poniedziałek, 29 grudnia 2014

Siedziała w pokoju.
Po świętach, pięknych, ciepłych świętach z rodziną przyszedł kac. Po pięknych dniach, gdy radość przeważała nad smutkiem, wróciła szaro - czarna codzienność.

Co chrześcijanie sądzą o smutku, o przewlekłym przygnębieniu? Nie miała depresji, to wiadomo nie od dziś. Ale czy to, co miała, było skutkiem zaniedbania duchowego, życiowego marazmu, czy połączeń w jej głowie? Czy ktokolwiek może jej na to odpowiedzieć?

Dzień wcześniej w rozmowie mama próbowała jej uzmysłowić, że jej myśli to podszepty złego, ale nie mogła w to uwierzyć. To, co o sobie myśli, to po prostu rzeczywistość.
A myśli, że w przyszłej pracy nie będzie miała nic do zaoferowania. Nic nie umie, osobowość ma do bani, żadnych użytecznych pasji. I taka jest prawda, no kurczę.

Wyjęła koraliki z myślą, żeby coś stworzyć, jakieś kolczyki, cokolwiek. Inwencji brak. To wszystko jest takie bez wartości, bez sensu.

niedziela, 21 grudnia 2014

Taka dziura

Piękny koncert. TGD w kolędowym wydaniu, mnóstwo ludzi, atmosfera modlitwy. Radość z czyjejś radości, radość sama w sobie, bo z urodzeniem Jezusa mrok na ziemi zaczął się rozjaśniać. A potem powrót do domu i powrót mroku. Dziura w sercu, pełna samotności, poczucia bycia nikim i bezsensu, na nowo otwarta. Jak to jest? Co zrobiła źle?

piątek, 19 grudnia 2014

Kiedyś w życiu mi nie wyszło...

Zdecydowanie nie wyszło. Zorientowała się po czasie, ale - lepiej (?) późno niż później.
A nie wyszło to, że... tak naprawdę się nie nawróciła. Nie tak, jak trzeba. Bóg ocalił jej życie, dlatego do Niego się zwróciła. Ale ewangeliczne nawrócenie nie na tym polega - jeśli się ktoś nawraca, to znaczy, że uznaje siebie za osobę, która według Prawa powinna ponieść śmierć z racji swych win, przyznaje się do tego, prosi o przebaczenie, i że przyjmuje śmierć Jezusa i Jego zmartwychwstanie jako jedyny ratunek
U niej tego nie było.
Starała się żyć według Dekalogu, słuchać Słowa (choć niezbyt wytrwale), chodzić do kościoła, nie popełniać z byt wielu grzechów. Starała się, siłą woli, wierzyć. Wierzyć w Boga, ale nie w Jezusa, bo to w sumie dziwna sprawa, gość dał się przybić do krzyża, ale co On ma wspólnego z Bogiem? Nie rozumiała wdzięczności, jaką wyrażali ludzie właśnie za to. Starała się. Zmieniła jednak taktykę - przeczytała gdzieś, że przekonanie o grzechu i potrzebie wybawienia daje Duch Boży. A że "ze względu na natręctwo wstanie i da mu, czego potrzebuje", postanowiła być natrętna, i prosić, prosić, prosić, pukać, szukać, pytać. Nawet jeśli nie ze względu na przyjaźń to ze względu na natręctwo Duch obdarzy ją wiarą, wierzyła w to. Nie chciała się godzić na pół-życie, niby z Bogiem, a jednak daleko od Niego. Chciała życia w pełni, z czymkolwiek to się miało wiązać. Bóg zrobił "pierwszy krok", przyznał się do niej. Więc póki jej starczy sił, będzie kołatać i szukać.

czwartek, 4 grudnia 2014

Duch wieje

Jest ciemno. Zapada się w zwątpienie i czarną dziurę samotności. Bóg o niej zapomniał. A może się nią rozczarował? Nie zdziwiłaby się. Sama jest sobą rozczarowana. Może to wszystko, ta wiara jest bez sensu? Może ona w niej jest bez sensu?
Z takimi myślami szła w pewien czwartek na spotkanie modlitewne "Czwartek z Duchem Świętym" w SCH Północ. Z takimi myślami zmagała się podczas jego trwania. Może po prostu nie jest w gronie wybranych? Może jest "córką żmij" i nie może żyć w Duchu? W końcu nie doświadczyła chrztu w Duchu, nigdy nie mówiła językami ani nic. Stała tam i płakała. Nic nie działało. Była bezradna i sfrustrowana, a On nie przychodził. Czuła, że jeszcze chwila, a nie wytrzyma i po prostu wyjdzie.
W pewnym momencie pastor zaprosił ludzi, którzy uważają, że potrzebują modlitwy, by wyszli na środek i o tym powiedzieli. Wiedziała, że potrzebuje, ale wychodzić na środek? Bez sensu. A jak znów nic się nie stanie? W końcu powiedziała w myślach "Boże, jeśli mnie słyszysz, spraw, żeby ktoś do mnie podszedł i się nade mną pomodlił, albo powiedział mi coś od Ciebie. Ja już nie mam siły się dopominać i próbować wierzyć. POTRZEBUJĘ wyraźnego znaku". I czekała. Zamknęła oczy i czekałam.
I nagle poczuła czyjąś dłoń na plecach. I usłyszała słowa skierowane do niej - nie pamiętała jakie, wspierające, coś o tym, że Bóg widzi jej ból i by ufała. Potem pastor odszedł, ale nie minęło 5 minut, gdy wrócił i powiedział: "Mam jeszcze słowo dla Ciebie. Bóg mówi: nie lękaj się, Ja jestem Twoim Bogiem" .

Nie odmieniło jej to całkowicie, ale dało znak, konkretny znak, że jest ważna, że jest Jego. I tego się trzyma.