Nie mogę bez ciebie żyć.
Nie mogę się bez ciebie obejść.
Coraz trudniej mi się bez ciebie obejść.
Znane słowa. Frazesy, zasłyszane w filmach.
Przyszły jej do głowy, ale jakoś nie pasowały.
Nie mogę żyć? No cóż, zasadniczo mogła, zawał serca jest mało prawdopodobny, myślała. Jeśli już, to mogłaby nie chcieć żyć, ale o dziwo chciała.
Nie mogę się obejść? No cóż, mogła, może coś by nie działało, gorzej funkcjonowało, a może sama by wtedy ruszyła głową, ale tak czy inaczej, dałoby się. Skoro od 5 tygodni dawała radę obywać się bez prysznica z ciepłą wodą, to i inne sprawy powinny być znośne.
Coraz trudniej mi się bez ciebie obejść? Nie. Raczej: dobrze było jej obywać się z życiowymi sprawami z kimś. Dopuszczać go. Być wdzięczną. Ale też autonomiczną. Gdyby było jej coraz trudniej być samej, to by znaczyło, że rezygnuje ze swoich kompetencji, umiejętności, niezależności, zaradności. Że nie może pozostawać sama i sobie ufać. A mogła, zasadniczo.
niedziela, 13 grudnia 2015
poniedziałek, 23 listopada 2015
Tam
Wytężam wzrok
Aż za horyzont
Napinam mięśnie do granic
Szeroko otwieram
Mrużę oczy
Co jest tam?
Daleko, hen za
Tu i teraz
Piękne ornamenty zielenieją
Pleśnią, zieją
Pustką.
Pigmenty kruszą się
I odpadają
Pył i gruz
Zakrywają obraz
Spójrz za horyzont
Czeka na ciebie
Nic
Aż za horyzont
Napinam mięśnie do granic
Szeroko otwieram
Mrużę oczy
Co jest tam?
Daleko, hen za
Tu i teraz
Piękne ornamenty zielenieją
Pleśnią, zieją
Pustką.
Pigmenty kruszą się
I odpadają
Pył i gruz
Zakrywają obraz
Spójrz za horyzont
Czeka na ciebie
Nic
wtorek, 17 listopada 2015
Przyjaciółko
Samotna Pani
Jak miło witam cię
Herbaty? Kawy?
Czego sobie życzysz?
Ach tak mnie
No nie wiem
Wyglądasz tak sympatycznie
I chcesz
Mnie
Dobrze, wejdź rozgość się
Chyba się znamy, skąd?
Nie wiem, spotkałyśmy się już
Na pewno
Wiem, jak masz na imię
Wiem, zaniedbałam cię
Stara przyjaciółko
Myślałam, że zniknęłaś,
Ale ty jesteś wierna
Wybacz
Zawsze mogę na ciebie liczyć
Jesteś gdy płaczę
Gdy rozmawiam z ludźmi
Gdy jestem z Nim,
Gdy jestem sama
Gdy gotuję, jadę pociągiem, czytam, piszę
Z Tobą wznoszę toast
Lampką wina po ciężkim dniu
Zawsze obecna
Jedyna, swojska,
Nieskończona
Samotności
Jak miło witam cię
Herbaty? Kawy?
Czego sobie życzysz?
Ach tak mnie
No nie wiem
Wyglądasz tak sympatycznie
I chcesz
Mnie
Dobrze, wejdź rozgość się
Chyba się znamy, skąd?
Nie wiem, spotkałyśmy się już
Na pewno
Wiem, jak masz na imię
Wiem, zaniedbałam cię
Stara przyjaciółko
Myślałam, że zniknęłaś,
Ale ty jesteś wierna
Wybacz
Zawsze mogę na ciebie liczyć
Jesteś gdy płaczę
Gdy rozmawiam z ludźmi
Gdy jestem z Nim,
Gdy jestem sama
Gdy gotuję, jadę pociągiem, czytam, piszę
Z Tobą wznoszę toast
Lampką wina po ciężkim dniu
Zawsze obecna
Jedyna, swojska,
Nieskończona
Samotności
piątek, 13 listopada 2015
Życie
Egzystowała na uczelni. To najlepsze słowo. Egzystowała.
Wśród dwudziestu - kilku dziewczyn.
Siedziała między nimi.
Gwar spomiędzy nich przedostawał się i do jej uszu i umysłu. Gwar radosny, poufny. Kilka grupek, trzymających się ze sobą już od dawna. Kilka osób, które życzliwie się do niej odnosiły, ale to wszystko. I nie tym razem.
Siedziała obok. Poza tym.
Mignęło jej przez myśl, że kurczę, reszta koleżanek ma relacje w tej grupie, a ona nie. Na moment cień zakrył jej umysł.
A potem poszedł dalej. Bo i ona miała gdzie iść dalej. Miała życie. MIAŁA ŻYCIE. Kto by pomyślał, że ona może mieć życie, czy raczej ŻYĆ, pełną piersią. A jednak.
Wśród dwudziestu - kilku dziewczyn.
Siedziała między nimi.
Gwar spomiędzy nich przedostawał się i do jej uszu i umysłu. Gwar radosny, poufny. Kilka grupek, trzymających się ze sobą już od dawna. Kilka osób, które życzliwie się do niej odnosiły, ale to wszystko. I nie tym razem.
Siedziała obok. Poza tym.
Mignęło jej przez myśl, że kurczę, reszta koleżanek ma relacje w tej grupie, a ona nie. Na moment cień zakrył jej umysł.
A potem poszedł dalej. Bo i ona miała gdzie iść dalej. Miała życie. MIAŁA ŻYCIE. Kto by pomyślał, że ona może mieć życie, czy raczej ŻYĆ, pełną piersią. A jednak.
sobota, 7 listopada 2015
Szyby brzęczą od przejeżdżających samochodów. Przez wysokie na 3 metry okna nic nie widać, tylko ciemność. Już noc.
Siedzi z książką, machinalnie przewracając strony. Przesuwa wzrok po ciągach liter, nie rozumiejąc w jakie wyrazy się składają.
Jest daleko od siebie. Klatka piersiowa wgniotła się w tył, kręgosłup opadł bezwładnie. Leży teraz na podłodze jak porzucony kabel.
Serce bije z oddali. Płuca pompują powietrze bez tlenu.
Kartki szeleszczą. Bezużytecznie.
Ból powrócił.
Siedzi z książką, machinalnie przewracając strony. Przesuwa wzrok po ciągach liter, nie rozumiejąc w jakie wyrazy się składają.
Jest daleko od siebie. Klatka piersiowa wgniotła się w tył, kręgosłup opadł bezwładnie. Leży teraz na podłodze jak porzucony kabel.
Serce bije z oddali. Płuca pompują powietrze bez tlenu.
Kartki szeleszczą. Bezużytecznie.
Ból powrócił.
czwartek, 22 października 2015
Coś za coś.
Niepewność istnieje mimo pewności.
Dylematy moralne, egzystencjalne, zawsze.
Lęk przyczajony wciąż walczy z rozumem.
Żołnierze zawsze są w gotowości, mimo że to Boże Narodzenie, niepisane zawieszenie broni.
Uśmiech gościł na jej twarzy, choć serce trzepotało niepewnie na wietrze. Zostanie czy odleci? Co odleci? Uśmiech, serce, czy niepewność?
Gdy oddaje się składniki krwi zasada jest taka: gdy pracuje pompa, dłoń musi być nieruchoma, gdy pompa nieruchomieje, dłoń trzeba zaciskać.
Coś się kończy, coś się zaczyna, tak mówią. A jeśli coś się zaczyna, a potem coś się kończy? Czy to to samo? Czy lepiej jest, gdy odwirowana, chłodna krew wpływa do żyły, pod prąd, czy też ten wysiłek, po którym nie można się nawet podpisać ma większą wartość?
Czy jedno nie może istnieć bez drugiego?
Miałeś coś, robiłeś coś, może to było oszustwo, atrapa, ale miałeś. Teraz masz coś lepszego, ale za cenę tego, co wcześniej miałeś. Może lepszego, tego tak naprawdę też nie wiesz.
Musisz wybrać. Czy nie musisz? Może tylko nie umiesz
grać w dwóch orkiestrach.
Choć obydwie są tak samo dobre. Tak samo. Tylko dyrygenci się nie lubią.
Dylematy moralne, egzystencjalne, zawsze.
Lęk przyczajony wciąż walczy z rozumem.
Żołnierze zawsze są w gotowości, mimo że to Boże Narodzenie, niepisane zawieszenie broni.
Uśmiech gościł na jej twarzy, choć serce trzepotało niepewnie na wietrze. Zostanie czy odleci? Co odleci? Uśmiech, serce, czy niepewność?
Gdy oddaje się składniki krwi zasada jest taka: gdy pracuje pompa, dłoń musi być nieruchoma, gdy pompa nieruchomieje, dłoń trzeba zaciskać.
Coś się kończy, coś się zaczyna, tak mówią. A jeśli coś się zaczyna, a potem coś się kończy? Czy to to samo? Czy lepiej jest, gdy odwirowana, chłodna krew wpływa do żyły, pod prąd, czy też ten wysiłek, po którym nie można się nawet podpisać ma większą wartość?
Czy jedno nie może istnieć bez drugiego?
Miałeś coś, robiłeś coś, może to było oszustwo, atrapa, ale miałeś. Teraz masz coś lepszego, ale za cenę tego, co wcześniej miałeś. Może lepszego, tego tak naprawdę też nie wiesz.
Musisz wybrać. Czy nie musisz? Może tylko nie umiesz
grać w dwóch orkiestrach.
Choć obydwie są tak samo dobre. Tak samo. Tylko dyrygenci się nie lubią.
wtorek, 20 października 2015
Kiedy.
Kiedy wreszcie zorientuje się, że jest skończoną wariatką?
Że to nie są słodkie dziwactwa, inności, indywidualność, tylko nieokiełznane szaleństwo?
Że to szkodzenie, powolne otruwanie.
Zarażanie.
Wykorzystywanie.
Kiedy?
Że to nie są słodkie dziwactwa, inności, indywidualność, tylko nieokiełznane szaleństwo?
Że to szkodzenie, powolne otruwanie.
Zarażanie.
Wykorzystywanie.
Kiedy?
niedziela, 27 września 2015
Świat i inne historie
Rosja czai się u wrót.
ISIS straszy nawet z daleka.
Imigranci straszą z bliska.
Wieczne kłótnie PO i PiS.
Szczepionki powodują autyzm.
Podatki wciąż rosną.
Monsanto przypuszcza kolejne zakamuflowane ataki.
Prezydenta można odwołać.
I milion innych, poza tym, palących problemów.
Na przykład
Zabrakło mleka
Tramwaj nie przyjechał
Rower się przewrócił
Nie ma zasięgu
Chmury zasłaniają słońce
Słońce świeci za bardzo
Sąsiadka zapomniała kluczy
Nie ma już czystych skarpetek na zmianę
Jednak
Już nie takie to straszne, gdy ma się kogoś obok.
Blisko.
poniedziałek, 21 września 2015
Panna Nikt
Czy Panna Zbyt?
Zbyt krucha, jak grudka kryształków soli
Zbyt wrażliwa, jak skóra alergika
Zbyt wyrachowana, jak saldo w zapiskach księgowej
Zbyt czuła, jak matka wobec niemowlęcia
Zbyt niezdecydowana, jak kobieta przed wystawą butów
lub mężczyzna przed wystawą samochodów
Zbyt zimna, jak lód w zetknięciu z ciepłem
Zbyt skryta, jak skarb ukryty w labiryncie
Zbyt dwuznaczna, jak tak i nie w kulturach wschodu i zachodu
Zbyt zwodnicza, jak światełko w tunelu
Zbyt nieracjonalna, jak poszukiwanie początku i końca tęczy
Zbyt nieprzewidywalna, jak pogoda w górach
Zbyt nieufna, jak lis wobec Małego Księcia
Ale i zbyt ufna, jak pies przybłęda wobec tego, kto go pogłaskał
Zbyt nietrwała, jak zapalona zapałka,
I zbyt trwała, jak drewno tlące się, mimo, że nie ma już nikogo przy ognisku
Jak fale, które unoszą i zatapiają,
Jak statek, który płynie i który tonie
Jak cukier, który słodzi i który znika
Jak słodycz, co skleja i zamyka
Jak miękkość, która pieści albo dusi
Jak chłód, który zamraża lub koi
Panna Zbyt
To lepsze niż nikt
Czy Panna Zbyt?
Zbyt krucha, jak grudka kryształków soli
Zbyt wrażliwa, jak skóra alergika
Zbyt wyrachowana, jak saldo w zapiskach księgowej
Zbyt czuła, jak matka wobec niemowlęcia
Zbyt niezdecydowana, jak kobieta przed wystawą butów
lub mężczyzna przed wystawą samochodów
Zbyt zimna, jak lód w zetknięciu z ciepłem
Zbyt skryta, jak skarb ukryty w labiryncie
Zbyt dwuznaczna, jak tak i nie w kulturach wschodu i zachodu
Zbyt zwodnicza, jak światełko w tunelu
Zbyt nieracjonalna, jak poszukiwanie początku i końca tęczy
Zbyt nieprzewidywalna, jak pogoda w górach
Zbyt nieufna, jak lis wobec Małego Księcia
Ale i zbyt ufna, jak pies przybłęda wobec tego, kto go pogłaskał
Zbyt nietrwała, jak zapalona zapałka,
I zbyt trwała, jak drewno tlące się, mimo, że nie ma już nikogo przy ognisku
Jak fale, które unoszą i zatapiają,
Jak statek, który płynie i który tonie
Jak cukier, który słodzi i który znika
Jak słodycz, co skleja i zamyka
Jak miękkość, która pieści albo dusi
Jak chłód, który zamraża lub koi
Panna Zbyt
To lepsze niż nikt
piątek, 18 września 2015
Krwawy diament
Ktoś powiedział, że jest cenna
Cenna
Bezcenna
Bez ceny
Bez wartości
Zakurzony słoik
Stoik
Nieumiejętnie próbujący życia
Stawiający krok za krokiem w
Galarecie istnienia
Krok za nie wprzód, wciąż do tyłu
Donikąd
Bezład
Bezwład
Bezsens
Wizja fontanny
Z trzewi
Ożywia
Uspokaja
Zrób to wreszcie.
Ktoś powiedział, że jest cenna
Cenna
Bezcenna
Bez ceny
Bez wartości
Zakurzony słoik
Stoik
Nieumiejętnie próbujący życia
Stawiający krok za krokiem w
Galarecie istnienia
Krok za nie wprzód, wciąż do tyłu
Donikąd
Bezład
Bezwład
Bezsens
Wizja fontanny
Z trzewi
Ożywia
Uspokaja
Zrób to wreszcie.
czwartek, 17 września 2015
Dokąd i po co
jak iść
Wszyscy wiedzą, tam
i z powrotem
albo naprzód
albo czy lub
Lub tę drogę, polub
nie lub celu
zobacz
jaskółki latają nisko
deszcz budzi na chwilę
nie budzi
Budzik dzwoni
znów dzień ranek przebudził
pobudził
do niedziałania
Łania biegnie przemyka
dokąd nie wie
ucieka przed lub i albo
przed deszczem jaskółek
wciąż we śnie
pyta
Jak być
jak iść
poniedziałek, 14 września 2015
Przypływy i odpływy.
Nieuchwytny rytm, nieodkryty algorytm.
Przypływ przynosił coś nowego, jakąś obfitość, napełnienie, uzupełniał luki między ziarenkami piasku. Gasił pragnienie, dawał pole, by odkrywać i wypływać dalej, i nurkować głębiej.
Odpływ burzył poczucie równowagi. Osuwał spod nóg bezpieczne podłoże, zabierał to, co wcześniej przyniósł przypływ, i nie było żadnej gwarancji, że to zwróci. Burzył równowagę, wzmagał niepokój i lęk.
Przypływ i odpływ.
Jeden po drugim, w dziwnym tańcu radości i niepewności, chęci i strachu, dostatku i braku.
Bez porządku, niespodziewanie.
Tak to jest z oceanem.
Nieuchwytny rytm, nieodkryty algorytm.
Przypływ przynosił coś nowego, jakąś obfitość, napełnienie, uzupełniał luki między ziarenkami piasku. Gasił pragnienie, dawał pole, by odkrywać i wypływać dalej, i nurkować głębiej.
Odpływ burzył poczucie równowagi. Osuwał spod nóg bezpieczne podłoże, zabierał to, co wcześniej przyniósł przypływ, i nie było żadnej gwarancji, że to zwróci. Burzył równowagę, wzmagał niepokój i lęk.
Przypływ i odpływ.
Jeden po drugim, w dziwnym tańcu radości i niepewności, chęci i strachu, dostatku i braku.
Bez porządku, niespodziewanie.
Tak to jest z oceanem.
czwartek, 3 września 2015
Nie kłam, że
Nie zwódź, nie wódź na pokuszenie.
Myślisz, że nie wie?
Grawitacja przykleja ją do podłoża. Rozsmarowuje jak krem, niedługo niezauważenie zniknie, nie.
To nie tak.
To inny scenariusz, inny, choć prawdziwy.
Scenarzysta ma przywileje.
Może zmienić bieg zdarzeń. Albo skorygować, bo nie zawsze Jane Austen idealnie współgra z Marvelem.
Nie zawsze Kapitan Ameryka może przyjść z odsieczą, czasem lepiej, by Jane Eyre wzięła sprawy w swoje ręce.
Więc nie kłam, nie zwódź. Ona wie. Nie wie. Ale trwa w gotowości.
Nie zwódź, nie wódź na pokuszenie.
Myślisz, że nie wie?
Grawitacja przykleja ją do podłoża. Rozsmarowuje jak krem, niedługo niezauważenie zniknie, nie.
To nie tak.
To inny scenariusz, inny, choć prawdziwy.
Scenarzysta ma przywileje.
Może zmienić bieg zdarzeń. Albo skorygować, bo nie zawsze Jane Austen idealnie współgra z Marvelem.
Nie zawsze Kapitan Ameryka może przyjść z odsieczą, czasem lepiej, by Jane Eyre wzięła sprawy w swoje ręce.
Więc nie kłam, nie zwódź. Ona wie. Nie wie. Ale trwa w gotowości.
środa, 2 września 2015
Skrzynka
Na strychu stała skrzynka. Zakurzona, lekko zbutwiała, ale wciąż mocna.Nic nie wskazywało na to, by miała się w najbliższym czasie rozpaść. Fakt, że w ostatnim czasie proces niszczenia nagle przyspieszył, jednak to wciąż było mało. Wciąż jedyną możliwością dostania się do środka było otwarcie kłódki, do której klucz był mistrzostwem sztuki ślusarskiej.
Między deskami miejscami porobiły się prześwity, przez które można było spojrzeć - by jednak coś spostrzec w ciemności, trzeba było wysilić wzrok do granic możliwości. Nie każdy to umiał.
Niektórym udawało się zobaczyć więcej, innym mniej, większości nic. Niektórym zdarzało się, że na ułamek sekundy unosiła lekko wieko. Niektórym skrzynia dawała więcej, innym mniej.
Te miejsca, szpary między deskami, czy nawet spojrzenie spod wieka - pozwalały zobaczyć tylko określone skrawki wnętrza. Określone, powierzchowne. To, co skrzynia wybrała, by pokazać.
Pozostała część była ukryta. Niektórzy sądzili, że coś już odkryli, że wiedzą, co to za skrzynka, zamykali ją w swoich wyobrażeniach, zbudowanych na ledwie promilach prawdy.
Czasem skrzynka chciała dać coś więcej, ale prawdą było, że nie całkiem miała kontrolę nad swą zawartością. Niekiedy chciała pokazać coś mniej reprezentatywnego, jakiś kawałek brudnej szmaty, a pokazywała aksamit, czasem męczyły ją korniki, ale na zewnątrz drewno wyglądało na nietknięte.
Korniki były najgorsze. Niewidoczne, ale obecne. Bezustannie.
Sprawiały, że zaczynała podejrzewać tych, którym więcej pokazała, o złe zamiary, ukrytą chęć zniszczenia jej lub po prostu zlekceważenia. I choć wiedziała, że niektóre z małych szkodników są tylko urojeniem, niewiele to zmieniało.
wtorek, 11 sierpnia 2015
Odbicie w lustrze
Zdziwiła się, kogo tam zobaczyła.
Normalną, może nawet ładną dziewczynę. Brązowe oczy, dołeczki pojawiające się, gdy naprawdę była radosna, spełniona, spokojna.
Rozejrzała się. Wokół nie było nikogo innego. Ta osoba, to po prostu musiała być ona, nikt inny.
Spojrzała jeszcze raz. Odbicie w lustrze, zainteresowania, poglądy. Jej doświadczenia, jej pragnienia i plany. Jej smutki i radości, dni lepsze i gorsze, dzieciństwo i dorosłość.
Wszystko złożyło się w całość, na którą patrząc odczuwała zupełny spokój. Widziała kim jest, i taką właśnie chciała być. Podobało jej się to odbicie. Podobała się sama sobie.
To chyba znaczyło, że wreszcie się polubiła.
sobota, 1 sierpnia 2015
Mijały dni, tygodnie, lata. Nauczyła się siebie, choć nadal się zaskakiwała. I nigdy się z tym nie pogodziła. Nie potrafiła myśleć inaczej, niż że to jest niesprawiedliwe. Stara się, zmienia wiele rzeczy, uczy nowych reakcji. Otwiera na ludzi, próbuje zaufać Bogu. To może nie jest łatwe dla nikogo, ale miała wrażenie, może egocentrycznie, że jej jest wiele razy trudniej, i to trudniej inaczej niż innym. Że przyczyny tego są głęboko i trwale zatopione w cemencie jej biologii i psychiki.
Bóg był dla niej ważny. Wiedziała, że jest, i że nie jest mu obojętna, że On się troszczy mimo jej niewdzięczności. To było właściwie wszystko, próbując przebić się dalej, zidentyfikować w co wierzy a w co nie, napotykała na wewnętrzną mgłę. I tonęła w niewiedzy, obwiniając się o to, że przez swą ułomność nawet wierzyć nie umie.
Bóg był dla niej ważny. Wiedziała, że jest, i że nie jest mu obojętna, że On się troszczy mimo jej niewdzięczności. To było właściwie wszystko, próbując przebić się dalej, zidentyfikować w co wierzy a w co nie, napotykała na wewnętrzną mgłę. I tonęła w niewiedzy, obwiniając się o to, że przez swą ułomność nawet wierzyć nie umie.
czwartek, 23 lipca 2015
Płaty skóry schodziły z niej warstwami. Jak z obieranego zapamiętale warzywa.
Nie bolało jej to, była wręcz podekscytowana, naćpana endorfinami. Tak działał na nią widok własnej krwi. Zresztą wiedziała, że zasłużyła.
Patrzyła uważnie na to, co ukazywało się pod spodem. Chęć poznania najgłębszych warstw ciała tłumiła lęk przed tym, co tam znajdzie. Z każdym płatem ciała widziała więcej. Widziała siebie. Wszystko, z czego się składała. Im głębiej, tym więcej ciemności i zła. Cienka, elegancka warstwa skóry trzymała w ryzach to, co oślizgłe i obrzydliwe, chroniąc to przed oczami innych.
Ale ona wiedziała.
Patrzyła uważnie na to, co ukazywało się pod spodem. Chęć poznania najgłębszych warstw ciała tłumiła lęk przed tym, co tam znajdzie. Z każdym płatem ciała widziała więcej. Widziała siebie. Wszystko, z czego się składała. Im głębiej, tym więcej ciemności i zła. Cienka, elegancka warstwa skóry trzymała w ryzach to, co oślizgłe i obrzydliwe, chroniąc to przed oczami innych.
Ale ona wiedziała.
piątek, 12 czerwca 2015
Duchy z wersalki
Dziewczyna z wersalki wreszcie, po wielu latach, zdecydowała się zaryzykować. Otworzyć tą nieszczęsną wersalkę, przyjrzeć dokładnie temu, co kryją jej ciemności. Odkryć dawno zapomniane wspomnienia, ale i te pamiętane, lecz niedoceniane. Obudzić duchy, by one już jej nie budziły. Czas był, by przejąć kontrolę.
Otworzyła.
Zobaczyła siebie w wieku kilku lat, swoją samotność, gdy była odrzucana przez rodzeństwo, swoją ukrytą satysfakcję, gdy przyniosła ojcu pas, by mógł ukarać brata, ale to jej się dostało. To, jak w końcu stworzyła sobie wymyślonych przyjaciół, by mieć z kim spędzać czas i nie wstydzić się, że jest sama.
To, jak tata przestał być miły, opiekuńczy, gdy tylko poszła do szkoły. Stracił całe zainteresowanie. Zostawił ją, choć był obok.
To, jak kolejne koleżanki z ławki przesiadały się do innych, i to, jak zaczęła uciekać w książki. To, jak była niewidzialna, i gdyby nie oceny w dzienniku można by uznać, że nikt taki nie istniał.
To, jak po pół roku w gimnazjum stała się obiektem regularnego wyśmiewania, ale przede wszystkim odizolowania. Jak po radości, że jest akceptowana, spadła na samo dno szkolnej hierarchii. Jak ktoś wykorzystał jej uczucia, by ją zmiażdżyć.
To, jak musiała konkurować z siostrą o akceptację mamy, i jak to bolało, gdy przegrywała. To, jak nigdy nie wiedziała, z której strony oberwie, będąc między tymi dwiema silnymi, niezrównoważonymi kobietami. To, jak musiała uważać na każde słowo, by nie przegapić momentu, gdy jeszcze można uciec.
To, jak się czuła będąc świadkiem kłótni rodziców, będąc zmuszona do tego, by opowiedzieć się po którejś stronie i nie mogąc tego zrobić. Jak była rozdarta i jak to było nie fair. To, jak nie mieściło jej się w głowie, że można tak się ranić, i to jeszcze przy dzieciach, mając chyba nadzieję, że one coś zrobią. Ale to nie była ich rola, nie była jej rola. Jednak w nią weszła, zakopując uczucia głęboko pod ziemią.
Przypomniała sobie rzeczy, które uznała za nieistotny moment w jej życiu. Ale to nie były nieistotne elementy. Żaden krok podczas marszu nie jest nieistotny.
Zobaczyła to wszystko.
Ułożyła w całość.
I opłakała.
Tak jak opłakuje się zmarłego.
Wylała to, co dotąd wydostawało się w niekontrolowany sposób.
Przynajmniej część tego.
Otworzyła.
Zobaczyła siebie w wieku kilku lat, swoją samotność, gdy była odrzucana przez rodzeństwo, swoją ukrytą satysfakcję, gdy przyniosła ojcu pas, by mógł ukarać brata, ale to jej się dostało. To, jak w końcu stworzyła sobie wymyślonych przyjaciół, by mieć z kim spędzać czas i nie wstydzić się, że jest sama.
To, jak tata przestał być miły, opiekuńczy, gdy tylko poszła do szkoły. Stracił całe zainteresowanie. Zostawił ją, choć był obok.
To, jak kolejne koleżanki z ławki przesiadały się do innych, i to, jak zaczęła uciekać w książki. To, jak była niewidzialna, i gdyby nie oceny w dzienniku można by uznać, że nikt taki nie istniał.
To, jak po pół roku w gimnazjum stała się obiektem regularnego wyśmiewania, ale przede wszystkim odizolowania. Jak po radości, że jest akceptowana, spadła na samo dno szkolnej hierarchii. Jak ktoś wykorzystał jej uczucia, by ją zmiażdżyć.
To, jak musiała konkurować z siostrą o akceptację mamy, i jak to bolało, gdy przegrywała. To, jak nigdy nie wiedziała, z której strony oberwie, będąc między tymi dwiema silnymi, niezrównoważonymi kobietami. To, jak musiała uważać na każde słowo, by nie przegapić momentu, gdy jeszcze można uciec.
To, jak się czuła będąc świadkiem kłótni rodziców, będąc zmuszona do tego, by opowiedzieć się po którejś stronie i nie mogąc tego zrobić. Jak była rozdarta i jak to było nie fair. To, jak nie mieściło jej się w głowie, że można tak się ranić, i to jeszcze przy dzieciach, mając chyba nadzieję, że one coś zrobią. Ale to nie była ich rola, nie była jej rola. Jednak w nią weszła, zakopując uczucia głęboko pod ziemią.
Przypomniała sobie rzeczy, które uznała za nieistotny moment w jej życiu. Ale to nie były nieistotne elementy. Żaden krok podczas marszu nie jest nieistotny.
Zobaczyła to wszystko.
Ułożyła w całość.
I opłakała.
Tak jak opłakuje się zmarłego.
Wylała to, co dotąd wydostawało się w niekontrolowany sposób.
Przynajmniej część tego.
czwartek, 11 czerwca 2015
Spacer po mieście
Przez wiele lat śnił jej się ten sam sen.
Zaczynał się od jednego koła zębatego. Po chwili dołączało do niego kolejne, i kolejne, i kolejne, aż cała przestrzeń wypełniała się gęstym, wprawionym w ruch mechanizmem, bez końca tworzącym nowe połączenia. Początkowy spokój białej przestrzeni wypełniał się przeraźliwym skomplikowaniem, który lada chwila miał ją pochłonąć. Do tego ten straszny dźwięk, zimny dźwięk wprawionego w ruch mechanizmu, którego nic nie może zatrzymać. I gdy już myślała, że nie wytrzyma, wszystko znikało.
Szła chodnikiem koło znajomego bloku, bloku, w którym było jej przedszkole. Szła kilka kroków, aż dochodziła do ławki, na której siedział kaczor Donald. Wtedy się budziła.
Sen ten pojawił się jeszcze w przedszkolu. A może na początku szkoły podstawowej. Koszmar. Innych snów z dzieciństwa nie pamiętała.
Nigdy się nad nim nie zastanawiała.
Tego dnia idąc chodnikiem przez miasto doznała olśnienia.
Zdarzały się sytuacje, gdy jedno słowo krytyki, czy po prostu postawienie granic, dezaprobata, wytrącały ją z równowagi, traciła odwagę i spontaniczność wobec osoby, która to zrobiła, i była pewna, że już jest nielubiana, że na pewno ta osoba ma do niej uraz, widzi teraz, jak jest zła, na pewno się złości i nie chce mieć z nią nic do czynienia. Zastanawiała się nad tym. Wtedy ją olśniło. Że to mechanizm obronny. Projekcja. Ludzie nie obrażają się o byle co, po prostu wyrażają to, co czują. To ona się złościła. Potrzebowała bezwarunkowej akceptacji, w myślach, mowie, uczynku, itd. Nie dopuszczała myśli o tym, że ktoś ma własną wolę, własne potrzeby, własną wrażliwość. Ona też była wrażliwa, chciała być pomocna, była skłonna zrobić wiele dla osoby, której zaufała. Do momentu, gdy ta postawiła granice, i wyraziła tym samym, że nie jest skłonna do aż takiej uległości, aż takiej komitywy, aż takiej bliskości. Wtedy nagle tworzyła się przepaść nie do przejścia. Niechęć do tej osoby, lęk. I złość. Ta jedna emocja, która nie miała prawa istnieć, ale jednak była.
Mechanizm. Koło zębate, wywołujące kolejne reakcje. Jedno z wielu, jakie miała w sobie.
Wypierała złość, ale ta wracała zwielokrotniona. Na siebie, ale i na innych. Musiała to przyznać.
Pozostała kwestia kaczora Donalda. Nawet nie oglądała zbyt wielu kreskówek z jego udziałem. Na jej czasy przypadły Muminki i Smurfy.
Cytat z Wikipedii:
Donalda zawsze prześladuje pech, przez co nigdy nie może znaleźć pracy – przyczyną mógł być również brak talentów.
Jednym z rywali Donalda jest, wyśmiewający się z niego sąsiad, J. Jones. Innym rywalem Kaczora Donalda jest jego kuzyn, wielki szczęściarz. Jego narzeczoną jest Daisy. W niektórych komiksach włoskich Donald po zapadnięciu zmroku przyjmuje postać zamaskowanego superbohatera, który broni mieszkańców Kaczogrodu przed czarnymi charakterami, używając niezwykłych urządzeń autorstwa Diodaka.
Ona też uważała, że prześladuje ją pech, że jest jego ofiarą. Że nigdy nie znajdzie pracy przez swój brak talentów. Że inni tylko ją wyśmiewają, przed albo za plecami. Że inni ludzie to szczęściarze, mogący zdobyć drugą połówkę. Marzyła, by być kimś, kto odmieni los, przynajmniej kilku osób.
Może wyciągała pochopne wnioski, ale pasował jej obrazek, że nieświadome i świadome mechanizmy
sterujące jej zachowaniem, myślami i emocjami to przyczyna spostrzeżeń dotyczących jej, jej życia, i innych osób.
Chciała odkrywać te mechanizmy. Obnażone miały już mniejszą moc. Wielu miała świadomość, kolejne czekały na uświadomienie. Kolejne kółka zębate tracące destrukcyjną moc.
Szła do przodu. Po chodniku.
czwartek, 4 czerwca 2015
Na pierwszy rzut oka była zwyczajną, dwudziestoparoletnią dziewczyną.
Chodziła na uczelnię.
Nieźle się uczyła. Dostała nawet stypendium - niezasłużenie, jak twierdziła przez kolejne lata.
Chodziła do kościoła, nawet poświęcała swój czas dla służby innym.
Dość marnie, jak uważała.
Rozmawiała z koleżankami z uczelni, ze znajomymi, z rodziną. Śmiała się i żartowała.
W środku ziała pustką, a w każdej samotnej chwili wyobrażała sobie, jak robi sobie krzywdę, jak tnie swój brzuch od lewej do prawej, jak wskazówka zegara osadzona na kręgosłupie. Albo marzyła o wiecznym spokoju. Ale też o osobie, namacalnej osobie, która ją pokocha taką, jaka jest.
Tylko nieliczni to wiedzieli. Kim jest, jaka jest.
Że jest
Nikim.
Chodziła na uczelnię.
Nieźle się uczyła. Dostała nawet stypendium - niezasłużenie, jak twierdziła przez kolejne lata.
Chodziła do kościoła, nawet poświęcała swój czas dla służby innym.
Dość marnie, jak uważała.
Rozmawiała z koleżankami z uczelni, ze znajomymi, z rodziną. Śmiała się i żartowała.
W środku ziała pustką, a w każdej samotnej chwili wyobrażała sobie, jak robi sobie krzywdę, jak tnie swój brzuch od lewej do prawej, jak wskazówka zegara osadzona na kręgosłupie. Albo marzyła o wiecznym spokoju. Ale też o osobie, namacalnej osobie, która ją pokocha taką, jaka jest.
Tylko nieliczni to wiedzieli. Kim jest, jaka jest.
Że jest
Nikim.
środa, 3 czerwca 2015
Dawca i biorca
Nie rosną też w ziemi.
Rosną w wodzie, czasami w słodkiej, czasami w słonej.
Niektórzy myślą, że są dobre.
Że leczą.
Czasem tak bywa.
Ale rzadko.
Zwykle pijawki są złe.
Przysysają się do ciała, tną je zębami i wysysają krew.
Na początku ofiara tego nie czuje.
Potrafią znieczulić i być niezauważone.
Potem pojawia się obrzęk i swędzenie.
Ofiara wie, że coś jest nie tak, jednak nie wie dokładnie co.
Czasem znajdzie pojedyncze pijawki i myśli, że to koniec.
Ale inne pozostają niezauważone i wciąż piją.
Wysysają krew, czasem zarażają bakteriami i wirusami.
Ale przede wszystkim osłabiają.
Powoli, ale wytrwale.
Biorą to, co dawca im daje, nieświadomy tego, że z każdą chwilą jego siła maleje.
Niektórzy celowo pozwalają pijawkom na ich działalność.
Wierzą, że tak naprawdę są one dobre.
Czasem tak bywa.
Ale rzadko.
Jeśli nieostrożny dawca wybierze pierwszą lepszą pijawkę, może się srodze zawieść.
Sądzi, że jemu coś to daje, i że ona dzięki niemu może przetrwać.
Nie wie tylko jednego.
Że ona nie daje nic w zamian.
I że jest nienasycona.
Bierze i bierze, sączy życiodajne siły.
Rani.
Bo jest zła.
Czasem wbrew samej sobie.
***
Bała się. Była zła. Wbrew samej sobie, Musiała chronić innych przed samą sobą. I panicznie bała się samotności.
Nie do pogodzenia.
sobota, 30 maja 2015
Droga donikąd
Stała na przystanku.
Czekała. Mijały kolejne minuty. Minęło 10 minut, 20, pół godziny, godzina. Później przestała liczyć. Usiadła na ławce i czekała. Autobus nie przyjeżdżał, jeden, drugi, trzeci. Ona czekała.
W końcu zobaczyła znajome światła, patrzyła, jak się zbliżają, oślepiając oczy. Autobus zatrzymał się i znalazła się w jego wnętrzu. Usiadła z tyłu, jak zawsze.
Ruszyła.
Mijała okolicę, znajome bloki, wille, kolejne przystanki, kościoły, place zabaw, centra handlowe. Znała tę trasę na pamięć.
Jednak tym razem było coś nie tak.
Zapadał zmierzch i wszystko zaczęło wyglądać inaczej. Cienie wydłużały się, w oknach rozbłyskały światła, tworząc abstrakcyjne mozaiki, a drzewa przybierały niesamowite kształty.
Robiło się coraz ciemniej, coraz mniej widziała przez szyby.
Mijały kolejne sekundy, minuty.
Spojrzała na zegarek, lecz jego wskazówki stały w miejscu. Zapomniała wymienić baterii. Przekleństwo słabej pamięci.
Nie pozostało jej nic innego, niż czekać na koniec trasy, taki był cel jej podróży.
Jechała i jechała. Nie mogła polegać na zegarku, ale intuicyjnie czuła, że podróż trwa dłużej niż zwykle.
Na zewnątrz zapadła kompletna ciemność. Poczuła coś na kształt niepokoju. W autobusie była tylko ona i kierowca.
Choć nigdy nie miała odwagi do rozmów z ludźmi zdecydowała się w końcu zapytać kierowcę, czemu ta podróż trwa tak długo. Podeszła do okienka, niewiele było widać w półmroku, ale przecież wiedziała, gdzie jest miejsce kierowcy. Tam skierowała swoje słowa.
Z początku nie było żadnej reakcji.
Później zobaczyła, że ktoś pochyla się w jej stronę. Pełna nadziei czekała na odpowiedź, gdy twarz zbliżyła się do szyby na tyle, że zobaczyła ją wyraźnie. I w tej chwili poczuła ścisk w żołądku i automatycznie zrobiła krok w tył.
Spojrzały na nią zimne, martwe oczy. Bez wyrazu. Zupełnie obojętne.
Nie dostała odpowiedzi, a gdy drugi raz spojrzała w stronę kierowcy, nie widziała już nic. Wróciła na swoje miejsce nieco oszołomiona, myśląc, że może ze zmęczenia coś jej się przywidziało.
Autobus jechał coraz szybciej. Nie było już żadnych przystanków. Nie było żadnych latarni. Pokonywał kolejne kilometry, wciąż przyspieszając.
Kurczowo trzymała się poręczy, ale i tak na zakrętach nie udawało jej się zachować równowagi.
Bolały ją mięśnie i traciła siły. Wiedziała, że już długo nie wytrzyma. Jej oczy zasnuwały się mgłą. Marzyła tylko o tym, by zemdleć i już tego nie przeżywać.
Ostatkiem przytomności i przy nadludzkim wysiłku dosięgnęła drzwi i zaczęła w nie uderzać. Raz, drugi, dziesiąty, dwudziesty, bez końca. W końcu, czując, że to ostatnia szansa, włożyła całą pozostałą resztkę sił i uderzyła z całą swoją mocą, wkładając w to cały strach, całą wściekłość, całą samotność i pustkę, całą siebie.
Szkło rozprysnęło się pod naporem ciała, raniąc je i wbijając się z całą siłą.
Wypadła na zewnątrz, z pędzącego z ogromną prędkością pojazdu.
Stoczyła się ze zbocza, po asfalcie, kamieniach, korzeniach. W końcu się zatrzymała.
Straciła przytomność.
Czekała. Mijały kolejne minuty. Minęło 10 minut, 20, pół godziny, godzina. Później przestała liczyć. Usiadła na ławce i czekała. Autobus nie przyjeżdżał, jeden, drugi, trzeci. Ona czekała.
W końcu zobaczyła znajome światła, patrzyła, jak się zbliżają, oślepiając oczy. Autobus zatrzymał się i znalazła się w jego wnętrzu. Usiadła z tyłu, jak zawsze.
Ruszyła.
Mijała okolicę, znajome bloki, wille, kolejne przystanki, kościoły, place zabaw, centra handlowe. Znała tę trasę na pamięć.
Jednak tym razem było coś nie tak.
Zapadał zmierzch i wszystko zaczęło wyglądać inaczej. Cienie wydłużały się, w oknach rozbłyskały światła, tworząc abstrakcyjne mozaiki, a drzewa przybierały niesamowite kształty.
Robiło się coraz ciemniej, coraz mniej widziała przez szyby.
Mijały kolejne sekundy, minuty.
Spojrzała na zegarek, lecz jego wskazówki stały w miejscu. Zapomniała wymienić baterii. Przekleństwo słabej pamięci.
Nie pozostało jej nic innego, niż czekać na koniec trasy, taki był cel jej podróży.
Jechała i jechała. Nie mogła polegać na zegarku, ale intuicyjnie czuła, że podróż trwa dłużej niż zwykle.
Na zewnątrz zapadła kompletna ciemność. Poczuła coś na kształt niepokoju. W autobusie była tylko ona i kierowca.
Choć nigdy nie miała odwagi do rozmów z ludźmi zdecydowała się w końcu zapytać kierowcę, czemu ta podróż trwa tak długo. Podeszła do okienka, niewiele było widać w półmroku, ale przecież wiedziała, gdzie jest miejsce kierowcy. Tam skierowała swoje słowa.
Z początku nie było żadnej reakcji.
Później zobaczyła, że ktoś pochyla się w jej stronę. Pełna nadziei czekała na odpowiedź, gdy twarz zbliżyła się do szyby na tyle, że zobaczyła ją wyraźnie. I w tej chwili poczuła ścisk w żołądku i automatycznie zrobiła krok w tył.
Spojrzały na nią zimne, martwe oczy. Bez wyrazu. Zupełnie obojętne.
Nie dostała odpowiedzi, a gdy drugi raz spojrzała w stronę kierowcy, nie widziała już nic. Wróciła na swoje miejsce nieco oszołomiona, myśląc, że może ze zmęczenia coś jej się przywidziało.
Autobus jechał coraz szybciej. Nie było już żadnych przystanków. Nie było żadnych latarni. Pokonywał kolejne kilometry, wciąż przyspieszając.
Kurczowo trzymała się poręczy, ale i tak na zakrętach nie udawało jej się zachować równowagi.
Bolały ją mięśnie i traciła siły. Wiedziała, że już długo nie wytrzyma. Jej oczy zasnuwały się mgłą. Marzyła tylko o tym, by zemdleć i już tego nie przeżywać.
Ostatkiem przytomności i przy nadludzkim wysiłku dosięgnęła drzwi i zaczęła w nie uderzać. Raz, drugi, dziesiąty, dwudziesty, bez końca. W końcu, czując, że to ostatnia szansa, włożyła całą pozostałą resztkę sił i uderzyła z całą swoją mocą, wkładając w to cały strach, całą wściekłość, całą samotność i pustkę, całą siebie.
Szkło rozprysnęło się pod naporem ciała, raniąc je i wbijając się z całą siłą.
Wypadła na zewnątrz, z pędzącego z ogromną prędkością pojazdu.
Stoczyła się ze zbocza, po asfalcie, kamieniach, korzeniach. W końcu się zatrzymała.
Straciła przytomność.
środa, 27 maja 2015
Bajka
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za wysokim murem, w wysokiej wieży, mieszkała piękna księżniczka.
Jadła, spała, czytała. Mieszkała tam odkąd pamiętała. Nie przejmowała się tym, tak wyobrażała sobie świat: ludzi mieszkających w wieżach.
Tak mijały lata, a księżniczka rosła, aż urosła na tyle, by dosięgnąć do okna.
Zaskoczyło ją to, co zobaczyła. Żadnych wież. Lasy, pola. Zobaczyła też ludzi spacerujących za murem. Nie widzieli jej. Była wciąż za mała.
Minęło trochę czasu, i urosła na tyle, by wdrapać się na parapet. Odtąd spędzała tam wiele czasu. Obserwowała ludzi, co robili, gdzie szli, jak wyglądali. Często tego nie rozumiała.
Ludzie nadal nie zwracali na nią uwagi - nie wiedzieli, że tam jest. A ona nie mogła ich zawołać, bo była niema od urodzenia, a może nie, tego nie wiedziała. Tak czy inaczej, wieża od dawna była uważana za opuszczoną. Pewnego dnia jednak ktoś spojrzał w górę i zobaczył. Księżniczka radośnie zamachała, lecz on, zaskoczony, odszedł w pośpiechu, wszystkim mówiąc co mu się przydarzyło.
Odtąd ludzie przechodząc koło wieży zatrzymywali się i machali, albo pokazywali znaki, czasem coś wołali, ale docierały do niej pojedyncze słowa. Byli ludzie, którzy wielokrotnie wracali, zastanawiając się jak ją wydostać, lecz w końcu odchodzili zniechęceni. Byli ludzie, którzy uważali, że powinna to zrobić sama, choć nie miała żadnej liny, a wieża była śliska jak szkło.
Nadszedł wreszcie ten dzień, którego od dawna wyczekiwała. Pod murem pojawił się rycerz na białym rumaku, wypisz wymaluj jak z książki z baśniami. I był zdecydowany uratować księżniczkę. Wpierw próbował sforsować mur. Po nieudanych próbach rozpoczął mozolną pracę, cegła po cegle czyniąc wyłom. Powoli, ale skutecznie. Był wytrwały. W końcu się udało. Pozostał problem wieży. Była zbyt wysoka, by dorzucić linę, zbyt gładka, by po niej się wspiąć. Wpadł więc na pomysł, by zrzuciła na dół swój warkocz. Jednak inaczej niż to było u Roszponki, księżniczka miała krótką, nowoczesną fryzurę. "To nic, poczekam tyle, ile trzeba, aż włosy dosięgną ziemi".
Księżniczka robiła co w jej mocy, masowała głowę, próbowała nawet rozciągać włosy, ale zobaczyła, że przez to zaczęły jej wypadać. To groziło, że będą za słabe. Musiała po prostu czekać.
Rycerz zajmował jej czas opowiadając historie, podnosząc na duchu. Nauczył ją znaków, którymi mogli się porozumiewać. Czytał książki, grał na bębnie, przyprowadzał znajomych.
Mijały dni, tygodnie, miesiące, lata. Warkocz wciąż był za krótki. Księżniczka zaczęła się złościć, że tyle to trwa, i na tych, którzy ją tam umieścili, i na siebie, że włosy rosną jej tak wolno. Czasem wydawała z siebie niezrozumiałe dźwięki, czasem ze wściekłością waliła w ściany, a czasem chowała się pod stołem i cicho płakała. Długo spała, chcąc przeczekać. I bywała coraz częściej zła nawet na rycerza, bo po prostu on był w pobliżu, i bądź co bądź był nieskuteczny..
Rycerz też coraz bardziej się niecierpliwił, nie rozumiał, czemu księżniczka się na niego złości, na dodatek zaniedbywał swoje sprawy, tkwiąc pod wieżą. I czuł się bezradny, a bardzo tego nie lubił.
Wkrótce dostał wiadomość, że jego ojciec, król, jest słaby, i chce mu przekazać królestwo, pod warunkiem, że się ożeni. Rycerz nie wiedział, co wybrać: panowanie i spokój, czy odpowiedzialność za to, co rozpoczął. Wahał się długo.
W końcu wybrał.
I odjechał.
A jej to za bardzo nie obeszło. Miała przeczucie, że i tak się uda. Z kimś, albo samemu.
Jadła, spała, czytała. Mieszkała tam odkąd pamiętała. Nie przejmowała się tym, tak wyobrażała sobie świat: ludzi mieszkających w wieżach.
Tak mijały lata, a księżniczka rosła, aż urosła na tyle, by dosięgnąć do okna.
Zaskoczyło ją to, co zobaczyła. Żadnych wież. Lasy, pola. Zobaczyła też ludzi spacerujących za murem. Nie widzieli jej. Była wciąż za mała.
Minęło trochę czasu, i urosła na tyle, by wdrapać się na parapet. Odtąd spędzała tam wiele czasu. Obserwowała ludzi, co robili, gdzie szli, jak wyglądali. Często tego nie rozumiała.
Ludzie nadal nie zwracali na nią uwagi - nie wiedzieli, że tam jest. A ona nie mogła ich zawołać, bo była niema od urodzenia, a może nie, tego nie wiedziała. Tak czy inaczej, wieża od dawna była uważana za opuszczoną. Pewnego dnia jednak ktoś spojrzał w górę i zobaczył. Księżniczka radośnie zamachała, lecz on, zaskoczony, odszedł w pośpiechu, wszystkim mówiąc co mu się przydarzyło.
Nadszedł wreszcie ten dzień, którego od dawna wyczekiwała. Pod murem pojawił się rycerz na białym rumaku, wypisz wymaluj jak z książki z baśniami. I był zdecydowany uratować księżniczkę. Wpierw próbował sforsować mur. Po nieudanych próbach rozpoczął mozolną pracę, cegła po cegle czyniąc wyłom. Powoli, ale skutecznie. Był wytrwały. W końcu się udało. Pozostał problem wieży. Była zbyt wysoka, by dorzucić linę, zbyt gładka, by po niej się wspiąć. Wpadł więc na pomysł, by zrzuciła na dół swój warkocz. Jednak inaczej niż to było u Roszponki, księżniczka miała krótką, nowoczesną fryzurę. "To nic, poczekam tyle, ile trzeba, aż włosy dosięgną ziemi".
Księżniczka robiła co w jej mocy, masowała głowę, próbowała nawet rozciągać włosy, ale zobaczyła, że przez to zaczęły jej wypadać. To groziło, że będą za słabe. Musiała po prostu czekać.
Rycerz zajmował jej czas opowiadając historie, podnosząc na duchu. Nauczył ją znaków, którymi mogli się porozumiewać. Czytał książki, grał na bębnie, przyprowadzał znajomych.
Mijały dni, tygodnie, miesiące, lata. Warkocz wciąż był za krótki. Księżniczka zaczęła się złościć, że tyle to trwa, i na tych, którzy ją tam umieścili, i na siebie, że włosy rosną jej tak wolno. Czasem wydawała z siebie niezrozumiałe dźwięki, czasem ze wściekłością waliła w ściany, a czasem chowała się pod stołem i cicho płakała. Długo spała, chcąc przeczekać. I bywała coraz częściej zła nawet na rycerza, bo po prostu on był w pobliżu, i bądź co bądź był nieskuteczny..
Rycerz też coraz bardziej się niecierpliwił, nie rozumiał, czemu księżniczka się na niego złości, na dodatek zaniedbywał swoje sprawy, tkwiąc pod wieżą. I czuł się bezradny, a bardzo tego nie lubił.
Wkrótce dostał wiadomość, że jego ojciec, król, jest słaby, i chce mu przekazać królestwo, pod warunkiem, że się ożeni. Rycerz nie wiedział, co wybrać: panowanie i spokój, czy odpowiedzialność za to, co rozpoczął. Wahał się długo.
W końcu wybrał.
I odjechał.
A jej to za bardzo nie obeszło. Miała przeczucie, że i tak się uda. Z kimś, albo samemu.
poniedziałek, 25 maja 2015
Przyjmij prawdę
Bała się każdej swojej myśli.
Odkąd dostała diagnozę, tę najświeższą, działy się w niej różne rzeczy.
Wpierw się zbuntowała. To nie może być prawda. Nie jest żadnym borderlinem. Nie puszcza się na prawo i lewo, nie kradnie, nie jeździ szybko, właściwie wcale nie ryzykuje.
Potem przyszła rezygnacja. Dała za wygraną i zaufała lekarce, o tyle o ile.
Później omówiła to z terapeutką, zrobiła testy. Wyszła osobowość unikająca. Odetchnęła, choć coś jej nie pasowało.
Wreszcie poszła do biblioteki i wypożyczyła opasłe tomiszcza o zaburzeniach osobowości. I dowiedziała się. Dowiedziała się, że są różne postaci osobowości z pogranicza. W zależności od mieszanki wyglądała inaczej. W połączeniu z osobowością unikającą tworzyła osobowość zniechęconą. Spełniała podstawowe objawy: unikanie odrzucenia, idealizację i dewaluację bliskich osób, trudności z utrzymaniem znajomości, skrajne relacje i brak odporności na stres. Agresję do innych zastępowała agresja do siebie, samookaleczenia, ciągłe myśli o samounicestwieniu. Do tego fuzja tożsamości do osoby, która okazała jej uwagę. Swojej tożsamości nie miała, nie wiedziała kim jest. Nie miała nawet stylu ubierania, gdy zadawała się z osobą ubierającą moro, nagle odkrywała, że to jej się podoba. Gdy nawiązała relację z kimś eleganckim, starała się dostosować do standardów, a gdy jej się nie udawało odczuwała frustrację i bezsens.
Była gotowa na wiele, by uzyskać akceptację, a jednak panicznie bała się nowych znajomości, wychodzenia z domu i sytuacji ekspozycji społecznej. I była zniechęcona, wyczerpana tą ciągłą niepewnością, niepowodzeniami, samotnością, pustką. Nie widziała drogi wyjścia.
Zgodziła się z tym. Nie miała wyjścia. Przyznała rację lekarce.
I zapadła się w sobie, rozpadła na kawałki, widząc już wszędzie w swoim życiu chore schematy.
Odkąd dostała diagnozę, tę najświeższą, działy się w niej różne rzeczy.
Wpierw się zbuntowała. To nie może być prawda. Nie jest żadnym borderlinem. Nie puszcza się na prawo i lewo, nie kradnie, nie jeździ szybko, właściwie wcale nie ryzykuje.
Potem przyszła rezygnacja. Dała za wygraną i zaufała lekarce, o tyle o ile.
Później omówiła to z terapeutką, zrobiła testy. Wyszła osobowość unikająca. Odetchnęła, choć coś jej nie pasowało.
Wreszcie poszła do biblioteki i wypożyczyła opasłe tomiszcza o zaburzeniach osobowości. I dowiedziała się. Dowiedziała się, że są różne postaci osobowości z pogranicza. W zależności od mieszanki wyglądała inaczej. W połączeniu z osobowością unikającą tworzyła osobowość zniechęconą. Spełniała podstawowe objawy: unikanie odrzucenia, idealizację i dewaluację bliskich osób, trudności z utrzymaniem znajomości, skrajne relacje i brak odporności na stres. Agresję do innych zastępowała agresja do siebie, samookaleczenia, ciągłe myśli o samounicestwieniu. Do tego fuzja tożsamości do osoby, która okazała jej uwagę. Swojej tożsamości nie miała, nie wiedziała kim jest. Nie miała nawet stylu ubierania, gdy zadawała się z osobą ubierającą moro, nagle odkrywała, że to jej się podoba. Gdy nawiązała relację z kimś eleganckim, starała się dostosować do standardów, a gdy jej się nie udawało odczuwała frustrację i bezsens.
Była gotowa na wiele, by uzyskać akceptację, a jednak panicznie bała się nowych znajomości, wychodzenia z domu i sytuacji ekspozycji społecznej. I była zniechęcona, wyczerpana tą ciągłą niepewnością, niepowodzeniami, samotnością, pustką. Nie widziała drogi wyjścia.
Zgodziła się z tym. Nie miała wyjścia. Przyznała rację lekarce.
I zapadła się w sobie, rozpadła na kawałki, widząc już wszędzie w swoim życiu chore schematy.
sobota, 23 maja 2015
Dialogi
Na nic cię nie stać. Do niczego się nie nadajesz, Naprawdę myślałaś, że nadajesz się na psychologa? Chyba na psychola.
Kiedyś to kochałam. Kiedyś byłam tym zachwycona. Chciałam pomóc innym.
Sama sobie nie umiesz pomóc.
Wtedy myślałam inaczej. Czułam się inaczej, czułam, że otrzymałam pomoc i jestem wystarczająco zdrowa.
Byłaś ślepa. Głupia.
Ludzie z tego wychodzą.
Może. Ale ty jesteś za słaba, beznadziejna. Zobacz, co dziś zrobiłaś: nażarłaś się jak świnia. Myślisz, że soki z rukoli i pietruszki zrównoważą te czekoladowe kulki i tłuste bułki?
Ostatnio schudłam.
Tylko przez leki. A teraz oczywiście to niweczysz, jak zwykle. Niczego nie doprowadzasz do końca.
Jak świnia, tak? To się nachlam jak świnia, skoro już nią jestem.
Tylko się pogrążasz. To tak do ciebie podobne.
I tak jestem już na dnie.
Jeszcze nie. Ale niedługo tak.
-----------------------------
Jej głowę zaprzątała jedna myśl.
Jakie to ma znaczenie.
Będąc na sesji terapeutycznej patrzyła na tablicę i obraz siebie, jaki stworzyła, i myślała tylko
Jakie to ma znaczenie?
Było to dla niej abstrakcją. Czymś, czego nie rozumiała. Nie chciała. Nienawidziła.
Oglądając film. Myśląc o studiach. Myśląc o swoich pasjach, myślała
Jakie to ma znaczenie?
Nie miało. Nie miało znaczenia. Było bezwartościowe. Nieprzydatne. Słabe. Beznadziejne. Jak ona.
Kiedyś to kochałam. Kiedyś byłam tym zachwycona. Chciałam pomóc innym.
Sama sobie nie umiesz pomóc.
Wtedy myślałam inaczej. Czułam się inaczej, czułam, że otrzymałam pomoc i jestem wystarczająco zdrowa.
Byłaś ślepa. Głupia.
Ludzie z tego wychodzą.
Może. Ale ty jesteś za słaba, beznadziejna. Zobacz, co dziś zrobiłaś: nażarłaś się jak świnia. Myślisz, że soki z rukoli i pietruszki zrównoważą te czekoladowe kulki i tłuste bułki?
Ostatnio schudłam.
Tylko przez leki. A teraz oczywiście to niweczysz, jak zwykle. Niczego nie doprowadzasz do końca.
Jak świnia, tak? To się nachlam jak świnia, skoro już nią jestem.
Tylko się pogrążasz. To tak do ciebie podobne.
I tak jestem już na dnie.
Jeszcze nie. Ale niedługo tak.
-----------------------------
Jej głowę zaprzątała jedna myśl.
Jakie to ma znaczenie.
Będąc na sesji terapeutycznej patrzyła na tablicę i obraz siebie, jaki stworzyła, i myślała tylko
Jakie to ma znaczenie?
Było to dla niej abstrakcją. Czymś, czego nie rozumiała. Nie chciała. Nienawidziła.
Oglądając film. Myśląc o studiach. Myśląc o swoich pasjach, myślała
Jakie to ma znaczenie?
Nie miało. Nie miało znaczenia. Było bezwartościowe. Nieprzydatne. Słabe. Beznadziejne. Jak ona.
sobota, 9 maja 2015
Ona i on
Czuła, że coś rozrywa jej pierś. Od samego środka, przedziera się, jednak nie może się wydostać. Drążyło tunele nie bacząc na sprawiany jej ból. Potwór, który po czasach letargu i chwilowych, ospałych ruchów obudził się na dobre. Dotąd jakoś razem żyli. Nauczyła się, co robić, gdy się porusza - czasami odwracała uwagę, czasem akceptowała to, czasem głaskała go i kładła z powrotem do snu, innym razem zagłuszała chrapanie rozmową z kimś ważnym. A jeśli nawet się poddawała, to na chwilę, z myślą, że jest niemiło, ale to minie. Trochę łez i ciśnienie spadnie, i potwór, jak nieaktywny wulkan, zamilknie.
Tym razem nic nie działało. Coś wprawiło go we wściekłość, może miał jej dość, może poczuł przez sen burczenie w brzuchu, a wiadomo, że kto jest głodny, ten jest zły. Nie odpuszczał. Czasem aktywnie atakował, rwąc komory serca, żyły i mięśnie, czasem przyczajał się, gotów do ataku. Napełniał ją lękiem i nerwowością. Chcąc wydostać się na zewnątrz namawiał ją, do powrotu do dawnej metody - samookaleczania, dzięki któremu ciągłość skóry, tego więzienia, była przerwana. Namawiał przez wywoływanie wewnętrznego rozedrgania, poczucia braku wyjścia, bezradności. Choć na zewnątrz jak zawsze była spokojna, w środku cała się trzęsła i rozpadała na kawałki.
W końcu uległa.
Ale potwór ani myślał się wynieść. W gruncie rzeczy w niej było mu całkiem znośnie, w każdym razie nie wiedział, gdzie indziej mógłby się podziać. Wystawił więc na zewnątrz pysk i pazury, by zaczerpnąć powietrza, i by dać jej złudną nadzieję uwolnienia. A potem wrócił. Trochę spokojniejszy, bo wciąż widział drogę wyjścia, a równocześnie jakby rozochocony. Przycichł, ale wciąż przytomny wydawał groźne pomruki, nie pozwalając jej spać ani jeść. Jednak przycichł.
Do czasu.
Tym razem nic nie działało. Coś wprawiło go we wściekłość, może miał jej dość, może poczuł przez sen burczenie w brzuchu, a wiadomo, że kto jest głodny, ten jest zły. Nie odpuszczał. Czasem aktywnie atakował, rwąc komory serca, żyły i mięśnie, czasem przyczajał się, gotów do ataku. Napełniał ją lękiem i nerwowością. Chcąc wydostać się na zewnątrz namawiał ją, do powrotu do dawnej metody - samookaleczania, dzięki któremu ciągłość skóry, tego więzienia, była przerwana. Namawiał przez wywoływanie wewnętrznego rozedrgania, poczucia braku wyjścia, bezradności. Choć na zewnątrz jak zawsze była spokojna, w środku cała się trzęsła i rozpadała na kawałki.
W końcu uległa.
Ale potwór ani myślał się wynieść. W gruncie rzeczy w niej było mu całkiem znośnie, w każdym razie nie wiedział, gdzie indziej mógłby się podziać. Wystawił więc na zewnątrz pysk i pazury, by zaczerpnąć powietrza, i by dać jej złudną nadzieję uwolnienia. A potem wrócił. Trochę spokojniejszy, bo wciąż widział drogę wyjścia, a równocześnie jakby rozochocony. Przycichł, ale wciąż przytomny wydawał groźne pomruki, nie pozwalając jej spać ani jeść. Jednak przycichł.
Do czasu.
czwartek, 7 maja 2015
Dziewczyna z wersalki
Dziewczyna z wersalki chowała się w wersalce. Czasami w szafie.
Z prostego powodu: nie chciała iść do szkoły. Czasem dlatego, że męczyła ją samotność i widok rówieśników, żyjących pełnią życia, wchodzących w związki, umawiających się na spotkania, radośnie paplających. Czasami, szczególnie pod koniec liceum, bała się iść na lekcje. Głównie na w-f, z którego była słaba, i próbowała uniknąć ośmieszenia, ale raz czy dwa nie poszła na sprawdzian z matematyki. Wiedziała, że jej nie pójdzie, nie miała dostatecznej koncentracji, by przyswoić treści z podręcznika, a ocena niższa niż 4 oznaczała porażkę. Dla jej matki, ale głównie dla niej samej.
Młodzież w jej wieku też wagarowała, nieraz częściej niż ona, jednak robiła to w odmienny sposób. Ona też, jeden raz, spróbowała pójść na wagary. Sama. Nie wiedziała, co zrobić z tymi godzinami, chodziła bez celu. Nigdy więcej tego nie powtórzyła.
To w domu czuła się bezpiecznie. Tu przynajmniej miała swoje miejsce, była inna, ale nikt jej nie dawał tego do zrozumienia. Wiedziała jednak, że nie ma możliwości, by została w domu, nie szła do szkoły. Bała się iść, i bała się matki. Wiele lat później jej młodsze rodzeństwo dostało pozwolenie na jedne wagary w semestrze. Wtedy jednak tak nie było. Zostało jedno rozwiązanie. Schować się, ukryć.
Za pierwszym razem pomogła jej siostra. Gdy ta poszła na studia, sama sobie radziła. Najpierw, gdy nikt nie patrzył, podchodziła do drzwi wejściowych, mówiła "Wychodzę!" albo tylko trzaskała drzwiami, potem zabierała kurtkę i buty, na palcach wracała do pokoju, chowała ubrania w szafie, a siebie w wersalce. Potem umierała ze strachu, że ktoś ją nakryje, albo że zacznie chrapać, jeśli zaśnie, aż do godziny zakończenia zajęć. Wtedy pozostawało jedno - ubierała kurtkę i buty, brała torbę i na palcach znów podchodziła do drzwi, trzaskała nimi i zaczynała się rozbierać, oddychając z ulgą. Potem pisała zwolnienie z lekcji i podrabiała podpis.
Później dowiedziała się, że mama zdawała sobie sprawę z jej nieobecności. Nie zdawała sobie jednak sprawy z tego, jak je spędzała, czym były spowodowane i co czuła.
Dziewczyna z wersalki miała też inne tajemnice. Jako córka religijnej matki musiała chodzić do kościoła. Tak to sobie przynajmniej wyobrażała. Bała się śmiertelnie tego, jaka byłaby jej reakcja. Dlatego razem z siostrą wychodziła przed 18, w godzinach kazania podchodziła pod kościół, by posłuchać i w razie czego wiedzieć, o czym było, i około 19 wracała. Dopiero na studiach, i to w wyniku niefortunnego zakładu, przyznała się mamie, że nie chodzi do kościoła.
Lęk był jej drugim imieniem. Co ciekawe, długo temu zaprzeczała. Widząc ludzi z nerwicami i fobiami, nie widziała żadnego związku. Czuła niepokój, nieadekwatność, ale lęk? Nie, to niemożliwe. W końcu na studiach w ramach zajęć zrobiła sobie test. Poziom lęku na wysokim poziomie. Zaczęła się temu przyglądać. Z każdym dniem znajdowała coraz więcej potwierdzeń, ale żadnych wskazówek, co z tym zrobić. Nadal tego nie wie. Często się przełamuje, jednak koszta, jakie ponosi, są bardzo wysokie.
I czasem chciałaby znów schować się w wersalce.
Udać, że jej nie ma.
Ale wersalki brak, teraz ma łóżko, do którego nie da się schować.
Trzeba żyć.
Tylko po co?
Z prostego powodu: nie chciała iść do szkoły. Czasem dlatego, że męczyła ją samotność i widok rówieśników, żyjących pełnią życia, wchodzących w związki, umawiających się na spotkania, radośnie paplających. Czasami, szczególnie pod koniec liceum, bała się iść na lekcje. Głównie na w-f, z którego była słaba, i próbowała uniknąć ośmieszenia, ale raz czy dwa nie poszła na sprawdzian z matematyki. Wiedziała, że jej nie pójdzie, nie miała dostatecznej koncentracji, by przyswoić treści z podręcznika, a ocena niższa niż 4 oznaczała porażkę. Dla jej matki, ale głównie dla niej samej.
Młodzież w jej wieku też wagarowała, nieraz częściej niż ona, jednak robiła to w odmienny sposób. Ona też, jeden raz, spróbowała pójść na wagary. Sama. Nie wiedziała, co zrobić z tymi godzinami, chodziła bez celu. Nigdy więcej tego nie powtórzyła.
To w domu czuła się bezpiecznie. Tu przynajmniej miała swoje miejsce, była inna, ale nikt jej nie dawał tego do zrozumienia. Wiedziała jednak, że nie ma możliwości, by została w domu, nie szła do szkoły. Bała się iść, i bała się matki. Wiele lat później jej młodsze rodzeństwo dostało pozwolenie na jedne wagary w semestrze. Wtedy jednak tak nie było. Zostało jedno rozwiązanie. Schować się, ukryć.
Za pierwszym razem pomogła jej siostra. Gdy ta poszła na studia, sama sobie radziła. Najpierw, gdy nikt nie patrzył, podchodziła do drzwi wejściowych, mówiła "Wychodzę!" albo tylko trzaskała drzwiami, potem zabierała kurtkę i buty, na palcach wracała do pokoju, chowała ubrania w szafie, a siebie w wersalce. Potem umierała ze strachu, że ktoś ją nakryje, albo że zacznie chrapać, jeśli zaśnie, aż do godziny zakończenia zajęć. Wtedy pozostawało jedno - ubierała kurtkę i buty, brała torbę i na palcach znów podchodziła do drzwi, trzaskała nimi i zaczynała się rozbierać, oddychając z ulgą. Potem pisała zwolnienie z lekcji i podrabiała podpis.
Później dowiedziała się, że mama zdawała sobie sprawę z jej nieobecności. Nie zdawała sobie jednak sprawy z tego, jak je spędzała, czym były spowodowane i co czuła.
Dziewczyna z wersalki miała też inne tajemnice. Jako córka religijnej matki musiała chodzić do kościoła. Tak to sobie przynajmniej wyobrażała. Bała się śmiertelnie tego, jaka byłaby jej reakcja. Dlatego razem z siostrą wychodziła przed 18, w godzinach kazania podchodziła pod kościół, by posłuchać i w razie czego wiedzieć, o czym było, i około 19 wracała. Dopiero na studiach, i to w wyniku niefortunnego zakładu, przyznała się mamie, że nie chodzi do kościoła.
Lęk był jej drugim imieniem. Co ciekawe, długo temu zaprzeczała. Widząc ludzi z nerwicami i fobiami, nie widziała żadnego związku. Czuła niepokój, nieadekwatność, ale lęk? Nie, to niemożliwe. W końcu na studiach w ramach zajęć zrobiła sobie test. Poziom lęku na wysokim poziomie. Zaczęła się temu przyglądać. Z każdym dniem znajdowała coraz więcej potwierdzeń, ale żadnych wskazówek, co z tym zrobić. Nadal tego nie wie. Często się przełamuje, jednak koszta, jakie ponosi, są bardzo wysokie.
I czasem chciałaby znów schować się w wersalce.
Udać, że jej nie ma.
Ale wersalki brak, teraz ma łóżko, do którego nie da się schować.
Trzeba żyć.
Tylko po co?
sobota, 2 maja 2015
O szczerości
Czy da się całe życie udawać? Gdzie jest granica między prawdą i fałszem? Czy oszukiwanie w pewnych okolicznościach jest dozwolone, ze względu na wyższe cele? Czy człowiek staje się tym, kogo udaje? Co jest potem?
Niektórzy cierpią na syndrom oszusta. Osiągają realne sukcesy, lecz są przekonani o swojej niekompetencji i oczekują rychłego zdemaskowania. We wszystkim, albo w czymś jednym.
Czy masz przeczucie, że to, co prezentujesz ludziom to tylko fasada, akceptowalny filtr, który osłania brzydkie, nieciekawe wnętrze? Czy sądzisz, że gdyby ktoś poznał to wnętrze takie, jakie jest, niewątpliwie wzgardziłby nim i odszedł jak najdalej się da? Jeśli tak, to być może to właśnie syndrom oszusta na gruncie prywatnym. Interpersonalnym. Albo intrapersonalnym, jeśli uważasz, że samego siebie też oszukujesz.
Być może.
Bo może rzeczywiście tak jest. Kto to wie?
Trzeba rozstrzygnąć to w sobie. Obserwować się, swoje zachowania, myśli, uczucia. Jeśli któreś z nich odstają od reszty, być może trzeba się temu bardziej przyjrzeć. Najwięcej mówią uczucia. Dowiadujesz się, że znajoma się zaręczyła. Myślisz sobie "super", piszesz na facebooku "gratulacje!", najlepiej z uśmiechniętym emotikonem, albo serduszkiem. A kiszki skręcają ci się w ósemkę i nie wiesz gdzie się podziać. I zdecydowanie nie czujesz radości. Może tak być.
Co właśnie zrobiłeś? Sprzedałeś fałsz. W dobrej wierze. Czy można to krytykować? Owszem, mogłeś przecież napisać "E, fajnie, dzięki, że mi przypominacie, że ludzie się hajtają, a ja jestem wciąż all alone". Ale... wtedy się ujawnisz. Pokażesz miękki brzuszek. Zginiesz. I wywołasz poczucie winy u Bogu ducha winnych ludzi. Więc zostajesz przy pierwszej wersji.
Czy to źle?
Pewnie nie zawsze, są różne miejsca, gdzie w różnym stopniu można się odsłonić. Ale jeśli tak jest w życiu, że zawsze - ZAWSZE - coś cię hamuje. Jeśli na spotkaniu towarzyskim śledzisz każde zdanie, które zamierzasz powiedzieć, jeśli śledzisz, czy ktoś nie patrzy, by wtedy się uśmiechnąć, gdy milczysz, gdy chciałbyś krzyknąć, albo choć szepnąć, że "to nie jest dla ciebie" "to ci się nie podoba" "nie masz siły" "po prostu masz zły nastrój". Krótko mówiąc, gdy czujesz się jak wytresowana małpka w klatce, która na widok ludzi udaje entuzjazm, bo to daje jej jakąś namiastkę akceptacji i uwagi, a gdy ludzie pójdą zakopuje się jak struś w piasek, nierzadko z wilgotnymi oczami - to nie jest dobrze. Nie jest dobrze. A może jest dobrze?
Dla niej nie było to dobre. Chciała być szczera. Chciała być spontaniczna. Chciała być asertywna. Ale bała się tego. Cholernie. Dlatego udawała pogodną (radość to za dużo), zainteresowaną (choć niewiele przyciągało jej uwagę, a jeśli nawet to w jakimś ograniczonym stopniu), czasem entuzjastyczną (podniesiony ton i wysokość głosu, szybka mowa, gestykulacja). A potem ganiła się za to oszustwo. Bo nie dawała możliwości innym, by dali jej to, czego potrzebowała.
Bez sensu, prawda?
Prawda.
Niektórzy cierpią na syndrom oszusta. Osiągają realne sukcesy, lecz są przekonani o swojej niekompetencji i oczekują rychłego zdemaskowania. We wszystkim, albo w czymś jednym.
Czy masz przeczucie, że to, co prezentujesz ludziom to tylko fasada, akceptowalny filtr, który osłania brzydkie, nieciekawe wnętrze? Czy sądzisz, że gdyby ktoś poznał to wnętrze takie, jakie jest, niewątpliwie wzgardziłby nim i odszedł jak najdalej się da? Jeśli tak, to być może to właśnie syndrom oszusta na gruncie prywatnym. Interpersonalnym. Albo intrapersonalnym, jeśli uważasz, że samego siebie też oszukujesz.
Być może.
Bo może rzeczywiście tak jest. Kto to wie?
Trzeba rozstrzygnąć to w sobie. Obserwować się, swoje zachowania, myśli, uczucia. Jeśli któreś z nich odstają od reszty, być może trzeba się temu bardziej przyjrzeć. Najwięcej mówią uczucia. Dowiadujesz się, że znajoma się zaręczyła. Myślisz sobie "super", piszesz na facebooku "gratulacje!", najlepiej z uśmiechniętym emotikonem, albo serduszkiem. A kiszki skręcają ci się w ósemkę i nie wiesz gdzie się podziać. I zdecydowanie nie czujesz radości. Może tak być.
Co właśnie zrobiłeś? Sprzedałeś fałsz. W dobrej wierze. Czy można to krytykować? Owszem, mogłeś przecież napisać "E, fajnie, dzięki, że mi przypominacie, że ludzie się hajtają, a ja jestem wciąż all alone". Ale... wtedy się ujawnisz. Pokażesz miękki brzuszek. Zginiesz. I wywołasz poczucie winy u Bogu ducha winnych ludzi. Więc zostajesz przy pierwszej wersji.
Czy to źle?
Pewnie nie zawsze, są różne miejsca, gdzie w różnym stopniu można się odsłonić. Ale jeśli tak jest w życiu, że zawsze - ZAWSZE - coś cię hamuje. Jeśli na spotkaniu towarzyskim śledzisz każde zdanie, które zamierzasz powiedzieć, jeśli śledzisz, czy ktoś nie patrzy, by wtedy się uśmiechnąć, gdy milczysz, gdy chciałbyś krzyknąć, albo choć szepnąć, że "to nie jest dla ciebie" "to ci się nie podoba" "nie masz siły" "po prostu masz zły nastrój". Krótko mówiąc, gdy czujesz się jak wytresowana małpka w klatce, która na widok ludzi udaje entuzjazm, bo to daje jej jakąś namiastkę akceptacji i uwagi, a gdy ludzie pójdą zakopuje się jak struś w piasek, nierzadko z wilgotnymi oczami - to nie jest dobrze. Nie jest dobrze. A może jest dobrze?
Dla niej nie było to dobre. Chciała być szczera. Chciała być spontaniczna. Chciała być asertywna. Ale bała się tego. Cholernie. Dlatego udawała pogodną (radość to za dużo), zainteresowaną (choć niewiele przyciągało jej uwagę, a jeśli nawet to w jakimś ograniczonym stopniu), czasem entuzjastyczną (podniesiony ton i wysokość głosu, szybka mowa, gestykulacja). A potem ganiła się za to oszustwo. Bo nie dawała możliwości innym, by dali jej to, czego potrzebowała.
Bez sensu, prawda?
Prawda.
piątek, 24 kwietnia 2015
Chodziła po świecie, z wolna powłócząc nogami. Od czasu do czasu coś przyciągało jej uwagę, na krótko, na tyle, ile trwa wciśnięcie spustu w aparacie. Później znów krajobraz zasnuwał się mgłą.
Był czas, gdy myślała, że to się zmieni, że kolory znów ożyją, że dźwięki już zawsze będą pieścić jej uszy, że z satysfakcją będzie patrzyła na to, co tworzy się w jej rękach.
Lecz nie. Rzeczywistość kontynuowała swój plan z niezachwianą systematycznością, dając jej czasem kilka, niekiedy kilkadziesiąt godzin wytchnienia. Nie więcej.
Przyzwyczaiła się do tego. To była codzienność.
Gdy jednak codzienność zmieniła się z szarości w czerń wdzierającą się w jej wolę, uznała, że to moment, by coś zrobić.
Tak jak Hiob chciała umrzeć, czy może raczej przestać żyć, ale tę kwestię postanowiła oddać temu, który życie jej dał.
Miła lekarka, z zafrasowaną miną powiedziała:
- To nie depresja. To zaburzenie osobowości.
I jej świat zachwiał się w posadach. Nie dlatego, że była to nowość. Dlatego, że już to znała. Nadzieja, że przez lata dojrzała gdzieś zniknęła.
Nadzieja, że nawiąże lepsze kontakty, że to kwestia okazji, też osłabła.
Usiadła na brzegu łóżka w swoim pokoju. Od kilku miesięcy większość czasu spędzała właśnie tu, śpiąc, wpatrując się w ekran laptopa, licząc, że ktoś nawiąże z nią kontakt. Patrząc w ekran telefonu, zastanawiając się czy i co odpisać. Leżąc ze wzrokiem utkwionym w suficie, z myślami o tym, czego nie ma, i czego prawdopodobnie nie będzie mieć.
Relacje zawsze były dla niej bardzo ważne. I bardzo niełatwe.
Bała się. Bała się straszliwie. Czego? Opuszczenia. Zapomnienia. Bylejakości. Wzgardzenia. Niezrozumienia.
Rozum czasem dochodził do głosu, ale na krótko i ze znikomą siłą. Na tym polegają zaburzenia osobowości.
Przyzwyczaiła się do tego stanu.
Nic więc dziwnego, że gdy na terapii słyszała słowo "motywacja do zmiany" jej serce zaczynało szybciej bić. Ze strachu. Chciała. Chyba chciała. A może nie chciała zmian? Nie mogła się zdecydować. Dotychczasowy stan był jej znany, to było życie, może marne, ale jednak. Co będzie bez tego? Kim się stanie? Czy kimś w ogóle będzie? Czy zniknie?
Bała się.
Chciała, żeby ktoś ją zwyczajnie wziął za rękę i poprowadził.
Potrzebowała po prostu taty. Ale go nie było.
Lecz nie. Rzeczywistość kontynuowała swój plan z niezachwianą systematycznością, dając jej czasem kilka, niekiedy kilkadziesiąt godzin wytchnienia. Nie więcej.
Przyzwyczaiła się do tego. To była codzienność.
Gdy jednak codzienność zmieniła się z szarości w czerń wdzierającą się w jej wolę, uznała, że to moment, by coś zrobić.
Tak jak Hiob chciała umrzeć, czy może raczej przestać żyć, ale tę kwestię postanowiła oddać temu, który życie jej dał.
Miła lekarka, z zafrasowaną miną powiedziała:
- To nie depresja. To zaburzenie osobowości.
I jej świat zachwiał się w posadach. Nie dlatego, że była to nowość. Dlatego, że już to znała. Nadzieja, że przez lata dojrzała gdzieś zniknęła.
Nadzieja, że nawiąże lepsze kontakty, że to kwestia okazji, też osłabła.
Usiadła na brzegu łóżka w swoim pokoju. Od kilku miesięcy większość czasu spędzała właśnie tu, śpiąc, wpatrując się w ekran laptopa, licząc, że ktoś nawiąże z nią kontakt. Patrząc w ekran telefonu, zastanawiając się czy i co odpisać. Leżąc ze wzrokiem utkwionym w suficie, z myślami o tym, czego nie ma, i czego prawdopodobnie nie będzie mieć.
Relacje zawsze były dla niej bardzo ważne. I bardzo niełatwe.
Bała się. Bała się straszliwie. Czego? Opuszczenia. Zapomnienia. Bylejakości. Wzgardzenia. Niezrozumienia.
Rozum czasem dochodził do głosu, ale na krótko i ze znikomą siłą. Na tym polegają zaburzenia osobowości.
Przyzwyczaiła się do tego stanu.
Nic więc dziwnego, że gdy na terapii słyszała słowo "motywacja do zmiany" jej serce zaczynało szybciej bić. Ze strachu. Chciała. Chyba chciała. A może nie chciała zmian? Nie mogła się zdecydować. Dotychczasowy stan był jej znany, to było życie, może marne, ale jednak. Co będzie bez tego? Kim się stanie? Czy kimś w ogóle będzie? Czy zniknie?
Bała się.
Chciała, żeby ktoś ją zwyczajnie wziął za rękę i poprowadził.
Potrzebowała po prostu taty. Ale go nie było.
czwartek, 9 kwietnia 2015
Wczoraj i dziś
Ostatnio przeglądała swoje dokumenty ze studiów: prace zaliczeniowe, prezentacje, referaty. Co jakiś czas trzeba w końcu zrobić porządek i wyrzucić niepotrzebne pliki ze starego, dobrego, lecz mało pojemnego laptopa. Natknęła się na przygotowywaną z koleżanką prezentację na temat depresji. Pamiętała dobrze, jak wylosowawszy ją pomyślała tylko: "nuda". Depresja to temat tak oklepany, może jakieś zaburzenia wieku dziecięcego, czy zaburzenia osobowości - tu można się wykazać. A depresja? - jeśli nie wiesz co czai się za rogiem na wydziale psychologii, to prawie pewne, że to właśnie ona. Choroba tak nieciekawa jak przeziębienie.
Przeglądając tę prezentację doszła jednak do dwóch wniosków: że podeszły do niej w taki właśnie, mało odkrywczy sposób, ujmując tylko główne jej postaci. Wtedy jednak jeszcze nie wiedziała, że to, z czym się wielu ludzi zmaga, jest oddzielną jednostką chorobową. Teraz bardziej by się przyłożyła
Drugi wniosek przyszedł jej na myśl na widok slajdu, na którym umieściły wizerunki sławnych osób, które przyznały się do depresji. "Przyznały się". To słowo klucz. Osób tych było naprawdę dużo, aż dziwne.
Niewątpliwie medycyna, w tym psychiatria, idzie do przodu, również w aspekcie uświadamiania i oswajania niektórych pojęć w kulturze. Kiedyś pójście do psychologa było ujmą na honorze, i musiało oznaczać totalną porażkę. Dziś... Chciałoby się powiedzieć, że jest zupełnie inaczej, ale to byłoby kłamstwo. Być może jest zupełnie inaczej z punktu widzenia osób zdrowych. Ale z drugiej strony, ze strony osoby chorej, czy coś jest inaczej? Czy łatwiej jest się przyznać - PRZYZNAĆ, ten wyraz sam w sobie wywołuje poczucie winy - osobie chorej, że sobie nie radzi?
A jeśli usłyszy, że wystarczy wziąć się w garść? Oczywiście wszędzie jest mówione, że nie wystarczy, ale może jednak WYSTARCZY, tylko Ty jesteś takim nieudacznikiem, takim leniem, takim nic nie wartym nierobem, który tylko się użala? Gdzie jest granica między myślami wynikającymi z choroby a realnością?
A jeśli jest studentem psychologii, albo, tym gorzej, absolwentem tego kierunku? Czy jeśli przyzna się do choroby, to nie przypieczętuje powszechnego poglądu, że na psychologię idą ludzie, którzy chcą rozwiązać swoje problemy, albo po prostu mają nie po kolei w głowie? Czy jeśli przyzna się do choroby, to nie będzie wykluczony z branżowego środowiska?
A jeśli ma za sobą lata terapii, i znów ma nawrót, to czy to nie znaczy, że za mało się starał?
A jeśli nie ma typowej depresji, nie spełnia przepisowych 2 tygodni i nigdy nie miał problemów ze snem, to czy to w ogóle jest depresja, którą można uznać, czy wydumany problem? Sama pisząc to NIE WIEM. Może ludzie po prostu tak mają, że płaczą i czasem chcą się zabić. Może to normalne, kwestią charakteru jest natomiast, co z tym robią.
Przyznanie się do depresji, gdy się ją przeżyło i zakończyło to zupełnie co innego, niż przyznanie się do niej, będąc pod jej wpływem. Gwiazdy medialne zazwyczaj występują właśnie w tej pierwszej roli, pokazując, że z depresją da się wygrać. O osobach, którym ciągle jest pod górkę, jakoś nie słychać.
W ciągu tego tygodnia zdecydowała się "zeznawać" kilku osobom. Promotorce, bo bez jej pomocy nie da rady napisać pracy w obecnym stanie. Znajomemu, bo tak wyszło. Koleżance, bo zadała to znienawidzone pytanie "Co u ciebie? Wyglądasz strasznie smutno". Szczerze, gdyby nie prostota tego przekazu, nie powiedziałaby. Innej koleżance, bo przyłapała ją, gdy z trudem hamowała łzy po zajęciach.
Nie żałuje, bo potraktowały to poważnie. Zadziwiająco poważnie, nie tego się spodziewała. Raczej słów "Ale serio? Haha, żartujesz chyba". To było zaskakujące. Pokrzepiające. Dobre.
To takie iskierki w ciemności, w której na pytania "Jak minęły święta" odpowiada zdawkowo, zmienia temat, albo pyta "Jak tobie?". Prawda jest dobra. Nie zawsze, ale jest lepsza niż tkwienie we własnej, zgniłej norce. Wychylając się z niej można ryzykować atak drapieżnika, można jednak też nabrać świeżego powietrza.
Przeglądając tę prezentację doszła jednak do dwóch wniosków: że podeszły do niej w taki właśnie, mało odkrywczy sposób, ujmując tylko główne jej postaci. Wtedy jednak jeszcze nie wiedziała, że to, z czym się wielu ludzi zmaga, jest oddzielną jednostką chorobową. Teraz bardziej by się przyłożyła
Drugi wniosek przyszedł jej na myśl na widok slajdu, na którym umieściły wizerunki sławnych osób, które przyznały się do depresji. "Przyznały się". To słowo klucz. Osób tych było naprawdę dużo, aż dziwne.
Niewątpliwie medycyna, w tym psychiatria, idzie do przodu, również w aspekcie uświadamiania i oswajania niektórych pojęć w kulturze. Kiedyś pójście do psychologa było ujmą na honorze, i musiało oznaczać totalną porażkę. Dziś... Chciałoby się powiedzieć, że jest zupełnie inaczej, ale to byłoby kłamstwo. Być może jest zupełnie inaczej z punktu widzenia osób zdrowych. Ale z drugiej strony, ze strony osoby chorej, czy coś jest inaczej? Czy łatwiej jest się przyznać - PRZYZNAĆ, ten wyraz sam w sobie wywołuje poczucie winy - osobie chorej, że sobie nie radzi?
A jeśli jest studentem psychologii, albo, tym gorzej, absolwentem tego kierunku? Czy jeśli przyzna się do choroby, to nie przypieczętuje powszechnego poglądu, że na psychologię idą ludzie, którzy chcą rozwiązać swoje problemy, albo po prostu mają nie po kolei w głowie? Czy jeśli przyzna się do choroby, to nie będzie wykluczony z branżowego środowiska?
A jeśli ma za sobą lata terapii, i znów ma nawrót, to czy to nie znaczy, że za mało się starał?
A jeśli nie ma typowej depresji, nie spełnia przepisowych 2 tygodni i nigdy nie miał problemów ze snem, to czy to w ogóle jest depresja, którą można uznać, czy wydumany problem? Sama pisząc to NIE WIEM. Może ludzie po prostu tak mają, że płaczą i czasem chcą się zabić. Może to normalne, kwestią charakteru jest natomiast, co z tym robią.
Przyznanie się do depresji, gdy się ją przeżyło i zakończyło to zupełnie co innego, niż przyznanie się do niej, będąc pod jej wpływem. Gwiazdy medialne zazwyczaj występują właśnie w tej pierwszej roli, pokazując, że z depresją da się wygrać. O osobach, którym ciągle jest pod górkę, jakoś nie słychać.
W ciągu tego tygodnia zdecydowała się "zeznawać" kilku osobom. Promotorce, bo bez jej pomocy nie da rady napisać pracy w obecnym stanie. Znajomemu, bo tak wyszło. Koleżance, bo zadała to znienawidzone pytanie "Co u ciebie? Wyglądasz strasznie smutno". Szczerze, gdyby nie prostota tego przekazu, nie powiedziałaby. Innej koleżance, bo przyłapała ją, gdy z trudem hamowała łzy po zajęciach.
Nie żałuje, bo potraktowały to poważnie. Zadziwiająco poważnie, nie tego się spodziewała. Raczej słów "Ale serio? Haha, żartujesz chyba". To było zaskakujące. Pokrzepiające. Dobre.
To takie iskierki w ciemności, w której na pytania "Jak minęły święta" odpowiada zdawkowo, zmienia temat, albo pyta "Jak tobie?". Prawda jest dobra. Nie zawsze, ale jest lepsza niż tkwienie we własnej, zgniłej norce. Wychylając się z niej można ryzykować atak drapieżnika, można jednak też nabrać świeżego powietrza.
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
Never ending story
6 lat temu spędziła Wielkanoc na oddziale, po próbie. Tegoroczne święta też są trudne.
To już tyle lat. Aż dziwne, ile można się grzebać w bagnie.
Jest sfrustrowana. Przeszłość do kitu, przyszłość bez perspektyw.
Pyta Boga, po co. Po co to Tato? Ale Tata, tak jak tata, nie odpowiada. Mówi tylko "nie zabijaj". Nawet nie uzasadnia, nie to nie. I jakkolwiek nie jest przekonana, czy Jemu faktycznie zależy, trzyma się przykazania. Jeszcze. Bo mury słabną. Wizje sposobów zakończenia życia stają się coraz bardziej plastyczne, realistyczne, barwne, nęcące. Trudno im nie ulec.
To już tyle lat. Aż dziwne, ile można się grzebać w bagnie.
Jest sfrustrowana. Przeszłość do kitu, przyszłość bez perspektyw.
Pyta Boga, po co. Po co to Tato? Ale Tata, tak jak tata, nie odpowiada. Mówi tylko "nie zabijaj". Nawet nie uzasadnia, nie to nie. I jakkolwiek nie jest przekonana, czy Jemu faktycznie zależy, trzyma się przykazania. Jeszcze. Bo mury słabną. Wizje sposobów zakończenia życia stają się coraz bardziej plastyczne, realistyczne, barwne, nęcące. Trudno im nie ulec.
niedziela, 29 marca 2015
Dziękuję
Trafiła wreszcie na kilkugodzinną górkę. Po trudnym tygodniu, śpiewanie na nabożeństwie okazało się zbawienną odmianą. Korzystała z tego. Kiedyś stworzyła listę rzeczy, za które chciała przeprosić. Dziś chciała zrobić dłuższą. Za co dziękuje. Bo miała za co.
Dziękuję za to, że mogę śpiewać i się w tym rozwijać.
Dziękuję za to, że mogę śpiewać wśród ludzi, którzy wiedzą jaka jestem, są wyrozumiali, stanowią podporę w wzór do naśladowania.
Dziękuję za to, że mogę śpiewać dla ludzi, którzy wierzą w Boga, i mogę ich w ten sposób budować.
Dziękuję za to, że moja wiara i umiejętności wokalne są zbyt małe, bym mogła jakąkolwiek zasługę przypisać sobie.
Dziękuję za ludzi, którzy są bezinteresowni i wielokrotnie mi pomagają, nawet jeśli im nie po drodze.
Dziękuję za znajomych, których nie zraża moje milczenie i nie zważając na nie dopominają się o kontakt.
Dziękuję za ludzi, których nie zraża mój opór i namawiają mnie na rozsądne, choć czasem wymagające odwagi kroki.
Dziękuję za ludzi, którzy dzielą się dobrym słowem, tak ot.
Dziękuję za ludzi, którzy obdarzają uśmiechem i sympatią, zawsze i wszędzie.
Za przyjaciół, za znajomych, za rodzinę. Za A., M., M, J., E., E., A., R., za mamę, oczywiście, i za wielu innych, których spotkałam gdzieś na swojej drodze, i którzy teraz się na niej pojawiają.
Dziękuję za to, że przechodzę przez studia bez większych problemów.
Dziękuję za to, że finansowo też nie mam większych kłopotów.
Dziękuję za to, że nawet ze zdrowiem fizycznym też jest ok.
Dziękuję za chwile, gdy się uśmiecham, gdy czuję się szczęśliwa.
Dziękuję za to, że czasem mogę w czymś komuś pomóc, być potrzebna.
Dziękuję za siłę, która pozwala rano wstać z łóżka.
Dziękuję za zdolność rozumienia i tworzenia powiązań.
Za to wszystko, co pozwala funkcjonować, w podstawowym, ale też interpersonalnym wymiarze.
Dziękuję za życie, bo choć jest trudne, to jest szansą. Bez życia szansy już nie ma.
Dziękuję za to, że Bóg mnie pociągnął do siebie. Inaczej pewnie bym nie żyła.
Dziękuję za to, że mogę śpiewać i się w tym rozwijać.
Dziękuję za to, że mogę śpiewać wśród ludzi, którzy wiedzą jaka jestem, są wyrozumiali, stanowią podporę w wzór do naśladowania.
Dziękuję za to, że mogę śpiewać dla ludzi, którzy wierzą w Boga, i mogę ich w ten sposób budować.
Dziękuję za to, że moja wiara i umiejętności wokalne są zbyt małe, bym mogła jakąkolwiek zasługę przypisać sobie.
Dziękuję za ludzi, którzy są bezinteresowni i wielokrotnie mi pomagają, nawet jeśli im nie po drodze.
Dziękuję za znajomych, których nie zraża moje milczenie i nie zważając na nie dopominają się o kontakt.
Dziękuję za ludzi, których nie zraża mój opór i namawiają mnie na rozsądne, choć czasem wymagające odwagi kroki.
Dziękuję za ludzi, którzy dzielą się dobrym słowem, tak ot.
Dziękuję za ludzi, którzy obdarzają uśmiechem i sympatią, zawsze i wszędzie.
Za przyjaciół, za znajomych, za rodzinę. Za A., M., M, J., E., E., A., R., za mamę, oczywiście, i za wielu innych, których spotkałam gdzieś na swojej drodze, i którzy teraz się na niej pojawiają.
Dziękuję za to, że przechodzę przez studia bez większych problemów.
Dziękuję za to, że finansowo też nie mam większych kłopotów.
Dziękuję za to, że nawet ze zdrowiem fizycznym też jest ok.
Dziękuję za chwile, gdy się uśmiecham, gdy czuję się szczęśliwa.
Dziękuję za to, że czasem mogę w czymś komuś pomóc, być potrzebna.
Dziękuję za siłę, która pozwala rano wstać z łóżka.
Dziękuję za zdolność rozumienia i tworzenia powiązań.
Za to wszystko, co pozwala funkcjonować, w podstawowym, ale też interpersonalnym wymiarze.
Dziękuję za życie, bo choć jest trudne, to jest szansą. Bez życia szansy już nie ma.
Dziękuję za to, że Bóg mnie pociągnął do siebie. Inaczej pewnie bym nie żyła.
wtorek, 24 marca 2015
Moczarka kanadyjska
Myśli kłamią.
Serce oszukuje.
Komu wierzyć?
W co, w kogo wierzyć?
Czy zostać moczarką kanadyjską i przeczekać?
Myśli wbijają w ziemię.
Serce pali jak żarzący się węgielek na dłoni.
Komu wierzyć?
W co, w kogo wierzyć?
Czy zostać moczarką kanadyjską i przeczekać?
Półkule mózgu wszczynają bratobójczą walkę.
Komory serca próbują zmusić zastawki do znieruchomienia.
Nie ma nikogo, komu można uwierzyć.
Nie ma w co, ani w kogo wierzyć.
Moczarki kanadyjskie rosną w Kanadzie.
Nie tu.
Tu się umiera.
Po cichu.
Ale
Kogo to interesuje.
Żyjesz gdzieś, zaaferowany studiami, pracą, wizją przyszłości.
Biegniesz do przodu.
Osiągasz cele.
Wyznaczasz nowe.
Obok ktoś umiera.
Próbuje żyć, być zaaferowanym studiami, pracą wizją przyszłości.
Lecz jej nie ma.
Nie ma gdzie biec, nie ma gdzie iść, pozostaje pełzać w nieokreślonym kierunku.
Zatrzymaj się. Spójrz obok.
Tobie też jest ciężko, tak. Ale
może możesz coś zrobić. Może
na dnie serca kryje się trochę
troski. Zainteresowania
nie sobą.
czwartek, 12 marca 2015
Wszystko byłoby dobrze
Gdyby tylko
Tak niewiele trzeba
Szczypta ciepła
Garść dotyku
Gdyby tylko
Tak niewiele trzeba
Kropla troski
Deszcz opieki
Gdyby tylko
Tak niewiele trzeba
Tchnienie siebie
Cień przyjaźni
Gdyby tylko
Lecz
Tak wiele
Tak niewiele trzeba
Szczypta ciepła
Garść dotyku
Gdyby tylko
Tak niewiele trzeba
Kropla troski
Deszcz opieki
Gdyby tylko
Tak niewiele trzeba
Tchnienie siebie
Cień przyjaźni
Gdyby tylko
Lecz
Tak wiele
poniedziałek, 9 marca 2015
O czym wiedzą wszyscy
Dowiadywanie się o sobie nowych (albo prawie nowych) informacji to coś, co chyba nie ma granic. Nie ma, że skończyłeś 25 lat, nie ma, że ileś tam czasu spędziłeś na rozmowach i analizach. Po prostu niektóre sprawy umykają.
Dowiedziała się, że ma "zawyżone standardy osobiste", i że cechuje ją "hiperkrytycyzm". No tak, nic nowego, mega duże wymagania od siebie, przy byle pomyłce, byle słowie wypowiedzianym nie w porę lub niepotrzebnie, byle dźwięku nie trafionym w punkt, byle szczególe - od razu obwinianie i oskarżanie siebie. Tak tak, znała to nie od dziś. A inni ludzie? Też ich tak oceniasz? Inni? Nieeee, inni są niewinni, no może czasem drażnił ją nie wyłączony telefon na nabożeństwie, ale to sporadyczne przypadki.
We wtorek była tego jeszcze pewna. Po tygodniu zweryfikowała nieco ten pogląd. A nawet całkowicie.
Jest bardzo krytyczna, tak, że to aż przeraża. Kiedyś siostra zapytała ją, czemu nie chcesz się nauczyć jeździć na rolkach, albo ćwiczyć przy innych. No, to nie tak, że nie chciała (nawet próbowała), tylko, no jak się na przykład wywrócę, i wszyscy będą się śmiać... Naprawdę? Ale co w tym śmiesznego, że chcesz mieć lepszą kondycję, to chyba dobrze... A Ty co byś pomyślała jakbyś zobaczyła taki widok? No... serio? że tłuścioch i łamaga w dodatku...
Taka chwila szczerości. To było już parę lat temu, teraz odpowiedziałaby trochę inaczej, niemniej jednak.
Jej mama zawsze twierdziła, że pewne rzeczy wiadomo, że wszyscy to wiedzą, że coś należy, a coś nie (np. że nie przyjąć komunii na pogrzebie rodzica albo ślubie kogoś z rodziny to wstyd, że jak mama leży to znaczy że ma straszliwą migrenę i trzeba chodzić na palcach, że obowiązek to priorytet, i wszyscy którzy chcą coś osiągnąć odkładają własne potrzeby do najniższej szuflady). Dziewczyna z wersalki dziwnym trafem tego nie wiedziała, jak i jej rodzeństwo, ale to nie zmieniało wymagań. Bo powinni wiedzieć, a skoro nie wiedzieli, to ich wina.
Jak to się mówi, wzięła mamę z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Są pewne priorytety, dla których mogła wiele zrobić. Dostosować swoje plany np. do planów związanych z kościołem, spotkaniami biblijnymi, czy w związku z nauką. Mogła zaniedbać kontakty z innymi, nawet z rodziną, by tamte sprawy nie ucierpiały, mogła wracać do domu o północy, nawet jeśli następnego dnia miała na 8. I to samo kierowała do innych, oczywiście niesłusznie i błędnie, bo ona to ona, a inni to inni. A potem tylko niepotrzebnie się denerwowała. Bo chciałaby, żeby inni taką samą wagę przykładali do ważnych z jej punktu widzenia rzeczy (no bo to przecież najważniejsze, wiadomo). Gdyby jeszcze mogła się bez nich obyć... ale nie zawsze było to możliwe. W każdym razie, kończyło się to tak, że była rozczarowana i rozdrażniona, a inni nie wiedzieli o co chodzi, albo patrzyli i pukali się w czoło.
Tyle niepotrzebnych emocji, i po co?
Takich rzeczy dowiadywała się ostatnio o sobie. Nie jest to miłe, ba, zawstydziła się, że jest taka surowa. Szczególnie po wydarzeniach z ostatniego tygodnia, w którym (dziwnym trafem) została wystawiona na próbę, jeśli chodzi o "przepełnione miłością podejście do ludzi". Przykra sprawa, ale też bodziec, by nie spocząć na laurach, tylko pracować nad sobą. Bo podstawą zmiany jest samoświadomość.
Dowiedziała się, że ma "zawyżone standardy osobiste", i że cechuje ją "hiperkrytycyzm". No tak, nic nowego, mega duże wymagania od siebie, przy byle pomyłce, byle słowie wypowiedzianym nie w porę lub niepotrzebnie, byle dźwięku nie trafionym w punkt, byle szczególe - od razu obwinianie i oskarżanie siebie. Tak tak, znała to nie od dziś. A inni ludzie? Też ich tak oceniasz? Inni? Nieeee, inni są niewinni, no może czasem drażnił ją nie wyłączony telefon na nabożeństwie, ale to sporadyczne przypadki.
We wtorek była tego jeszcze pewna. Po tygodniu zweryfikowała nieco ten pogląd. A nawet całkowicie.
Jest bardzo krytyczna, tak, że to aż przeraża. Kiedyś siostra zapytała ją, czemu nie chcesz się nauczyć jeździć na rolkach, albo ćwiczyć przy innych. No, to nie tak, że nie chciała (nawet próbowała), tylko, no jak się na przykład wywrócę, i wszyscy będą się śmiać... Naprawdę? Ale co w tym śmiesznego, że chcesz mieć lepszą kondycję, to chyba dobrze... A Ty co byś pomyślała jakbyś zobaczyła taki widok? No... serio? że tłuścioch i łamaga w dodatku...
Taka chwila szczerości. To było już parę lat temu, teraz odpowiedziałaby trochę inaczej, niemniej jednak.
Jej mama zawsze twierdziła, że pewne rzeczy wiadomo, że wszyscy to wiedzą, że coś należy, a coś nie (np. że nie przyjąć komunii na pogrzebie rodzica albo ślubie kogoś z rodziny to wstyd, że jak mama leży to znaczy że ma straszliwą migrenę i trzeba chodzić na palcach, że obowiązek to priorytet, i wszyscy którzy chcą coś osiągnąć odkładają własne potrzeby do najniższej szuflady). Dziewczyna z wersalki dziwnym trafem tego nie wiedziała, jak i jej rodzeństwo, ale to nie zmieniało wymagań. Bo powinni wiedzieć, a skoro nie wiedzieli, to ich wina.
Jak to się mówi, wzięła mamę z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Są pewne priorytety, dla których mogła wiele zrobić. Dostosować swoje plany np. do planów związanych z kościołem, spotkaniami biblijnymi, czy w związku z nauką. Mogła zaniedbać kontakty z innymi, nawet z rodziną, by tamte sprawy nie ucierpiały, mogła wracać do domu o północy, nawet jeśli następnego dnia miała na 8. I to samo kierowała do innych, oczywiście niesłusznie i błędnie, bo ona to ona, a inni to inni. A potem tylko niepotrzebnie się denerwowała. Bo chciałaby, żeby inni taką samą wagę przykładali do ważnych z jej punktu widzenia rzeczy (no bo to przecież najważniejsze, wiadomo). Gdyby jeszcze mogła się bez nich obyć... ale nie zawsze było to możliwe. W każdym razie, kończyło się to tak, że była rozczarowana i rozdrażniona, a inni nie wiedzieli o co chodzi, albo patrzyli i pukali się w czoło.
Tyle niepotrzebnych emocji, i po co?
Takich rzeczy dowiadywała się ostatnio o sobie. Nie jest to miłe, ba, zawstydziła się, że jest taka surowa. Szczególnie po wydarzeniach z ostatniego tygodnia, w którym (dziwnym trafem) została wystawiona na próbę, jeśli chodzi o "przepełnione miłością podejście do ludzi". Przykra sprawa, ale też bodziec, by nie spocząć na laurach, tylko pracować nad sobą. Bo podstawą zmiany jest samoświadomość.
piątek, 27 lutego 2015
Bez - sen - s
Ech, no ile można, serio.
Zabierzcie huśtawki. Wszystkie. Z placów zabaw, ogródków, domów, dusz.
Miała dziś być na spotkaniu ze znajomymi.
Siostra chciała, żeby do niej przyjechała.
Klasyczny dylemat co chcą inni/co chce ona. Rozwiązany w najlepszy sposób, tj. nie pójść nigdzie.
Ćwiczyła śpiewanie do nabożeństwa w niedzielę. Bez potrzeby, bo i tak fałszowała.
Lista narzekactwa nigdy się nie kończy. Narzekactwa, czy... nienawiści. Tak. Na pytanie co czuje, dziś jest jedna odpowiedź. Nienawiść. Nienawiść do tego, co sprawiło, że jest taka, jaka jest. Tak kompletnie bezcelowa, niepotrzebna, zbędna, nijaka. Wybrakowana, niedopasowana, inna.
Nic się nie zmieniło. Od dobrych kilku lat nic się nie zmieniło. Ludzie biorą śluby, rodzą dzieci, dostają pracę, zyskują przyjaciół, rosną w wierze. U niej bez zmian. Jak to się mówi, ch......o ale stabilnie.
Wiedziała kto jest odpowiedzialny. ONA. ONA. ONA.
Tym gorzej
Zabierzcie huśtawki. Wszystkie. Z placów zabaw, ogródków, domów, dusz.
Miała dziś być na spotkaniu ze znajomymi.
Siostra chciała, żeby do niej przyjechała.
Klasyczny dylemat co chcą inni/co chce ona. Rozwiązany w najlepszy sposób, tj. nie pójść nigdzie.
Ćwiczyła śpiewanie do nabożeństwa w niedzielę. Bez potrzeby, bo i tak fałszowała.
Lista narzekactwa nigdy się nie kończy. Narzekactwa, czy... nienawiści. Tak. Na pytanie co czuje, dziś jest jedna odpowiedź. Nienawiść. Nienawiść do tego, co sprawiło, że jest taka, jaka jest. Tak kompletnie bezcelowa, niepotrzebna, zbędna, nijaka. Wybrakowana, niedopasowana, inna.
Nic się nie zmieniło. Od dobrych kilku lat nic się nie zmieniło. Ludzie biorą śluby, rodzą dzieci, dostają pracę, zyskują przyjaciół, rosną w wierze. U niej bez zmian. Jak to się mówi, ch......o ale stabilnie.
Wiedziała kto jest odpowiedzialny. ONA. ONA. ONA.
Tym gorzej
wtorek, 24 lutego 2015
Bo w dużej dziewczynce...
Jeden ze znajomych z uporem nazywał ją dziewczynką. Czasem nawet grzeczną dziewczynką. Osoba zresztą przez nią lubiana i ceniona, choć nieco niepokorna, jak to muzyk około czterdziestki. Byli na stopie zdecydowanie koleżeńskiej, podobne poczucie humoru, podejście do życia, niezbyt wiele poza tym łączących spraw. Więc, no cóż, rozumiała, że różnica 15 lat nie jest mała, niemniej jednak do określania dziewczynką, i to grzeczną, nie uprawniało. Z tego powodu na uparte określanie uparcie się buntowała.
Do dziś.
Dziś była na sesji.
Takie tam, wyciągnie pięćset razy upranych brudów, do czego to ma żal do mamy. Jaki żal, gdzie żal? Coś tam jednak się znalazło. W międzyczasie wyszedł temat jak to "w wyważony sposób" w relacji z nią jest dorosłym i dzieckiem. Przybliżając, chodzi o teorię systemową, gdzie rodzina to system składający się z podsystemów: jednostek, diad, rodziców, dzieci, małżonków, dziadków, mężczyzn, kobiet. Konfiguracji jest wiele. Chodzi tu jednak o konfigurację małżonkowie/rodzice versus dzieci. W rodzinach, w których w pierwotnej diadzie coś szwankuje, np mąż pije, jest nieobecny, niezaangażowany, w każdym razie nie dający oparcia, często w jego roli obsadza się dziecko. Jeśli matka zwierza się ze swoich problemów córce, pyta o wychowanie innych dzieci, traktuje ją jak partnera - to niemal pewne, że robi z córki męża. I da się to objąć empatycznym rozumieniem, jednak trzeba powiedzieć jasno: to jest ZŁE. To zaburzenie funkcjonowania, nadmierne obciążenie, szkodzenie dziecku. Zwykle nieświadome.
Po przeprowadzce do domu rodziców znalazła się w skomplikowanej sytuacji. Jest dorosła, jest prawie psychologiem. W domu jest nastolatka w apogeum wieku buntu. Mama jest bez wsparcia taty i musi sobie z nią radzić. Pytanie brzmi: wejść w to? Czy nie wejść, i jak? Pozwolić, by kolejne dziecko miało pod górkę? Zostać z boku? Byś doradcą, czy być siostrą? Wybrała obie opcje. Podwójną odpowiedzialność. Dlaczego? Bo "trzeba dbać o uczucia innych". Znany schemat. Schemat, w którym zawsze wysłucha, będzie zawsze rozumieć, nie powie nic co może zranić. Bo inni mają gorzej, jej uczucia... pff, kto by się przejmował, zresztą jakie uczucia. Dziecko, które bało się powiedzieć byle słowo, bo to groziło awanturą pod tytułem "moje dzieci mnie nie kochają, ja miałam trudniej, wam się poprzewracało w głowach, jestem taka zraniona". Dorosła, która nie wyrazi sprzeciwu, bo boi się odrzucenia, zranienia czyichś uczuć, sprawienia bólu. Naprawdę dorosła?
Dorosła zamknięta w pułapce rozumienia. Padło dziś pytanie, czy przebaczyła swojej mamie. No chyba tak, chociaż no, może to nie to słowo, raczej rozumie to wszystko, jej trudną sytuację, brak złych intencji itp. Ale czy zdaje sobie sprawę, jakie skutki miało to wszystko, jaki wpływ wywarło na jej obecne życie? No hmm no tak, widziała analogie, no tak.
I w tym momencie z tyłu głowy refleksja: nie przebaczyła. Dlatego, że przebaczyć musi być co. Ona usprawiedliwia mamę, tatę, wszystkich, rozumiała ich trudne sytuacje. Nie miała im tego za złe. Nie ma czego przebaczać. Przynajmniej tak jej się wydaje.
I wreszcie wniosek końcowy łańcuszka refleksji. Przebaczenie Boga. Nie odczuwała potrzeby przebaczenia z Jego strony. Nie wiedziała czemu. Jest tak nieczuła, zero sumienia? Teraz chyba to zrozumiała. Nie potrzebowała przebaczać, bo czyny innych widziała jako zbieg nieszczęśliwych okoliczności. "Nie są niczemu winni". O dziwo w relacji z Bogiem mierzyła Go swoją miarą. Błędnie, bo On co prawda jest kochający i empatyczny, ale jest też potężny i sprawiedliwy. I stworzył Prawo. A Prawo to Prawo, co tu dyskutować.
Miała jednak mgliste przeczucie, że jednak musi przebaczyć. Że potrzebuje tego. To nie będzie łatwa droga, bo musi też tym samym uznać winę innych. A dotąd sądziła, że jeśli ktoś może być winien, to przecież tylko ona. Czeka ją więc remanent. I dorastanie, po raz enty. Póki co natomiast, postanowiła, przestanie się buntować na określanie jej dziewczynką. I to nawet grzeczną. Bo przecież nadal nią jest.
czwartek, 5 lutego 2015
Pożyczone
Od znajomej: http://thefleetingday.com/ta-o-pustych-synapsach/
Bardzo dobry wpis. Jasny, prosty, prawdziwy. Tylko czy zawsze?
Zwróciła się wreszcie o pomoc. Spotkanie człowieka z człowiekiem, człowieka trochę bardziej pogubionego z trochę mniej pogubionym.
Herbata. Plik kartek A4 do notatek i zadań. Psycholog, która bez zahamowania mówi o tym, że leży jej na sercu. Mówienie sobie po imieniu.
Po latach terapii, i po latach przerwy od niej przyszła na rozmowę z myślą, że to bez sensu. I tak to nic nie da. Drętwa wymiana zdań, zero zrozumienia, tego mogła oczekiwać. Szufladka z potworami zostanie zamknięta, i dopiero, jak zwykle, gdy wróci do domu i usiądzie w swoim pokoju, komoda nagle się otworzy, zasypując ją trucizną. I jak zwykle nie będzie wtedy nikogo, żeby ją przed tym obronić. Ale nie. Okazało się, że szufladkę można otworzyć na sesji, i zrównoważyć ją antidotum. Okazało się, że nikt nie będzie jej wmawiał, że w środku nie jest arszenik, tylko najzwyklejsza mąka, i nie ma czego się bać. Nie. Po latach studiów na psychologii moc jej oddziaływania jakoś dla niej przygasła. A teraz znów rozbłysła. Nadal była jednak sceptyczna. Podstawowy problem to to, czy znów uda jej się otworzyć tę szufladkę. Sens tej terapii widziała tylko, o ile uda jej się nie zamydlić oczu A. A miała do tego predyspozycje. Jak zresztą stwierdziły wczoraj, jej poczucie humoru to jedna z zasłon dymnych. W życiu codziennym tylko garstka osób wiedziała, co się dzieje pod żartobliwą skorupką. Tak więc, o ile uda jej się wylać wszystko na sesji, będzie dobrze.
Zastanawiała się nad lekami. Dotąd na nią nie działały. Nie wiedziała też, czy tego wymaga, w końcu jakoś sobie radziła. Nie wiedziała. Łapała się na tym, że ocena rzeczywistości staje się dla niej niemożliwa. Jest tak, czy odwrotnie? Nie umiała określić.
Mimo wszystko, miała jakąś nadzieję. Kiedyś narzekała na nadzieję, bo każe żyć, w mglistym oczekiwaniu Lepszego. Ale może to i dobrze. Przynajmniej dlatego nie umarła.
Bardzo dobry wpis. Jasny, prosty, prawdziwy. Tylko czy zawsze?
Zwróciła się wreszcie o pomoc. Spotkanie człowieka z człowiekiem, człowieka trochę bardziej pogubionego z trochę mniej pogubionym.
Herbata. Plik kartek A4 do notatek i zadań. Psycholog, która bez zahamowania mówi o tym, że leży jej na sercu. Mówienie sobie po imieniu.
Po latach terapii, i po latach przerwy od niej przyszła na rozmowę z myślą, że to bez sensu. I tak to nic nie da. Drętwa wymiana zdań, zero zrozumienia, tego mogła oczekiwać. Szufladka z potworami zostanie zamknięta, i dopiero, jak zwykle, gdy wróci do domu i usiądzie w swoim pokoju, komoda nagle się otworzy, zasypując ją trucizną. I jak zwykle nie będzie wtedy nikogo, żeby ją przed tym obronić. Ale nie. Okazało się, że szufladkę można otworzyć na sesji, i zrównoważyć ją antidotum. Okazało się, że nikt nie będzie jej wmawiał, że w środku nie jest arszenik, tylko najzwyklejsza mąka, i nie ma czego się bać. Nie. Po latach studiów na psychologii moc jej oddziaływania jakoś dla niej przygasła. A teraz znów rozbłysła. Nadal była jednak sceptyczna. Podstawowy problem to to, czy znów uda jej się otworzyć tę szufladkę. Sens tej terapii widziała tylko, o ile uda jej się nie zamydlić oczu A. A miała do tego predyspozycje. Jak zresztą stwierdziły wczoraj, jej poczucie humoru to jedna z zasłon dymnych. W życiu codziennym tylko garstka osób wiedziała, co się dzieje pod żartobliwą skorupką. Tak więc, o ile uda jej się wylać wszystko na sesji, będzie dobrze.
Zastanawiała się nad lekami. Dotąd na nią nie działały. Nie wiedziała też, czy tego wymaga, w końcu jakoś sobie radziła. Nie wiedziała. Łapała się na tym, że ocena rzeczywistości staje się dla niej niemożliwa. Jest tak, czy odwrotnie? Nie umiała określić.
Mimo wszystko, miała jakąś nadzieję. Kiedyś narzekała na nadzieję, bo każe żyć, w mglistym oczekiwaniu Lepszego. Ale może to i dobrze. Przynajmniej dlatego nie umarła.
piątek, 23 stycznia 2015
Rzecz o chwastach
Kąkol to taka roślina, która miała zaszczyt znaleźć się w Ewangelii, a zarazem w opowieściach Jezusa. Można się spierać z tym, jaką dokładnie roślinę miał na myśli, ale jedna z interpretacji mówi o życicy, chwaście podobnym do pszenicy aż do końca, dającym się odróżnić dopiero, gdy dojrzeje. Dlatego w Mt 13 znajduje się nakaz, by nie wyrywać tej rośliny wcześniej, aby przez pomyłkę nie zniszczyć pszenicy.
Nie zastosowała się do tego. Wyrywała to, co uważała za chwast zanim dojrzało. Czy słusznie? Nadal nie wiedziała. Ale nadal wyrywała, na wszelki wypadek.
Siebie. Obłudny chwast, wstrzymujący innych na drodze. Obojętny i nieczuły, chyba że chodzi o użalanie się nad sobą.
Tyle na dziś.
Nie zastosowała się do tego. Wyrywała to, co uważała za chwast zanim dojrzało. Czy słusznie? Nadal nie wiedziała. Ale nadal wyrywała, na wszelki wypadek.
Siebie. Obłudny chwast, wstrzymujący innych na drodze. Obojętny i nieczuły, chyba że chodzi o użalanie się nad sobą.
Tyle na dziś.
niedziela, 18 stycznia 2015
Sideł miliony
Co ma wspólnego marudna, wiecznie niezadowolona księżniczka i nieoswojone zwierzątko w potrzasku?
To, że łatwo pomylić jedno z drugim. Również osobie, która nią/nim/nimi jest.
To, że łatwo pomylić jedno z drugim. Również osobie, która nią/nim/nimi jest.
piątek, 16 stycznia 2015
Wdzięczność
Wczoraj kolega ją zapytał, czy ma listę rzeczy, za które jest wdzięczna Bogu.
Przedwczoraj wracając ze spotkania z innym znajomym, była właśnie przepełniona wdzięcznością. I dziś, po rozmowie z nim właśnie utwierdziła się, że jest on dla niej darem bożym.
Gdy przyszła po raz pierwszy po nawróceniu na nabożeństwo wiedziała, że za ocalenie życia chce Bogu dziękować. Jak? Zawsze ciągnęło ją do śpiewania. Nie była żadnym cudem w tej dziedzinie, ale tak właśnie było. Po drugim czy trzecim nabożeństwie podjęła decyzję i zaczęła chodzić na spotkania służby uwielbienia, czy jak mi to lepiej brzmi, muzycznych. Tam poznała X, lidera. Nie pamiętała jak to się stało, że zaczęli rozmawiać o depresji i tych wszystkich dołkach. Od słowa do słowa okazało się, że on także się z tym zmaga, łącznie z lekami i terapią. To była druga osoba poznana w zborze. Przypadek?
Minęło 2,5 roku odkąd tam chodziło, to jest czas, w którym były momenty jasności i okresy czerni. Zaburzenia nastroju są strasznie kiepskie jeśli chodzi o wiarę, bo podważają, a przynajmniej zakrywają jej sens. Będąc w ciemności myślała zawsze o tym że:
Rozmowy z X ją budują. Wie jak to jest. Wie jak z tym walczyć.
I za to jest wdzięczna.
Przedwczoraj wracając ze spotkania z innym znajomym, była właśnie przepełniona wdzięcznością. I dziś, po rozmowie z nim właśnie utwierdziła się, że jest on dla niej darem bożym.
Gdy przyszła po raz pierwszy po nawróceniu na nabożeństwo wiedziała, że za ocalenie życia chce Bogu dziękować. Jak? Zawsze ciągnęło ją do śpiewania. Nie była żadnym cudem w tej dziedzinie, ale tak właśnie było. Po drugim czy trzecim nabożeństwie podjęła decyzję i zaczęła chodzić na spotkania służby uwielbienia, czy jak mi to lepiej brzmi, muzycznych. Tam poznała X, lidera. Nie pamiętała jak to się stało, że zaczęli rozmawiać o depresji i tych wszystkich dołkach. Od słowa do słowa okazało się, że on także się z tym zmaga, łącznie z lekami i terapią. To była druga osoba poznana w zborze. Przypadek?
Minęło 2,5 roku odkąd tam chodziło, to jest czas, w którym były momenty jasności i okresy czerni. Zaburzenia nastroju są strasznie kiepskie jeśli chodzi o wiarę, bo podważają, a przynajmniej zakrywają jej sens. Będąc w ciemności myślała zawsze o tym że:
- jest samotna
- jest nic nie warta
- nikogo nie interesuje jej los
- miłość nie istnieje
- jest inna niż wszyscy
- nic się nie zmieni
- jest źle nie przez okoliczności/złego/złe funkcjonowanie mózgowe, tylko dlatego, że taki jej los/jest wybrakowana
- i tym podobne
Rozmowy z X ją budują. Wie jak to jest. Wie jak z tym walczyć.
I za to jest wdzięczna.
wtorek, 6 stycznia 2015
Do broni!
Nadchodzą wrogie bataliony, najeźdźca jest u bram.
Wspina się na mury.
Odpiera jeden atak za drugim, jeśli choć jeden przeciwnik wedrze się do środka, będzie zraniona.
Jeśli wedrze się więcej, będzie zgubiona, na zawsze.
Posiłki nie nadchodzą, może polegać tylko na swoim skorumpowanym i nie zawsze lojalnym dowództwie.
Alarm!
Do broni półprzytomni żołnierze!
Nie ociągajcie się!
Nie oszczędzajcie racjonowanych pocisków, dobądźcie oręż do walki wręcz.
I, bo nic innego nie pozostaje - módlcie się o pomoc z góry.
Wspina się na mury.
Odpiera jeden atak za drugim, jeśli choć jeden przeciwnik wedrze się do środka, będzie zraniona.
Jeśli wedrze się więcej, będzie zgubiona, na zawsze.
Posiłki nie nadchodzą, może polegać tylko na swoim skorumpowanym i nie zawsze lojalnym dowództwie.
Alarm!
Do broni półprzytomni żołnierze!
Nie ociągajcie się!
Nie oszczędzajcie racjonowanych pocisków, dobądźcie oręż do walki wręcz.
I, bo nic innego nie pozostaje - módlcie się o pomoc z góry.
poniedziałek, 5 stycznia 2015
O radości, iskro... Boga.
Gdzie jest prawdziwa radość? Co daje szczęście? W ostatnich dniach przekonała się, że źródło jest tylko jedno.
Można szukać go w rozrywkach, nawet wartościowych kulturalnie, można szukać w ludziach, przyjaciołach, parterze, rodzinie, osiągnięciach, zainteresowaniach. Problem w tym, że to nie jest źródło. Można porównać to do jazdy samochodem - miłośnik jeżdżenia odczuwając przyjemność, uzna, że jej źródłem jest to, że się przemieszcza. Łatwo zapomnieć, że istnieją inne, podstawowe kwestie, bez których by się nie obyło: samochód wraz z silnikiem, paliwo w baku i zdobyte wcześniej prawo jazdy.
Można się cieszyć tym wszystkim, i pewnie wieloma więcej rzeczami - ale pod warunkiem, że źródło radości jest głębiej, inaczej paliwo skończy się zaraz po jeździe, radość się skończy i będzie jeszcze gorzej niż wcześniej. Tak wynikało z jej doświadczenia.
Bez Boga nie ma trwałej radości. Bez przyjęcia ofiary Syna Bożego, bez czytania Bożego Słowa, bez uczenia się go i wprowadzania w życie. Może się wydawać, że nie, że po co, co to za brednie. A jednak.
Dzień wcześniej spędziła miły dzień. Nabożeństwo, muzeum, musical w teatrze, obiad ze znajomymi. Wszystko, poza nabożeństwem, dawało jej radość - dopóki się nie skończyło. Dopóki nie wsiadła do powrotnego pociągu i nie powróciło wszystko. Czyli miliony wątpliwości związane z jej kulejącą relacją z Bogiem.
To nie ma znaczenia, te wszystkie przyjemności. Przyjaciele odchodzą, rozrywki się kończą. Nic nie jest nieskończone, poza Nim. Wiedziała to, i wiedziała, że w Nim jest cała jej nadzieja. Ale choć chciała i wręcz umierała z pragnienia, nie wiedziała co zrobić, by być blisko Niego, wierzyć w Jezusa, być za Niego wdzięczna.
Wymarzone auto stało na parkingu sklepu i nie miała nic, i nie miała sposobu, by je zdobyć.
Można szukać go w rozrywkach, nawet wartościowych kulturalnie, można szukać w ludziach, przyjaciołach, parterze, rodzinie, osiągnięciach, zainteresowaniach. Problem w tym, że to nie jest źródło. Można porównać to do jazdy samochodem - miłośnik jeżdżenia odczuwając przyjemność, uzna, że jej źródłem jest to, że się przemieszcza. Łatwo zapomnieć, że istnieją inne, podstawowe kwestie, bez których by się nie obyło: samochód wraz z silnikiem, paliwo w baku i zdobyte wcześniej prawo jazdy.
Można się cieszyć tym wszystkim, i pewnie wieloma więcej rzeczami - ale pod warunkiem, że źródło radości jest głębiej, inaczej paliwo skończy się zaraz po jeździe, radość się skończy i będzie jeszcze gorzej niż wcześniej. Tak wynikało z jej doświadczenia.
Bez Boga nie ma trwałej radości. Bez przyjęcia ofiary Syna Bożego, bez czytania Bożego Słowa, bez uczenia się go i wprowadzania w życie. Może się wydawać, że nie, że po co, co to za brednie. A jednak.
Dzień wcześniej spędziła miły dzień. Nabożeństwo, muzeum, musical w teatrze, obiad ze znajomymi. Wszystko, poza nabożeństwem, dawało jej radość - dopóki się nie skończyło. Dopóki nie wsiadła do powrotnego pociągu i nie powróciło wszystko. Czyli miliony wątpliwości związane z jej kulejącą relacją z Bogiem.
To nie ma znaczenia, te wszystkie przyjemności. Przyjaciele odchodzą, rozrywki się kończą. Nic nie jest nieskończone, poza Nim. Wiedziała to, i wiedziała, że w Nim jest cała jej nadzieja. Ale choć chciała i wręcz umierała z pragnienia, nie wiedziała co zrobić, by być blisko Niego, wierzyć w Jezusa, być za Niego wdzięczna.
Wymarzone auto stało na parkingu sklepu i nie miała nic, i nie miała sposobu, by je zdobyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



