wtorek, 27 listopada 2012

Łk 1,26-38

Burze z piorunami. Kataklizmy. Co to były za dni.
Ale Bóg jest wielki. I ma sens to, co mówi. I ma sens rozmowa z Nim.
Nie była na zajęciach. Stwierdziła - po co, i tak nic nie umie, kolejny obszar w życiu, w którym okazuje się beznadziejna. Troszkę więc czasu miała, a jakże. Pomyślała - straszna dupa, parę nadprogramowych minut - może by się tak POMODLIĆ? Jak trwoga.., nie? Miała wprowadzać codzienne osobiste uwielbienie, tak. I szło jej to jak krew z nosa. Tego dnia się ogarnęła.
Tym razem postanowiła nieco odejść od dotychczasowego porządku i wziąć na warsztat losowy fragment. Padło na opis zwiastowania w Ewangelii Łukasza. Pomyślała: ech, nic ciekawego. No, kulą w płot. Tyle razy to przerabiałam, NUDA.
Po czym spojrzała:
"Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z tobą",
"Nie bój się...",
"Duch święty zstąpi na ciebie",
"Moc Najwyższego osłoni cię",
"Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego".
I pomyślała, tak może trochę nieładnie: o kurna, jest Moc.
I tak jej się dobrze zrobiło, że jest Ktoś kto ciągle czuwa, nawet gdy sytuacja przerasta i przeraża. Wciąż jest i pamięta, i broni, i obdarza, i napełnia, i KOCHA. Nie jakoś tak masowo-taśmowo, ale osobiście, wyjątkowo.
A kilka godzin później przyszła myśl, Jego myśl. Że to, co postrzega jako zmienione, to wciąż to samo. Jota w jotę. Że co, skoro jakiś szczegół się zmienił to i szerzej rozumiane podejście, zachowanie ma się zmienić? Czemu to, co było czyste ma przestać takie być? NIC SIĘ NIE ZMIENIŁO, więc przestań myśleć po ludzku.
I głaz znikł. Wrócił rozum i spokój. Bóg jest wielki.


poniedziałek, 26 listopada 2012

Potrzebuję... a w sumie to nie wiem.

Ogarnęła ją znieczulica. Jakaś taka obojętność połączona z niechęcią do jakiegokolwiek działania. Tak zwana "wyjebka". Na studia, na jedzenie. Na relacje. Po co się starać. I TAK BĘDZIE ŹLE.
Wiedziała, że to jest równoznaczne z brakiem wiary w moc Boga. Ale nie miała siły, no nie miała.
Kolejny dzień siedziała wieczorem sama. Właściwie cały dzień. Nie było nikogo, z kim mogłaby szczerze porozmawiać. Nie no, może ktoś by się znalazł. Ale i tak traciła zdolność mówienia, werbalizowania. Tak jakby na jej klatce piersiowej leżał głaz. Lada chwila przestanie oddychać. Zanim to się jednak stanie, zdąży zrazić do siebie... wszystkich tych, którzy jeszcze są.


To, że miała problemy nie powinno stać się powodem i usprawiedliwieniem dla oczekiwania, że przyjaciele mogą coś z tym zrobić. Do wymuszania na nich rozmów, gdy sami nie są w najlepszym momencie życia. Nie czuła się sama na siłach, ale... to nic. Wiedziała, że "wyciąganie" kogoś z dołów psuje relacje. Psuje... powiedzmy, zniekształca. Wprowadza nierówność, szczególnie gdy mimo chęci nie mogła się odwdzięczyć, bo po prostu tej drugiej osobie nic nie było potrzeba, albo nie mówiła czego jej potrzeba.
I takie to próby wypośrodkowania. Między mówieniem i niemówieniem. Nie mówić byłoby lepiej dla relacji, ale trzymanie wszystkiego wewnątrz, to też nie najlepsze rozwiązanie.

środa, 21 listopada 2012

Trudne to... zaufanie

Głowo-rozgardiasz, za jakimiś kratami, których nie da rady samemu pokonać.
Zobowiązanie i chęć pomocy, z równoważną niewiedzą co wolno, a raczej ciągłym przeświadczeniem, że "tego nie". Choć obiektywnie nie ma przeciwwskazań.
Musiała się bardziej skupić na nie sobie, wiedziała o tym. Tylko jak, skoro to naczynia połączone.
Czuła jakby miała wybuchnąć, przez ten konflikt dążenie-unikanie.
Ale tam, jeden wybuch mniej czy więcej.
Najgorzej jest, gdy czegoś nie można wypowiedzieć, uwolnić. To by się jeszcze gorzej skończyło. A może nie.
Znów ogarniała ją fala (auto)destrukcji. To zawsze było "wyjście" w sprawach nierozwiązywalnych.

No właśnie, "wyjście". Natomiast wyjście bez apostrofu to coś odrobinę innego. Jak zwykle - Ktoś, czyli Bóg. "Ale szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane". Przypadkiem usłyszany werset - idealny na ten moment. Po co się martwić o takie "niby-ważne" sprawy, one będą rozwiązane w odpowiednim momencie. Ech, człowiek jest taki słaby, tak łatwo przestaje ufać... a to kluczowa kwestia, przecież.

niedziela, 18 listopada 2012

Ktoś obok

Patrzenie na cierpienie bliskiej osoby jest po stokroć bardziej bolesne niż własne problemy.
Niemożność, niewiedza jak pomóc, wesprzeć, wywołuje znacznie większą bezradność - bezsilność, niż w przypadku jakiś osobistych impasów.
Chciała, ale nie wiedziała co może, jak i co powinna zrobić. Żeby tak móc zabrać trochę tego bólu. Nie wiedziała, jak.
Gdyby to chociaż nie było komplikowane przez pewne dodatkowe czynniki, to no, pół biedy, a tak...

Jestem embrionem
W środku po cichu
Zwijam się jak 
Ślimak

Nie krzyknę 
Udam 
Ufam że
To
Tylko
Sen który

W końcu odejdzie
Przestanie boleć
Nie-mnie

sobota, 17 listopada 2012

Nie pieniądz czyni człowieka

W ciągu ostatniej doby dwa razy przyszła jej do głowy pewna myśl: że pewnie ludzie myślą, no i w zasadzie tak, zdawała sobie z tego sprawę, mogą tak myśleć - że jest wariatką. Że totalnie jej odbiło, mader, i to nie tak ot sobie, depresja, CHAD czy coś, tylko konkretnie jakaś schizo, urojenia i tym podobne.
Pomyślała o tym przy okazji spotkania z siostrą. Widziały się przelotem, przy metrze, ona wracała do domu. Zapytała, gdzie się wybiera, i na jej odpowiedź, że do kościoła (na godzinę uwielbienia), zareagowała krótkim "o kurna". A później w tym kościele była, i czuła, że właśnie - tylko On się liczy, tylko Pan. I że nie potrzeba nic więcej, chociaż czasem by się chciało. Ani więcej pieniędzy, ani oparcia w ludziach. Nie potrzebowała, ba - tylko wybierając Jego mogła NAPRAWDĘ być szczęśliwa. Po swoim przebudzeniu, czy nawróceniu, jakkolwiek to nazwać, nie miała żadnego kłopotu z wybieraniem TYLKO Boga. I... to był najszczęśliwszy czas w jej życiu. Zawsze była jednym z tych wątpiących, nie wierzyła w chwilowe poczucie szczęścia. Zbyt wiele ją to kosztowało. Kontynuując - wielbiąc Pana pomyślała, że to naprawdę niesamowite, cudowne, czym On obdarza. I że wiara w to jest w  dzisiejszym świecie passe, nie wiedzieć czemu. Znaczy - właściwie wiedzieć.
Bo króluje Mamona, namacalna i potężna. Z pozoru.

środa, 14 listopada 2012

Potrzebuję... odpocząć


Ostatnio dzieliła chwile na chwile wytchnienia i bez wytchnienia. Wytchnienia od codziennych spraw, studiów, nauki, obowiązków i co na ten moment najważniejsze, od szalejącej głowy.
Jak to jej ktoś powiedział, ważne, by miała choć godzinę w ciągu dnia wytchnienia właśnie. Spokoju, pokoju serca. Bez zadręczania się nie wiadomo czym, jakimiś błahostkami. Bez tego niepokoju, rosnącej w klatce piersiowej guli. Bez rozbieganego, zalęknionego spojrzenia. Bez strachu, bez złości na siebie, bez tego no, bólu. To właśnie jest to wytchnienie, odetchnięcie, ulga.
Ludzie mają różne sposoby, by zapomnieć na moment o troskach. Alkohol, imprezy, praca. A jej się najlepiej zapominało... na próbie służby muzycznej. Śpiewanie dla Boga, kto by pomyślał, nie? Dla Kogoś, Kogo nawet nie widać, właściwie nie wiadomo czy istnieje, ktoś powie. A jednak. To... takie odprężające. Jak masaż, tylko na duszy.
Nie wiedziała, ile czasu zajmie jej nauka normalności, ale w tej chwili nie zaprzątało to jej głowy. Znaczy, gdzieś w niej się pojawiało, ale nie absorbowało, nie powodowało jakichś silniejszych emocji.

Myślała o braku umiejętności wyrażania potrzeb. Doszła do wniosku, że w zasadzie trudno, żeby umiała wyrażać coś, z czego sama nie zdaje sobie sprawy. Czego potrzebuje? Jeśli nie jest usatysfakcjonowana, dajmy na to, rozmową z przyjaciółką, to oznacza właśnie niezaspokojenie jakiejś potrzeby, ale - jakiej? Ciężka sprawa. Weź i się dokop do czegoś, co tak starannie zostało zamaskowane... Lubiła słuchać, lubiła się skupiać na kimś, naprawdę sprawiało jej to przyjemność, ale ten dyskomfort po - coś oznaczał. Może to, że zapomniała o mówieniu o swoich sprawach. Może to, że nawet nie wiedziałaby, jak o nich mówić. A może to, że potrzebowała czegoś, czego potrzebować nie mogła. Bo ktoś zabronił, bo sama sobie zabroniła. Tak czy inaczej, doszła do wniosku, że to musi być strasznie denerwujące, jak ktoś nie potrafi powiedzieć, określić czego potrzebuje, nie umie prosić wprost, tylko komunikuje trudne uczucia. I miała dylemat, bo z jednej strony nie chciała nikogo irytować, wywoływać konsternacji, bezradności itp. Z drugiej - wiedziała, że nie mówiąc o uczuciach zaklajstruje się w nich, i naprawdę, naprawdę zwariuje do reszty.

czwartek, 8 listopada 2012

Słońce

Bóg działa. Naprawdę.
Kilka dni temu, jadąc pociągiem myślała sobie, że z Nim to jest jak ze słońcem: nawet jeśli zakrywają je chmury to i tak jest. JESTEM, jak to powiedział Bóg Mojżeszowi. Ale tak naprawdę jest jeden przejaw tego, że to słońce nie zniknęło. Światło. Przynajmniej w ciągu dnia. A w nocy są prawa astronomiczne, z którymi nie ma co się spierać.
Podczas tego dwudniowego koszmaru, wczoraj i przedwczoraj, było ciężko. Było masakrycznie, zresztą nadal czuła gdzieś niepokój, ale to już nie to samo. W każdym razie, przez ten czas udało jej się nie zapomnieć o Tym, który znosi wszelkie ciężary, z którym zawsze może się dzielić. Wiedziała, że dzięki Niemu była w stanie wstać z łóżka, ubrać się, nawet wyjść z domu. I to On postawił na jej drodze ludzi, poprzez których pokazał, że nie zapomniał. Lider służby muzycznej, pani promotor, młodsza siostra, koleżanka. Coś wspaniałego, tak jasna odpowiedź na jej prośby. I tak niespodziewana, znaczy, niespodziewanie dopasowana. Niełatwo wśród jakichś tam ludzi z zewnątrz znaleźć kogoś, kto jest szczerze... zatroskany. Kto widzi to, co niewidoczne. Kto czuje, nie tylko rozumie, ale też czuje o co chodzi. A jednak.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Brak mnie niestety nie

Zniknęła na chwilę, mentalnie, jakby uniosła się i rozpłynęła w powietrzu. Na chwilę. Chciała na dłużej.
Czasem to pragnienie nieistnienia było tak przejmujące... to lęk, przejmujący jak zimno.
Miała wrażenie, że czego się nie dotknie, to spieprzy. Wszystko. I chciała się zapaść pod ziemię.
Ale - powiedziała sobie, że nie. I musiała się tego trzymać, znosząc dyskomfort... nie, za słabe słowo, kojarzy się z niewygodną kanapą. To było jakby wewnętrzne rozdzieranie, na pół, ćwierć, na milion kawałków, w chłodzie zimy rozdzieranie ciała, i duszy, na maleńkie kawałki, z których każdy krzyczy nie wydając głosu. I dusza w gardle, jak gula. I trzeba to znieść.
W imię nadziei, bez żadnej gwarancji, ani nawet pomysłu na co miałaby to być gwarancja.


Marzyła o tym, że w końcu te smutki się skończą. Wiara pozwalała jej inaczej spojrzeć, widzieć to co w środku, i to co przed nią. Ale uczucia wciąż pozostawały te same... z większym udziałem radości, może, częstszym. Nie wiedziała, czy za mało pracuje nad sobą? Czy za mało ufa? Ciągle i ciągle te huśtawki, i balansowanie między "nie odzywać się" - "powiedzieć wszystko co tylko się da", między "uciekać" i "pochłonąć", między "być" i "nie być", bo czasem to zahacza nawet o derealizację.