poniedziałek, 29 lipca 2013

Obrazy w głowie

Wyobrażenia są tak zgubne. Tworzymy sobie obraz człowieka sądząc, że jest właśnie takim. Sądząc, że jesteśmy obiektywni. Angażujemy się w coś w przekonaniu, że wiemy dokładnie wszystko o danej osobie. Kilka mylnych znaków. Przypadkiem odgadnięta myśl. Przypadkiem odgadnięta emocja. Przypadkowo dopasowany gust. Milion daleko idących wniosków. Trochę czasu.

I nagle odkrywasz, że to zupełnie nie tak. Że to ktoś obcy. Albo nie tyle obcy, tylko inny niż myślałeś. Zupełnie inny. Że te konstrukcje, to owszem, wspaniałe budowle, ale totalnie nieprzystające do realiów. Buntujesz się. Ale bunt jest bez sensu, i tak nic nie zdziałasz. Po prostu.

Każdy ma swoje obrazy, to normalne. Ale poleganie na tych obrazach może czasem doprowadzić donikąd. Eksploatujesz się w imię wyobrażeń, a gdy pryskają lądujesz w tym samym miejscu co na początku... Chociaż nie, nie w tym samym, gdzieś indziej. Trudno powiedzieć że dalej, to by sugerowało postęp. Gdzieś. Jesteś gdzieś, bogatszy o doświadczenia i jednocześnie, często, poraniony. Tak to jest. I to jest szansa, poniekąd - szansa, by widząc swe błędy zacząć budować bardziej trafne obrazy ludzi. Bardziej trzymać się ziemi.

niedziela, 28 lipca 2013

I w górę, serce.

Wyjście ponad stan minusowy, a nawet zerowy, po kilku - kilkunastu dniach totalnego załamania i wariactwa było zawsze takie zaskakujące. Nie nagłe, ale jednak dopiero po chwili orientowała się, że ŻYJE. Tak jak z bólem. Miewała czasem silne bóle brzucha, trwające kilka godzin. Umieranie, dosłownie. Nic nie mogła zrobić. Tylko czekać, myśląc że nie doczeka następnego dnia. Było kilka etapów tego bólu, czy raczej postawy wobec niego: ugłaskiwanie, walka, poddanie. W takiej kolejności. A ponieważ ugłaskiwanie zawodziło, a walka męczyła, poddanie było najlepsze. Taki stan pół - snu. I tak leżała sobie wtedy bezwładnie, zupełnie już pogodzona, że boli i będzie boleć... i nagle otwierała oczy i orientowała się, że nie boli. Totalne zdziwienie. Tak samo zresztą przy migrenach. I przy tych "depresjach".
Grunt, że żyła. Spotkanie ze znajomą, rozmowa z kolegą, robótki, dobry film, i wreszcie śpiewanie w uwielbieniu. Małe rzeczy które jakoś tam napełniały ten pusty woreczek.
Miała kilka spraw, które musiała rozwiązać. I to było takie ostateczne muszenie i chcenie. Jedną sprawę na pewno, w trybie priorytetowym. Nie wiedziała jeszcze jak. Dystans jest dobry, ale raczej jako leczenie objawowe. Pytanie czy umiała dotrzeć do samego źródła, czy na razie lepiej przy tym zostać, może nawet tę odległość zwiększyć - i dosłownie, i czasowo. Zmienić miejsca, w których bywała... to pierwsze co jej przyszło do głowy, ale też nie bardzo odpowiadało. Czekała ją praca, na którą wreszcie miała trochę siły. Myślała, że ją ma, w każdym razie. Co stanowiło już jakąś szansę.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Chciałaby tylko

Chciałaby tylko powiedzieć do widzenia
Chciałaby tylko być wolna
Chciałaby tylko być
I chciałaby tylko istnieć w czyimś życiu
Chciałaby tylko być istotna
Być częścią

Tylko
Czy aż.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Bitwy, walki, przepychanki

To co złe mija, bo Ten, który jest dobry, jest silniejszy.
Zapominała o tym. Strach przesłaniał jej tę podstawową prawdę, a szatan to wykorzystywał.
Zobacz, znów jest źle, gdzie jest ten Bóg, który miał cię uzdrowić? Naprawdę liczysz na to? To niemożliwe. Nie w twoim przypadku, każdy jest bezsilny spotykając ciebie. Nie ma nadziei, nigdy nie będzie lepiej. Co z tą poprawą? Tyle się modlisz i nadal nic, to nie działa, On nie słucha, po co się jeszcze wysilasz? Lepiej byś to zakończyła... Tak będzie lepiej dla wszystkich.
Ale jednak potrafiła przeczekać ten czas ciemności. To był sukces. W czasie, gdy zmysły były otumanione, a wyobraźnia podsuwała najgorsze perspektywy i pomysły gdzieś z tyłu głowy pozostawało to, że Bóg uratował jej życie i ono należy do Niego. Nie miała prawa nim rozporządzać. Nie widziała sensu, w tych momentach nie widziała niczego, ale ten sens był, MUSIAŁ BYĆ. Owszem, walczyła z tym. O ile łatwiej byłoby faktycznie po prostu to zakończyć, mieć z głowy, z tej chorej głowy całą tą przepychankę z sobą, ze złym, ze światem. Życie wydawało się torturą. Więc walczyła wtedy z tym zakazem umierania, chciała decydować o sobie. Przynajmniej będąc w ciemności myślała, że to z nim, z Nim walczy. Bo potem przychodziło poczucie, że to wcale nie z Bogiem walczyła, ale że to była bitwa o życie toczona ze złym. I że znów Bóg zwyciężył.
W koncepcji dialogowego Ja ujęte by to było jako walka między różnymi wewnątrz - rozmówcami. Jako dialog, czy może raczej kłótnia, między częściami Ja. Ale psychologia ma tendencje do bycia zachowawczą i oddzielania się od kwestii wiary. Dla niej to była walka między dobrem a złem, między jej dobrą a złą częścią, co sprowadzało się do bitwy między Bogiem a szatanem. Ona była za mała i za słaba by wygrać, ale On ją ochraniał, nawet gdy nie zdawała sobie z tego sprawy. Inaczej już by jej tu nie było.

sobota, 6 lipca 2013

Wierzę, że...

Była na dniu skupienia, katolickim. Trochę śpiewania, trochę słuchania jakiegoś gościa, modlitwa. Standard. I były też modlitwy o uzdrowienie. Pal sześć, że w KRK ma to postać wywołującą w niej jakiś niepokój. Może tego nie rozumiała, no ale nie to jest ważne. Był taki moment modlitwy o własne wyzdrowienie, a później o drugą osobę. Czy to odniosło skutek, nie wiedziała. Zauważyła natomiast wielki rozdźwięk u siebie, co do wiary w odniesieniu do siebie i kogoś. Wiara w to, że ktoś inny może zostać uzdrowiony mocą Chrystusa przyszła sama, była mocna - nie miała wątpliwości, że On może to uczynić. Nieco inaczej rzecz się miała w odniesieniu do siebie. Nie była w stanie uwierzyć, że On ją od tego uwolni. Chciała, starała się... i nic. Nie znajdowała w sobie ani krzty wiary. Ani odrobiny.
Mijał piąty rok, odkąd zaczęły się jej terapie. W różnych momentach doły były głębsze lub płytsze, dłuższe lub krótsze. Teraz były krótkie, ale głębokie jak rów mariański... albo i głębsze, bo on nie sięga samego środka. Ale były też okresy dołków niezbyt częstych, krótkich i stosunkowo łatwych do przebrnięcia. Znajomy zapytał, czy widzi poprawę. Widziała pewne zmiany. Zmiany o naturze raczej nieprzewidywalnej, krzywoliniowej, nieregularnej. Poprawa... patrząc na surowe wskaźniki typu osiągnięcia edukacyjne, pobyty w szpitalu czy np. cięcie się - była poprawa. Co do bardziej osobistych aspektów, typu bliskie relacje i umiejętności interpersonalne, albo takich wewnętrznych impulsów, jak myśli samobójcze - nie było poprawy. I mnóstwo innych kryteriów, co do których nie pasowała żadna opcja.
Schematy się powtarzały. Nawiązywała relację, nie umiała udawać, że jest dobrze gdy nie było, mówiła o tym, co ze względu na częstość i zwykle brak widocznych doraźnych skutków pomocy było dla drugiej osoby męczące. A dalej, to ta osoba się odsuwała, albo ona sama się odsuwała od niej z lęku, że ta osoba się odsunie. Plus jeszcze, ze względu na to, że nie łatwo było jej zaufać, zwykle były to jedna/dwie osoby w tym samym czasie. Czyli obciążenie było duże. Chyba osaczające. I chyba robiła wszystko, żeby ta osoba odeszła. Nie miała innego scenariusza.
Bóg jej uratował życie, więc chyba miał w tym cel, jest jakiś sens. Ale jaki. Jaki.