrafiła się opanować. Nie umiała się uczyć. Na wszystko reagowała... jak jakaś histeryczka. Rozlała wodę, spóźniła się na zajęcia, o czymś zapomniała... i płakała.. Wracała z zajęć i czuła, że chce przestać żyć. Dlaczego? Miała normalną rodzinę, znajomych. Ale ciągle chciała od nich uciec. Nie chciała, żeby ją znali. Każda jej dobrze zapowiadająca się relacja kończyła się w momencie, gdy ujawniała swoje myśli i uczucia.
I ciągle ta mgła. Komuś coś mówiła, ale czy na pewno? Z kimś wracała, ale kto to był tak naprawdę? Przymglone rysy twarzy, dziwne miejsca. Nieprawdziwe. I ta świadomość, że to nie może jej się śnic.To jest rzeczywistość. Niestety.
Powoli dochodziła do wniosku, że nie ma dla niej miejsca w społeczeństwie. Nie mogła się w nim odnaleźć. To wszystko było obce, dalekie. Próbowała się przybliżyć, ale wychodziło na odwrót. Najbardziej bolesne były chwile nadziei, że jest normalna, ma szanse na normalne relacje, związek. A potem przychodziło uświadomienie.
Brak szans.
O ile łatwiejsze byłoby życie bez nadziei, bo...
Każe żyć i każe umierać co noc
Z tęsknoty
Chwiejny blask spojrzenia gaśnie
by za moment oślepić
Błędny taniec ogników
Rozbłysła iskra wiary...
Lecz tchnienie rzeczywistości przywraca ją ciemności
Nim ogrzeje skostniałe serce
Odchodzę od okna
To znów nie tym razem
W oddali cichną kroki Radości...
Kilka wspomnień
Zastanawiała się nad powrotem na terapię. Co prawda, jakoś nie umiała się przełamać do psycholog u której wcześniej bywała. Ale jakie miała wyjście? Musiała jakoś funkcjonować, tamten ośrodek przynajmniej znała i był bezpłatny. Szukała gdzie indziej, ale nic nie mogła znaleźć. Trochę się bała wrócić na stare śmieci. Tyle wspomnień... wydawało się się czasem, że to co się tam stało, wcale się nie stało, ale wiedziała, że czasu nie cofnie. chociaż by chciała. Ale tak naprawdę, co by wtedy zrobiła..? mocniej przycisnęła nożyk? czy nie brałaby go do ręki..? nie, tego by nie zmieniła. To był wyraz pragnienia i bezsilności.
Nierealność, nieprawda. Któregoś dnia, na wyjeździe terapeutycznym było ognisko. Jeden chłopak wziął sprzęt nagłaśniający i śpiewali na cały regulator. Od początku czuła, że coś jest nie tak. Nie umiała się przyłączyć, chociaż kochała śpiewać. Czuła się tak obco. Nie należała do ich świata, nie istniała. W końcu nie mogła wytrzymać tego że oni mogą, a ona nie. Nie chciała pokazać tego ogromnego bólu, który czuła. Odeszła od ogniska, ale niezbyt daleko, bo nie miała sił. Usiadła na jakimś kamieniu i ciągle myślała o tym, jak jest sama. Nie mogła przestać.Tak naprawdę przypominała to sobie jak przez mgłę. Wiedziała co robi, ale dlaczego, po co? Miała wracać do domku, w którym mieszkała z całą grupą terapeutyczną. W połowie drogi uświadomiła sobie, że nie może tam pójść. Dlaczego? Nie potrafiła na to odpowiedzieć. Położyła się spać w domku terapeutycznym. I nie sądziła, że ktoś zauważy, że jej nie ma. Tak jak po pierwszej komunii, po wyjściu z kościoła, nie widząc nikogo, sądziła, że rodzina o niej zapomniała i poszła do domu. Więc wróciła sama. Nawet nie przyszło jej do głowy, że prawda może być inna. Że po prostu rodzina nie zdążyła wyjść z kościoła. Było dla niej oczywiste, że po prostu zapomnieli o nic nie znaczącej ośmiolatce.
Tak i teraz. Następnego dnia było straszne zamieszanie. Ostatecznie wyszło na to, że chce zwrócić na siebie uwagę. Co z tego, że naprawdę nie potrafiła się wytłumaczyć? Czuła, że nikt jej nie wierzy. Że terapeutka jej nie wierzy. To było straszne.
I teraz bała się wrócić w to miejsce. Wiedziała, że ludzie stamtąd już ją zaklasyfikowali do odpowiedniej szufladki.
Nierealność, nieprawda. Któregoś dnia, na wyjeździe terapeutycznym było ognisko. Jeden chłopak wziął sprzęt nagłaśniający i śpiewali na cały regulator. Od początku czuła, że coś jest nie tak. Nie umiała się przyłączyć, chociaż kochała śpiewać. Czuła się tak obco. Nie należała do ich świata, nie istniała. W końcu nie mogła wytrzymać tego że oni mogą, a ona nie. Nie chciała pokazać tego ogromnego bólu, który czuła. Odeszła od ogniska, ale niezbyt daleko, bo nie miała sił. Usiadła na jakimś kamieniu i ciągle myślała o tym, jak jest sama. Nie mogła przestać.Tak naprawdę przypominała to sobie jak przez mgłę. Wiedziała co robi, ale dlaczego, po co? Miała wracać do domku, w którym mieszkała z całą grupą terapeutyczną. W połowie drogi uświadomiła sobie, że nie może tam pójść. Dlaczego? Nie potrafiła na to odpowiedzieć. Położyła się spać w domku terapeutycznym. I nie sądziła, że ktoś zauważy, że jej nie ma. Tak jak po pierwszej komunii, po wyjściu z kościoła, nie widząc nikogo, sądziła, że rodzina o niej zapomniała i poszła do domu. Więc wróciła sama. Nawet nie przyszło jej do głowy, że prawda może być inna. Że po prostu rodzina nie zdążyła wyjść z kościoła. Było dla niej oczywiste, że po prostu zapomnieli o nic nie znaczącej ośmiolatce.
Tak i teraz. Następnego dnia było straszne zamieszanie. Ostatecznie wyszło na to, że chce zwrócić na siebie uwagę. Co z tego, że naprawdę nie potrafiła się wytłumaczyć? Czuła, że nikt jej nie wierzy. Że terapeutka jej nie wierzy. To było straszne.
I teraz bała się wrócić w to miejsce. Wiedziała, że ludzie stamtąd już ją zaklasyfikowali do odpowiedniej szufladki.
poniedziałek, 13 października 2008
Przyszość..?
Po maturze pojechała na dwutygodniowy turnus terapeutyczny. Terapeutka stwierdziła na nim, że wyleczy się w ciągu kilkunastu miesięcy. Ale ona wiedziała, że to się nigdy nie skończy.
Tęskniła za czasem, gdy umiała być szczęśliwa, choć dokładnie nie wiedziała, kiedy to było.
Tak naprawdę nie rozumiała tego, nie umiała się przyzwyczaić.
Za 5 dni miał minąć rok, odkąd pierwszy raz próbowała odejść. Nadal żałowała, że nie udało jej się to ani wtedy, ani w 2 kolejnych próbach. W tej ostatniej, lipcowej, uświadomiła sobie, że to jej jedyne gorące pragnienie. O tym śniła, o tym marzyła. A jednocześnie była świadoma, że nie powinna. Dlatego zamieszkała w Warszawie i opiekowała się niepełnosprawną dziewczyną. Chciałaby być wolna, ale wiedziała, że to odbije się na innych. Pomyślała więc - jeśli czyjaś egzystencja będzie od niej zależała, nie odejdzie, nie pozwoli sobie na to. Póki co, miała rację. Choć już nie raz pluła sobie w brodę, że taką decyzję podjęła.
Czasem przez dłuższy czas przyglądała się bliznom. Te lipcowe już bledły, dla niej to sygnał do funkcji "odśwież", ale usilnie starała się za nim nie iść.
Ciągle zastanawiała się czy to dla niej. Chciała rzucić wszystko. Jeśli nie na dobre, to chociaż okresowo. Zgłosić się do psychiatryka i pozwolić sobie wyłączyć myślenie. Ale teraz nie mogła. To pierwszy rok studiów. Może na drugim... chyba ze do tego czasu się obudzi i okaże się, że to tylko zły sen.
Nie wiedziała co ma robić. Nie miała sił.
Tęskniła za czasem, gdy umiała być szczęśliwa, choć dokładnie nie wiedziała, kiedy to było.
Tak naprawdę nie rozumiała tego, nie umiała się przyzwyczaić.
Za 5 dni miał minąć rok, odkąd pierwszy raz próbowała odejść. Nadal żałowała, że nie udało jej się to ani wtedy, ani w 2 kolejnych próbach. W tej ostatniej, lipcowej, uświadomiła sobie, że to jej jedyne gorące pragnienie. O tym śniła, o tym marzyła. A jednocześnie była świadoma, że nie powinna. Dlatego zamieszkała w Warszawie i opiekowała się niepełnosprawną dziewczyną. Chciałaby być wolna, ale wiedziała, że to odbije się na innych. Pomyślała więc - jeśli czyjaś egzystencja będzie od niej zależała, nie odejdzie, nie pozwoli sobie na to. Póki co, miała rację. Choć już nie raz pluła sobie w brodę, że taką decyzję podjęła.
Czasem przez dłuższy czas przyglądała się bliznom. Te lipcowe już bledły, dla niej to sygnał do funkcji "odśwież", ale usilnie starała się za nim nie iść.
Ciągle zastanawiała się czy to dla niej. Chciała rzucić wszystko. Jeśli nie na dobre, to chociaż okresowo. Zgłosić się do psychiatryka i pozwolić sobie wyłączyć myślenie. Ale teraz nie mogła. To pierwszy rok studiów. Może na drugim... chyba ze do tego czasu się obudzi i okaże się, że to tylko zły sen.
Nie wiedziała co ma robić. Nie miała sił.
Słowo wprowadzenia
Postanowiła pisać. Pisać po to, by w tych najgorszych momentach, kiedy myślała, że wypadnie z huśtawki, zamiast krzywdzić siebie albo otoczenie mogła wylać wszystkie myśli, uczucia. Właśnie taki moment miała. To przychodziło niespodziewanie, szybko ustępowało, ale była wtedy zdolna do wszystkiego. Kolejna czerwona linia, kolejna urażona osoba, kolejne niepowodzenie. Lepiej pisać. To pozwalało nieco uprościć to, co zagmatwane i nieprzewidywalne. Jej świat był już i tak wystarczająco skomplikowany. Psychiczno-schizofreniczny. Depresyjny. Może pisanie to sposób.
Od półtora miesiąca mieszkała w Warszawie. W domu z nikim nie mogła pogadać. Bliscy uważali depresję za objaw lenistwa, egoizmu i niewystarczającej ilości modlitwy. Albo za coś, czym chce przyciągnąć uwagę innych. Ale przecież gdyby mogła wybierać, to chciałaby być wesoła, szczęśliwa, kto by nie chciał? Tak czy inaczej, myślała, że tu w Warszawie znajdzie kogoś, komu powie, kto ją zrozumie. Ale... Nie było nikogo. Bo kto chciałby słuchać o tym, jak komuś jest ciężko, jakie ma schizy, kto jest w stanie wytrzymać z kimś niestałym emocjonalnie, płaczącym nad rozlaną herbatą i biorącym wszystko do siebie?
To nie przysparza przyjaciół. Żeby mieć przyjaciół, trzeba być szczęśliwym.
Wcześniej łudziła się że nie jest sama. Teraz wiedziała, że tylko wtedy, gdy udaje że jest ok.
Od półtora miesiąca mieszkała w Warszawie. W domu z nikim nie mogła pogadać. Bliscy uważali depresję za objaw lenistwa, egoizmu i niewystarczającej ilości modlitwy. Albo za coś, czym chce przyciągnąć uwagę innych. Ale przecież gdyby mogła wybierać, to chciałaby być wesoła, szczęśliwa, kto by nie chciał? Tak czy inaczej, myślała, że tu w Warszawie znajdzie kogoś, komu powie, kto ją zrozumie. Ale... Nie było nikogo. Bo kto chciałby słuchać o tym, jak komuś jest ciężko, jakie ma schizy, kto jest w stanie wytrzymać z kimś niestałym emocjonalnie, płaczącym nad rozlaną herbatą i biorącym wszystko do siebie?
To nie przysparza przyjaciół. Żeby mieć przyjaciół, trzeba być szczęśliwym.
Wcześniej łudziła się że nie jest sama. Teraz wiedziała, że tylko wtedy, gdy udaje że jest ok.
Subskrybuj:
Posty (Atom)