piątek, 23 stycznia 2015

Rzecz o chwastach

Kąkol to taka roślina, która miała zaszczyt znaleźć się w Ewangelii, a zarazem w opowieściach Jezusa. Można się spierać z tym, jaką dokładnie roślinę miał na myśli, ale jedna z interpretacji mówi o życicy, chwaście podobnym do pszenicy aż do końca, dającym się odróżnić dopiero, gdy dojrzeje. Dlatego w Mt 13 znajduje się nakaz, by nie wyrywać tej rośliny wcześniej, aby przez pomyłkę nie zniszczyć pszenicy.

Nie zastosowała się do tego. Wyrywała to, co uważała za chwast zanim dojrzało. Czy słusznie? Nadal nie wiedziała. Ale nadal wyrywała, na wszelki wypadek.
Siebie. Obłudny chwast, wstrzymujący innych na drodze. Obojętny i nieczuły, chyba że chodzi o użalanie się nad sobą.
Tyle na dziś.

niedziela, 18 stycznia 2015

Sideł miliony

Co ma wspólnego marudna, wiecznie niezadowolona księżniczka i nieoswojone zwierzątko w potrzasku?

To, że łatwo pomylić jedno z drugim. Również osobie, która nią/nim/nimi jest.

piątek, 16 stycznia 2015

Wdzięczność

Wczoraj kolega ją zapytał, czy ma listę rzeczy, za które jest wdzięczna Bogu.
Przedwczoraj wracając ze spotkania z innym znajomym, była właśnie przepełniona wdzięcznością. I dziś, po rozmowie z nim właśnie utwierdziła się, że jest on dla niej darem bożym.

Gdy przyszła po raz pierwszy po nawróceniu na nabożeństwo wiedziała, że za ocalenie życia chce Bogu dziękować. Jak? Zawsze ciągnęło ją do śpiewania. Nie była żadnym cudem w tej dziedzinie, ale tak właśnie było. Po drugim czy trzecim nabożeństwie podjęła decyzję i zaczęła chodzić na spotkania służby uwielbienia, czy jak mi to lepiej brzmi, muzycznych. Tam poznała X, lidera. Nie pamiętała jak to się stało, że zaczęli rozmawiać o depresji i tych wszystkich dołkach. Od słowa do słowa okazało się, że on także się z tym zmaga, łącznie z lekami i terapią. To była druga osoba poznana w zborze. Przypadek?
Minęło 2,5 roku odkąd tam chodziło, to jest czas, w którym były momenty jasności i okresy czerni. Zaburzenia nastroju są strasznie kiepskie jeśli chodzi o wiarę, bo podważają, a przynajmniej zakrywają jej sens. Będąc w ciemności myślała zawsze o tym że:
  • jest samotna
  • jest nic nie warta
  • nikogo nie interesuje jej los
  • miłość nie istnieje
  • jest inna niż wszyscy
  • nic się nie zmieni
  • jest źle nie przez okoliczności/złego/złe funkcjonowanie mózgowe, tylko dlatego, że taki jej los/jest wybrakowana
  • i tym podobne
I to dotyczy zarówno ludzi, jak i Boga. Ciężko jest wierzyć, gdy wciąż oskarża się siebie o bycie nie wystarczająco dobrą/nie wartą miłości, i gdy oskarża się Boga o to, że bawi się moim losem.
Rozmowy z X ją budują. Wie jak to jest. Wie jak z tym walczyć.
I za to jest wdzięczna.

wtorek, 6 stycznia 2015

Do broni!

Nadchodzą wrogie bataliony, najeźdźca jest u bram.
Wspina się na mury.
Odpiera jeden atak za drugim, jeśli choć jeden przeciwnik wedrze się do środka, będzie zraniona.
Jeśli wedrze się więcej, będzie zgubiona, na zawsze.
Posiłki nie nadchodzą, może polegać tylko na swoim skorumpowanym i nie zawsze lojalnym dowództwie.

Alarm!
Do broni półprzytomni żołnierze!
Nie ociągajcie się!
Nie oszczędzajcie racjonowanych pocisków, dobądźcie oręż do walki wręcz.

I, bo nic innego nie pozostaje - módlcie się o pomoc z góry.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

O radości, iskro... Boga.

Gdzie jest prawdziwa radość? Co daje szczęście? W ostatnich dniach przekonała się, że źródło jest tylko jedno.
Można szukać go w rozrywkach, nawet wartościowych kulturalnie, można szukać w ludziach, przyjaciołach, parterze, rodzinie, osiągnięciach, zainteresowaniach. Problem w tym, że to nie jest źródło. Można porównać to do jazdy samochodem - miłośnik jeżdżenia odczuwając przyjemność, uzna, że jej źródłem jest to, że się przemieszcza. Łatwo zapomnieć, że istnieją inne, podstawowe kwestie, bez których by się nie obyło: samochód wraz z silnikiem, paliwo w baku i zdobyte wcześniej prawo jazdy.
Można się cieszyć tym wszystkim, i pewnie wieloma więcej rzeczami - ale pod warunkiem, że źródło radości jest głębiej, inaczej paliwo skończy się zaraz po jeździe, radość się skończy i będzie jeszcze gorzej niż wcześniej. Tak wynikało z jej doświadczenia.
Bez Boga nie ma trwałej radości. Bez przyjęcia ofiary Syna Bożego, bez czytania Bożego Słowa, bez uczenia się go i wprowadzania w życie. Może się wydawać, że nie, że po co, co to za brednie. A jednak.
Dzień wcześniej spędziła miły dzień. Nabożeństwo, muzeum, musical w teatrze, obiad ze znajomymi. Wszystko, poza nabożeństwem, dawało jej radość - dopóki się nie skończyło. Dopóki nie wsiadła do powrotnego pociągu i nie powróciło wszystko. Czyli miliony wątpliwości związane z jej kulejącą relacją z Bogiem.
To nie ma znaczenia, te wszystkie przyjemności. Przyjaciele odchodzą, rozrywki się kończą. Nic nie jest nieskończone, poza Nim. Wiedziała to, i wiedziała, że w Nim jest cała jej nadzieja. Ale choć chciała i wręcz umierała z pragnienia, nie wiedziała co zrobić, by być blisko Niego, wierzyć w Jezusa, być za Niego wdzięczna.
Wymarzone auto stało na parkingu sklepu i nie miała nic, i nie miała sposobu, by je zdobyć.