piątek, 24 kwietnia 2015

Chodziła po świecie, z wolna powłócząc nogami. Od czasu do czasu coś przyciągało jej uwagę, na krótko, na tyle, ile trwa wciśnięcie spustu w aparacie. Później znów krajobraz zasnuwał się mgłą.


Był czas, gdy myślała, że to się zmieni, że kolory znów ożyją, że dźwięki już zawsze będą pieścić jej uszy, że z satysfakcją będzie patrzyła na to, co tworzy się w jej rękach.
Lecz nie. Rzeczywistość kontynuowała swój plan z niezachwianą systematycznością, dając jej czasem kilka, niekiedy kilkadziesiąt godzin wytchnienia. Nie więcej.
Przyzwyczaiła się do tego. To była codzienność.
Gdy jednak codzienność zmieniła się z szarości w czerń wdzierającą się w jej wolę, uznała, że to moment, by coś zrobić.
Tak jak Hiob chciała umrzeć, czy może raczej przestać żyć, ale tę kwestię postanowiła oddać temu, który życie jej dał.
Miła lekarka, z zafrasowaną miną powiedziała:
- To nie depresja. To zaburzenie osobowości.
I jej świat zachwiał się w posadach. Nie dlatego, że była to nowość. Dlatego, że już to znała. Nadzieja, że przez lata dojrzała gdzieś zniknęła.
Nadzieja, że nawiąże lepsze kontakty, że to kwestia okazji, też osłabła.
Usiadła na brzegu łóżka w swoim pokoju. Od kilku miesięcy większość czasu spędzała właśnie tu, śpiąc, wpatrując się w ekran laptopa, licząc, że ktoś nawiąże z nią kontakt. Patrząc w ekran telefonu, zastanawiając się czy i co odpisać. Leżąc ze wzrokiem utkwionym w suficie, z myślami o tym, czego nie ma, i czego prawdopodobnie nie będzie mieć.
Relacje zawsze były dla niej bardzo ważne. I bardzo niełatwe.
Bała się. Bała się straszliwie. Czego? Opuszczenia. Zapomnienia. Bylejakości. Wzgardzenia. Niezrozumienia.
Rozum czasem dochodził do głosu, ale na krótko i ze znikomą siłą. Na tym polegają zaburzenia osobowości.
Przyzwyczaiła się do tego stanu.
Nic więc dziwnego, że gdy na terapii słyszała słowo "motywacja do zmiany" jej serce zaczynało szybciej bić. Ze strachu. Chciała. Chyba chciała. A może nie chciała zmian? Nie mogła się zdecydować. Dotychczasowy stan był jej znany, to było życie, może marne, ale jednak. Co będzie bez tego? Kim się stanie? Czy kimś w ogóle będzie? Czy zniknie?
Bała się.
Chciała, żeby ktoś ją zwyczajnie wziął za rękę i poprowadził.
Potrzebowała po prostu taty. Ale go nie było.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Wczoraj i dziś

Ostatnio przeglądała swoje dokumenty ze studiów: prace zaliczeniowe, prezentacje, referaty. Co jakiś czas trzeba w końcu zrobić porządek i wyrzucić niepotrzebne pliki ze starego, dobrego, lecz mało pojemnego laptopa. Natknęła się na przygotowywaną z koleżanką prezentację na temat depresji. Pamiętała dobrze, jak wylosowawszy ją pomyślała tylko: "nuda". Depresja to temat tak oklepany, może jakieś zaburzenia wieku dziecięcego, czy zaburzenia osobowości - tu można się wykazać. A depresja? - jeśli nie wiesz co czai się za rogiem na wydziale psychologii, to prawie pewne, że to właśnie ona. Choroba tak nieciekawa jak przeziębienie.

Przeglądając tę prezentację doszła jednak do dwóch wniosków: że podeszły do niej w taki właśnie, mało odkrywczy sposób, ujmując tylko główne jej postaci. Wtedy jednak jeszcze nie wiedziała, że to, z czym się wielu ludzi zmaga, jest oddzielną jednostką chorobową. Teraz bardziej by się przyłożyła

Drugi wniosek przyszedł jej na myśl na widok slajdu, na którym umieściły wizerunki sławnych osób, które przyznały się do depresji. "Przyznały się". To słowo klucz. Osób tych było naprawdę dużo, aż dziwne.

Niewątpliwie medycyna, w tym psychiatria, idzie do przodu, również w aspekcie uświadamiania i oswajania niektórych pojęć w kulturze. Kiedyś pójście do psychologa było ujmą na honorze, i musiało oznaczać totalną porażkę. Dziś... Chciałoby się powiedzieć, że jest zupełnie inaczej, ale to byłoby kłamstwo. Być może jest zupełnie inaczej z punktu widzenia osób zdrowych. Ale z drugiej strony, ze strony osoby chorej, czy coś jest inaczej? Czy łatwiej jest się przyznać - PRZYZNAĆ, ten wyraz sam w sobie wywołuje poczucie winy - osobie chorej, że sobie nie radzi?

A jeśli usłyszy, że wystarczy wziąć się w garść? Oczywiście wszędzie jest mówione, że nie wystarczy, ale może jednak WYSTARCZY, tylko Ty jesteś takim nieudacznikiem, takim leniem, takim nic nie wartym nierobem, który tylko się użala? Gdzie jest granica między myślami wynikającymi z choroby a realnością?

A jeśli jest studentem psychologii, albo, tym gorzej, absolwentem tego kierunku? Czy jeśli przyzna się do choroby, to nie przypieczętuje powszechnego poglądu, że na psychologię idą ludzie, którzy chcą rozwiązać swoje problemy, albo po prostu mają nie po kolei w głowie? Czy jeśli przyzna się do choroby, to nie będzie wykluczony z branżowego środowiska?

A jeśli ma za sobą lata terapii, i znów ma nawrót, to czy to nie znaczy, że za mało się starał?

A jeśli nie ma typowej depresji, nie spełnia przepisowych 2 tygodni i nigdy nie miał problemów ze snem, to czy to w ogóle jest depresja, którą można uznać, czy wydumany problem? Sama pisząc to NIE WIEM. Może ludzie po prostu tak mają, że płaczą i czasem chcą się zabić. Może to normalne, kwestią charakteru jest natomiast, co z tym robią.

Przyznanie się do depresji, gdy się ją przeżyło i zakończyło to zupełnie co innego, niż przyznanie się do niej, będąc pod jej wpływem. Gwiazdy medialne zazwyczaj występują właśnie w tej pierwszej roli, pokazując, że z depresją da się wygrać. O osobach, którym ciągle jest pod górkę, jakoś nie słychać.

W ciągu tego tygodnia zdecydowała się "zeznawać" kilku osobom. Promotorce, bo bez jej pomocy nie da rady napisać pracy w obecnym stanie. Znajomemu, bo tak wyszło. Koleżance, bo zadała to znienawidzone pytanie "Co u ciebie? Wyglądasz strasznie smutno". Szczerze, gdyby nie prostota tego przekazu, nie powiedziałaby. Innej koleżance, bo przyłapała ją, gdy z trudem hamowała łzy po zajęciach.
Nie żałuje, bo potraktowały to poważnie. Zadziwiająco poważnie, nie tego się spodziewała. Raczej słów "Ale serio? Haha, żartujesz chyba". To było zaskakujące. Pokrzepiające. Dobre.
To takie iskierki w ciemności, w której na pytania "Jak minęły święta" odpowiada zdawkowo, zmienia temat, albo pyta "Jak tobie?". Prawda jest dobra. Nie zawsze, ale jest lepsza niż tkwienie we własnej, zgniłej norce. Wychylając się z niej można ryzykować atak drapieżnika, można jednak też nabrać świeżego powietrza.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Never ending story

6 lat temu spędziła Wielkanoc na oddziale, po próbie. Tegoroczne święta też są trudne.
To już tyle lat. Aż dziwne, ile można się grzebać w bagnie.
Jest sfrustrowana. Przeszłość do kitu, przyszłość bez perspektyw.
Pyta Boga, po co. Po co to Tato? Ale Tata, tak jak tata, nie odpowiada. Mówi tylko "nie zabijaj". Nawet nie uzasadnia, nie to nie. I jakkolwiek nie jest przekonana, czy Jemu faktycznie zależy, trzyma się przykazania. Jeszcze. Bo mury słabną. Wizje sposobów zakończenia życia stają się coraz bardziej plastyczne, realistyczne, barwne, nęcące. Trudno im nie ulec.