Czy matkę można porównać do Hitlera? Czy dziecko ma prawo to zrobić?
Jeśli dorośnie i jest traktowane jak siła robocza? Gdy nie ma wyboru?
Nie chodzi o to, że miałoby nie brać udziału w utrzymywaniu domu - tylko o to, by hipotetycznie mogło odmówić i nie zostałoby odrzucone, skreślone, napiętnowane, ukarane.
Przez dorośnięcie wzrasta odpowiedzialność, ale i prawo stanowienia o sobie.
W hitlerowskich Niemczech trzeba było robić to, co kazał Fuhrer. Ci którzy mieli inne zdanie, albo ginęli, albo patrząc na ginących tonęli we własnym strachu.
Mając 21 lat była przepełniona strachem. Strachem, złością, bezsilnością. Gdy nie miała prawa wyboru, wolności słowa, gdy na próby rozsądnej rozmowy odpowiedzią było "bo wy, bo to przez was".
Może powinna sobie radzić z uczuciami będącymi zaszłością dzieciństwa, postawić granicę, albo po prostu się wyprowadzić. Jakoś nie potrafiła. Granica wobec własnej matki? Nie... Wyprowadzka? A jak stanie się to, co 2 lata temu? Bała się też, odpowiedzialności.
Poszli na terapię rodzinną, pokładając w niej nadzieję. to oznaczał wybór między terapią indywidualną i systemową. Wybrała rodzinę, czy słusznie? I tak niewiele miała nadziei na poprawę. Rodzeństwo, może. Ale matkę zaczęła spisywać na straty, tak jak i ojca. Zależało jej na mamie - może za bardzo, podwójnie za oboje rodziców. Instynkt samozachowawczy szeptał jej, że między "zależy mi na mamie" a "jestem zależna od niej" jest tylko cienka granica. Nie chciała jej przekroczyć, być bezwolna wobec humorów, sprzeczności, dyktatury.
Chciała być sobą...cokolwiek to znaczy.
niedziela, 19 grudnia 2010
wtorek, 19 października 2010
A wicher w te i wewte
Rozchwiała się tak, że byle powiew zwalał ją z nóg. Gdzieś tam miała świadomość, że to minie, tylko coraz trudniej było jej rozeznać, co jest bazą: dobry nastrój, czy zły nastrój? Czy smutek to zakłócenie porządku, czy może to kiedy się trzyma jest jakąś anomalią?Zagłębiła się w lepką ciemność bezradności i poddania się. Terapeutka zadała jej pytanie, czy widzi jakiś cel przychodzenia tam. Przewertowała całą głowę, kartka po kartce, strona po stronie, słowo po słowie. Nie znalazła odpowiedzi. Gdy wpadała w dół, zapominała jak to było, gdy było dobrze myślała, że żadnego dołka już nie doświadczy. I choć racjonalnie tłumaczył sobie, że zaraz będzie inaczej, to jednak nie docierało. Tak jakby to się wykluczało: albo białe, albo czarne. Polaryzacja.
poniedziałek, 11 października 2010
Nowo studiowo
Zaczął się rok akademicki, zaczynała od nowa. Z radością i wiarą, z entuzjazmem przychodząc na kolejne zajęcia. Poznawała mnóstwo ciekawych ludzi, pięknych ludzi. Odczuwała różnicę 2 lat, ale nie było to przytłaczające. Niewiele osób z tych, które poznała, naprawdę wiedziało czego chce. Ona w ich wieku też szła z tłumem. Więc nie oceniała.
Relacje jak zwykle niosły wywoływały wilka "ona ze mną rozmawia z grzeczności, a naprawdę ma mnie dosyć", "schudłam ale i tak jestem brzydka", "pewnie za dużo ględzę".
Trzymała go jednak w ryzach, jako tako. Tłumaczyła sobie, że to dopiero początek, nie wszyscy muszą ją lubić, tak.
Morze ludzi, morze wiedzy, całe życie...
Relacje jak zwykle niosły wywoływały wilka "ona ze mną rozmawia z grzeczności, a naprawdę ma mnie dosyć", "schudłam ale i tak jestem brzydka", "pewnie za dużo ględzę".
Trzymała go jednak w ryzach, jako tako. Tłumaczyła sobie, że to dopiero początek, nie wszyscy muszą ją lubić, tak.
Morze ludzi, morze wiedzy, całe życie...
środa, 29 września 2010
Soma
Gdy psyche się uspokoiła, nadeszła soma.
Nieuchwytna, nierozpoznawalna, prawdopodobnie poważna.
Dostała wyniki badań, nie przejęła się bardzo, a co tam, wątroba, trzustka, co by to nie było, za 2 dni przejdzie. Nie przechodziło. Ból był nie do wytrzymania, nie pozwalał spać. Niepokoił.
Bała się, co to oznacza.
Stanęła jej sytuacja sprzed 2 lat: rzucona terapia, zostawione w pół zdania studia.
Może to niedorzeczne, nic dwa razy się nie zdarza. Ale i tak się bała.
I jeszcze te wyniki. Nie wyglądały na błahą sprawę.
Jak to w House'ie było- prawdziwa choroba nie jest tak zabawna. Cienie przeszłości nadal miały na nią wpływ. Niedobrze.
Korzyść taka, że umysł się uspokoił.
Nieuchwytna, nierozpoznawalna, prawdopodobnie poważna.
Dostała wyniki badań, nie przejęła się bardzo, a co tam, wątroba, trzustka, co by to nie było, za 2 dni przejdzie. Nie przechodziło. Ból był nie do wytrzymania, nie pozwalał spać. Niepokoił.
Bała się, co to oznacza.
Stanęła jej sytuacja sprzed 2 lat: rzucona terapia, zostawione w pół zdania studia.
Może to niedorzeczne, nic dwa razy się nie zdarza. Ale i tak się bała.
I jeszcze te wyniki. Nie wyglądały na błahą sprawę.
Jak to w House'ie było- prawdziwa choroba nie jest tak zabawna. Cienie przeszłości nadal miały na nią wpływ. Niedobrze.
Korzyść taka, że umysł się uspokoił.
czwartek, 23 września 2010
Różnice międzypłciowe, czyli co drzemie w zakamarkach umysłu
Niemożliwe jest, by mężczyzna mógł kochać z takim zaangażowaniem, jak kobieta. Aby o nią zabiegał, tęsknił. Martwił się. By mu zależało. By odczuwał silne emocje. Nie w tym temacie. W jakim w ogóle?
Próbowała przekonywać siebie, że tak nie musi być, że Oni też czują. Grochem o ścianę. Tak po prostu nie było.
Gdyby ją spytać, jakie są różnice między kobietami i płcią przeciwną, odpowiedziałaby, rozsądnie, nie aż takie duże jakby się mogło wydawać.
Gdyby spytać jej mózgu.
Faceci to maszyny do zapładniania; nic poza tym, w kwestii kobiet, ich nie interesuje.
A kobiety... kobiety niepotrzebnie się emocjonują, nie ma to żadnego sensu, jest żałosne i autodestrukcyjne.
Próbowała przekonywać siebie, że tak nie musi być, że Oni też czują. Grochem o ścianę. Tak po prostu nie było.
Gdyby ją spytać, jakie są różnice między kobietami i płcią przeciwną, odpowiedziałaby, rozsądnie, nie aż takie duże jakby się mogło wydawać.
Gdyby spytać jej mózgu.
Faceci to maszyny do zapładniania; nic poza tym, w kwestii kobiet, ich nie interesuje.
A kobiety... kobiety niepotrzebnie się emocjonują, nie ma to żadnego sensu, jest żałosne i autodestrukcyjne.
piątek, 10 września 2010
czwartek, 9 września 2010
Czasomierzenie
Między młotem a kowadłem.
Scyllą a Charybdą.
Jakkolwiek to nazwać, było smutne.
Czuła, że coś, kogoś traci, ale wiedziała też, że próby ratowania będą daremne.
Rzeka popłynęła już dalej, nie dogoni miejsca, w które raz weszła. A jeśli nawet, to nie będzie już takie samo.
Ale szkoda, po prostu.
Zbierała siły. Już nie było wszystko na nie, pojawiła się pewna ambiwalencja, która co prawda nie była stanem pożądanym, ale zawsze lepsze to, niż NIC.
Chyba śmiesznie to wyglądało, najpierw mówiła o szczęściu, później nieomal podcinała sobie żyły, by za chwilę dojść do wniosku, że w sumie jest ok. Choć ta chwila w różnych momentach jej życia trwała różnie. 2 lata temu to by pewnie był miesiąc, dwa, 2 miesiące temu takie chwile trwały godzinę, teraz trzepnęło ją na kilka dni, może ze względu na kaliber. Ale tak naprawdę to nie wierzyła, że istnieją ludzie bez takich chwil. Że można żyć zawsze trochę "na haju", chyba że naprawdę jest to haj:) Ale też mija, prędzej czy później.
Scyllą a Charybdą.
Jakkolwiek to nazwać, było smutne.
Czuła, że coś, kogoś traci, ale wiedziała też, że próby ratowania będą daremne.
Rzeka popłynęła już dalej, nie dogoni miejsca, w które raz weszła. A jeśli nawet, to nie będzie już takie samo.
Ale szkoda, po prostu.
Zbierała siły. Już nie było wszystko na nie, pojawiła się pewna ambiwalencja, która co prawda nie była stanem pożądanym, ale zawsze lepsze to, niż NIC.
Chyba śmiesznie to wyglądało, najpierw mówiła o szczęściu, później nieomal podcinała sobie żyły, by za chwilę dojść do wniosku, że w sumie jest ok. Choć ta chwila w różnych momentach jej życia trwała różnie. 2 lata temu to by pewnie był miesiąc, dwa, 2 miesiące temu takie chwile trwały godzinę, teraz trzepnęło ją na kilka dni, może ze względu na kaliber. Ale tak naprawdę to nie wierzyła, że istnieją ludzie bez takich chwil. Że można żyć zawsze trochę "na haju", chyba że naprawdę jest to haj:) Ale też mija, prędzej czy później.
wtorek, 7 września 2010
Kula cebula
Momentami widziała, że ma to sens. Jaki? W perspektywie zawsze przewijało się... marzenie. Pragnienie kochania i bycia kochaną. Jak chyba u każdego. Nawet jeśli nieświadomie, dążyła do związku, do dojrzałości w związku. Jako główną przeszkodę uważała siebie w tym sensie, że jej nie można pokochać. Była zbyt gruba, zbyt głupia, dziecinna, krótko mówiąc nieatrakcyjna w każdym możliwym punkcie. A problem okazał się wielowarstwowy, jak to było w Shreku, jak tort albo cebula. Pod jedną warstwą, zdjętą wzmocnieniem poczucia wartości, dietą, pracą i rozmaitymi innymi zabiegami, okazała się stokroć gorsza... Gorsza? Może nie gorsza. Ale trudniejsza, rozbrajająca. Stawała przed nią, próbowała skonfrontować, rozgryźć, cokolwiek- i ręce jej opadały, zderzała się ze ścianą. Bo to ona nie pozwalała się pokochać...
sobota, 4 września 2010
Kryjówki
Co jeszcze kryje się w podświadomości? Co wywołuje lęk nie do przejścia?
Chciałaby powiedzieć, że jej terapia jest na wykończeniu, że to już właściwie kosmetyczne poprawki.
Bzdura.
Kolejna rzecz, która, myślała, że naprawi się sama, bez wysiłku, jako skutek uboczny.
Na takie cuda nie ma co liczyć.
Lęk przed bliskością nie zniknie tak ot. W każdym razie nie zniknął. Trwał nadal. Selekcjonowała znajomych - tego się boi, tamtego nie, z tym może rozmawiać, przy tamtym ogarnia ją dzikie przerażenie. Przerażenie? To nie to słowo. Mieszanka niepokoju, lęku i obrzydzenia. Lęku przed... przed dotykiem. Właściwie tylko przed tym. I tylko ze strony płci przeciwnej.
Dlaczego..?
Chciałaby żyć normalnie, zawierać przyjaźnie, tworzyć związki.
Nie umiała.
Jeszcze.
Chciałaby powiedzieć, że jej terapia jest na wykończeniu, że to już właściwie kosmetyczne poprawki.
Bzdura.
Kolejna rzecz, która, myślała, że naprawi się sama, bez wysiłku, jako skutek uboczny.
Na takie cuda nie ma co liczyć.
Lęk przed bliskością nie zniknie tak ot. W każdym razie nie zniknął. Trwał nadal. Selekcjonowała znajomych - tego się boi, tamtego nie, z tym może rozmawiać, przy tamtym ogarnia ją dzikie przerażenie. Przerażenie? To nie to słowo. Mieszanka niepokoju, lęku i obrzydzenia. Lęku przed... przed dotykiem. Właściwie tylko przed tym. I tylko ze strony płci przeciwnej.
Dlaczego..?
Chciałaby żyć normalnie, zawierać przyjaźnie, tworzyć związki.
Nie umiała.
Jeszcze.
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Szczęśliwa wyliczanka
Kiedy była naprawdę szczęśliwa? Podjęła wyzwanie. Postanowiła na to odpowiedzieć.
Kiedyś powiedziałaby, że nie wie co to znaczy. A teraz?
Teraz właściwie ciągle czuła się szczęśliwa. Może dlatego, że po prostu dobrze się ze sobą czuja i siebie polubiła. To baza - ale były jeszcze elementy "ekstra", kiedy szczęście z niej wręcz wyłaziło - to wtedy gdy:
Była szczęśliwa, bo wiedziała, co ją uszczęśliwia, skąd to brać i jak nie dopuścić do zbyt dużego niedoboru.
Kiedyś powiedziałaby, że nie wie co to znaczy. A teraz?
Teraz właściwie ciągle czuła się szczęśliwa. Może dlatego, że po prostu dobrze się ze sobą czuja i siebie polubiła. To baza - ale były jeszcze elementy "ekstra", kiedy szczęście z niej wręcz wyłaziło - to wtedy gdy:
- odkrywała nową muzykę i dawała się jej porwać
- obserwowała światła miasta nocą;
- była w towarzystwie osób którym ufała i które jej ufały, wiedziała, że takie istnieją, i zaistnieją;
- myślała o przyszłości i pracy jaką zamierzała podjąć - po studiach;
- siedziała w kuchni z bratem, siostrą, mamą - rozmawiając
- mogła komuś pomóc w zgodzie ze sobą;
- tworzyła biżuterię i wychodziło coś, w czym można wyjść na ulicę
- widziała radość, której była źródłem
- i tak dalej, i tak dalej..
Była szczęśliwa, bo wiedziała, co ją uszczęśliwia, skąd to brać i jak nie dopuścić do zbyt dużego niedoboru.
czwartek, 26 sierpnia 2010
Obroń mnie, nie umiem
Jej pancerz był jeszcze zbyt słaby: jak to w pewnej książce przeczytała, nie umiała odpowiednio szybko i szczelnie zamknąć bram przed atakiem. No i nie umiała, i co. Tragedii nie ma. No, chwilami ciężko było żyć pod jednym dachem z emocjonalnym wampirem... Ale co miała zrobić? Próbowała grać uczciwie i asertywnie, w miarę rozsądnie. Złość się pojawiała, a jakże, ale umiała ją okiełznać i wypuścić w cywilizowany sposób. Tylko to bez sensu. Zbijała jeden argument, a nagle okazywało się, że to coś kompletnie odwrotnego, i to z niej próbuje się zrobić tę głupią... Tę gorszą - wobec mamy? Czyżby znów siostrzana rywalizacja? Ale jeśli ona wcale nie chciała w niej uczestniczyć? Już jej to nie bawiło, znała swoje mechanizmy, wiedziała, że do niczego nie prowadzą. Jednak była tylko jedną stroną w konflikcie, a na drugą nie miała wpływu.
Trudno. Podobno ćwiczenie czyni mistrza- więc sądząc po częstotliwości "treningów", niedługo miała się nim stać - mistrzem chowania się, samokontroli, samotności i poczucia niesprawiedliwości. I uciekania przed kontaktem z wampirem. Jak najdalej
Trudno. Podobno ćwiczenie czyni mistrza- więc sądząc po częstotliwości "treningów", niedługo miała się nim stać - mistrzem chowania się, samokontroli, samotności i poczucia niesprawiedliwości. I uciekania przed kontaktem z wampirem. Jak najdalej
wtorek, 24 sierpnia 2010
Głosy w głowie
Cichy, trujący szept.
...Nie możesz być zadowolona z siebie, no weź popatrz, znów przytyłaś!
...Nie możesz być zadowolona z siebie, no weź popatrz, znów przytyłaś!
...Myślisz, że jak udało Ci się pozbyć 10 kilo, to już na zawsze?
...Myślisz, że to wystarczy?
...Jesteś na granicy normy, i naprawdę łudzisz się, że wyglądasz dobrze?
...Jesteś aż tak ślepa?
...Tam wałeczek i tu, znikasz w tym, roztapiasz się.
...Nikt cię nie zauważy.
...Nikt cię nie polubi.
...Nikt nie pokocha
piątek, 20 sierpnia 2010
Mamo, zaopiekować się Tobą?
Mijały kolejne godziny wakacji... Traciła już rachubę, który to dzień? Czas niezauważalnie prześlizgiwał się przez palce. Nawet jej to odpowiadało, powiedzmy. Wiadomo, wolałaby rozróżniać dni dzięki spotkaniom z ludźmi, jakimś ciekawym, różnym zajęciom. Ale nie spinała się. To jej naczelna zasada: po co niepotrzebnie zużywać energię na martwienie się, buntowanie etc.
Wyrosła już ze spędzania czasu z mamą. Nie bawiło jej to. Było na swój sposób cenne, ale nie wystarczające. Chciała się sprawdzić w relacjach równych, jednoznacznych, nie zdeterminowanych więzami rodzinnymi. Może gdyby jej rodzina była zdrowsza... Jednak tu każdy był jakoś uzależniony od kogoś innego, miał jakieś metody, wyobrażenia, schematy działania. Powinności.
Pewnego dnia doszła do wniosku, że trudności, jakie napotyka w relacji z mamą, jej konflikt wewnętrzny, to nic innego jak dylemat. Dylemat: czy ma zastąpić jej męża: dać oparcie, wysłuchać, wynagrodzić to, co z nim przeszła, czy może być Dzieckiem. Kiedy mama chce się wyżalić, wygadać, wylać emocje, które w niej kipią - jak zareagować? Mogła pomóc jej albo obronić siebie.
Jedną z rzeczy których nie lubiła w sobie było przejmowanie cudzych emocji. Taka skrzywiona empatia. Zamiast rozumieć czyjeś uczucia i na nie reagować, ona je absorbowała. Czyli to nie było na przykład współczucie, tylko uczucie beznadziejności i przymus pomocy.
Ale może to też był jakiś Sposób.
Z ojcem była inna sprawa. Uderzając w mamę, uderzał w całą rodzinę. Naczynia połączone. A to znaczy, że uderzał też we nią, do czego długo nie chciała się przyznać. Jak rozwiązać problem, do którego nie chce się przyznać, któremu się zaprzecza? A przecież zaprzeczanie go nie wymaże, nie sprawi, że zniknie. Podświadomość dalej funkcjonowała. Radziła sobie jak umiała - np: zmuszała do rozwiązania tego problemu jako problemu kogoś. Łatwo jest doradzać innym jak wychować dziecko, ciężej zrobić to ze swoim "wewnętrznym". Ale czasem... można w ten sposób pomóc i sobie. Przygotować się do ostatecznego starcia.
Twarzą w twarz.
Wyrosła już ze spędzania czasu z mamą. Nie bawiło jej to. Było na swój sposób cenne, ale nie wystarczające. Chciała się sprawdzić w relacjach równych, jednoznacznych, nie zdeterminowanych więzami rodzinnymi. Może gdyby jej rodzina była zdrowsza... Jednak tu każdy był jakoś uzależniony od kogoś innego, miał jakieś metody, wyobrażenia, schematy działania. Powinności.
Pewnego dnia doszła do wniosku, że trudności, jakie napotyka w relacji z mamą, jej konflikt wewnętrzny, to nic innego jak dylemat. Dylemat: czy ma zastąpić jej męża: dać oparcie, wysłuchać, wynagrodzić to, co z nim przeszła, czy może być Dzieckiem. Kiedy mama chce się wyżalić, wygadać, wylać emocje, które w niej kipią - jak zareagować? Mogła pomóc jej albo obronić siebie.
Jedną z rzeczy których nie lubiła w sobie było przejmowanie cudzych emocji. Taka skrzywiona empatia. Zamiast rozumieć czyjeś uczucia i na nie reagować, ona je absorbowała. Czyli to nie było na przykład współczucie, tylko uczucie beznadziejności i przymus pomocy.
Ale może to też był jakiś Sposób.
Z ojcem była inna sprawa. Uderzając w mamę, uderzał w całą rodzinę. Naczynia połączone. A to znaczy, że uderzał też we nią, do czego długo nie chciała się przyznać. Jak rozwiązać problem, do którego nie chce się przyznać, któremu się zaprzecza? A przecież zaprzeczanie go nie wymaże, nie sprawi, że zniknie. Podświadomość dalej funkcjonowała. Radziła sobie jak umiała - np: zmuszała do rozwiązania tego problemu jako problemu kogoś. Łatwo jest doradzać innym jak wychować dziecko, ciężej zrobić to ze swoim "wewnętrznym". Ale czasem... można w ten sposób pomóc i sobie. Przygotować się do ostatecznego starcia.
Twarzą w twarz.
sobota, 14 sierpnia 2010
Teatr lalek
Manipulacja.
Większość ludzi zapytanych, czy myślą, że reklamy na nich działają powie, że nie. Mimo że wiedzą jaka jest siła reklam, wiedzą, że ludzie im ulegają, uważają siebie za wyjątki. Za osoby, które nie dają się zmanipulować.
Nie każdy wie, co to znaczy.
Podobno ludzie z zaburzeniami osobowości to mistrzowie manipulacji.
Czy mistrzowie, eksperci, może niekoniecznie aż tak. Niektórzy są "lepsi", inni "gorsi". Niektórzy mają to we krwi, inni nie. Niektórzy korzystają z manipulacji celowo, inni podświadomie.
Długo nie zdawała sobie, że pewne jej zachowania miały na celu osiągnięcie czegoś. A czasem wiedziała "co zadziała". Jakich słów użyć, by otrzymać to, na czym jej zależało. Dopiero spojrzawszy z dystansu dostrzegała zniszczenia jakich dokonała. Wiedziała, że utrudniła drogę kilku osobom. Uderzanie w czuły punkt jest korzystne tylko przez chwilę. A właściwie wydaje się takie, bo nie jest wcale dobre. Trzeba nie mieć uczuć, by nie widzieć tego bólu.
Kiedy ktoś i tak doświadczony przez życie, właściwie balansujący na krawędzi być i nie być, nie otrzymuje wsparcia, tylko kolejne ciosy.
Gdy ktoś ledwo wchodzący w życie uczy się, że nie ma szans wygrać, że musi ustąpić. I to wrasta w jego charakter.
Teraz bardziej niż kiedyś odczuwała, jak to jest być poddanym manipulacjom. Przez osobę zdolniejszą niż ona. Osobę, która stawiała pod ścianą wiele osób i działała na wiele frontach. Podporządkowywała sobie ludzi. Chciałoby się wierzyć, że robi to nieświadomie - ale to by było oszukiwanie się. Bo manipulacja może być różna: można jej nawet nie zauważać, a może się wwiercać w mózg bez znieczulenia. Lekka to po prostu kierowanie, ciężka - to tyrania. Lekka to wtedy, gdy pod wpływem kogoś stwierdzasz "tak powinienem zrobić", a ciężka, to gdy wiesz, że jest to złe - ale nie masz wyjścia. Chcesz zachować relację, ale chcesz też zachować siebie, swoją autonomię, zdrowie. Ale musisz wybrać. Co wybrać?To bolesne doświadczenie. Zdecydowała się wybrać siebie. Bo albo straci tę relację (tylko prawdopodobnie) albo będzie w tej relacji usychać, i tak żadnego pożytku z niej nie będzie.
Było tylko jedno wyjście.
Większość ludzi zapytanych, czy myślą, że reklamy na nich działają powie, że nie. Mimo że wiedzą jaka jest siła reklam, wiedzą, że ludzie im ulegają, uważają siebie za wyjątki. Za osoby, które nie dają się zmanipulować.
Nie każdy wie, co to znaczy.
Podobno ludzie z zaburzeniami osobowości to mistrzowie manipulacji.
Czy mistrzowie, eksperci, może niekoniecznie aż tak. Niektórzy są "lepsi", inni "gorsi". Niektórzy mają to we krwi, inni nie. Niektórzy korzystają z manipulacji celowo, inni podświadomie.
Długo nie zdawała sobie, że pewne jej zachowania miały na celu osiągnięcie czegoś. A czasem wiedziała "co zadziała". Jakich słów użyć, by otrzymać to, na czym jej zależało. Dopiero spojrzawszy z dystansu dostrzegała zniszczenia jakich dokonała. Wiedziała, że utrudniła drogę kilku osobom. Uderzanie w czuły punkt jest korzystne tylko przez chwilę. A właściwie wydaje się takie, bo nie jest wcale dobre. Trzeba nie mieć uczuć, by nie widzieć tego bólu.
Kiedy ktoś i tak doświadczony przez życie, właściwie balansujący na krawędzi być i nie być, nie otrzymuje wsparcia, tylko kolejne ciosy.
Gdy ktoś ledwo wchodzący w życie uczy się, że nie ma szans wygrać, że musi ustąpić. I to wrasta w jego charakter.
Teraz bardziej niż kiedyś odczuwała, jak to jest być poddanym manipulacjom. Przez osobę zdolniejszą niż ona. Osobę, która stawiała pod ścianą wiele osób i działała na wiele frontach. Podporządkowywała sobie ludzi. Chciałoby się wierzyć, że robi to nieświadomie - ale to by było oszukiwanie się. Bo manipulacja może być różna: można jej nawet nie zauważać, a może się wwiercać w mózg bez znieczulenia. Lekka to po prostu kierowanie, ciężka - to tyrania. Lekka to wtedy, gdy pod wpływem kogoś stwierdzasz "tak powinienem zrobić", a ciężka, to gdy wiesz, że jest to złe - ale nie masz wyjścia. Chcesz zachować relację, ale chcesz też zachować siebie, swoją autonomię, zdrowie. Ale musisz wybrać. Co wybrać?To bolesne doświadczenie. Zdecydowała się wybrać siebie. Bo albo straci tę relację (tylko prawdopodobnie) albo będzie w tej relacji usychać, i tak żadnego pożytku z niej nie będzie.
Było tylko jedno wyjście.
środa, 11 sierpnia 2010
Trudne dobre słowa
Chciała mieć jakiś cel, wymierne efekty działań, możliwość ich zmierzenia. Albo inaczej: szukała potwierdzenia, że sens, który ona widzi, jest dostrzegany również przez innych. Jej własne, rodzone- wieczne porównywanie, odnoszenie do innych, zasługiwanie na uwagę było oczywiście momentami dość kłopotliwe i utrudniało jej życie, może powinna robić coś bardziej dla siebie? Jednak musiała dla innych, bo potrzebowała usłyszeć: to dobrze, że to/ tak robisz. Z jednej strony to ciągła potrzeba akceptacji, z drugiej chyba też zdroworozsądkowe podejście, by nie zagubić się w bezsensownych działaniach.
Powoli odchodziła od modelu, gdy krytyka jednej osoby powodowała koniec świata. Ale usłyszeć słowa "dobrze robisz"- bezcenne. Dzięki nim to co robiła - nie, nie nabierało sensu, bo sens już był, ale stawał się on bardziej wyraźny, barwniejszy.
Słowa "doceniam", "podziwiam", "lubię w Tobie", "jest ok", "dziękuję"- tak proste, ile kosztuje wypowiedzenie ich? Czemu tak ciężko przechodzą przez gardło tylu ludziom? Nieraz zapomniane, a przecież mogą rozświetlić pochmurny poranek, mogą rozniecić iskrę, pomóc... O ile świat byłby lepszy, gdybyśmy potrafili je wypowiadać- i o ile, gdybyśmy też potrafili je przyjąć..?
Powoli odchodziła od modelu, gdy krytyka jednej osoby powodowała koniec świata. Ale usłyszeć słowa "dobrze robisz"- bezcenne. Dzięki nim to co robiła - nie, nie nabierało sensu, bo sens już był, ale stawał się on bardziej wyraźny, barwniejszy.
Słowa "doceniam", "podziwiam", "lubię w Tobie", "jest ok", "dziękuję"- tak proste, ile kosztuje wypowiedzenie ich? Czemu tak ciężko przechodzą przez gardło tylu ludziom? Nieraz zapomniane, a przecież mogą rozświetlić pochmurny poranek, mogą rozniecić iskrę, pomóc... O ile świat byłby lepszy, gdybyśmy potrafili je wypowiadać- i o ile, gdybyśmy też potrafili je przyjąć..?
piątek, 6 sierpnia 2010
Następny etap
Nie mogła spać. W głowie kłębiły się miliony myśli. Tyle rzeczy do zrobienia, tyle spraw do przemyślenia, tyle szczegółów, które trzeba dopracować.
Coraz trudniej było jej mówić na terapii, coraz mniej miała do powiedzenia. Nie to, że nie chciała, nie miała zaufania, albo coś chciała ukryć. Chyba po prostu coś się skończyło.
Tak jak wychodząc z 7F w Krakowie miała poczucia zamknięcia jakiegoś etapu, tak i teraz myślała, że czas na zmiany.
Rozmowy z terapeutką niewiele już dawały, potrzebowała czegoś innego.
Kraków to było wprowadzenie do tematu - wylazła ze skorupki, z owodni, która zaczęła już jełczeć. Przekonała się, że ma wpływ na swoje życie, że to ona podejmuje decyzje. Że nie ma co się cackać, tylko trzeba brać się żwawo do roboty. To był taki prztyczek w nos.
Terapia z p. K. utwierdziła ją w tym, dała poczucie zaopiekowania i większy wgląd w relacje rodzinne. Nazwałaby to momentem stabilizacji. Poczuła, że może czuć się bezpiecznie z psychologiem, że terapia przynosi efekty. Ale jednak relacja tylko z terapeutą była dość ograniczająca. Mogła mówić mu, jakby nie było, tylko to, co chciała i tak jak chciała - on postrzegał to tylko tak, jak mu przychodziło do głowy, bez zewnętrznej weryfikacji. Nawet bez świadomości mogła go oszukać. A on był tylko człowiekiem, nie jasnowidzem.
Nadszedł już czas na terapię grupową. Regularną, z RR.- jej znienawidzoną ulubioną terapeutką, z nowymi ludźmi. Drugiej szansy nie chciała już przepuścić tak łatwo, jak wcześniej.
Coraz trudniej było jej mówić na terapii, coraz mniej miała do powiedzenia. Nie to, że nie chciała, nie miała zaufania, albo coś chciała ukryć. Chyba po prostu coś się skończyło.
Tak jak wychodząc z 7F w Krakowie miała poczucia zamknięcia jakiegoś etapu, tak i teraz myślała, że czas na zmiany.
Rozmowy z terapeutką niewiele już dawały, potrzebowała czegoś innego.
Kraków to było wprowadzenie do tematu - wylazła ze skorupki, z owodni, która zaczęła już jełczeć. Przekonała się, że ma wpływ na swoje życie, że to ona podejmuje decyzje. Że nie ma co się cackać, tylko trzeba brać się żwawo do roboty. To był taki prztyczek w nos.
Terapia z p. K. utwierdziła ją w tym, dała poczucie zaopiekowania i większy wgląd w relacje rodzinne. Nazwałaby to momentem stabilizacji. Poczuła, że może czuć się bezpiecznie z psychologiem, że terapia przynosi efekty. Ale jednak relacja tylko z terapeutą była dość ograniczająca. Mogła mówić mu, jakby nie było, tylko to, co chciała i tak jak chciała - on postrzegał to tylko tak, jak mu przychodziło do głowy, bez zewnętrznej weryfikacji. Nawet bez świadomości mogła go oszukać. A on był tylko człowiekiem, nie jasnowidzem.
Nadszedł już czas na terapię grupową. Regularną, z RR.- jej znienawidzoną ulubioną terapeutką, z nowymi ludźmi. Drugiej szansy nie chciała już przepuścić tak łatwo, jak wcześniej.
sobota, 31 lipca 2010
Na horyzoncie mury uczelni
Myśl, że od października będzie miała indeks i status studenta dobrze na nią wpływała. Ogarniała ją radość, będzie robić to, co kocha! Wiedziała czego chce, dla odmiany, i było to takie przyjemne... nowe. To był jej wybór, brała to z całym dobrodziejstwem inwentarza, mając świadomość, że konsekwencje również ona będzie odczuwać.
Ale nie bała się. Szła do przodu.
Ale nie bała się. Szła do przodu.
piątek, 23 lipca 2010
Zabawa w aktorstwo
Czasem myślała, że już tyle za nią. Gdzieś tam zostawiła ześwirowane myślenie, wiedziała, że jest nieprawidłowe. Wydawało jej się, że wie już wszystko o sobie, no niech będzie, że prawie wszystko - ale margines niepewności zostawiała tylko dla zasady.
I wtedy ktoś mówił coś, co dawało jej do myślenia, co odsłaniało to, co zgrabnie przykryła, ukryła, zapomniała - a może tylko próbowała zapomnieć?
Została po prostu zapytana - czy uważa, że jest coś warta, a jeśli tak - to ile? Ale tylko według niej, bez odniesienia do innych.
Powinna odpowiedzieć: no tak, lubię siebie, jestem wartościową osobą samą w sobie.
Ale jej odpowiedź zabrzmiała: no... chyba jestem coś warta. Podobno każdy jest.
Tyle że nie czuła tego i nie umiała oddzielić poczucia własnej wartości od porównań, odniesień do innych ludzi.
Nie mogła czuć się inteligentna, bo a nuż okażę się najgłupsza w jakimś środowisku?
Nie mogła czuć się ładna, bo może to tylko jej zdanie, a inni uważają ją może za szkaradę?
Nie mogła.
I nie wiedziała jak przejść z tym dalej. Takie myślenie było silniejsze od niej, po prostu NIE MIAŁA innej możliwości.
Kiedy była sama, czuła się dobrze z sobą, ale nie mogła jakoś przeciągnąć tego na sytuacje towarzyskie, nie mogła być pewna siebie, że jest ok - bo może ktoś pomyśli... ktoś osądzi.
Robiła dobrą minę do złej gry, ale to była ciągle gra.
I wtedy ktoś mówił coś, co dawało jej do myślenia, co odsłaniało to, co zgrabnie przykryła, ukryła, zapomniała - a może tylko próbowała zapomnieć?
Została po prostu zapytana - czy uważa, że jest coś warta, a jeśli tak - to ile? Ale tylko według niej, bez odniesienia do innych.
Powinna odpowiedzieć: no tak, lubię siebie, jestem wartościową osobą samą w sobie.
Ale jej odpowiedź zabrzmiała: no... chyba jestem coś warta. Podobno każdy jest.
Tyle że nie czuła tego i nie umiała oddzielić poczucia własnej wartości od porównań, odniesień do innych ludzi.
Nie mogła czuć się inteligentna, bo a nuż okażę się najgłupsza w jakimś środowisku?
Nie mogła czuć się ładna, bo może to tylko jej zdanie, a inni uważają ją może za szkaradę?
Nie mogła.
I nie wiedziała jak przejść z tym dalej. Takie myślenie było silniejsze od niej, po prostu NIE MIAŁA innej możliwości.
Kiedy była sama, czuła się dobrze z sobą, ale nie mogła jakoś przeciągnąć tego na sytuacje towarzyskie, nie mogła być pewna siebie, że jest ok - bo może ktoś pomyśli... ktoś osądzi.
Robiła dobrą minę do złej gry, ale to była ciągle gra.
poniedziałek, 19 lipca 2010
To już koniec...
Na szczęście tylko turnusu terapeutycznego. Jechała autokarem, jakże inaczej to teraz wyglądało! Terapia ma to do siebie, że poznaje się ludzi o wiele szybciej, mniej powierzchownie. Tworzy się bliskość, gdzieś zanikają bariery, maski, udawanie. Nie do końca, każdy przecież ma swoją bańkę mydlaną, ale jest już dużo bardziej przejrzysta niż na początku. I jest coś takiego, że każdy jest szczery, mówi co mu leży na sercu, bez zbędnego łagodzenia czy cynizmu. A jeśli nawet to łatwiej to przyjąć, bo wiadomo, że to tylko dla czyjegoś dobra. Żeby dotarło. Tak jak usłyszała raz od Terapeutki: "nie mam nic do ciebie, jesteś ok, ale dla twoich świrów nie będzie taryfy ulgowej"
Był ostatni dzień ze spotkaniem grupowym. Dzień informacji zwrotnych, gorącego krzesła.
Mówiło się każdemu po kolei wszystko, co było z nim związane: wyobrażenia, uczucia, wspomnienia, to, co chciało się przekazać, rzeczy dobre i trudne - bez oceny i dawać rad.
Przy pierwszej osobie, której miała coś powiedzieć, wrócił do niej obraz obozu sprzed dwóch lat... niemiłe wspomnienie. Kiedy usłyszała niewiele, a zapamiętała tylko przykre rzeczy. Między innymi to, że ocenia ludzi i wypowiada mocno autorytarne osądy. I tak ją to spięło, że ledwo wydukała dwa zdania... Żeby nie powiedzieć nic źle. Bo ciężko było jej zauważyć, kiedy zaczyna oceniać, nie rozróżniała tego za bardzo. Później zaczęła się zastanawiać- czego - kogo się boi tak naprawdę? Co się stanie jeśli kogoś, niecelowo przecież, oceni? Powie jej że go ocenia, i co? Armageddon? Zostanie potępiona? Ktoś przestanie ją lubić - ktoś, z kim będzie miała kontakt jeszcze dobę?
Bała się na wyrost. Od grupy dostała wiele pozytywów i komunikatów, które dały jej do myślenia. A Terapeutka, jak to ona - zawsze potrafiła ją zaskoczyć. Tym razem pozytywnie. Powiedziała to co było potrzebne, kilka rzeczy, z którymi się nie zgadzała i zostawiała je, bo terapeutka też jest człowiekiem i może się mylić, choć nie można wykluczać, że coś w tym było. Odczuła z jej strony akceptację, jakieś uznanie, trochę dezorientacji i niezrozumienia - nic co zwaliłoby ją z nóg, to raczej stawiało ją na nie i dawało impuls do działania.
Nie zmarnuje tego.
Był ostatni dzień ze spotkaniem grupowym. Dzień informacji zwrotnych, gorącego krzesła.
Mówiło się każdemu po kolei wszystko, co było z nim związane: wyobrażenia, uczucia, wspomnienia, to, co chciało się przekazać, rzeczy dobre i trudne - bez oceny i dawać rad.
Przy pierwszej osobie, której miała coś powiedzieć, wrócił do niej obraz obozu sprzed dwóch lat... niemiłe wspomnienie. Kiedy usłyszała niewiele, a zapamiętała tylko przykre rzeczy. Między innymi to, że ocenia ludzi i wypowiada mocno autorytarne osądy. I tak ją to spięło, że ledwo wydukała dwa zdania... Żeby nie powiedzieć nic źle. Bo ciężko było jej zauważyć, kiedy zaczyna oceniać, nie rozróżniała tego za bardzo. Później zaczęła się zastanawiać- czego - kogo się boi tak naprawdę? Co się stanie jeśli kogoś, niecelowo przecież, oceni? Powie jej że go ocenia, i co? Armageddon? Zostanie potępiona? Ktoś przestanie ją lubić - ktoś, z kim będzie miała kontakt jeszcze dobę?
Bała się na wyrost. Od grupy dostała wiele pozytywów i komunikatów, które dały jej do myślenia. A Terapeutka, jak to ona - zawsze potrafiła ją zaskoczyć. Tym razem pozytywnie. Powiedziała to co było potrzebne, kilka rzeczy, z którymi się nie zgadzała i zostawiała je, bo terapeutka też jest człowiekiem i może się mylić, choć nie można wykluczać, że coś w tym było. Odczuła z jej strony akceptację, jakieś uznanie, trochę dezorientacji i niezrozumienia - nic co zwaliłoby ją z nóg, to raczej stawiało ją na nie i dawało impuls do działania.
Nie zmarnuje tego.
sobota, 17 lipca 2010
Pokażę im
Widziała w sobie tendencje do oczekiwania, że to ktoś coś za nią zrobi - podejmie decyzję, znajdzie rozwiązanie. Miała poczucie, że sama nie może tego zrobić. Strasznie kombinowała - tak, że nie zauważała prostych wyjść, szczególnie, jeśli wiązałoby się to z pytaniem "czy można?"- jeśli potrzebowałaby do tego innych ludzi, lub nie była pewna, czy będzie to zgodne z jakimiś zasadami. Bała się prosić, wyrażać potrzeby, z obawy, że zostanie to skrytykowane, odrzucone. Lęk był taki, że bała się nawet pomyśleć, wymyślić cokolwiek, i zostawała z niczym.
Na terapii wynikła kwestia blizn. Właściwie zaczęła o tym mówić, ale nie wiedziała po co, w jakim celu, co chce uzyskać. I w którymś momencie totalnie się zagubiła. Wyszła z terapii rozbita, zniechęcona i zdezorientowana. Tym bardziej, że ktoś rzucił pomysł, by pójść wykąpać się w rzece. I oczywiście zaczęła rozkminiać - czy chce iść i być z ludźmi na których jej zależy, ale z drugiej strony, jak zareagują na widok jej pociętych ud? No to może pójdzie tylko się poopalać - ale jakoś nie widać słońca- bez sensu. Trybiki poszły w ruch. Ale w pewnym momencie pomyślała - basta! Raz kozie śmierć! I poszła, i kąpałam się, i nie żałowała! Prosta decyzja - i najlepsza.
I tak między bogiem a prawdą widziała, że jakoś wyolbrzymia problem, który był w sumie niewielki... To że miała jakiś kompleks nie znaczy, że wszyscy wokół patrzyli właśnie na to, krytykowali, nie byli zdolni do zrozumienia. Jej obraz innych był dziwny, miejscami wręcz krzywdzący chyba, nie miała do nich zaufania i oczekiwała wszystkiego, co najgorsze. Ale to już inny temat.
Bilans dnia? Dodatni, pomniejszony o wiele lęków.
Na terapii wynikła kwestia blizn. Właściwie zaczęła o tym mówić, ale nie wiedziała po co, w jakim celu, co chce uzyskać. I w którymś momencie totalnie się zagubiła. Wyszła z terapii rozbita, zniechęcona i zdezorientowana. Tym bardziej, że ktoś rzucił pomysł, by pójść wykąpać się w rzece. I oczywiście zaczęła rozkminiać - czy chce iść i być z ludźmi na których jej zależy, ale z drugiej strony, jak zareagują na widok jej pociętych ud? No to może pójdzie tylko się poopalać - ale jakoś nie widać słońca- bez sensu. Trybiki poszły w ruch. Ale w pewnym momencie pomyślała - basta! Raz kozie śmierć! I poszła, i kąpałam się, i nie żałowała! Prosta decyzja - i najlepsza.
I tak między bogiem a prawdą widziała, że jakoś wyolbrzymia problem, który był w sumie niewielki... To że miała jakiś kompleks nie znaczy, że wszyscy wokół patrzyli właśnie na to, krytykowali, nie byli zdolni do zrozumienia. Jej obraz innych był dziwny, miejscami wręcz krzywdzący chyba, nie miała do nich zaufania i oczekiwała wszystkiego, co najgorsze. Ale to już inny temat.
Bilans dnia? Dodatni, pomniejszony o wiele lęków.
piątek, 9 lipca 2010
Pani jest moją matką
Oczywiście okazało się, że to wszystko pochodzi z jej głowy. Tzn jest skutkiem jej problemów. Zagmatwane wypowiedzi to obraz zagubienia w środku. Pretensje do terapeutki o nierówne traktowanie i nierozumienie, przekręcanie i błędne interpretowanie jej wypowiedzi- to wszystko tak bolało, bo była szczególnie wyczulona na jej opinię. Inni nieraz mogli mówić co chcą, ale jej słowa liczyły się najbardziej. Zastanawiała się dlaczego i dostrzegła, że po prostu przypominała jej matkę. Mając w pamięci to, jak z siostrą na zmianę bywały "tą dobrą" i "tą złą" córką, z dużą wrażliwością rejestrowała to, jak terapeutka traktuje innych: czy tak samo, czy jest jakaś niesprawiedliwość, czy ją lubi, czy akceptuje. Od tego uzależniała własną samoocenę.
czwartek, 8 lipca 2010
Powiedz jej kim jest
Dzień pod znakiem zaufania i szczerości. Dwa ćwiczenia, które pokazały relacje i wyobrażenia.
Pierwsze nie było dla niej trudne, póki to ona mówiła, czy komuś ufa czy nie. Bała się za to- co usłyszy, ale właściwie lęk okazał się niezbyt uzasadniony. Zdziwiła się, gdy od dwóch dość bliskich osób usłyszała słowa 'nie wiem', ale otrzymała uzasadnienie - trudność w zaufaniu jej sprawia niejasność w komunikowaniu uczuć, rozdźwięki miedzy słowami a sygnałami niewerbalnymi, to że wygląda, jakby więziła w sobie uczucia.
Drugie ćwiczenie polegało na powiedzeniu, co jest barierą w nawiązaniu kontaktu z druga osoba. Bała się tego ze względu na pamięć tego, co było 2 lata temu.
Wtedy usłyszała dużo przykrych rzeczy, choć się ich nie spodziewała.
Teraz spodziewała się negatywów, a było ich niewiele. To, że nie uważa się za ładną, mówi coś, by uzyskać zaprzeczenie, komunikuje potrzeby pośrednio. Że ciężko ją zrozumieć, bo miesza pojęcia uczuć, wyobrażeń, myśli, gmatwa je i myli. Ale to tylko tyle. Wszystko do przepracowania.
Pierwsze nie było dla niej trudne, póki to ona mówiła, czy komuś ufa czy nie. Bała się za to- co usłyszy, ale właściwie lęk okazał się niezbyt uzasadniony. Zdziwiła się, gdy od dwóch dość bliskich osób usłyszała słowa 'nie wiem', ale otrzymała uzasadnienie - trudność w zaufaniu jej sprawia niejasność w komunikowaniu uczuć, rozdźwięki miedzy słowami a sygnałami niewerbalnymi, to że wygląda, jakby więziła w sobie uczucia.
Drugie ćwiczenie polegało na powiedzeniu, co jest barierą w nawiązaniu kontaktu z druga osoba. Bała się tego ze względu na pamięć tego, co było 2 lata temu.
Wtedy usłyszała dużo przykrych rzeczy, choć się ich nie spodziewała.
Teraz spodziewała się negatywów, a było ich niewiele. To, że nie uważa się za ładną, mówi coś, by uzyskać zaprzeczenie, komunikuje potrzeby pośrednio. Że ciężko ją zrozumieć, bo miesza pojęcia uczuć, wyobrażeń, myśli, gmatwa je i myli. Ale to tylko tyle. Wszystko do przepracowania.
środa, 7 lipca 2010
Uparte serce
Mijał już drugi dzień terapii. Jak na razie czuła, że idzie do przodu. Widziała różnice między tym, co było dwa lata wcześniej a tym, jak było teraz. Nie była na szarym końcu, zyskała sporo pewności siebie. Ludzie inaczej ją postrzegali, to dawało siłę. Realizowała plan... Może nie plan, ale jakąś normę dzienną, która ją satysfakcjonowała. Poprzedniego dnia ruszyła kwestię poczucia winy w związku z 2letnim opóźnieniem w nauce. Ciągle to we niej siedziało. Rozum łapie zmianę myślenia, a serce nadal to samo. Jest uparte..! Nie umiała sobie wybaczyć. Może dlatego się z tym borykała, bo nie przebaczyła. Nie pokazała sercu drogi. Jak ma zmienić kierunek bez drogowskazu? Skąd ma wiedzieć: dokąd? Nie była jeszcze gotowa by to zrobić. Nie tak ot. Bo serce tego nie zarejestruje.
Ten dzień upłynął pod znakiem relacji damsko-męskich. To był dla niej bardzo trudny temat. Ciągle nie umiała siebie zaakceptować, czuła się nieatrakcyjna i nie dość dobra dla facetów, którzy mieścili się w jej sicie. Dotąd miała tendencje do użalania się na swój los. Nie szukała winy na zewnątrz, w facetach, ale tez nie miała poczucia, ze to ona coś robi źle, jakoś specjalnie. Teraz już wiedziała, że ma do tego złe podejście - ambicjonalne. To, czy zdobędzie chłopaka miało potwierdzić jej wartość jako kobiety. Uzależniała się od tego, czy umie zdobyć. To trudne, niezbyt chwalebne podejście, ale sądziła, że uświadomienie sobie własnych pobudek już jest krokiem naprzód.
Ten dzień upłynął pod znakiem relacji damsko-męskich. To był dla niej bardzo trudny temat. Ciągle nie umiała siebie zaakceptować, czuła się nieatrakcyjna i nie dość dobra dla facetów, którzy mieścili się w jej sicie. Dotąd miała tendencje do użalania się na swój los. Nie szukała winy na zewnątrz, w facetach, ale tez nie miała poczucia, ze to ona coś robi źle, jakoś specjalnie. Teraz już wiedziała, że ma do tego złe podejście - ambicjonalne. To, czy zdobędzie chłopaka miało potwierdzić jej wartość jako kobiety. Uzależniała się od tego, czy umie zdobyć. To trudne, niezbyt chwalebne podejście, ale sądziła, że uświadomienie sobie własnych pobudek już jest krokiem naprzód.
poniedziałek, 5 lipca 2010
Bieszczady vol.2
Znów jechała w Bieszczady, na turnus terapeutyczny. Po co? To chyba taka forma sprawdzenia się. Jak bardzo będzie się ten wyjazd różnił od tamtego? Czy rzeczywiście się zmieniła, i na ile jest to trwałe?
Dopiero jechała pociągiem, a już czuła, że ma problemy towarzyskie. Poziom lęku i niepewności gwałtownie skakał, huśtawka. Czy ją zaakceptują? Czy znów będzie żebrać o uwagę? Chciała doświadczyć tego, że to ktoś chce się ze nią przyjaźnić. Trudno jej było uwierzyć trwale w swoją wartość, jeśli nie otrzymała potwierdzenia tego ze strony innych. Mama, brat, ciotka... To nie jest czysta gra, są jakieś hamulce i przyzwyczajenia. Dopiero obca osoba, bez zobowiązań społecznych, się liczy. Tylko czy rzeczywiście to jej pomoże? Mówi się, że nie można wziąć z zewnątrz czegoś, jeśli w środku tego nie ma. Ale jeśli coś jest, taka mała roślinka, a z zewnątrz potrzebuje tylko nawozu? Jeśli jej poczucie wartości to biegacz, a opinia z zewnątrz to wystrzał z pistoletu?
Dopiero jechała pociągiem, a już czuła, że ma problemy towarzyskie. Poziom lęku i niepewności gwałtownie skakał, huśtawka. Czy ją zaakceptują? Czy znów będzie żebrać o uwagę? Chciała doświadczyć tego, że to ktoś chce się ze nią przyjaźnić. Trudno jej było uwierzyć trwale w swoją wartość, jeśli nie otrzymała potwierdzenia tego ze strony innych. Mama, brat, ciotka... To nie jest czysta gra, są jakieś hamulce i przyzwyczajenia. Dopiero obca osoba, bez zobowiązań społecznych, się liczy. Tylko czy rzeczywiście to jej pomoże? Mówi się, że nie można wziąć z zewnątrz czegoś, jeśli w środku tego nie ma. Ale jeśli coś jest, taka mała roślinka, a z zewnątrz potrzebuje tylko nawozu? Jeśli jej poczucie wartości to biegacz, a opinia z zewnątrz to wystrzał z pistoletu?
sobota, 3 lipca 2010
Społeczna użyteczność
Na terapii dostała zadanie, by znajdować sukces w każdym dniu. Nawet mały, byle by był.
Wydawało się proste.
Ale nie potrafiła tak. W jednym momencie wydawało jej się, że zrobiła coś dobrze, cieszyła się, a po chwili podważała to. Przez kilka dni była u ciotki. Została sama po śmierci babci, więc trzeba było jej pomóc. We wtorek przyjechała, w środę była impreza - obiad dla babek, które odmawiały różaniec przez tydzień po pogrzebie. Jeżeli o to chodzi, to wiedziała, że sporo pomogła, coś ugotowała, i nawet smakowało. Ale następne dni? No niby rwała truskawki, grabiła siano, pieliła ogródek... A nie miała poczucia, żeby dużo, wystarczająco dużo zrobiła.
12kg truskawek? Nieźle, ale co to znaczy przy 36 ciotki?
Siano zgarnęła, i od razu obtarła sobie dłonie.
Z ogródka uciekła jak tylko pojawiły się komary. Nie miała poczucia, że bardzo się przydała - a to tylko ma znaczenie, co jest bardzo.
Wydawało się proste.
Ale nie potrafiła tak. W jednym momencie wydawało jej się, że zrobiła coś dobrze, cieszyła się, a po chwili podważała to. Przez kilka dni była u ciotki. Została sama po śmierci babci, więc trzeba było jej pomóc. We wtorek przyjechała, w środę była impreza - obiad dla babek, które odmawiały różaniec przez tydzień po pogrzebie. Jeżeli o to chodzi, to wiedziała, że sporo pomogła, coś ugotowała, i nawet smakowało. Ale następne dni? No niby rwała truskawki, grabiła siano, pieliła ogródek... A nie miała poczucia, żeby dużo, wystarczająco dużo zrobiła.
12kg truskawek? Nieźle, ale co to znaczy przy 36 ciotki?
Siano zgarnęła, i od razu obtarła sobie dłonie.
Z ogródka uciekła jak tylko pojawiły się komary. Nie miała poczucia, że bardzo się przydała - a to tylko ma znaczenie, co jest bardzo.
niedziela, 27 czerwca 2010
Wyjaśnij mi swoją samotność
Było to przytłaczające nieco. Bycie samemu.
Kiedy nie ma osoby, której można powiedzieć WSZYSTKO.
Nie ma kogoś, przy kim można poczuć się naprawdę bezpiecznie.
Tak już miała, że wierzyła w naturalną dobroć ludzi. Że każdy dąży do tego, by być dobrym, zwraca uwagę na to czy kogoś rani, i nie chce tego.
I mimo tylu już dowodów na to, że tak nie jest, nie musi być, ciągle waliła głową w mur.
Po co?
Sama nie wiedziała. Złudzenia... Pesymiści są nielubiani - ale jak zachować realizm, nie mówiąc o optymizmie, gdy świat uparcie zaprzecza jego sensowi?
Starała się myśleć, że tak nie zawsze musi być.
Młodsza siostra zmajstrowała jej ostatnio takie dzieło:
Zatytułowała je "Każda potwora znajdzie swego amatora". Czy to było myślenie życzeniowe? Żeby starsza siostra wreszcie kogoś znalazła, uwierzyła, że nie musi być sama?
Chodziła na terapię. Uczyła się wierzyć w siebie. Dochodziła do różnych wniosków.
Wcześniej całą winę zwalała na swój wygląd. Od czasu gimnazjum uważała się za grubaskę, nawet kiedy obiektywnie nią nie była. Myślała: "Znam swoją wartość - nie jestem głupia, łapię w szkole niemal wszystko, inteligencja jest, jestem miła - tylko nikt się na tym nie pozna, bo jak tu rozmawiać z kimś kto TAK wygląda?"
Teraz zaczynała dostrzegać w sobie kobietę, zalety aparycji, też, było ich trochę. Ocena 4+ w porywach do 5.
Ale faceta na horyzoncie jakoś nie mogła wypatrzyć, choć aż takiej wady wzroku nie miała.
Dlaczego?
Odpowiedź sama się narzucała: skoro nie jest brzydka, to chyba po prostu - głupia.
Kiedy nie ma osoby, której można powiedzieć WSZYSTKO.
Nie ma kogoś, przy kim można poczuć się naprawdę bezpiecznie.
Tak już miała, że wierzyła w naturalną dobroć ludzi. Że każdy dąży do tego, by być dobrym, zwraca uwagę na to czy kogoś rani, i nie chce tego.
I mimo tylu już dowodów na to, że tak nie jest, nie musi być, ciągle waliła głową w mur.
Po co?
Sama nie wiedziała. Złudzenia... Pesymiści są nielubiani - ale jak zachować realizm, nie mówiąc o optymizmie, gdy świat uparcie zaprzecza jego sensowi?
Starała się myśleć, że tak nie zawsze musi być.
Młodsza siostra zmajstrowała jej ostatnio takie dzieło:
Zatytułowała je "Każda potwora znajdzie swego amatora". Czy to było myślenie życzeniowe? Żeby starsza siostra wreszcie kogoś znalazła, uwierzyła, że nie musi być sama?Chodziła na terapię. Uczyła się wierzyć w siebie. Dochodziła do różnych wniosków.
Wcześniej całą winę zwalała na swój wygląd. Od czasu gimnazjum uważała się za grubaskę, nawet kiedy obiektywnie nią nie była. Myślała: "Znam swoją wartość - nie jestem głupia, łapię w szkole niemal wszystko, inteligencja jest, jestem miła - tylko nikt się na tym nie pozna, bo jak tu rozmawiać z kimś kto TAK wygląda?"
Teraz zaczynała dostrzegać w sobie kobietę, zalety aparycji, też, było ich trochę. Ocena 4+ w porywach do 5.
Ale faceta na horyzoncie jakoś nie mogła wypatrzyć, choć aż takiej wady wzroku nie miała.
Dlaczego?
Odpowiedź sama się narzucała: skoro nie jest brzydka, to chyba po prostu - głupia.
sobota, 26 czerwca 2010
Barwy uczuć
Zastanawiała się, kto wymyślił barwy, skąd się wzięły
Jako dziecko lubiła bawić się w określanie kolorów liter, imion, wyrazów w ogóle. R jest pomarańczowe, M niebieskie, L szare, N zielone... spierała się z siostrą, ona widziała inaczej. Dla niej M było czerwone, nie wiedzieć czemu. Ostatnio o tym rozmawiała z siostrą, i okazało się, że po prostu były takie magnesy na lodówkę, litery, w różnych kolorach. Że to dlatego. Być może.
Barwy są wszędzie.
Obserwowała emocje, które się w niej pojawiały. Jaka jest ich faktura, balans kolorów, kontrast, ostrość. Bo nie umiała ich nazwać: smutek, złość, radość, lęk - to tak mało konkretne, tak niewiele wyraża, w rzeczywistości jest inaczej. U niej smutek, złość i poczucie beznadziei były niemal nierozłączne. Błękitny smutek, złość w kolorze khaki, bordowa beznadzieja - a wychodzi fotografia jakby spłowiała, prawie czarno - biała, ale szara...
Czasem tylko, gdy te uczucia były silne, przez chwilę, parę minut, godzinę- wszystko płonęło. A potem zamieniało się w wodę, przypływy i dopływy, fale na brzegu.
I muzyka też miała kolory. Dźwięki w ogóle. Nie były bezbarwne, były półprzezroczyste. Ale to zależało od instrumentu, wysokości, wielości. No i barwa głosu... ktoś to tak nazwał przecież, chyba nie bez powodu.
Jako dziecko lubiła bawić się w określanie kolorów liter, imion, wyrazów w ogóle. R jest pomarańczowe, M niebieskie, L szare, N zielone... spierała się z siostrą, ona widziała inaczej. Dla niej M było czerwone, nie wiedzieć czemu. Ostatnio o tym rozmawiała z siostrą, i okazało się, że po prostu były takie magnesy na lodówkę, litery, w różnych kolorach. Że to dlatego. Być może.
Barwy są wszędzie.
Obserwowała emocje, które się w niej pojawiały. Jaka jest ich faktura, balans kolorów, kontrast, ostrość. Bo nie umiała ich nazwać: smutek, złość, radość, lęk - to tak mało konkretne, tak niewiele wyraża, w rzeczywistości jest inaczej. U niej smutek, złość i poczucie beznadziei były niemal nierozłączne. Błękitny smutek, złość w kolorze khaki, bordowa beznadzieja - a wychodzi fotografia jakby spłowiała, prawie czarno - biała, ale szara...
Czasem tylko, gdy te uczucia były silne, przez chwilę, parę minut, godzinę- wszystko płonęło. A potem zamieniało się w wodę, przypływy i dopływy, fale na brzegu.
I muzyka też miała kolory. Dźwięki w ogóle. Nie były bezbarwne, były półprzezroczyste. Ale to zależało od instrumentu, wysokości, wielości. No i barwa głosu... ktoś to tak nazwał przecież, chyba nie bez powodu.
czwartek, 24 czerwca 2010
Wyryte na skórze znaki
Wspomnienia mają zabójczą moc. Potrafią dopaść i trudno się z nich otrząsnąć. Przeszłość ciągnie się.
Jej normą było to, że bez przerwy zastanawiała się, co inni mogą myśleć. Jak ją oceniają, czy coś zrobiła dobrze, czy źle. Czy "ujdzie", czy "co za idiotka", czy co tam innego, do wyboru do koloru.
I tak też było we wtorek. Pogrzeb, jak wiadomo, to jedna z najlepszych okazji do obczajenia w rodzinie- kto, z kim, jak i co. Nie była na to przygotowana. Pojechała tam w sukience od siostry, sama nic czarnego nie miała. Czuła się w niej dobrze, kobieco. Ale sukienka ta miała rękaw 1/2.
Nie przykrywała przedramion. Ani lekkomyślnych śladów przeszłości.
A jej rodzina, ta od strony mamy, raczej nie marnotrawi energii na próbach zrozumienia. Co zobaczy, to idzie w obieg, ubarwione, zaprawione nutką (albo etiudą) cynizmu, złośliwości. I nie tylko jej mogło to zaszkodzić - ale jej bliskim. Rozgrywki między rodzeństwem mamy były dość konkretne. Wszelkie chwyty dozwolone, byleby udowodnić, że ktoś jest gorszy.
Przez cały dzień nie zdjęła kurtki.
Nie wierzyła, gdy ktoś mówił, że tego nie widać.
Była przeczulona, tak.
Kiedyś siostra powiedziała jej: "Po co się tniesz, skoro nawet nie robisz tego porządnie. Komu później pokażesz takie ręce, a jak będzie lato - będziesz wiecznie nosiła długi rękaw i spodnie minimum do kolan? Zobaczysz, będziesz żałowała"
I żałowała.
Choć widziała ręce gorsze od swoich, tak naprawdę jej to pikuś. Ale co z tego? Ona miała porównanie, ona widziała ręce prawie odarte ze skóry, z kreską przy kresce, od nadgarstka do łokcia. Inni nie widzieli.
Wszystko mija, i nadchodzi czas weryfikacji działań, czas powrotu do normalności. A pewne rzeczy, działania - są nieodwracalne i brzemienne w skutki. Czasem to trudne, powstrzymać się - ale jest to możliwe. I najlepsze.
Jej normą było to, że bez przerwy zastanawiała się, co inni mogą myśleć. Jak ją oceniają, czy coś zrobiła dobrze, czy źle. Czy "ujdzie", czy "co za idiotka", czy co tam innego, do wyboru do koloru.
I tak też było we wtorek. Pogrzeb, jak wiadomo, to jedna z najlepszych okazji do obczajenia w rodzinie- kto, z kim, jak i co. Nie była na to przygotowana. Pojechała tam w sukience od siostry, sama nic czarnego nie miała. Czuła się w niej dobrze, kobieco. Ale sukienka ta miała rękaw 1/2.
Nie przykrywała przedramion. Ani lekkomyślnych śladów przeszłości.
A jej rodzina, ta od strony mamy, raczej nie marnotrawi energii na próbach zrozumienia. Co zobaczy, to idzie w obieg, ubarwione, zaprawione nutką (albo etiudą) cynizmu, złośliwości. I nie tylko jej mogło to zaszkodzić - ale jej bliskim. Rozgrywki między rodzeństwem mamy były dość konkretne. Wszelkie chwyty dozwolone, byleby udowodnić, że ktoś jest gorszy.
Przez cały dzień nie zdjęła kurtki.
Nie wierzyła, gdy ktoś mówił, że tego nie widać.
Była przeczulona, tak.
Kiedyś siostra powiedziała jej: "Po co się tniesz, skoro nawet nie robisz tego porządnie. Komu później pokażesz takie ręce, a jak będzie lato - będziesz wiecznie nosiła długi rękaw i spodnie minimum do kolan? Zobaczysz, będziesz żałowała"
I żałowała.
Choć widziała ręce gorsze od swoich, tak naprawdę jej to pikuś. Ale co z tego? Ona miała porównanie, ona widziała ręce prawie odarte ze skóry, z kreską przy kresce, od nadgarstka do łokcia. Inni nie widzieli.
Wszystko mija, i nadchodzi czas weryfikacji działań, czas powrotu do normalności. A pewne rzeczy, działania - są nieodwracalne i brzemienne w skutki. Czasem to trudne, powstrzymać się - ale jest to możliwe. I najlepsze.
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Jeśli uwierzysz
W czasach strachu,
Kiedy modlitwa zdaje się być próżna
Nadzieja jest jak ptaki,
Które szybko odlatują w górę
Jednak w moim sercu jest wiara,
Której nie umiem wytłumaczyć
I mówię słowa, które nie sądziłam, że kiedyś wypowiem
Cuda mogą się wydarzyć, jeśli w nie wierzysz
A nadzieję trudno zabić, chociaż jest krucha
Kto wie jakie cuda mogą się zdarzyć,
jeśli w nie wierzysz
Jakie się wydarzą, jeśli uwierzysz
Nie zawsze modlitwy zostają wysłuchane
Wtedy łatwo poddać się zwątpieniu
Ale kiedy jesteś oślepiony, przez swój ból
Czy nie widzisz jasno, chociaż pada deszcz
Czy nie słyszysz cichego, lecz pewnego głosu
Mówiącego:
Pomoc jest bardzo blisko.
("When you believe" Prince of Egypt)
Kiedy modlitwa zdaje się być próżna
Nadzieja jest jak ptaki,
Które szybko odlatują w górę
Jednak w moim sercu jest wiara,
Której nie umiem wytłumaczyć
I mówię słowa, które nie sądziłam, że kiedyś wypowiem
Cuda mogą się wydarzyć, jeśli w nie wierzysz
A nadzieję trudno zabić, chociaż jest krucha
Kto wie jakie cuda mogą się zdarzyć,
jeśli w nie wierzysz
Jakie się wydarzą, jeśli uwierzysz
Nie zawsze modlitwy zostają wysłuchane
Wtedy łatwo poddać się zwątpieniu
Ale kiedy jesteś oślepiony, przez swój ból
Czy nie widzisz jasno, chociaż pada deszcz
Czy nie słyszysz cichego, lecz pewnego głosu
Mówiącego:
Pomoc jest bardzo blisko.
("When you believe" Prince of Egypt)
niedziela, 20 czerwca 2010
Sprawy niedokończone
We wtorek pożegnanie z Babcią. Ostatnie.
Pamiętała jak zmarł jej dziadek. Był wspaniałym człowiekiem, jedynym właściwie od strony ojca, który roztaczał ciepło - swojskość. Który traktował wnuki i jej mamę z nieudawaną serdecznością.
Z pogrzebu pamiętała tylko ciągłą nadzieję, że on się obudzi. Mówiła tacie, że gdyby nie był chłodzony, na pewno by żył. Ale nikt jej nie słuchał.
Wróciła teraz do tamtej sytuacji. Zmuszała się wtedy do płaczu nie dlatego, że nie było jej żal - tylko dlatego, że po prostu nie dotarł do niej fakt, że dziadka już nie ma.
Próbowała dociec, co teraz czuje.
Fakt, odkąd się dowiedziała miała dziwne skoki nastroju. Podobno oznaki żalu bywają różne - niektórzy płaczą, inni się śmieją. Ale coś jej się wydawało, że ten żal nie wygląda do końca tak, jak można by sądzić.
Bo jak tak obserwowała swoje myśli - okazywało się, że nie jest jej smutno, bo już Babci nie zobaczy. Bo z nią nie porozmawia. To nie jest poczucie braku.
To jest raczej: "Powinna była".
Nienawidziła mieć sobie coś do zarzucenia. Jeśli tylko istniało prawdopodobieństwo, iż ktoś mógłby się do czegoś we niej przyczepić - próbowała się tego pozbyć. Tyle że w takich sytuacjach niewiele można już zrobić. A ciągłe wyrzucanie sobie do niczego nie prowadzi.
Po prostu musiała wyciągnąć wnioski - "Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj".
Tylko teraz pytanie: czy tylko po to, by zaspokoić swoje potrzeby bycia ideałem, czy dla innych?
Pamiętała jak zmarł jej dziadek. Był wspaniałym człowiekiem, jedynym właściwie od strony ojca, który roztaczał ciepło - swojskość. Który traktował wnuki i jej mamę z nieudawaną serdecznością.
Z pogrzebu pamiętała tylko ciągłą nadzieję, że on się obudzi. Mówiła tacie, że gdyby nie był chłodzony, na pewno by żył. Ale nikt jej nie słuchał.
Wróciła teraz do tamtej sytuacji. Zmuszała się wtedy do płaczu nie dlatego, że nie było jej żal - tylko dlatego, że po prostu nie dotarł do niej fakt, że dziadka już nie ma.
Próbowała dociec, co teraz czuje.
Fakt, odkąd się dowiedziała miała dziwne skoki nastroju. Podobno oznaki żalu bywają różne - niektórzy płaczą, inni się śmieją. Ale coś jej się wydawało, że ten żal nie wygląda do końca tak, jak można by sądzić.
Bo jak tak obserwowała swoje myśli - okazywało się, że nie jest jej smutno, bo już Babci nie zobaczy. Bo z nią nie porozmawia. To nie jest poczucie braku.
To jest raczej: "Powinna była".
Nienawidziła mieć sobie coś do zarzucenia. Jeśli tylko istniało prawdopodobieństwo, iż ktoś mógłby się do czegoś we niej przyczepić - próbowała się tego pozbyć. Tyle że w takich sytuacjach niewiele można już zrobić. A ciągłe wyrzucanie sobie do niczego nie prowadzi.
Po prostu musiała wyciągnąć wnioski - "Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj".
Tylko teraz pytanie: czy tylko po to, by zaspokoić swoje potrzeby bycia ideałem, czy dla innych?
sobota, 19 czerwca 2010
Introspekcja
Czasem myślisz, że zostałeś oszukany. Czujesz się oszukany.
Ale to ty sam się oszukujesz, nikt inny tego za ciebie nie robi.
To nie ktoś cię denerwuje, to ty dajesz się zdenerwować.
To nie ktoś cię pociesza.
To nie ktoś cię smuci.
To nie ktoś sprawił że.
Wszystko jest w tobie.
Druga osoba ma znaczenie, tak.
Ale nic by nie zdziałała bez twojego przyzwolenia/ poddania się/ znalezienia siły wewnętrznej.
A co z opuszczeniem?
Dała się opuścić czy została opuszczona.
Gdy ktoś bliski umiera...
Przecież to czysta biologia, kolej rzeczy.
Ale może gdyby się pożegnała... Gdyby nie odkładała na później. Gdyby uwierzyła że to może się stać, że to realne...Lecz Babci już nie było.
Nie ma mnie tu
Gaba Kulka "Napisy końcowe":
Tyle nut, tyle słów
Tyle słów, tak mało sensu
w sumie
nie ma mnie tu wcale, nie ma
Tyle słów, tak mało sensu
w sumie
nie ma mnie tu wcale, nie ma
tu mnie wcale, nie
Tyle snów, tyle snów
Tyle snów mam na sumieniu
I według nich osądzą mnie
(tyle szumu, tyle krzyku)
(czego ona jeszcze chce)
(tyle szumu, tyle krzyku)
wokół mnie
A ja chciałam tylko filmu
Ja chciałam tylko filmu
z tobą
w roli
mnie
Nie ma tu jej wcale
Nie ma tu jej wcale, nie
Tyle snów, tyle snów
Tyle snów mam na sumieniu
I według nich osądzą mnie
(tyle szumu, tyle krzyku)
(czego ona jeszcze chce)
(tyle szumu, tyle krzyku)
wokół mnie
A ja chciałam tylko filmu
Ja chciałam tylko filmu
z tobą
w roli
mnie
Nie ma tu jej wcale
Nie ma tu jej wcale, nie
czwartek, 17 czerwca 2010
Kierunek: szkoła wyższa
Dobrze więc. Studia.
Co ją pasjonuje, tak? Hmm i tu był problem: są dwie dziedziny.
Może dałoby się to jakoś połączyć, byłoby idealnie.
Pamiętała, jak była świeżo po maturze. Wtedy nikt się nie przejmował tym, czy po danych studiach znajdzie pracę, czy nie. Brało się to, co się chciało. I było prościej. A teraz? Dylemat: coś co ma perspektywy, czy coś co się kocha - ale bez gwarancji, że będzie z czego żyć.
Stłumione naturalne, spontaniczne odruchy na rzecz odpowiedzialności. Na ile jest to przydatne?
Została wychowana w domu, gdzie ktoś bez studiów wyższych, albo humanista niewiele znaczy. Rodzina nauczycielska: ojciec fizyk, matka matematyczka. W grę wchodziły prawie bez wyjątku kierunki techniczne. "Psychologia? No tak, fajnie, skoro to lubisz... Ale wiesz ilu jest psychologów? Jak wygląda kształcenie? W dzisiejszych czasach tylko tytuł inżyniera zapewni Ci chleb i dach nad głową."
I w tej głowie mętlik.
Co ją pasjonuje, tak? Hmm i tu był problem: są dwie dziedziny.
- Psychologia, jakże by inaczej. Praca z ludźmi, odkrywanie, szukanie sedna, to cudowne!. Tylko że aby to robić, trzeba skończyć studia (psycho, socjo, reso, coś takiego), czyli 5 lat + 3 - 4 lata szkoły psychoterapeutycznej, która jest droga. Nie miała takich warunków i wątpiła, żeby pracując w trakcie studiów tyle odłożyła. No już pomijając fakt, że szkoła techniki która ją zainteresowała nie przyjmuje osób po interwencjach psychiatrycznych.I że konkurencja jest przytłaczająca.
- Nie wiedziała jak to nazwać- robótki ręczne? Nie jakieś dzierganie, bardziej praca rękami. Jakieś tam majsterkowanie, naprawianie, itd. Ogólnie to, przy czym dzierży się w ręku obcęgi tudzież śróbokręt, co wymaga precyzji i/lub zmysłu artystycznego. Tylko czy można z tym wiązać przyszłość?
Może dałoby się to jakoś połączyć, byłoby idealnie.
Pamiętała, jak była świeżo po maturze. Wtedy nikt się nie przejmował tym, czy po danych studiach znajdzie pracę, czy nie. Brało się to, co się chciało. I było prościej. A teraz? Dylemat: coś co ma perspektywy, czy coś co się kocha - ale bez gwarancji, że będzie z czego żyć.
Stłumione naturalne, spontaniczne odruchy na rzecz odpowiedzialności. Na ile jest to przydatne?
Została wychowana w domu, gdzie ktoś bez studiów wyższych, albo humanista niewiele znaczy. Rodzina nauczycielska: ojciec fizyk, matka matematyczka. W grę wchodziły prawie bez wyjątku kierunki techniczne. "Psychologia? No tak, fajnie, skoro to lubisz... Ale wiesz ilu jest psychologów? Jak wygląda kształcenie? W dzisiejszych czasach tylko tytuł inżyniera zapewni Ci chleb i dach nad głową."
I w tej głowie mętlik.
wtorek, 15 czerwca 2010
Jest / powinno być
Ach, zachwyt! Czym kim? Sobą! Narcyzem być... Przecież miała prawo, w pełni uzasadnione.
Któż, jeśli nie ona, ukończył terapię "ze skutkiem"?
Och i ma świadomość, i zna tyle określeń psychologicznych.
I myśli!
I pięknie ubiera w słowa to, co czuje, choć nie umie tego nazwać.
I jeszcze bierze odpowiedzialność za siebie, i za innych też, i dba o relacje, i aż tchu braknie!
Och jest normalna! Zwyczajna- niezwyczajna..!
I niezbyt spełniona... samotna wciąż.
Rozdźwięk między tym co jest a "powinno być".
Na fali samozadowolenia tak łatwo przeoczyć.. tak łatwo w biegu minąć jakiś ważny element, bez którego ani rusz. Zapomnieć o innych - albo o sobie.
Myślisz: jest idealnie: w miarę pozytywny nastrój; praca; dobre relacje z rodziną, przyjaciele nieliczni, ale obecni. Nie chcesz wchodzić w to dalej, zostajesz na wierzchu, bo wygląda ładnie.
Pozory.
Cenne są te chwile, kiedy dajesz sobie podważyć osądy i opinie. Kiedy ktoś odważa się rozpruć szew na misternie przez Ciebie zaprojektowanej ułudzie i przekonujesz się, że to, co uważałeś za elegancką spódnicę - to tylko halka.
Znika samozadowolenie i stagnacja- możesz znów zacząć szukać, iść, wspinać się.
Kiedyś w szpitalu przypisana jej pielęgniarka powiedziała jej, że bardziej się niepokoi, gdy jest rozentuzjazmowana, niż gdy wszystko neguje i daje się opanować rezygnacji. Nie to, żeby hamowała jej dobry humor i cenzurowała radość: po prostu tak często jest, że dopiero niepowodzenie zmusza do szukania nowych rozwiązań.
Chociaż niepowodzenie to za dużo powiedziane.
Dzień wcześniej ktoś zwrócił jej uwagę, że przyjaźń z koleżanką z pokoju jest dziwnie podobna do relacji z przeszłości. Tzn: ona się angażuje, koleżanka nie, ona daje, nie biorąc nic prawie, ona zabiega, martwi się, troszczy, a z drugiej strony sygnał zanika. Z początku mówiła, że nie, że to nie prawda, broniła, tłumaczyła... że ona jest w kiepskim stanie, też ma problemy... Krótko mówiąc - jeśli nie ona, to kto, no przecież jest jej najbliższą osobą. Tylko że jakoś nie dzwoniła. W ciągu prawie 3 tygodni milczenia koleżance nie przyszło do głowy, co ona mogę czuć.
I teraz próbowała wyważyć - na ile to sprawka zaburzeń, a na ile "pozwalania sobie"? Co mogła zrozumieć i wybaczyć, a czego już nie? Nie wiedziała jak wygląda zdrowa relacja, jaki powinien być w niej transfer energii.
Nie chciała stracić M.
Ale też nie miała zamiaru kurczowo się jej trzymać.
Któż, jeśli nie ona, ukończył terapię "ze skutkiem"?
Och i ma świadomość, i zna tyle określeń psychologicznych.
I myśli!
I pięknie ubiera w słowa to, co czuje, choć nie umie tego nazwać.
I jeszcze bierze odpowiedzialność za siebie, i za innych też, i dba o relacje, i aż tchu braknie!
Och jest normalna! Zwyczajna- niezwyczajna..!
I niezbyt spełniona... samotna wciąż.
Rozdźwięk między tym co jest a "powinno być".
Na fali samozadowolenia tak łatwo przeoczyć.. tak łatwo w biegu minąć jakiś ważny element, bez którego ani rusz. Zapomnieć o innych - albo o sobie.
Myślisz: jest idealnie: w miarę pozytywny nastrój; praca; dobre relacje z rodziną, przyjaciele nieliczni, ale obecni. Nie chcesz wchodzić w to dalej, zostajesz na wierzchu, bo wygląda ładnie.
Pozory.
Cenne są te chwile, kiedy dajesz sobie podważyć osądy i opinie. Kiedy ktoś odważa się rozpruć szew na misternie przez Ciebie zaprojektowanej ułudzie i przekonujesz się, że to, co uważałeś za elegancką spódnicę - to tylko halka.
Znika samozadowolenie i stagnacja- możesz znów zacząć szukać, iść, wspinać się.
Kiedyś w szpitalu przypisana jej pielęgniarka powiedziała jej, że bardziej się niepokoi, gdy jest rozentuzjazmowana, niż gdy wszystko neguje i daje się opanować rezygnacji. Nie to, żeby hamowała jej dobry humor i cenzurowała radość: po prostu tak często jest, że dopiero niepowodzenie zmusza do szukania nowych rozwiązań.
Chociaż niepowodzenie to za dużo powiedziane.
Dzień wcześniej ktoś zwrócił jej uwagę, że przyjaźń z koleżanką z pokoju jest dziwnie podobna do relacji z przeszłości. Tzn: ona się angażuje, koleżanka nie, ona daje, nie biorąc nic prawie, ona zabiega, martwi się, troszczy, a z drugiej strony sygnał zanika. Z początku mówiła, że nie, że to nie prawda, broniła, tłumaczyła... że ona jest w kiepskim stanie, też ma problemy... Krótko mówiąc - jeśli nie ona, to kto, no przecież jest jej najbliższą osobą. Tylko że jakoś nie dzwoniła. W ciągu prawie 3 tygodni milczenia koleżance nie przyszło do głowy, co ona mogę czuć.
I teraz próbowała wyważyć - na ile to sprawka zaburzeń, a na ile "pozwalania sobie"? Co mogła zrozumieć i wybaczyć, a czego już nie? Nie wiedziała jak wygląda zdrowa relacja, jaki powinien być w niej transfer energii.
Nie chciała stracić M.
Ale też nie miała zamiaru kurczowo się jej trzymać.
niedziela, 13 czerwca 2010
Na przyszłość
Mogłoby się wydawać że jest tak pięknie. Że terapia wymazuje wszelkie problemy. Nie: niedogodności życiowe, tylko problemy myślowe, lękowe.
Zadzwoniła w ostatnich dniach na oddział 7F. Wychodząc z niego obiecała, że się odezwie za jakiś czas i powie, jak sobie radzi. Sprawdziła kiedy B.B. będzie na dyżurze i zatelefonowała. W sumie z wyborem czasu, by to zrobić, czekała, aż wszystko mniej więcej się ułoży. Żeby nie było. Żeby nie sprawić zawodu. Bo z tego co słyszała, zaliczono ją do pacjentów, którzy coś wzięli z terapii, nie zmarnowali jej. To zobowiązuje. Jeśli raz zostanie się docenionym, nie chce się, by czar prysł. Łatwiej jest mówić o sukcesach niż porażkach. Tym bardziej, jeśli całe życie było się przekonanym, że tylko idealni ludzie mogą coś osiągnąć.
Ciągle bywały momenty, takie chwile uświadomienia, które sprawiały, że czuła się do niczego, bez wartości. Kiedy zamyka starannie drzwi i płacze w poduszkę. Albo pod prysznicem. Kiedy nie wie co ma robić dalej i ogarnia ją bezsens. Kiedy w głowie kołacze się pytanie- dokąd to doprowadzi? czy warto? czy ma szansę?
Wybierała kierunek studiów. Łatwe? Już tu zaczęły się schody: jest tyle ciekawych rzeczy: informatyka, fotografia, psychologia, grafika... Nie wiedziała na co się zdecydować. I do czego się nadaje. Praca z ludźmi czy raczej techniczna? Robiła jakieś testy predyspozycji zawodowych, wyniki były sprzeczne albo nie odpowiadały jej ambicjom. Gdyby miała więcej czasu... Żeby przeszufladkować myślenie, uporządkować je.
Ale nie miała. I bała się, że decyzja, którą podejmie, będzie błędna i znów straci czas. I jakąś szansę.
Zadzwoniła w ostatnich dniach na oddział 7F. Wychodząc z niego obiecała, że się odezwie za jakiś czas i powie, jak sobie radzi. Sprawdziła kiedy B.B. będzie na dyżurze i zatelefonowała. W sumie z wyborem czasu, by to zrobić, czekała, aż wszystko mniej więcej się ułoży. Żeby nie było. Żeby nie sprawić zawodu. Bo z tego co słyszała, zaliczono ją do pacjentów, którzy coś wzięli z terapii, nie zmarnowali jej. To zobowiązuje. Jeśli raz zostanie się docenionym, nie chce się, by czar prysł. Łatwiej jest mówić o sukcesach niż porażkach. Tym bardziej, jeśli całe życie było się przekonanym, że tylko idealni ludzie mogą coś osiągnąć.
Ciągle bywały momenty, takie chwile uświadomienia, które sprawiały, że czuła się do niczego, bez wartości. Kiedy zamyka starannie drzwi i płacze w poduszkę. Albo pod prysznicem. Kiedy nie wie co ma robić dalej i ogarnia ją bezsens. Kiedy w głowie kołacze się pytanie- dokąd to doprowadzi? czy warto? czy ma szansę?
Wybierała kierunek studiów. Łatwe? Już tu zaczęły się schody: jest tyle ciekawych rzeczy: informatyka, fotografia, psychologia, grafika... Nie wiedziała na co się zdecydować. I do czego się nadaje. Praca z ludźmi czy raczej techniczna? Robiła jakieś testy predyspozycji zawodowych, wyniki były sprzeczne albo nie odpowiadały jej ambicjom. Gdyby miała więcej czasu... Żeby przeszufladkować myślenie, uporządkować je.
Ale nie miała. I bała się, że decyzja, którą podejmie, będzie błędna i znów straci czas. I jakąś szansę.
środa, 9 czerwca 2010
Takie tam gadanie
Może komuś się wydawać, że terapia to takie nic. Idzie się do kogoś, gada z nim/do niego. I tyle. Ani w tym żadnego wysiłku, ani efektów. No bo jak - samym gadaniem miałoby się coś zmieniać? Co mają słowa do rzeczywistości, do uczuć, emocji, postaw, zachowań? Zdarzają się opinie, że to dla leni i osób użalających się nad sobą, którym tak naprawdę nie chce się wziąć spraw w swoje ręce. Że to dla ludzi słabych.
Sama nieustannie toczyła walkę wewnętrzną. Z tym co podobno, co powinno się, i z tym co rzeczywiście.
Bo realia terapii, to naprawdę mocna rzecz. Osoba bez trudnych przeżyć i dysfunkcyjnej rodziny pewnie znudziłaby się szybko - o ile nie ma nic do odkrycia. Ktoś inny może przeżyć wstrząs. Nie na zasadzie, że nagle psychoanaliza ujawnia wyparte wspomnienia o molestowaniu; to takie przereklamowane.
Nie.
Wystarczy, że emocje wychodzą na jaw. Myślisz o sobie, że jesteś w miarę opanowany, no, bywało ciężko, przykrości ze strony innych, ale wszystko wybaczyłeś, zapomniałeś... jesteś inną osobą, silną, tak. I przykładowo, myślisz o swojej siostrze jako najbliższej osobie - możesz jej o wszystkim powiedzieć, zaufać, jest zdroworozsądkowa, obyta, wykształcona- wspaniała. I w czasie rozmowy z obcą osobą okazuje się, że ta siostra wcale nie jest taka anielska i nieomylna. Uświadamiasz sobie, że osądy na temat siebie i świata, które wydawały ci się twoje własne, rodzone- takie nie są. Przyjąłeś je bez mrugnięcia okiem uznając, że taka jest norma. Tylko że ta norma jest bardzo krzywdząca- i skrzywiająca obraz rzeczywistości. I co wtedy?
Budzi się żal, bunt, tak silne.
Później złość- tak, złość, ta okropna emocja, której nie wolno ujawniać.
Rezygnacja, bezsilność.
Chcesz obwinić o wszystko tę właśnie siostrę, to też ulga, że jednak nie ty jesteś odpowiedzialny.
Cóż za wspaniały wachlarz uczuć, i one wszystkie w tobie były!
A teraz trzeba to opanować.
Powoli.
Nic na siłę. Trochę zrozumienia i przyzwolenia- sobie, i innym. Na błędy, na uczucia.
I wszystko jakoś się wycisza.
Może do następnego razu - może.
Sama nieustannie toczyła walkę wewnętrzną. Z tym co podobno, co powinno się, i z tym co rzeczywiście.
Bo realia terapii, to naprawdę mocna rzecz. Osoba bez trudnych przeżyć i dysfunkcyjnej rodziny pewnie znudziłaby się szybko - o ile nie ma nic do odkrycia. Ktoś inny może przeżyć wstrząs. Nie na zasadzie, że nagle psychoanaliza ujawnia wyparte wspomnienia o molestowaniu; to takie przereklamowane.
Nie.
Wystarczy, że emocje wychodzą na jaw. Myślisz o sobie, że jesteś w miarę opanowany, no, bywało ciężko, przykrości ze strony innych, ale wszystko wybaczyłeś, zapomniałeś... jesteś inną osobą, silną, tak. I przykładowo, myślisz o swojej siostrze jako najbliższej osobie - możesz jej o wszystkim powiedzieć, zaufać, jest zdroworozsądkowa, obyta, wykształcona- wspaniała. I w czasie rozmowy z obcą osobą okazuje się, że ta siostra wcale nie jest taka anielska i nieomylna. Uświadamiasz sobie, że osądy na temat siebie i świata, które wydawały ci się twoje własne, rodzone- takie nie są. Przyjąłeś je bez mrugnięcia okiem uznając, że taka jest norma. Tylko że ta norma jest bardzo krzywdząca- i skrzywiająca obraz rzeczywistości. I co wtedy?
Budzi się żal, bunt, tak silne.
Później złość- tak, złość, ta okropna emocja, której nie wolno ujawniać.
Rezygnacja, bezsilność.
Chcesz obwinić o wszystko tę właśnie siostrę, to też ulga, że jednak nie ty jesteś odpowiedzialny.
Cóż za wspaniały wachlarz uczuć, i one wszystkie w tobie były!
A teraz trzeba to opanować.
Powoli.
Nic na siłę. Trochę zrozumienia i przyzwolenia- sobie, i innym. Na błędy, na uczucia.
I wszystko jakoś się wycisza.
Może do następnego razu - może.
poniedziałek, 7 czerwca 2010
Auto - stop
W takich chwilach jak dziś przychodziły jej do głowy słowa: wspomnienia palą mnie jak słońce. Skąd to określenie się wzięło - nie wiedziała. Nawet nie oddawało w pełni jej odczuć. Było banalne. Ale wracało, zdecydowanie zbyt często. Wystarczało jedno błędne posunięcie. Przypadkowe otwarcie teczki z dokumentami, z leżącą na wierzchu karta wypisu. Stary pamiętnik. Pojawienie się na facebooku dawno zapomnianej osoby. Powrót nadziei (tak, ona istnieje!)
Życie przeszłością nie ma sensu. Trzeba wyciągnąć z niej wnioski, i iść dalej. Ją coś hamowało. Nie, nie coś. Ona sama. Dawała sobie prawo do uczuć, marzeń, porywów serca nawet. Po czym anulowała je.
To czego się nauczyła i co miało największą skuteczność w wychodzeniu na prostą, to autoanaliza. Dzięki niej mogła wychwycić nieścisłości i sprzeczności w myśleniu i działaniu. To było dobre.
Ale czasem kierowało się przeciwko niej. Szczególnie w relacjach. Zyskiwała coraz większą świadomość siebie, swoich zalet - ale i niedoskonałości. Zawsze sądziła, że ludzie nie lubią osób niedoskonałych i dążyła do ideału. Nadal nie potrafiła tego przeskoczyć. Nie czuła się dość dobra. W ogóle. Dla kogokolwiek.
Była niedojrzała, niewykształcona, niestabilna. Taka prawda. Nie bynajmniej rozżalona, o nie. To taka bezsilność trochę, zrezygnowanie, ale też poczucie, że, no czego lepszego mogła się po sobie spodziewać.
Był też jakiś tego pozytyw: temperowało to nieco jej dumę, a naprawdę było jej to potrzebne. Swoją drogą czy to nie paradoks, że osoba z nie najwyższym poczuciem wartości jednocześnie czuje wyższość w jakichś aspektach? Są rzeczy których nie ogarniała.
Życie przeszłością nie ma sensu. Trzeba wyciągnąć z niej wnioski, i iść dalej. Ją coś hamowało. Nie, nie coś. Ona sama. Dawała sobie prawo do uczuć, marzeń, porywów serca nawet. Po czym anulowała je.
To czego się nauczyła i co miało największą skuteczność w wychodzeniu na prostą, to autoanaliza. Dzięki niej mogła wychwycić nieścisłości i sprzeczności w myśleniu i działaniu. To było dobre.
Ale czasem kierowało się przeciwko niej. Szczególnie w relacjach. Zyskiwała coraz większą świadomość siebie, swoich zalet - ale i niedoskonałości. Zawsze sądziła, że ludzie nie lubią osób niedoskonałych i dążyła do ideału. Nadal nie potrafiła tego przeskoczyć. Nie czuła się dość dobra. W ogóle. Dla kogokolwiek.
Była niedojrzała, niewykształcona, niestabilna. Taka prawda. Nie bynajmniej rozżalona, o nie. To taka bezsilność trochę, zrezygnowanie, ale też poczucie, że, no czego lepszego mogła się po sobie spodziewać.
Był też jakiś tego pozytyw: temperowało to nieco jej dumę, a naprawdę było jej to potrzebne. Swoją drogą czy to nie paradoks, że osoba z nie najwyższym poczuciem wartości jednocześnie czuje wyższość w jakichś aspektach? Są rzeczy których nie ogarniała.
sobota, 5 czerwca 2010
Złota rybko, złota rybko
Zastanawiała się kiedyś: gdyby miała jedno życzenie, gdyby mogła je wypowiedzieć i zostałoby spełnione, czego by pragnęła? Tyle marzeń, tyle potrzeb do zaspokojenia. Wiele z rzeczy, które przychodziły jej do głowy sukcesywnie wykluczała. Po co jej pieniądze, mogła je zarobić, po co jej święty spokój - bywa nudny. Długi czas myślała, że może idealna figura- ale w sumie co to znaczy idealna, i przecież to głupie, wybrać TAKIE marzenie, przecież to małostkowość i brak ambicji. Czytanie w myślach byłoby na dłuższą metę nie do zniesienia. Czego sama nie mogła zmienić?
Przeszłości.
To coś, co kładło się cieniem na całym jej życiu, czaiło się i wywoływało lęk przed nie akceptacją, odrzuceniem, w kluczowych momentach. Myślała, że to już za nią, że ważne jest to co robi teraz i jak planuje przyszłość. Myślała, że nikt nie musi o tym wiedzieć: jest teraz nową, silną osobą. Ale choćby chciała, nie mogła się tego pozbyć - części siebie.
Gdyby mogła... Tylko co by to dało?
Nie chciała żałować, nie chciała ukrywać, grać osoby, którą nie jest - bo to jaka jest teraz nie wzięło się znikąd. Czy idąc w góry liczy się tylko fakt dotarcia na szczyt? A widoki, pejzaże, przygody po drodze?
Bała się nie akceptacji - ale podobno miłość to całkowita akceptacja drugiej osoby. Więc jeśli ktoś nie jest w stanie jej tego zapewnić - to znaczy, że nie jest TĄ osobą, cokolwiek to znaczy.
Nie chciała, nie zamierzała uciekać od przeszłości.
Przeszłości.
To coś, co kładło się cieniem na całym jej życiu, czaiło się i wywoływało lęk przed nie akceptacją, odrzuceniem, w kluczowych momentach. Myślała, że to już za nią, że ważne jest to co robi teraz i jak planuje przyszłość. Myślała, że nikt nie musi o tym wiedzieć: jest teraz nową, silną osobą. Ale choćby chciała, nie mogła się tego pozbyć - części siebie.
Gdyby mogła... Tylko co by to dało?
Nie chciała żałować, nie chciała ukrywać, grać osoby, którą nie jest - bo to jaka jest teraz nie wzięło się znikąd. Czy idąc w góry liczy się tylko fakt dotarcia na szczyt? A widoki, pejzaże, przygody po drodze?
Bała się nie akceptacji - ale podobno miłość to całkowita akceptacja drugiej osoby. Więc jeśli ktoś nie jest w stanie jej tego zapewnić - to znaczy, że nie jest TĄ osobą, cokolwiek to znaczy.
Nie chciała, nie zamierzała uciekać od przeszłości.
środa, 2 czerwca 2010
Co jest normalne
Stresowała się trochę terapią, bo nie zrobiła zadania. Ale jej terapeutka okazała się równą babką i to zrozumiała. Stwierdziły zresztą, że kwestia odżywiania może poczekać, ważniejsze są inne rzeczy. Bo tak naprawdę to tylko skutek, źródło jest gdzie indziej, gdzie - tego trzeba było się dowiedzieć. A w czasie rozmowy wyszło coś, co ją zaskoczyło. Otóż to, że za dużo z siebie daje innym. Jakoś nigdy jej się tak nie wydawało. Myślała, że właśnie za mało... Że jest egoistką i raczej bierze, wykorzystuje, niż odwrotnie. Właściwie nadal tak myślała. Tylko że dopuszczała też taką możliwość, że może to być kolejne skrzywienie w postrzeganiu siebie... Musiała się zastanowić.
Najbliższa jej osoba z terapii, przyjaciółka, z którą była w pokoju, mieszkała w Warszawie. Dziewczyna z wersalki w tygodniu raczej tam nie bywała. Z pracy wychodziła najczęściej o 10 w poniedziałek, o 18 miała terapię. Z M. umawiała się "pomiędzy". W zeszłym tygodniu pracę skończyła w niedzielę, i jakoś nie spotkała się z nią. I od 2 tygodni nie miała z nią kontaktu. Dzwoniła wczoraj i nie odbierała, i teraz pytanie- dlaczego?
Nie umiała nie dopuścić też najgorszych scenariuszy, bo wiedziała, że M. nie czuła się najlepiej. Czy poczuła się jak "zapchajdziura", czy tak zrozumiała spotkania "pomiędzy"? Czy to kolejna osoba, z którą relacji nie udało jej się utrzymać. Czy ma prawo myśleć, że ona też mogła zadzwonić, czy mogła tego od niej wymagać? Tyle pytań, nikogo, kto by na nie odpowiedział. To był właśnie jej problem: nie wiedziała, co jest normalne, a co nie.
czwartek, 27 maja 2010
Niezależność i kontrola
Terapeutka dała jej zadanie: miała spisywać uczucia skłaniające ją do sięgnięcia po coś do jedzenia.
Nie znosiła tego.
Nie umiała zidentyfikować tych uczuć.
A poza tym - dlaczego ktoś obcy miałby mieć kontrolę nad tym co je, jak, itd.? Nie chodzi o to, że jadła coś czego nie powinna i "się wyda". Nie. Rzecz w tym, że zawsze ceniła sobie niezależność. Dlatego trudno było jej się pogodzić z tym, że komuś ma zdać relację. To jak tłumaczenie się komuś, kto już i tak wyrobił sobie zdanie na jej temat - bez sensu.
Choć może jednak jest sens w tym, żeby się przełamać. Zrobić coś wbrew sobie. Może... jest w tym jakiś wyższy, nieznany cel?
Nie znosiła tego.
Nie umiała zidentyfikować tych uczuć.
A poza tym - dlaczego ktoś obcy miałby mieć kontrolę nad tym co je, jak, itd.? Nie chodzi o to, że jadła coś czego nie powinna i "się wyda". Nie. Rzecz w tym, że zawsze ceniła sobie niezależność. Dlatego trudno było jej się pogodzić z tym, że komuś ma zdać relację. To jak tłumaczenie się komuś, kto już i tak wyrobił sobie zdanie na jej temat - bez sensu.
Choć może jednak jest sens w tym, żeby się przełamać. Zrobić coś wbrew sobie. Może... jest w tym jakiś wyższy, nieznany cel?
wtorek, 25 maja 2010
Woman, where are you?
Była po kolejnej sesji terapeutycznej.
Dziś rozmawiały o tym, co ją męczy, tak bardzo mocno, od równo 10 dni. Odkąd usłyszała od dziecka słowa, które mniej więcej miały znaczyć, że jest gruba.
Nie wiedziała, dlaczego tak się tym przejęła. Może dlatego, że znów odezwała się w niej tęsknota za związkiem.
Po wyjściu z 7f myślała, że niewiele ma do zrobienia. Tymczasem nie ruszyła tego problemu:
Kompletnej nie akceptacji siebie. Swojego ciała. Nie dostrzegania w sobie kobiety i przeświadczenia, że inni, mężczyźni szczególnie, również jej nie dostrzegą.
Kiedy w rozmowie z terapeutką sięgnęła wgłąb siebie, wydobyła myśli, które ją samą przeraziły i zaskoczyły. Myślała, że zna swoją wartość, wie jak jest, że nie tylko wygląd się liczy. A czuła kompletnie co innego. Że bez szczupłej figury nic nie znaczy. Co z tego, że nie jest głupia, ma inteligencję na poziomie wysokim, jest oczytana, wrażliwa na sztukę i nie jest złym człowiekiem. Te 8 kilo nadwagi stanowiło nieprzekraczalną barierę. Kto chciałby ją pokonać? Nie potrafiła schudnąć, a nie wierzyła, że taką jaką jest może ktokolwiek pokochać - jak kobietę. Wiedziała, że może być przyjaciółką, powierniczką, koleżanką... Ale nic więcej. To jej odbierało chęć do życia, a jednocześnie wzbudzało bunt - dlaczego? Co takiego sprawia, że krąglejsza dziewczyna nie ma szans? Nawet z ładną buzią i niezłym mózgiem..?
Dziś rozmawiały o tym, co ją męczy, tak bardzo mocno, od równo 10 dni. Odkąd usłyszała od dziecka słowa, które mniej więcej miały znaczyć, że jest gruba.
Nie wiedziała, dlaczego tak się tym przejęła. Może dlatego, że znów odezwała się w niej tęsknota za związkiem.
Po wyjściu z 7f myślała, że niewiele ma do zrobienia. Tymczasem nie ruszyła tego problemu:
Kompletnej nie akceptacji siebie. Swojego ciała. Nie dostrzegania w sobie kobiety i przeświadczenia, że inni, mężczyźni szczególnie, również jej nie dostrzegą.
Kiedy w rozmowie z terapeutką sięgnęła wgłąb siebie, wydobyła myśli, które ją samą przeraziły i zaskoczyły. Myślała, że zna swoją wartość, wie jak jest, że nie tylko wygląd się liczy. A czuła kompletnie co innego. Że bez szczupłej figury nic nie znaczy. Co z tego, że nie jest głupia, ma inteligencję na poziomie wysokim, jest oczytana, wrażliwa na sztukę i nie jest złym człowiekiem. Te 8 kilo nadwagi stanowiło nieprzekraczalną barierę. Kto chciałby ją pokonać? Nie potrafiła schudnąć, a nie wierzyła, że taką jaką jest może ktokolwiek pokochać - jak kobietę. Wiedziała, że może być przyjaciółką, powierniczką, koleżanką... Ale nic więcej. To jej odbierało chęć do życia, a jednocześnie wzbudzało bunt - dlaczego? Co takiego sprawia, że krąglejsza dziewczyna nie ma szans? Nawet z ładną buzią i niezłym mózgiem..?
sobota, 15 maja 2010
Walki pracowo - niepracowe
Miała za sobą ciężki dzień. Choć się nie zapowiadało. Kilka dni wcześniej dostała telefon od pewnej pani, która chciała zatrudnić ją w charakterze niani. Spotkała się z nią, rozmawiały, było ok. Umówiły się, że przyjdzie na próbę, i kilka godzin zostanie sam na sam z Przemkiem. Przyszła. I od tej chwili było już tylko gorzej. Ok, nie była przygotowana emocjonalnie na taką pracę, ale nie sądziła, że będzie tak źle. Pozornie szło dobrze- chłopak nie płakał, jakoś tam się bawił - kłopot pojawił się później. Widocznie nabrał do niej zaufania i postanowił okazać to w dość specyficzny sposób. Cóż, taka prawda, że figury nie miała idealnej. Została obdarzona obfitszymi kształtami tam gdzie powinna, ale i tam, gdzie niekoniecznie. Przemek wiedział gdzie uderzyć - tłumaczyła sobie, że nieświadomie. Kilkoma słowami dotknął ją do żywego. Gdyby miała w czym wybierać - może zrezygnowałaby z tej pracy. Ale z kasą u było krucho. Pomyślała - złośliwy czy nie, nie ma wyjścia. Przełknęła gorzkie słowa i własną dumę. Wychodziła stamtąd z ulgą i ustaleniami, że przyjdzie kilka dni później już na płatne godziny.
I kiedy już przywykła do myśli, że dzień w dzień będzie siedziała z dzieciakiem, przekonała siebie, że to najlepsze rozwiązanie - telefon. Przepraszam Cię bardzo, ale teściowa zajmie się Przemkiem - Nie ma sprawy, rozumiem.
I naprawdę rozumiała. Przynajmniej próbowała. Teściowa mniej kosztuje, to rodzina, Ewa była jej pewna, poza tym mogłaby się obrazić. Jednak dziewczyna z wersalki odczuła to jako osobistą klęskę. Że nie podołała, że nie jest dość dobra.
Walczyła z tym myśleniem, ale to nie łatwa walka.
Przynajmniej wiedziała, nad czym ma pracować na terapii.
I kiedy już przywykła do myśli, że dzień w dzień będzie siedziała z dzieciakiem, przekonała siebie, że to najlepsze rozwiązanie - telefon. Przepraszam Cię bardzo, ale teściowa zajmie się Przemkiem - Nie ma sprawy, rozumiem.
I naprawdę rozumiała. Przynajmniej próbowała. Teściowa mniej kosztuje, to rodzina, Ewa była jej pewna, poza tym mogłaby się obrazić. Jednak dziewczyna z wersalki odczuła to jako osobistą klęskę. Że nie podołała, że nie jest dość dobra.
Walczyła z tym myśleniem, ale to nie łatwa walka.
Przynajmniej wiedziała, nad czym ma pracować na terapii.
wtorek, 27 kwietnia 2010
Realizując zalecenia, z nadzieją
W Krakowie zalecali, by ok 2-3 miesiące po wyjściu podjąć zwykłą terapię. Właśnie to zrobiła! Nie obyło się bez strachów i obaw itd.: kim będzie nowy terapeuta, czy się z nim dogada, zaufa. Była po pierwszym spotkaniu, i - była dobrej myśli.
Wróciłam do miejsca, w którym zaczynała. Obiecano jej, że kogoś jej znajdą. I rzeczywiście, niedługo potem zadzwoniła do niej jakaś kobieta - nie znała jej, chyba nowa. W ogóle była zdziwiona, że terapeuta może zadzwonić do pacjenta, dotąd wyglądało to tak, że pacjent musi się o wszystko martwić, choćby go to przerastało.
Po spotkaniu była dobrej myśli - terapeutka okazała się zupełnie kimś innym, niż terapeuta z Krakowa - była żywa, reagująca, MÓWIĄCA. Skłaniała do zaufania, zwierzenia się z tego co najtrudniejsze, podzielenia się z wspomnieniami, których wolałaby nie ruszać ale wiedziała, że trzeba.
Starała się nie entuzjazmować. Ale była dobrej myśli - a to już chyba połowa sukcesu...
Wróciłam do miejsca, w którym zaczynała. Obiecano jej, że kogoś jej znajdą. I rzeczywiście, niedługo potem zadzwoniła do niej jakaś kobieta - nie znała jej, chyba nowa. W ogóle była zdziwiona, że terapeuta może zadzwonić do pacjenta, dotąd wyglądało to tak, że pacjent musi się o wszystko martwić, choćby go to przerastało.
Po spotkaniu była dobrej myśli - terapeutka okazała się zupełnie kimś innym, niż terapeuta z Krakowa - była żywa, reagująca, MÓWIĄCA. Skłaniała do zaufania, zwierzenia się z tego co najtrudniejsze, podzielenia się z wspomnieniami, których wolałaby nie ruszać ale wiedziała, że trzeba.
Starała się nie entuzjazmować. Ale była dobrej myśli - a to już chyba połowa sukcesu...
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Welcome World
Od 2 miesięcy była w domu. Zetknięcie z rzeczywistością, zderzenie raczej, nie było łatwe, ale jakoś sobie radziła. Oczywiście co jakiś czas miała jakiś gorszy moment, ale to jej już nie załamywało.
Sytuacja formalna, w jakiej się znalazła, nie do końca jej odpowiadała: nie studiowała, nie mogła znaleźć pracy na stałe, właściwie była na utrzymaniu rodziców. Pracowała w weekendy, ale resztę tygodnia miała wolną; może komuś się wydawać że to wygodne, bynajmniej. Może po prostu nie potrafiła wykorzystać tego wolnego czasu w odpowiedni sposób, ale faktem było, że strasznie ją to męczyło. Może dlatego, kiedy zbliżał się weekend, zaczynała się cieszyć. Jechała do Warszawy, miała tam towarzystwo, mogła wyskoczyć gdzieś, do galerii czy coś. Mogła wtedy zakosztować wolności, którą utraciła 2 lata temu. W mieście rodzinnym się dusiła. Nie miała tu już znajomych, z którymi mogłaby się spotkać, za to mnóstwo takich, których nie wspominała najlepiej.
Praca jakiej się podjęła nie satysfakcjonowała jej jednak finansowo. Nie miała szans usamodzielnić się, właściwie to dorabiała raczej, niż zarabiała. Czuła się obciążeniem dla rodziny, a jednocześnie nie mogła tego zmienić. Dopiero od października miała znów podjąć studia, wtedy czymś będzie można tłumaczyć utrzymywanie przez rodziców. Swoją drogą istnieje przecież dużo ludzi, którym taki układ odpowiada. Zupełnie ich nie rozumiała.
Tak czy inaczej był na pewno jeden pozytyw tego, że siedziała w domu: miała czas do przemyśleń.
niedziela, 17 stycznia 2010
Myśl przywrócona do życia
Został jej jeszcze 1 miesiąc w Krakowie, to stosunkowo mało w kontekście trwania całej, 24-tygodniowej terapii.
Problemy z pustką się skończyły z chwilą odstawienia neuroleptyków, pojawiły się za to kłopoty z utrzymaniem wagi - wróciła do stanu sprzed kuracji Zeldoxem.
Ale to już nie zaprzątało jej ciągle głowy.
Miała ciekawsze sprawy do przemyślenia.
To było niesamowite, jak tam można było nauczyć się myśleć, zyskać świadomość swoich zachowań, ich przyczyn i funkcji, i dzięki temu móc je kontrolować. Ten szpital był jedną z najlepszych decyzji, jakie podjęła. To, co wydawało się nieuchronne i niezmienne, okazało się w dużym stopniu zależne ode niej.
Miło jest uświadomić sobie, że można czymś świadomie sterować i zmieniać.
Chociaż i nieświadomość może być wygodna - robię coś, bo taka się urodziłam, nic na to nie poradzę - zwalnia od odpowiedzialności, ale niszczy prawdziwe życie, związki, postęp.
Teraz już to wiedziała. Czasami jeszcze przychodziło jej do głowy, że jednak wygodnie było mieć w domu etykietkę pacjentki psychiatrycznej: "nie dotykać, urażenie grozi samobójstwem", korzystać z opieki, patrzeć jak rodzina bezradnie miota się nie wiedząc, jaką postawę powinna wobec niej przyjąć.
Ale to nie ta droga.
Miała być dorosła - więc będzie. Mimo, że wiąże się to z wieloma niedogodnościami.
To, co mogła zyskać, było o wiele większe, ważniejsze, bardziej nęcące.
Subskrybuj:
Posty (Atom)