wtorek, 18 listopada 2008

Little poetry

Zagubiona w świetle
Szukam ukojenia
Rozstrojona życiem
Tulę ciepło cienia

Pragnę ukryć myśli
Zamrozić marzenia
Zapaść w sen bez snów
Wypalić wspomnienia

Roztopiona w ciszy
Niknę w szumie topól
Rozwiewa mnie wiatr
Tonę w tęczy mroku...

-------------------------

Powoli sączy się fałszywy spokój
Krople rezygnacji pełzną wgłąb
Coraz dalej
Ogarniają mnie całą
Zatapiają w niebycie

Przymykam oczy
Źrenice rozszerzone lękiem
nikną pod zasłoną powiek

Bezwolna, zastygła w bezruchu
ostatnim wysiłkiem woli
sine wargi zmuszam do krzyku
Nieposłuszne
Zimne i martwe

I tylko mimowolne drżenie rąk
obejmujących filiżankę gorzkiej herbaty
zdradza prawdę uczuć
-------------------------

Wyrok nieubłagany
Nic z siebie, nic poza sobą
Nie pytasz: czemu
Kara znaczy wina
Śledzą każdy krok
Obezwładniona lękiem
Ciskasz się wśród czterech ścian
Samotności duszy
Niekiedy popijając szklanką wody
Krople żalu
Strumienie smutku
Z naczyń bez dna

Z kneblem na ustach
Wołasz
Nikt nie słyszy
Tylko rozpacz nieśmiertelna
Nieustannie obecna
Zapełnia pustkę
Chłodem

poniedziałek, 10 listopada 2008

W oczekiwaniu na życie

Siedziała sama w pokoju
Nie wychodziła
Nie miała siły
Chciała, żeby ktoś przyszedł
A nie mogła zadzwonić
Bała się
Nie wiedziała już gdzie jest?

niedziela, 2 listopada 2008

Kilka wspomnień

Na koniec turnusu terapeutycznego w lipcu wszyscy dawali sobie informacje zwrotne. Myślała, że jest silna... Że umie wysłuchać krytyki. Nadal sądziła, że umie. Ale nie samej.

Informacje zwrotne polegały na tym, że mówili sobie dobre i złe rzeczy, jakie zauważyli, jakieś wzajemne spostrzeżenia.
Pojechała na ten turnus z zamiarem zrobienia czegoś ze sobą, swoim życiem. Próbowała, chociaż tam było to trudniejsze niż gdziekolwiek indziej. Widocznie próbowała za mało.
Liczyła się z tym, że usłyszy kilka uwag. Spodziewała się, jakie będą. Liczyła jednak na to, że ktoś spostrzeże we niej cokolwiek dobrego.

Ale rzeczywistość jest zaskakująca, niestety.

Nie umiała tego opisać. Ale świadomość, że nawet terapeutka nie dostrzegła, żeby cokolwiek zrobiła... chociaż tak się starała. Stwierdziła, że nie da się ze nią współpracować, że ocenia ludzi, że celowo łamie reguły (jakie reguły..?). Nie powiedziała nic dobrego
Nawet najdrobniejszej rzeczy.
Wtedy... wtedy poczuła to co czuje i teraz. Że jej działania nie mają sensu, są zdeterminowane, żeby były nieudane.

Coś w niej pękło. W czasie przerwy wiedziała, po co idzie do domku. Zwykle zostawała tam, gdzie była grupa, wtedy musiała pójść. Pamiętała to jak urywek filmu. Pokój, łazienka, ławki koło miejsca na ognisko. Krople deszczu. I jeszcze czegoś gęstszego. Była zdecydowana już nie wrócić do domu. Wiedziała, że nie można spóźniać się na grupę, ale nie sądziła, że będzie musiała się tłumaczyć. Że już nigdy, z niczego nie będzie musiała się tłumaczyć, bo przestanie istnieć. Myślała, że nie tym razem. Nie, nie myślała. Tylko marzyła. Ale była za słaba.

Tak, ktoś mógłby powiedzieć: ona nie ma problemów, tylko je sobie stwarza, użala się nad sobą i w sumie to nie ma depresji tylko za dużo czasu. Może. Ale była realistką: widziała rzeczy takie jakie są. Dobre też, aczkolwiek raczej nie u siebie. Jak mogła zobaczyć coś czego nie było?