Trafiła wreszcie na kilkugodzinną górkę. Po trudnym tygodniu, śpiewanie na nabożeństwie okazało się zbawienną odmianą. Korzystała z tego. Kiedyś stworzyła listę rzeczy, za które chciała przeprosić. Dziś chciała zrobić dłuższą. Za co dziękuje. Bo miała za co.
Dziękuję za to, że mogę śpiewać i się w tym rozwijać.
Dziękuję za to, że mogę śpiewać wśród ludzi, którzy wiedzą jaka jestem, są wyrozumiali, stanowią podporę w wzór do naśladowania.
Dziękuję za to, że mogę śpiewać dla ludzi, którzy wierzą w Boga, i mogę ich w ten sposób budować.
Dziękuję za to, że moja wiara i umiejętności wokalne są zbyt małe, bym mogła jakąkolwiek zasługę przypisać sobie.
Dziękuję za ludzi, którzy są bezinteresowni i wielokrotnie mi pomagają, nawet jeśli im nie po drodze.
Dziękuję za znajomych, których nie zraża moje milczenie i nie zważając na nie dopominają się o kontakt.
Dziękuję za ludzi, których nie zraża mój opór i namawiają mnie na rozsądne, choć czasem wymagające odwagi kroki.
Dziękuję za ludzi, którzy dzielą się dobrym słowem, tak ot.
Dziękuję za ludzi, którzy obdarzają uśmiechem i sympatią, zawsze i wszędzie.
Za przyjaciół, za znajomych, za rodzinę. Za A., M., M, J., E., E., A., R., za mamę, oczywiście, i za wielu innych, których spotkałam gdzieś na swojej drodze, i którzy teraz się na niej pojawiają.
Dziękuję za to, że przechodzę przez studia bez większych problemów.
Dziękuję za to, że finansowo też nie mam większych kłopotów.
Dziękuję za to, że nawet ze zdrowiem fizycznym też jest ok.
Dziękuję za chwile, gdy się uśmiecham, gdy czuję się szczęśliwa.
Dziękuję za to, że czasem mogę w czymś komuś pomóc, być potrzebna.
Dziękuję za siłę, która pozwala rano wstać z łóżka.
Dziękuję za zdolność rozumienia i tworzenia powiązań.
Za to wszystko, co pozwala funkcjonować, w podstawowym, ale też interpersonalnym wymiarze.
Dziękuję za życie, bo choć jest trudne, to jest szansą. Bez życia szansy już nie ma.
Dziękuję za to, że Bóg mnie pociągnął do siebie. Inaczej pewnie bym nie żyła.
niedziela, 29 marca 2015
wtorek, 24 marca 2015
Moczarka kanadyjska
Myśli kłamią.
Serce oszukuje.
Komu wierzyć?
W co, w kogo wierzyć?
Czy zostać moczarką kanadyjską i przeczekać?
Myśli wbijają w ziemię.
Serce pali jak żarzący się węgielek na dłoni.
Komu wierzyć?
W co, w kogo wierzyć?
Czy zostać moczarką kanadyjską i przeczekać?
Półkule mózgu wszczynają bratobójczą walkę.
Komory serca próbują zmusić zastawki do znieruchomienia.
Nie ma nikogo, komu można uwierzyć.
Nie ma w co, ani w kogo wierzyć.
Moczarki kanadyjskie rosną w Kanadzie.
Nie tu.
Tu się umiera.
Po cichu.
Ale
Kogo to interesuje.
Żyjesz gdzieś, zaaferowany studiami, pracą, wizją przyszłości.
Biegniesz do przodu.
Osiągasz cele.
Wyznaczasz nowe.
Obok ktoś umiera.
Próbuje żyć, być zaaferowanym studiami, pracą wizją przyszłości.
Lecz jej nie ma.
Nie ma gdzie biec, nie ma gdzie iść, pozostaje pełzać w nieokreślonym kierunku.
Zatrzymaj się. Spójrz obok.
Tobie też jest ciężko, tak. Ale
może możesz coś zrobić. Może
na dnie serca kryje się trochę
troski. Zainteresowania
nie sobą.
czwartek, 12 marca 2015
Wszystko byłoby dobrze
Gdyby tylko
Tak niewiele trzeba
Szczypta ciepła
Garść dotyku
Gdyby tylko
Tak niewiele trzeba
Kropla troski
Deszcz opieki
Gdyby tylko
Tak niewiele trzeba
Tchnienie siebie
Cień przyjaźni
Gdyby tylko
Lecz
Tak wiele
Tak niewiele trzeba
Szczypta ciepła
Garść dotyku
Gdyby tylko
Tak niewiele trzeba
Kropla troski
Deszcz opieki
Gdyby tylko
Tak niewiele trzeba
Tchnienie siebie
Cień przyjaźni
Gdyby tylko
Lecz
Tak wiele
poniedziałek, 9 marca 2015
O czym wiedzą wszyscy
Dowiadywanie się o sobie nowych (albo prawie nowych) informacji to coś, co chyba nie ma granic. Nie ma, że skończyłeś 25 lat, nie ma, że ileś tam czasu spędziłeś na rozmowach i analizach. Po prostu niektóre sprawy umykają.
Dowiedziała się, że ma "zawyżone standardy osobiste", i że cechuje ją "hiperkrytycyzm". No tak, nic nowego, mega duże wymagania od siebie, przy byle pomyłce, byle słowie wypowiedzianym nie w porę lub niepotrzebnie, byle dźwięku nie trafionym w punkt, byle szczególe - od razu obwinianie i oskarżanie siebie. Tak tak, znała to nie od dziś. A inni ludzie? Też ich tak oceniasz? Inni? Nieeee, inni są niewinni, no może czasem drażnił ją nie wyłączony telefon na nabożeństwie, ale to sporadyczne przypadki.
We wtorek była tego jeszcze pewna. Po tygodniu zweryfikowała nieco ten pogląd. A nawet całkowicie.
Jest bardzo krytyczna, tak, że to aż przeraża. Kiedyś siostra zapytała ją, czemu nie chcesz się nauczyć jeździć na rolkach, albo ćwiczyć przy innych. No, to nie tak, że nie chciała (nawet próbowała), tylko, no jak się na przykład wywrócę, i wszyscy będą się śmiać... Naprawdę? Ale co w tym śmiesznego, że chcesz mieć lepszą kondycję, to chyba dobrze... A Ty co byś pomyślała jakbyś zobaczyła taki widok? No... serio? że tłuścioch i łamaga w dodatku...
Taka chwila szczerości. To było już parę lat temu, teraz odpowiedziałaby trochę inaczej, niemniej jednak.
Jej mama zawsze twierdziła, że pewne rzeczy wiadomo, że wszyscy to wiedzą, że coś należy, a coś nie (np. że nie przyjąć komunii na pogrzebie rodzica albo ślubie kogoś z rodziny to wstyd, że jak mama leży to znaczy że ma straszliwą migrenę i trzeba chodzić na palcach, że obowiązek to priorytet, i wszyscy którzy chcą coś osiągnąć odkładają własne potrzeby do najniższej szuflady). Dziewczyna z wersalki dziwnym trafem tego nie wiedziała, jak i jej rodzeństwo, ale to nie zmieniało wymagań. Bo powinni wiedzieć, a skoro nie wiedzieli, to ich wina.
Jak to się mówi, wzięła mamę z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Są pewne priorytety, dla których mogła wiele zrobić. Dostosować swoje plany np. do planów związanych z kościołem, spotkaniami biblijnymi, czy w związku z nauką. Mogła zaniedbać kontakty z innymi, nawet z rodziną, by tamte sprawy nie ucierpiały, mogła wracać do domu o północy, nawet jeśli następnego dnia miała na 8. I to samo kierowała do innych, oczywiście niesłusznie i błędnie, bo ona to ona, a inni to inni. A potem tylko niepotrzebnie się denerwowała. Bo chciałaby, żeby inni taką samą wagę przykładali do ważnych z jej punktu widzenia rzeczy (no bo to przecież najważniejsze, wiadomo). Gdyby jeszcze mogła się bez nich obyć... ale nie zawsze było to możliwe. W każdym razie, kończyło się to tak, że była rozczarowana i rozdrażniona, a inni nie wiedzieli o co chodzi, albo patrzyli i pukali się w czoło.
Tyle niepotrzebnych emocji, i po co?
Takich rzeczy dowiadywała się ostatnio o sobie. Nie jest to miłe, ba, zawstydziła się, że jest taka surowa. Szczególnie po wydarzeniach z ostatniego tygodnia, w którym (dziwnym trafem) została wystawiona na próbę, jeśli chodzi o "przepełnione miłością podejście do ludzi". Przykra sprawa, ale też bodziec, by nie spocząć na laurach, tylko pracować nad sobą. Bo podstawą zmiany jest samoświadomość.
Dowiedziała się, że ma "zawyżone standardy osobiste", i że cechuje ją "hiperkrytycyzm". No tak, nic nowego, mega duże wymagania od siebie, przy byle pomyłce, byle słowie wypowiedzianym nie w porę lub niepotrzebnie, byle dźwięku nie trafionym w punkt, byle szczególe - od razu obwinianie i oskarżanie siebie. Tak tak, znała to nie od dziś. A inni ludzie? Też ich tak oceniasz? Inni? Nieeee, inni są niewinni, no może czasem drażnił ją nie wyłączony telefon na nabożeństwie, ale to sporadyczne przypadki.
We wtorek była tego jeszcze pewna. Po tygodniu zweryfikowała nieco ten pogląd. A nawet całkowicie.
Jest bardzo krytyczna, tak, że to aż przeraża. Kiedyś siostra zapytała ją, czemu nie chcesz się nauczyć jeździć na rolkach, albo ćwiczyć przy innych. No, to nie tak, że nie chciała (nawet próbowała), tylko, no jak się na przykład wywrócę, i wszyscy będą się śmiać... Naprawdę? Ale co w tym śmiesznego, że chcesz mieć lepszą kondycję, to chyba dobrze... A Ty co byś pomyślała jakbyś zobaczyła taki widok? No... serio? że tłuścioch i łamaga w dodatku...
Taka chwila szczerości. To było już parę lat temu, teraz odpowiedziałaby trochę inaczej, niemniej jednak.
Jej mama zawsze twierdziła, że pewne rzeczy wiadomo, że wszyscy to wiedzą, że coś należy, a coś nie (np. że nie przyjąć komunii na pogrzebie rodzica albo ślubie kogoś z rodziny to wstyd, że jak mama leży to znaczy że ma straszliwą migrenę i trzeba chodzić na palcach, że obowiązek to priorytet, i wszyscy którzy chcą coś osiągnąć odkładają własne potrzeby do najniższej szuflady). Dziewczyna z wersalki dziwnym trafem tego nie wiedziała, jak i jej rodzeństwo, ale to nie zmieniało wymagań. Bo powinni wiedzieć, a skoro nie wiedzieli, to ich wina.
Jak to się mówi, wzięła mamę z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Są pewne priorytety, dla których mogła wiele zrobić. Dostosować swoje plany np. do planów związanych z kościołem, spotkaniami biblijnymi, czy w związku z nauką. Mogła zaniedbać kontakty z innymi, nawet z rodziną, by tamte sprawy nie ucierpiały, mogła wracać do domu o północy, nawet jeśli następnego dnia miała na 8. I to samo kierowała do innych, oczywiście niesłusznie i błędnie, bo ona to ona, a inni to inni. A potem tylko niepotrzebnie się denerwowała. Bo chciałaby, żeby inni taką samą wagę przykładali do ważnych z jej punktu widzenia rzeczy (no bo to przecież najważniejsze, wiadomo). Gdyby jeszcze mogła się bez nich obyć... ale nie zawsze było to możliwe. W każdym razie, kończyło się to tak, że była rozczarowana i rozdrażniona, a inni nie wiedzieli o co chodzi, albo patrzyli i pukali się w czoło.
Tyle niepotrzebnych emocji, i po co?
Takich rzeczy dowiadywała się ostatnio o sobie. Nie jest to miłe, ba, zawstydziła się, że jest taka surowa. Szczególnie po wydarzeniach z ostatniego tygodnia, w którym (dziwnym trafem) została wystawiona na próbę, jeśli chodzi o "przepełnione miłością podejście do ludzi". Przykra sprawa, ale też bodziec, by nie spocząć na laurach, tylko pracować nad sobą. Bo podstawą zmiany jest samoświadomość.
Subskrybuj:
Posty (Atom)