wtorek, 27 kwietnia 2010

Realizując zalecenia, z nadzieją

W Krakowie zalecali, by ok 2-3 miesiące po wyjściu podjąć zwykłą terapię. Właśnie to zrobiła! Nie obyło się bez strachów i obaw itd.: kim będzie nowy terapeuta, czy się z nim dogada, zaufa. Była po pierwszym spotkaniu, i - była dobrej myśli.

Wróciłam do miejsca, w którym zaczynała. Obiecano jej, że kogoś jej znajdą. I rzeczywiście, niedługo potem zadzwoniła do niej jakaś kobieta - nie znała jej, chyba nowa. W ogóle była zdziwiona, że terapeuta może zadzwonić do pacjenta, dotąd wyglądało to tak, że pacjent musi się o wszystko martwić, choćby go to przerastało. 

Po spotkaniu była dobrej myśli - terapeutka okazała się zupełnie kimś innym, niż terapeuta z Krakowa - była żywa, reagująca, MÓWIĄCA. Skłaniała do zaufania, zwierzenia się z tego co najtrudniejsze, podzielenia się z wspomnieniami, których wolałaby nie ruszać ale wiedziała, że trzeba. 
Starała się nie entuzjazmować. Ale była dobrej myśli - a to już chyba połowa sukcesu...

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Welcome World


Od 2 miesięcy była w domu. Zetknięcie z rzeczywistością, zderzenie raczej, nie było łatwe, ale jakoś sobie radziła. Oczywiście co jakiś czas miała jakiś gorszy moment, ale to jej już nie załamywało.

Sytuacja formalna, w jakiej się znalazła, nie do końca jej odpowiadała: nie studiowała, nie mogła znaleźć pracy na stałe, właściwie była na utrzymaniu rodziców. Pracowała w weekendy, ale resztę tygodnia miała wolną; może komuś się wydawać że to wygodne, bynajmniej. Może po prostu nie potrafiła wykorzystać tego wolnego czasu w odpowiedni sposób, ale faktem było, że strasznie ją to męczyło. Może dlatego, kiedy zbliżał się weekend, zaczynała się cieszyć. Jechała do Warszawy, miała tam towarzystwo, mogła wyskoczyć gdzieś, do galerii czy coś. Mogła wtedy zakosztować wolności, którą utraciła 2 lata temu. W mieście rodzinnym się dusiła. Nie miała tu już znajomych, z którymi mogłaby się spotkać, za to mnóstwo takich, których nie wspominała najlepiej.

Praca jakiej się podjęła nie satysfakcjonowała jej jednak finansowo. Nie miała szans usamodzielnić się, właściwie to dorabiała raczej, niż zarabiała. Czuła się obciążeniem dla rodziny, a jednocześnie nie mogła tego zmienić. Dopiero od października miała znów podjąć studia, wtedy czymś będzie można tłumaczyć utrzymywanie przez rodziców. Swoją drogą istnieje przecież dużo ludzi, którym taki układ odpowiada. Zupełnie ich nie rozumiała.

Tak czy inaczej był na pewno jeden pozytyw tego, że siedziała w domu: miała czas do przemyśleń.