Stała na przystanku.
Czekała. Mijały kolejne minuty. Minęło 10 minut, 20, pół godziny, godzina. Później przestała liczyć. Usiadła na ławce i czekała. Autobus nie przyjeżdżał, jeden, drugi, trzeci. Ona czekała.
W końcu zobaczyła znajome światła, patrzyła, jak się zbliżają, oślepiając oczy. Autobus zatrzymał się i znalazła się w jego wnętrzu. Usiadła z tyłu, jak zawsze.
Ruszyła.
Mijała okolicę, znajome bloki, wille, kolejne przystanki, kościoły, place zabaw, centra handlowe. Znała tę trasę na pamięć.
Jednak tym razem było coś nie tak.
Zapadał zmierzch i wszystko zaczęło wyglądać inaczej. Cienie wydłużały się, w oknach rozbłyskały światła, tworząc abstrakcyjne mozaiki, a drzewa przybierały niesamowite kształty.
Robiło się coraz ciemniej, coraz mniej widziała przez szyby.
Mijały kolejne sekundy, minuty.
Spojrzała na zegarek, lecz jego wskazówki stały w miejscu. Zapomniała wymienić baterii. Przekleństwo słabej pamięci.
Nie pozostało jej nic innego, niż czekać na koniec trasy, taki był cel jej podróży.
Jechała i jechała. Nie mogła polegać na zegarku, ale intuicyjnie czuła, że podróż trwa dłużej niż zwykle.
Na zewnątrz zapadła kompletna ciemność. Poczuła coś na kształt niepokoju. W autobusie była tylko ona i kierowca.
Choć nigdy nie miała odwagi do rozmów z ludźmi zdecydowała się w końcu zapytać kierowcę, czemu ta podróż trwa tak długo. Podeszła do okienka, niewiele było widać w półmroku, ale przecież wiedziała, gdzie jest miejsce kierowcy. Tam skierowała swoje słowa.
Z początku nie było żadnej reakcji.
Później zobaczyła, że ktoś pochyla się w jej stronę. Pełna nadziei czekała na odpowiedź, gdy twarz zbliżyła się do szyby na tyle, że zobaczyła ją wyraźnie. I w tej chwili poczuła ścisk w żołądku i automatycznie zrobiła krok w tył.
Spojrzały na nią zimne, martwe oczy. Bez wyrazu. Zupełnie obojętne.
Nie dostała odpowiedzi, a gdy drugi raz spojrzała w stronę kierowcy, nie widziała już nic. Wróciła na swoje miejsce nieco oszołomiona, myśląc, że może ze zmęczenia coś jej się przywidziało.
Autobus jechał coraz szybciej. Nie było już żadnych przystanków. Nie było żadnych latarni. Pokonywał kolejne kilometry, wciąż przyspieszając.
Kurczowo trzymała się poręczy, ale i tak na zakrętach nie udawało jej się zachować równowagi.
Bolały ją mięśnie i traciła siły. Wiedziała, że już długo nie wytrzyma. Jej oczy zasnuwały się mgłą. Marzyła tylko o tym, by zemdleć i już tego nie przeżywać.
Ostatkiem przytomności i przy nadludzkim wysiłku dosięgnęła drzwi i zaczęła w nie uderzać. Raz, drugi, dziesiąty, dwudziesty, bez końca. W końcu, czując, że to ostatnia szansa, włożyła całą pozostałą resztkę sił i uderzyła z całą swoją mocą, wkładając w to cały strach, całą wściekłość, całą samotność i pustkę, całą siebie.
Szkło rozprysnęło się pod naporem ciała, raniąc je i wbijając się z całą siłą.
Wypadła na zewnątrz, z pędzącego z ogromną prędkością pojazdu.
Stoczyła się ze zbocza, po asfalcie, kamieniach, korzeniach. W końcu się zatrzymała.
Straciła przytomność.
sobota, 30 maja 2015
środa, 27 maja 2015
Bajka
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za wysokim murem, w wysokiej wieży, mieszkała piękna księżniczka.
Jadła, spała, czytała. Mieszkała tam odkąd pamiętała. Nie przejmowała się tym, tak wyobrażała sobie świat: ludzi mieszkających w wieżach.
Tak mijały lata, a księżniczka rosła, aż urosła na tyle, by dosięgnąć do okna.
Zaskoczyło ją to, co zobaczyła. Żadnych wież. Lasy, pola. Zobaczyła też ludzi spacerujących za murem. Nie widzieli jej. Była wciąż za mała.
Minęło trochę czasu, i urosła na tyle, by wdrapać się na parapet. Odtąd spędzała tam wiele czasu. Obserwowała ludzi, co robili, gdzie szli, jak wyglądali. Często tego nie rozumiała.
Ludzie nadal nie zwracali na nią uwagi - nie wiedzieli, że tam jest. A ona nie mogła ich zawołać, bo była niema od urodzenia, a może nie, tego nie wiedziała. Tak czy inaczej, wieża od dawna była uważana za opuszczoną. Pewnego dnia jednak ktoś spojrzał w górę i zobaczył. Księżniczka radośnie zamachała, lecz on, zaskoczony, odszedł w pośpiechu, wszystkim mówiąc co mu się przydarzyło.
Odtąd ludzie przechodząc koło wieży zatrzymywali się i machali, albo pokazywali znaki, czasem coś wołali, ale docierały do niej pojedyncze słowa. Byli ludzie, którzy wielokrotnie wracali, zastanawiając się jak ją wydostać, lecz w końcu odchodzili zniechęceni. Byli ludzie, którzy uważali, że powinna to zrobić sama, choć nie miała żadnej liny, a wieża była śliska jak szkło.
Nadszedł wreszcie ten dzień, którego od dawna wyczekiwała. Pod murem pojawił się rycerz na białym rumaku, wypisz wymaluj jak z książki z baśniami. I był zdecydowany uratować księżniczkę. Wpierw próbował sforsować mur. Po nieudanych próbach rozpoczął mozolną pracę, cegła po cegle czyniąc wyłom. Powoli, ale skutecznie. Był wytrwały. W końcu się udało. Pozostał problem wieży. Była zbyt wysoka, by dorzucić linę, zbyt gładka, by po niej się wspiąć. Wpadł więc na pomysł, by zrzuciła na dół swój warkocz. Jednak inaczej niż to było u Roszponki, księżniczka miała krótką, nowoczesną fryzurę. "To nic, poczekam tyle, ile trzeba, aż włosy dosięgną ziemi".
Księżniczka robiła co w jej mocy, masowała głowę, próbowała nawet rozciągać włosy, ale zobaczyła, że przez to zaczęły jej wypadać. To groziło, że będą za słabe. Musiała po prostu czekać.
Rycerz zajmował jej czas opowiadając historie, podnosząc na duchu. Nauczył ją znaków, którymi mogli się porozumiewać. Czytał książki, grał na bębnie, przyprowadzał znajomych.
Mijały dni, tygodnie, miesiące, lata. Warkocz wciąż był za krótki. Księżniczka zaczęła się złościć, że tyle to trwa, i na tych, którzy ją tam umieścili, i na siebie, że włosy rosną jej tak wolno. Czasem wydawała z siebie niezrozumiałe dźwięki, czasem ze wściekłością waliła w ściany, a czasem chowała się pod stołem i cicho płakała. Długo spała, chcąc przeczekać. I bywała coraz częściej zła nawet na rycerza, bo po prostu on był w pobliżu, i bądź co bądź był nieskuteczny..
Rycerz też coraz bardziej się niecierpliwił, nie rozumiał, czemu księżniczka się na niego złości, na dodatek zaniedbywał swoje sprawy, tkwiąc pod wieżą. I czuł się bezradny, a bardzo tego nie lubił.
Wkrótce dostał wiadomość, że jego ojciec, król, jest słaby, i chce mu przekazać królestwo, pod warunkiem, że się ożeni. Rycerz nie wiedział, co wybrać: panowanie i spokój, czy odpowiedzialność za to, co rozpoczął. Wahał się długo.
W końcu wybrał.
I odjechał.
A jej to za bardzo nie obeszło. Miała przeczucie, że i tak się uda. Z kimś, albo samemu.
Jadła, spała, czytała. Mieszkała tam odkąd pamiętała. Nie przejmowała się tym, tak wyobrażała sobie świat: ludzi mieszkających w wieżach.
Tak mijały lata, a księżniczka rosła, aż urosła na tyle, by dosięgnąć do okna.
Zaskoczyło ją to, co zobaczyła. Żadnych wież. Lasy, pola. Zobaczyła też ludzi spacerujących za murem. Nie widzieli jej. Była wciąż za mała.
Minęło trochę czasu, i urosła na tyle, by wdrapać się na parapet. Odtąd spędzała tam wiele czasu. Obserwowała ludzi, co robili, gdzie szli, jak wyglądali. Często tego nie rozumiała.
Ludzie nadal nie zwracali na nią uwagi - nie wiedzieli, że tam jest. A ona nie mogła ich zawołać, bo była niema od urodzenia, a może nie, tego nie wiedziała. Tak czy inaczej, wieża od dawna była uważana za opuszczoną. Pewnego dnia jednak ktoś spojrzał w górę i zobaczył. Księżniczka radośnie zamachała, lecz on, zaskoczony, odszedł w pośpiechu, wszystkim mówiąc co mu się przydarzyło.
Nadszedł wreszcie ten dzień, którego od dawna wyczekiwała. Pod murem pojawił się rycerz na białym rumaku, wypisz wymaluj jak z książki z baśniami. I był zdecydowany uratować księżniczkę. Wpierw próbował sforsować mur. Po nieudanych próbach rozpoczął mozolną pracę, cegła po cegle czyniąc wyłom. Powoli, ale skutecznie. Był wytrwały. W końcu się udało. Pozostał problem wieży. Była zbyt wysoka, by dorzucić linę, zbyt gładka, by po niej się wspiąć. Wpadł więc na pomysł, by zrzuciła na dół swój warkocz. Jednak inaczej niż to było u Roszponki, księżniczka miała krótką, nowoczesną fryzurę. "To nic, poczekam tyle, ile trzeba, aż włosy dosięgną ziemi".
Księżniczka robiła co w jej mocy, masowała głowę, próbowała nawet rozciągać włosy, ale zobaczyła, że przez to zaczęły jej wypadać. To groziło, że będą za słabe. Musiała po prostu czekać.
Rycerz zajmował jej czas opowiadając historie, podnosząc na duchu. Nauczył ją znaków, którymi mogli się porozumiewać. Czytał książki, grał na bębnie, przyprowadzał znajomych.
Mijały dni, tygodnie, miesiące, lata. Warkocz wciąż był za krótki. Księżniczka zaczęła się złościć, że tyle to trwa, i na tych, którzy ją tam umieścili, i na siebie, że włosy rosną jej tak wolno. Czasem wydawała z siebie niezrozumiałe dźwięki, czasem ze wściekłością waliła w ściany, a czasem chowała się pod stołem i cicho płakała. Długo spała, chcąc przeczekać. I bywała coraz częściej zła nawet na rycerza, bo po prostu on był w pobliżu, i bądź co bądź był nieskuteczny..
Rycerz też coraz bardziej się niecierpliwił, nie rozumiał, czemu księżniczka się na niego złości, na dodatek zaniedbywał swoje sprawy, tkwiąc pod wieżą. I czuł się bezradny, a bardzo tego nie lubił.
Wkrótce dostał wiadomość, że jego ojciec, król, jest słaby, i chce mu przekazać królestwo, pod warunkiem, że się ożeni. Rycerz nie wiedział, co wybrać: panowanie i spokój, czy odpowiedzialność za to, co rozpoczął. Wahał się długo.
W końcu wybrał.
I odjechał.
A jej to za bardzo nie obeszło. Miała przeczucie, że i tak się uda. Z kimś, albo samemu.
poniedziałek, 25 maja 2015
Przyjmij prawdę
Bała się każdej swojej myśli.
Odkąd dostała diagnozę, tę najświeższą, działy się w niej różne rzeczy.
Wpierw się zbuntowała. To nie może być prawda. Nie jest żadnym borderlinem. Nie puszcza się na prawo i lewo, nie kradnie, nie jeździ szybko, właściwie wcale nie ryzykuje.
Potem przyszła rezygnacja. Dała za wygraną i zaufała lekarce, o tyle o ile.
Później omówiła to z terapeutką, zrobiła testy. Wyszła osobowość unikająca. Odetchnęła, choć coś jej nie pasowało.
Wreszcie poszła do biblioteki i wypożyczyła opasłe tomiszcza o zaburzeniach osobowości. I dowiedziała się. Dowiedziała się, że są różne postaci osobowości z pogranicza. W zależności od mieszanki wyglądała inaczej. W połączeniu z osobowością unikającą tworzyła osobowość zniechęconą. Spełniała podstawowe objawy: unikanie odrzucenia, idealizację i dewaluację bliskich osób, trudności z utrzymaniem znajomości, skrajne relacje i brak odporności na stres. Agresję do innych zastępowała agresja do siebie, samookaleczenia, ciągłe myśli o samounicestwieniu. Do tego fuzja tożsamości do osoby, która okazała jej uwagę. Swojej tożsamości nie miała, nie wiedziała kim jest. Nie miała nawet stylu ubierania, gdy zadawała się z osobą ubierającą moro, nagle odkrywała, że to jej się podoba. Gdy nawiązała relację z kimś eleganckim, starała się dostosować do standardów, a gdy jej się nie udawało odczuwała frustrację i bezsens.
Była gotowa na wiele, by uzyskać akceptację, a jednak panicznie bała się nowych znajomości, wychodzenia z domu i sytuacji ekspozycji społecznej. I była zniechęcona, wyczerpana tą ciągłą niepewnością, niepowodzeniami, samotnością, pustką. Nie widziała drogi wyjścia.
Zgodziła się z tym. Nie miała wyjścia. Przyznała rację lekarce.
I zapadła się w sobie, rozpadła na kawałki, widząc już wszędzie w swoim życiu chore schematy.
Odkąd dostała diagnozę, tę najświeższą, działy się w niej różne rzeczy.
Wpierw się zbuntowała. To nie może być prawda. Nie jest żadnym borderlinem. Nie puszcza się na prawo i lewo, nie kradnie, nie jeździ szybko, właściwie wcale nie ryzykuje.
Potem przyszła rezygnacja. Dała za wygraną i zaufała lekarce, o tyle o ile.
Później omówiła to z terapeutką, zrobiła testy. Wyszła osobowość unikająca. Odetchnęła, choć coś jej nie pasowało.
Wreszcie poszła do biblioteki i wypożyczyła opasłe tomiszcza o zaburzeniach osobowości. I dowiedziała się. Dowiedziała się, że są różne postaci osobowości z pogranicza. W zależności od mieszanki wyglądała inaczej. W połączeniu z osobowością unikającą tworzyła osobowość zniechęconą. Spełniała podstawowe objawy: unikanie odrzucenia, idealizację i dewaluację bliskich osób, trudności z utrzymaniem znajomości, skrajne relacje i brak odporności na stres. Agresję do innych zastępowała agresja do siebie, samookaleczenia, ciągłe myśli o samounicestwieniu. Do tego fuzja tożsamości do osoby, która okazała jej uwagę. Swojej tożsamości nie miała, nie wiedziała kim jest. Nie miała nawet stylu ubierania, gdy zadawała się z osobą ubierającą moro, nagle odkrywała, że to jej się podoba. Gdy nawiązała relację z kimś eleganckim, starała się dostosować do standardów, a gdy jej się nie udawało odczuwała frustrację i bezsens.
Była gotowa na wiele, by uzyskać akceptację, a jednak panicznie bała się nowych znajomości, wychodzenia z domu i sytuacji ekspozycji społecznej. I była zniechęcona, wyczerpana tą ciągłą niepewnością, niepowodzeniami, samotnością, pustką. Nie widziała drogi wyjścia.
Zgodziła się z tym. Nie miała wyjścia. Przyznała rację lekarce.
I zapadła się w sobie, rozpadła na kawałki, widząc już wszędzie w swoim życiu chore schematy.
sobota, 23 maja 2015
Dialogi
Na nic cię nie stać. Do niczego się nie nadajesz, Naprawdę myślałaś, że nadajesz się na psychologa? Chyba na psychola.
Kiedyś to kochałam. Kiedyś byłam tym zachwycona. Chciałam pomóc innym.
Sama sobie nie umiesz pomóc.
Wtedy myślałam inaczej. Czułam się inaczej, czułam, że otrzymałam pomoc i jestem wystarczająco zdrowa.
Byłaś ślepa. Głupia.
Ludzie z tego wychodzą.
Może. Ale ty jesteś za słaba, beznadziejna. Zobacz, co dziś zrobiłaś: nażarłaś się jak świnia. Myślisz, że soki z rukoli i pietruszki zrównoważą te czekoladowe kulki i tłuste bułki?
Ostatnio schudłam.
Tylko przez leki. A teraz oczywiście to niweczysz, jak zwykle. Niczego nie doprowadzasz do końca.
Jak świnia, tak? To się nachlam jak świnia, skoro już nią jestem.
Tylko się pogrążasz. To tak do ciebie podobne.
I tak jestem już na dnie.
Jeszcze nie. Ale niedługo tak.
-----------------------------
Jej głowę zaprzątała jedna myśl.
Jakie to ma znaczenie.
Będąc na sesji terapeutycznej patrzyła na tablicę i obraz siebie, jaki stworzyła, i myślała tylko
Jakie to ma znaczenie?
Było to dla niej abstrakcją. Czymś, czego nie rozumiała. Nie chciała. Nienawidziła.
Oglądając film. Myśląc o studiach. Myśląc o swoich pasjach, myślała
Jakie to ma znaczenie?
Nie miało. Nie miało znaczenia. Było bezwartościowe. Nieprzydatne. Słabe. Beznadziejne. Jak ona.
Kiedyś to kochałam. Kiedyś byłam tym zachwycona. Chciałam pomóc innym.
Sama sobie nie umiesz pomóc.
Wtedy myślałam inaczej. Czułam się inaczej, czułam, że otrzymałam pomoc i jestem wystarczająco zdrowa.
Byłaś ślepa. Głupia.
Ludzie z tego wychodzą.
Może. Ale ty jesteś za słaba, beznadziejna. Zobacz, co dziś zrobiłaś: nażarłaś się jak świnia. Myślisz, że soki z rukoli i pietruszki zrównoważą te czekoladowe kulki i tłuste bułki?
Ostatnio schudłam.
Tylko przez leki. A teraz oczywiście to niweczysz, jak zwykle. Niczego nie doprowadzasz do końca.
Jak świnia, tak? To się nachlam jak świnia, skoro już nią jestem.
Tylko się pogrążasz. To tak do ciebie podobne.
I tak jestem już na dnie.
Jeszcze nie. Ale niedługo tak.
-----------------------------
Jej głowę zaprzątała jedna myśl.
Jakie to ma znaczenie.
Będąc na sesji terapeutycznej patrzyła na tablicę i obraz siebie, jaki stworzyła, i myślała tylko
Jakie to ma znaczenie?
Było to dla niej abstrakcją. Czymś, czego nie rozumiała. Nie chciała. Nienawidziła.
Oglądając film. Myśląc o studiach. Myśląc o swoich pasjach, myślała
Jakie to ma znaczenie?
Nie miało. Nie miało znaczenia. Było bezwartościowe. Nieprzydatne. Słabe. Beznadziejne. Jak ona.
sobota, 9 maja 2015
Ona i on
Czuła, że coś rozrywa jej pierś. Od samego środka, przedziera się, jednak nie może się wydostać. Drążyło tunele nie bacząc na sprawiany jej ból. Potwór, który po czasach letargu i chwilowych, ospałych ruchów obudził się na dobre. Dotąd jakoś razem żyli. Nauczyła się, co robić, gdy się porusza - czasami odwracała uwagę, czasem akceptowała to, czasem głaskała go i kładła z powrotem do snu, innym razem zagłuszała chrapanie rozmową z kimś ważnym. A jeśli nawet się poddawała, to na chwilę, z myślą, że jest niemiło, ale to minie. Trochę łez i ciśnienie spadnie, i potwór, jak nieaktywny wulkan, zamilknie.
Tym razem nic nie działało. Coś wprawiło go we wściekłość, może miał jej dość, może poczuł przez sen burczenie w brzuchu, a wiadomo, że kto jest głodny, ten jest zły. Nie odpuszczał. Czasem aktywnie atakował, rwąc komory serca, żyły i mięśnie, czasem przyczajał się, gotów do ataku. Napełniał ją lękiem i nerwowością. Chcąc wydostać się na zewnątrz namawiał ją, do powrotu do dawnej metody - samookaleczania, dzięki któremu ciągłość skóry, tego więzienia, była przerwana. Namawiał przez wywoływanie wewnętrznego rozedrgania, poczucia braku wyjścia, bezradności. Choć na zewnątrz jak zawsze była spokojna, w środku cała się trzęsła i rozpadała na kawałki.
W końcu uległa.
Ale potwór ani myślał się wynieść. W gruncie rzeczy w niej było mu całkiem znośnie, w każdym razie nie wiedział, gdzie indziej mógłby się podziać. Wystawił więc na zewnątrz pysk i pazury, by zaczerpnąć powietrza, i by dać jej złudną nadzieję uwolnienia. A potem wrócił. Trochę spokojniejszy, bo wciąż widział drogę wyjścia, a równocześnie jakby rozochocony. Przycichł, ale wciąż przytomny wydawał groźne pomruki, nie pozwalając jej spać ani jeść. Jednak przycichł.
Do czasu.
Tym razem nic nie działało. Coś wprawiło go we wściekłość, może miał jej dość, może poczuł przez sen burczenie w brzuchu, a wiadomo, że kto jest głodny, ten jest zły. Nie odpuszczał. Czasem aktywnie atakował, rwąc komory serca, żyły i mięśnie, czasem przyczajał się, gotów do ataku. Napełniał ją lękiem i nerwowością. Chcąc wydostać się na zewnątrz namawiał ją, do powrotu do dawnej metody - samookaleczania, dzięki któremu ciągłość skóry, tego więzienia, była przerwana. Namawiał przez wywoływanie wewnętrznego rozedrgania, poczucia braku wyjścia, bezradności. Choć na zewnątrz jak zawsze była spokojna, w środku cała się trzęsła i rozpadała na kawałki.
W końcu uległa.
Ale potwór ani myślał się wynieść. W gruncie rzeczy w niej było mu całkiem znośnie, w każdym razie nie wiedział, gdzie indziej mógłby się podziać. Wystawił więc na zewnątrz pysk i pazury, by zaczerpnąć powietrza, i by dać jej złudną nadzieję uwolnienia. A potem wrócił. Trochę spokojniejszy, bo wciąż widział drogę wyjścia, a równocześnie jakby rozochocony. Przycichł, ale wciąż przytomny wydawał groźne pomruki, nie pozwalając jej spać ani jeść. Jednak przycichł.
Do czasu.
czwartek, 7 maja 2015
Dziewczyna z wersalki
Dziewczyna z wersalki chowała się w wersalce. Czasami w szafie.
Z prostego powodu: nie chciała iść do szkoły. Czasem dlatego, że męczyła ją samotność i widok rówieśników, żyjących pełnią życia, wchodzących w związki, umawiających się na spotkania, radośnie paplających. Czasami, szczególnie pod koniec liceum, bała się iść na lekcje. Głównie na w-f, z którego była słaba, i próbowała uniknąć ośmieszenia, ale raz czy dwa nie poszła na sprawdzian z matematyki. Wiedziała, że jej nie pójdzie, nie miała dostatecznej koncentracji, by przyswoić treści z podręcznika, a ocena niższa niż 4 oznaczała porażkę. Dla jej matki, ale głównie dla niej samej.
Młodzież w jej wieku też wagarowała, nieraz częściej niż ona, jednak robiła to w odmienny sposób. Ona też, jeden raz, spróbowała pójść na wagary. Sama. Nie wiedziała, co zrobić z tymi godzinami, chodziła bez celu. Nigdy więcej tego nie powtórzyła.
To w domu czuła się bezpiecznie. Tu przynajmniej miała swoje miejsce, była inna, ale nikt jej nie dawał tego do zrozumienia. Wiedziała jednak, że nie ma możliwości, by została w domu, nie szła do szkoły. Bała się iść, i bała się matki. Wiele lat później jej młodsze rodzeństwo dostało pozwolenie na jedne wagary w semestrze. Wtedy jednak tak nie było. Zostało jedno rozwiązanie. Schować się, ukryć.
Za pierwszym razem pomogła jej siostra. Gdy ta poszła na studia, sama sobie radziła. Najpierw, gdy nikt nie patrzył, podchodziła do drzwi wejściowych, mówiła "Wychodzę!" albo tylko trzaskała drzwiami, potem zabierała kurtkę i buty, na palcach wracała do pokoju, chowała ubrania w szafie, a siebie w wersalce. Potem umierała ze strachu, że ktoś ją nakryje, albo że zacznie chrapać, jeśli zaśnie, aż do godziny zakończenia zajęć. Wtedy pozostawało jedno - ubierała kurtkę i buty, brała torbę i na palcach znów podchodziła do drzwi, trzaskała nimi i zaczynała się rozbierać, oddychając z ulgą. Potem pisała zwolnienie z lekcji i podrabiała podpis.
Później dowiedziała się, że mama zdawała sobie sprawę z jej nieobecności. Nie zdawała sobie jednak sprawy z tego, jak je spędzała, czym były spowodowane i co czuła.
Dziewczyna z wersalki miała też inne tajemnice. Jako córka religijnej matki musiała chodzić do kościoła. Tak to sobie przynajmniej wyobrażała. Bała się śmiertelnie tego, jaka byłaby jej reakcja. Dlatego razem z siostrą wychodziła przed 18, w godzinach kazania podchodziła pod kościół, by posłuchać i w razie czego wiedzieć, o czym było, i około 19 wracała. Dopiero na studiach, i to w wyniku niefortunnego zakładu, przyznała się mamie, że nie chodzi do kościoła.
Lęk był jej drugim imieniem. Co ciekawe, długo temu zaprzeczała. Widząc ludzi z nerwicami i fobiami, nie widziała żadnego związku. Czuła niepokój, nieadekwatność, ale lęk? Nie, to niemożliwe. W końcu na studiach w ramach zajęć zrobiła sobie test. Poziom lęku na wysokim poziomie. Zaczęła się temu przyglądać. Z każdym dniem znajdowała coraz więcej potwierdzeń, ale żadnych wskazówek, co z tym zrobić. Nadal tego nie wie. Często się przełamuje, jednak koszta, jakie ponosi, są bardzo wysokie.
I czasem chciałaby znów schować się w wersalce.
Udać, że jej nie ma.
Ale wersalki brak, teraz ma łóżko, do którego nie da się schować.
Trzeba żyć.
Tylko po co?
Z prostego powodu: nie chciała iść do szkoły. Czasem dlatego, że męczyła ją samotność i widok rówieśników, żyjących pełnią życia, wchodzących w związki, umawiających się na spotkania, radośnie paplających. Czasami, szczególnie pod koniec liceum, bała się iść na lekcje. Głównie na w-f, z którego była słaba, i próbowała uniknąć ośmieszenia, ale raz czy dwa nie poszła na sprawdzian z matematyki. Wiedziała, że jej nie pójdzie, nie miała dostatecznej koncentracji, by przyswoić treści z podręcznika, a ocena niższa niż 4 oznaczała porażkę. Dla jej matki, ale głównie dla niej samej.
Młodzież w jej wieku też wagarowała, nieraz częściej niż ona, jednak robiła to w odmienny sposób. Ona też, jeden raz, spróbowała pójść na wagary. Sama. Nie wiedziała, co zrobić z tymi godzinami, chodziła bez celu. Nigdy więcej tego nie powtórzyła.
To w domu czuła się bezpiecznie. Tu przynajmniej miała swoje miejsce, była inna, ale nikt jej nie dawał tego do zrozumienia. Wiedziała jednak, że nie ma możliwości, by została w domu, nie szła do szkoły. Bała się iść, i bała się matki. Wiele lat później jej młodsze rodzeństwo dostało pozwolenie na jedne wagary w semestrze. Wtedy jednak tak nie było. Zostało jedno rozwiązanie. Schować się, ukryć.
Za pierwszym razem pomogła jej siostra. Gdy ta poszła na studia, sama sobie radziła. Najpierw, gdy nikt nie patrzył, podchodziła do drzwi wejściowych, mówiła "Wychodzę!" albo tylko trzaskała drzwiami, potem zabierała kurtkę i buty, na palcach wracała do pokoju, chowała ubrania w szafie, a siebie w wersalce. Potem umierała ze strachu, że ktoś ją nakryje, albo że zacznie chrapać, jeśli zaśnie, aż do godziny zakończenia zajęć. Wtedy pozostawało jedno - ubierała kurtkę i buty, brała torbę i na palcach znów podchodziła do drzwi, trzaskała nimi i zaczynała się rozbierać, oddychając z ulgą. Potem pisała zwolnienie z lekcji i podrabiała podpis.
Później dowiedziała się, że mama zdawała sobie sprawę z jej nieobecności. Nie zdawała sobie jednak sprawy z tego, jak je spędzała, czym były spowodowane i co czuła.
Dziewczyna z wersalki miała też inne tajemnice. Jako córka religijnej matki musiała chodzić do kościoła. Tak to sobie przynajmniej wyobrażała. Bała się śmiertelnie tego, jaka byłaby jej reakcja. Dlatego razem z siostrą wychodziła przed 18, w godzinach kazania podchodziła pod kościół, by posłuchać i w razie czego wiedzieć, o czym było, i około 19 wracała. Dopiero na studiach, i to w wyniku niefortunnego zakładu, przyznała się mamie, że nie chodzi do kościoła.
Lęk był jej drugim imieniem. Co ciekawe, długo temu zaprzeczała. Widząc ludzi z nerwicami i fobiami, nie widziała żadnego związku. Czuła niepokój, nieadekwatność, ale lęk? Nie, to niemożliwe. W końcu na studiach w ramach zajęć zrobiła sobie test. Poziom lęku na wysokim poziomie. Zaczęła się temu przyglądać. Z każdym dniem znajdowała coraz więcej potwierdzeń, ale żadnych wskazówek, co z tym zrobić. Nadal tego nie wie. Często się przełamuje, jednak koszta, jakie ponosi, są bardzo wysokie.
I czasem chciałaby znów schować się w wersalce.
Udać, że jej nie ma.
Ale wersalki brak, teraz ma łóżko, do którego nie da się schować.
Trzeba żyć.
Tylko po co?
sobota, 2 maja 2015
O szczerości
Czy da się całe życie udawać? Gdzie jest granica między prawdą i fałszem? Czy oszukiwanie w pewnych okolicznościach jest dozwolone, ze względu na wyższe cele? Czy człowiek staje się tym, kogo udaje? Co jest potem?
Niektórzy cierpią na syndrom oszusta. Osiągają realne sukcesy, lecz są przekonani o swojej niekompetencji i oczekują rychłego zdemaskowania. We wszystkim, albo w czymś jednym.
Czy masz przeczucie, że to, co prezentujesz ludziom to tylko fasada, akceptowalny filtr, który osłania brzydkie, nieciekawe wnętrze? Czy sądzisz, że gdyby ktoś poznał to wnętrze takie, jakie jest, niewątpliwie wzgardziłby nim i odszedł jak najdalej się da? Jeśli tak, to być może to właśnie syndrom oszusta na gruncie prywatnym. Interpersonalnym. Albo intrapersonalnym, jeśli uważasz, że samego siebie też oszukujesz.
Być może.
Bo może rzeczywiście tak jest. Kto to wie?
Trzeba rozstrzygnąć to w sobie. Obserwować się, swoje zachowania, myśli, uczucia. Jeśli któreś z nich odstają od reszty, być może trzeba się temu bardziej przyjrzeć. Najwięcej mówią uczucia. Dowiadujesz się, że znajoma się zaręczyła. Myślisz sobie "super", piszesz na facebooku "gratulacje!", najlepiej z uśmiechniętym emotikonem, albo serduszkiem. A kiszki skręcają ci się w ósemkę i nie wiesz gdzie się podziać. I zdecydowanie nie czujesz radości. Może tak być.
Co właśnie zrobiłeś? Sprzedałeś fałsz. W dobrej wierze. Czy można to krytykować? Owszem, mogłeś przecież napisać "E, fajnie, dzięki, że mi przypominacie, że ludzie się hajtają, a ja jestem wciąż all alone". Ale... wtedy się ujawnisz. Pokażesz miękki brzuszek. Zginiesz. I wywołasz poczucie winy u Bogu ducha winnych ludzi. Więc zostajesz przy pierwszej wersji.
Czy to źle?
Pewnie nie zawsze, są różne miejsca, gdzie w różnym stopniu można się odsłonić. Ale jeśli tak jest w życiu, że zawsze - ZAWSZE - coś cię hamuje. Jeśli na spotkaniu towarzyskim śledzisz każde zdanie, które zamierzasz powiedzieć, jeśli śledzisz, czy ktoś nie patrzy, by wtedy się uśmiechnąć, gdy milczysz, gdy chciałbyś krzyknąć, albo choć szepnąć, że "to nie jest dla ciebie" "to ci się nie podoba" "nie masz siły" "po prostu masz zły nastrój". Krótko mówiąc, gdy czujesz się jak wytresowana małpka w klatce, która na widok ludzi udaje entuzjazm, bo to daje jej jakąś namiastkę akceptacji i uwagi, a gdy ludzie pójdą zakopuje się jak struś w piasek, nierzadko z wilgotnymi oczami - to nie jest dobrze. Nie jest dobrze. A może jest dobrze?
Dla niej nie było to dobre. Chciała być szczera. Chciała być spontaniczna. Chciała być asertywna. Ale bała się tego. Cholernie. Dlatego udawała pogodną (radość to za dużo), zainteresowaną (choć niewiele przyciągało jej uwagę, a jeśli nawet to w jakimś ograniczonym stopniu), czasem entuzjastyczną (podniesiony ton i wysokość głosu, szybka mowa, gestykulacja). A potem ganiła się za to oszustwo. Bo nie dawała możliwości innym, by dali jej to, czego potrzebowała.
Bez sensu, prawda?
Prawda.
Niektórzy cierpią na syndrom oszusta. Osiągają realne sukcesy, lecz są przekonani o swojej niekompetencji i oczekują rychłego zdemaskowania. We wszystkim, albo w czymś jednym.
Czy masz przeczucie, że to, co prezentujesz ludziom to tylko fasada, akceptowalny filtr, który osłania brzydkie, nieciekawe wnętrze? Czy sądzisz, że gdyby ktoś poznał to wnętrze takie, jakie jest, niewątpliwie wzgardziłby nim i odszedł jak najdalej się da? Jeśli tak, to być może to właśnie syndrom oszusta na gruncie prywatnym. Interpersonalnym. Albo intrapersonalnym, jeśli uważasz, że samego siebie też oszukujesz.
Być może.
Bo może rzeczywiście tak jest. Kto to wie?
Trzeba rozstrzygnąć to w sobie. Obserwować się, swoje zachowania, myśli, uczucia. Jeśli któreś z nich odstają od reszty, być może trzeba się temu bardziej przyjrzeć. Najwięcej mówią uczucia. Dowiadujesz się, że znajoma się zaręczyła. Myślisz sobie "super", piszesz na facebooku "gratulacje!", najlepiej z uśmiechniętym emotikonem, albo serduszkiem. A kiszki skręcają ci się w ósemkę i nie wiesz gdzie się podziać. I zdecydowanie nie czujesz radości. Może tak być.
Co właśnie zrobiłeś? Sprzedałeś fałsz. W dobrej wierze. Czy można to krytykować? Owszem, mogłeś przecież napisać "E, fajnie, dzięki, że mi przypominacie, że ludzie się hajtają, a ja jestem wciąż all alone". Ale... wtedy się ujawnisz. Pokażesz miękki brzuszek. Zginiesz. I wywołasz poczucie winy u Bogu ducha winnych ludzi. Więc zostajesz przy pierwszej wersji.
Czy to źle?
Pewnie nie zawsze, są różne miejsca, gdzie w różnym stopniu można się odsłonić. Ale jeśli tak jest w życiu, że zawsze - ZAWSZE - coś cię hamuje. Jeśli na spotkaniu towarzyskim śledzisz każde zdanie, które zamierzasz powiedzieć, jeśli śledzisz, czy ktoś nie patrzy, by wtedy się uśmiechnąć, gdy milczysz, gdy chciałbyś krzyknąć, albo choć szepnąć, że "to nie jest dla ciebie" "to ci się nie podoba" "nie masz siły" "po prostu masz zły nastrój". Krótko mówiąc, gdy czujesz się jak wytresowana małpka w klatce, która na widok ludzi udaje entuzjazm, bo to daje jej jakąś namiastkę akceptacji i uwagi, a gdy ludzie pójdą zakopuje się jak struś w piasek, nierzadko z wilgotnymi oczami - to nie jest dobrze. Nie jest dobrze. A może jest dobrze?
Dla niej nie było to dobre. Chciała być szczera. Chciała być spontaniczna. Chciała być asertywna. Ale bała się tego. Cholernie. Dlatego udawała pogodną (radość to za dużo), zainteresowaną (choć niewiele przyciągało jej uwagę, a jeśli nawet to w jakimś ograniczonym stopniu), czasem entuzjastyczną (podniesiony ton i wysokość głosu, szybka mowa, gestykulacja). A potem ganiła się za to oszustwo. Bo nie dawała możliwości innym, by dali jej to, czego potrzebowała.
Bez sensu, prawda?
Prawda.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
