Wiedziała, że to zaburzenia warunkują sposób, w jaki postrzega świat. On wcale nie jest taki straszny. Życie da się przeżyć, a nawet z niego cieszyć. Nie była w tragicznej sytuacji. Jeszcze nie dostała pisma z informacją o skreśleniu z listy studentów. Raczej nie nastąpi to w najbliższym czasie - chyba że... jakoś to sprowokuje, na co NAPRAWDĘ miała ochotę. By troszkę odetchnąć.
Co z tego że od zarania dziejów była sama (chłopak w gimnazjum się nie liczy - całe 3 dni), jak ciągle słyszała - bo Ty to spotkasz faceta na całe życie, takiego wartościowego, odpowiedzialnego etc. Może i tak, ale...
Wiedziała swoje. To musi być jakiś defekt. Pewnie po prostu nie dopuszcza do bliskości, taki ot mechanizm. Chętnie by go zmieniła... ale uno - musiałaby go odkryć, a to nie łatwe, due - obawiała się, że zmiana mogłaby nieść ze sobą ryzyko, np. wiązać się z koniecznością częstszych kontaktów z nieznajomymi, poznawaniem - tylko o tym myślała, a już czuła silny dyskomfort. Może potrzebowała nie faceta, tylko nowego krzesła?
Ciągle słyszała: to przesilenie wiosenne, to gorsza chwila, każdy tak ma, to minie... Mijał 4 miesiąc gdy jest źle, 3 tydzień gdy jest tragicznie i płacze z byle powodu. Ty sobie poradzisz. A mnie strzela kurwica, bo inaczej tego nie można nazwać. Nie, k****, ciągle liczyła, że to tylko kilka dni, a kończy się na liczeniu argumentów przeciwko temu, by pożegnać się z tym światem. Bohater "Oskara i pani Róży" skarży się, że ludzie głuchną, gdy słyszą o umieraniu. Coś w tym jest. Może nie głuchną, ale chyba źle słyszą. Nie "chcę umrzeć" tylko na przykład "mam chandrę", "źle mi idzie w szkole", "boli mnie głowa".
Wytrącało z równowagi to pragnienie bycia idealną. Nie pragnienie. Bo to... warunek konieczny, tak to postrzegała. Idealny post, idealny komentarz, idealnie napisane kolokwium, idealnie dobrany makijaż. Idealne wyczucie chwili, takt, zawsze do powiedzenia to, co ktoś chciałby usłyszeć. Inaczej jest beznadziejnie, samoocena szybuje w dół z prędkością światła (Chciałbym żeby światło nie było takie szybkie). A często idzie coś nie tak, więc... Siostra już się z niej śmieje, i puka w czoło, gdy słyszy, że ma do przygotowania prezentację na zajęcia. Wie, że zajmie jej to cały dzień i pół nocy. Bo musi być perfect.
Odkryłam pewną metodę radzenia sobie z tą potrzebą bycia idealną. Wbrew sobie i perfekcjonizmowi specjalnie i z premedytacją pokazuję światu, że nie jestem najlepsza w tym, w tym i jeszcze w tamtym. Oczywiście chodzi o jakieś podrzędne umiejętności, ugotowanie czegoś, ozdobienie, narysowanie etc, ale to pomaga przełamywać ten wewnętrzny mur bycia ciągle perfect.
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że nie traktujesz moich komentarzy jak panoszenie się intruza, wpadłam i podczytuję i piszę, gdy wydajesz się być mi bliska..
czy można zapytać co studiujesz?
Też stosuję te "metodę". Tylko mam dziwne wrażenie że w środku to nic nie zmienia. I nie mówię o tygodniu ćwiczeń.
OdpowiedzUsuńLubię Twoje komentarze. Każde słowo, które coś wnosi, nawet jak "już to znam", czy coś w tym stylu, wywołuje u mnie raz: refleksję, dwa: po prostu poczucie bliskości, uwagi.
Może to zabawne: jestem na psychologii i pedagogice specjalnej. Pozdr.!
z tym bycim 'idealną' - też miałam takie pragnienia. porzuciłam je trochę za zasadzie prób i błędów. zazwyczaj się okazywało, że moje coś nie-perfect jest całkiem do przyjęcia - dla innych.
OdpowiedzUsuńteraz uczę się robić rzeczy nie perfect - dla siebie.
Co do pierwszej częsci postu - trudne to o czym piszesz. W takich stanach jak te które opisujesz, a które też bywały/są czasami moim udziałem - zwracam się po pomoc do bliskich, specjalistów, już nie czekam że samo przejdzie. pozdrawiam Cię
To rozsądne co mówisz. Spróbuję odszukać swój rozsądek (tym razem wyjątkowo dobrze się ukrył:)
OdpowiedzUsuń