piątek, 27 grudnia 2013

Słodko i różowo

Jakie były święta w zeszłym roku? Nie pamiętała. Pewnie wystarczyłoby spojrzeć kilkanaście notatek wstecz, ale po powrocie do Warszawy ogarnęło ją tak przemożne lenistwo, że nawet tego nie chciało jej się zrobić. Uściślając - kilkugodzinne lenistwo, za coś około 300 minut czekała ją wyprawa do pracy, i ta perspektywa wywoływała w niej głupiość jakąś, każącą wykorzystać ten czas do granic możliwości. Nic nie robiąc, rzecz jasna. Lub robiąc to, na co maiała ochotę (kuchenka zalśniła podobnie jak w sesji).
Ale święta. Myśl towarzysząca jej przez całe święta była zaskakująco RÓŻOWA - to najlepsze święta w jej życiu. DOBRE. No fakt, jakiś niesnasek nie dało się uniknąć, zwłaszcza, że w domu szalała gimnazjalistka opanowana przez nieuchwytne siły zwane hormonami. Ale to nic.
Mama spisała się na medal, organizując kolację wigilijną dla rodziny powiększonej o 3 osoby, a następnie obiad z rodzicami narzeczonego siostry (przez cały dzień w powietrzu unosiło się słowo... inspekcja;). Nie dość, że ugotowała pysznie, to jeszcze stres jej nie zjadł. Wielkie gratulacje i inne takie. Wspaniała kobieta. Naprawdę podziwiała swoją Mamę, zaprzeczenie wszelkich psychologicznych twierdzeń, że w pewnym wieku ludzie już się nie zmieniają.
Mama to jedno, nie aż takie zaskoczenie, za to Ojciec..? Nie dość że przed świętami słysząc, jak mama rozmawia ze nią przez telefon POWIEDZIAŁ ŻE TĘSKNI, to jeszcze niemal przez cały czas jego obecność była wyraźna - na obiedzie z przyszłymi teściami wziął na siebie zabawianie ich rozmową, gdy kobiety buszowały jeszcze w kuchni. Niebywałe. I był na przejażdżce rowerowej z Mamą. Szok. Jeszcze 2 tygodnie temu byli w nieformalnej separacji. Teraz rozmawiali. Wspaniale.
Domowo i ciepło było.

sobota, 21 grudnia 2013

Drobne przeprosiny

Nadszedł Sylwester, czas na podsumowania i tzw. rachunek sumienia.
Stwierdziła, że jest winna przeprosiny osobom, w których życie weszła z butami, nieszczególnie je otrzepując. Zdała sobie sprawę, że postąpiła dokładnie z kryteriami diagnozy, którą otrzymała dobrych kilka lat wcześniej, a więc uzurpowała sobie prawo do wyrażania emocji czy poglądów bez patrzenia na konsekwencje. Dokładniej mówiąc - sądząc, że widzi konsekwencje, gdy tymczasem wiele z nich pomijała. Nie chciała dalej tak robić. Chciała przeprosić osoby, o których pisała naiwnie sądząc, że nie zostaną rozpoznane i że nie ma to dla nich znaczenia. Przepraszam to słowo, którego miała jeszcze wiele razy użyć - ale tym razem bez zabarwienia "przepraszam że żyję". Po prostu uznając swoją winę, ale, jak to niektórzy mówią, nie płacząc nad rozlanym mlekiem. Życie biegnie dalej, zastanawianie się czy dana cegiełka wmurowana dawno temu nie jest przypadkiem trochę krzywa mija się z celem. Ale przeprosiny to ważna rzecz, która po prostu tym konkretnym osobom się należy.

Nigdy nie podejmowała żadnych postanowień z okazji rozpoczęcia nowego roku. Co to za różnica, robić to w ten czy w inny dzień, i tak zobowiązania te wypełnia znikomy procent społeczeństwa. Chciała zrealizować pewne postanowienia niezależnie od dnia i okazji. Jakie:
  1. Przestać być "uwieszoną" na pewnych ludziach. Dawać oparcie, a nie wiecznie go potrzebować.
  2. Przestać mówić o swoich coraz to nowych zmartwieniach, wątpliwościach i depresjach. To bez sensu.
Nie chciała, by ktokolwiek się o nią martwił i żeby istniała w czyjejkolwiek głowie czy rozmowach jako osoba, którą trzeba się opiekować.
Nie wiedziała jak to zrobić. Ale chciała.

jak Cię słyszą, tak się mylą (?)

Ludzie popełniają błędy. Wszyscy bez wyjątku. Kluczową umiejętnością jest to, by (w rozsądnym wymiarze) przejść nad tym do porządku dziennego. Tj. przestać się obwiniać o to, że jest się taką, a nie inną osobą, że mówi się w jakiś określony sposób. Co najważniejsze - przestać obwiniać się o to, na co nie ma się wpływu - w szczególności o reakcje ludzi na siebie.  Jeśli stając przed sobą w prawdzie, wspinając się na czasem ciężkie do osiągnięcia wyżyny samoświadomości uznaje się, że w tym co się zrobiło nie było nic złego - to obwinianie o te reakcje innych jest bezpodstawne. Za relację, czy po prostu to, co jest między ludźmi, odpowiadają dwie osoby: ich oddzielne i wspólne doświadczenia, aktualna sytuacja i stan, własne zaburzenia i osobowość. Tak jak z Uszami von Thuna - ten sam komunikat może być odebrany jako rzeczowa informacja, ukryty komentarz co do jakiejś osoby czy jako wyrażone nie wprost żądanie.
Nie chciała nikogo pouczać. Nigdy w życiu nie chciała, by to co pisała zostało przez kogoś odebrane jako próby moralizowania. To miało być tylko egoistyczne miejsce autorefleksji. Kiedyś bardziej chciała, żeby ktoś się pochylił nad tą treścią, którą tak trudno jej wyrazić werbalnie. Teraz pisała dla siebie, ale z myślą że może komuś się to przyda, w jakikolwiek sposób, choćby jako coś co go denerwuje i dzięki temu katalizuje nieco złość.
W każdym razie tak sobie myślała, że warto, by to uściśliła. Nawet jeśli używała trybu brzmiącego jak "prawdy życiowe" to nie były one nimi. Albo były, ale dla niej osobiście. Nie wnikała w to, co jest ważne dla każdego innego - szło to w parze z bezwzględnym szacunkiem dla czyichś wartości.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Obrazy w głowie

Wyobrażenia są tak zgubne. Tworzymy sobie obraz człowieka sądząc, że jest właśnie takim. Sądząc, że jesteśmy obiektywni. Angażujemy się w coś w przekonaniu, że wiemy dokładnie wszystko o danej osobie. Kilka mylnych znaków. Przypadkiem odgadnięta myśl. Przypadkiem odgadnięta emocja. Przypadkowo dopasowany gust. Milion daleko idących wniosków. Trochę czasu.

I nagle odkrywasz, że to zupełnie nie tak. Że to ktoś obcy. Albo nie tyle obcy, tylko inny niż myślałeś. Zupełnie inny. Że te konstrukcje, to owszem, wspaniałe budowle, ale totalnie nieprzystające do realiów. Buntujesz się. Ale bunt jest bez sensu, i tak nic nie zdziałasz. Po prostu.

Każdy ma swoje obrazy, to normalne. Ale poleganie na tych obrazach może czasem doprowadzić donikąd. Eksploatujesz się w imię wyobrażeń, a gdy pryskają lądujesz w tym samym miejscu co na początku... Chociaż nie, nie w tym samym, gdzieś indziej. Trudno powiedzieć że dalej, to by sugerowało postęp. Gdzieś. Jesteś gdzieś, bogatszy o doświadczenia i jednocześnie, często, poraniony. Tak to jest. I to jest szansa, poniekąd - szansa, by widząc swe błędy zacząć budować bardziej trafne obrazy ludzi. Bardziej trzymać się ziemi.

niedziela, 28 lipca 2013

I w górę, serce.

Wyjście ponad stan minusowy, a nawet zerowy, po kilku - kilkunastu dniach totalnego załamania i wariactwa było zawsze takie zaskakujące. Nie nagłe, ale jednak dopiero po chwili orientowała się, że ŻYJE. Tak jak z bólem. Miewała czasem silne bóle brzucha, trwające kilka godzin. Umieranie, dosłownie. Nic nie mogła zrobić. Tylko czekać, myśląc że nie doczeka następnego dnia. Było kilka etapów tego bólu, czy raczej postawy wobec niego: ugłaskiwanie, walka, poddanie. W takiej kolejności. A ponieważ ugłaskiwanie zawodziło, a walka męczyła, poddanie było najlepsze. Taki stan pół - snu. I tak leżała sobie wtedy bezwładnie, zupełnie już pogodzona, że boli i będzie boleć... i nagle otwierała oczy i orientowała się, że nie boli. Totalne zdziwienie. Tak samo zresztą przy migrenach. I przy tych "depresjach".
Grunt, że żyła. Spotkanie ze znajomą, rozmowa z kolegą, robótki, dobry film, i wreszcie śpiewanie w uwielbieniu. Małe rzeczy które jakoś tam napełniały ten pusty woreczek.
Miała kilka spraw, które musiała rozwiązać. I to było takie ostateczne muszenie i chcenie. Jedną sprawę na pewno, w trybie priorytetowym. Nie wiedziała jeszcze jak. Dystans jest dobry, ale raczej jako leczenie objawowe. Pytanie czy umiała dotrzeć do samego źródła, czy na razie lepiej przy tym zostać, może nawet tę odległość zwiększyć - i dosłownie, i czasowo. Zmienić miejsca, w których bywała... to pierwsze co jej przyszło do głowy, ale też nie bardzo odpowiadało. Czekała ją praca, na którą wreszcie miała trochę siły. Myślała, że ją ma, w każdym razie. Co stanowiło już jakąś szansę.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Chciałaby tylko

Chciałaby tylko powiedzieć do widzenia
Chciałaby tylko być wolna
Chciałaby tylko być
I chciałaby tylko istnieć w czyimś życiu
Chciałaby tylko być istotna
Być częścią

Tylko
Czy aż.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Bitwy, walki, przepychanki

To co złe mija, bo Ten, który jest dobry, jest silniejszy.
Zapominała o tym. Strach przesłaniał jej tę podstawową prawdę, a szatan to wykorzystywał.
Zobacz, znów jest źle, gdzie jest ten Bóg, który miał cię uzdrowić? Naprawdę liczysz na to? To niemożliwe. Nie w twoim przypadku, każdy jest bezsilny spotykając ciebie. Nie ma nadziei, nigdy nie będzie lepiej. Co z tą poprawą? Tyle się modlisz i nadal nic, to nie działa, On nie słucha, po co się jeszcze wysilasz? Lepiej byś to zakończyła... Tak będzie lepiej dla wszystkich.
Ale jednak potrafiła przeczekać ten czas ciemności. To był sukces. W czasie, gdy zmysły były otumanione, a wyobraźnia podsuwała najgorsze perspektywy i pomysły gdzieś z tyłu głowy pozostawało to, że Bóg uratował jej życie i ono należy do Niego. Nie miała prawa nim rozporządzać. Nie widziała sensu, w tych momentach nie widziała niczego, ale ten sens był, MUSIAŁ BYĆ. Owszem, walczyła z tym. O ile łatwiej byłoby faktycznie po prostu to zakończyć, mieć z głowy, z tej chorej głowy całą tą przepychankę z sobą, ze złym, ze światem. Życie wydawało się torturą. Więc walczyła wtedy z tym zakazem umierania, chciała decydować o sobie. Przynajmniej będąc w ciemności myślała, że to z nim, z Nim walczy. Bo potem przychodziło poczucie, że to wcale nie z Bogiem walczyła, ale że to była bitwa o życie toczona ze złym. I że znów Bóg zwyciężył.
W koncepcji dialogowego Ja ujęte by to było jako walka między różnymi wewnątrz - rozmówcami. Jako dialog, czy może raczej kłótnia, między częściami Ja. Ale psychologia ma tendencje do bycia zachowawczą i oddzielania się od kwestii wiary. Dla niej to była walka między dobrem a złem, między jej dobrą a złą częścią, co sprowadzało się do bitwy między Bogiem a szatanem. Ona była za mała i za słaba by wygrać, ale On ją ochraniał, nawet gdy nie zdawała sobie z tego sprawy. Inaczej już by jej tu nie było.

sobota, 6 lipca 2013

Wierzę, że...

Była na dniu skupienia, katolickim. Trochę śpiewania, trochę słuchania jakiegoś gościa, modlitwa. Standard. I były też modlitwy o uzdrowienie. Pal sześć, że w KRK ma to postać wywołującą w niej jakiś niepokój. Może tego nie rozumiała, no ale nie to jest ważne. Był taki moment modlitwy o własne wyzdrowienie, a później o drugą osobę. Czy to odniosło skutek, nie wiedziała. Zauważyła natomiast wielki rozdźwięk u siebie, co do wiary w odniesieniu do siebie i kogoś. Wiara w to, że ktoś inny może zostać uzdrowiony mocą Chrystusa przyszła sama, była mocna - nie miała wątpliwości, że On może to uczynić. Nieco inaczej rzecz się miała w odniesieniu do siebie. Nie była w stanie uwierzyć, że On ją od tego uwolni. Chciała, starała się... i nic. Nie znajdowała w sobie ani krzty wiary. Ani odrobiny.
Mijał piąty rok, odkąd zaczęły się jej terapie. W różnych momentach doły były głębsze lub płytsze, dłuższe lub krótsze. Teraz były krótkie, ale głębokie jak rów mariański... albo i głębsze, bo on nie sięga samego środka. Ale były też okresy dołków niezbyt częstych, krótkich i stosunkowo łatwych do przebrnięcia. Znajomy zapytał, czy widzi poprawę. Widziała pewne zmiany. Zmiany o naturze raczej nieprzewidywalnej, krzywoliniowej, nieregularnej. Poprawa... patrząc na surowe wskaźniki typu osiągnięcia edukacyjne, pobyty w szpitalu czy np. cięcie się - była poprawa. Co do bardziej osobistych aspektów, typu bliskie relacje i umiejętności interpersonalne, albo takich wewnętrznych impulsów, jak myśli samobójcze - nie było poprawy. I mnóstwo innych kryteriów, co do których nie pasowała żadna opcja.
Schematy się powtarzały. Nawiązywała relację, nie umiała udawać, że jest dobrze gdy nie było, mówiła o tym, co ze względu na częstość i zwykle brak widocznych doraźnych skutków pomocy było dla drugiej osoby męczące. A dalej, to ta osoba się odsuwała, albo ona sama się odsuwała od niej z lęku, że ta osoba się odsunie. Plus jeszcze, ze względu na to, że nie łatwo było jej zaufać, zwykle były to jedna/dwie osoby w tym samym czasie. Czyli obciążenie było duże. Chyba osaczające. I chyba robiła wszystko, żeby ta osoba odeszła. Nie miała innego scenariusza.
Bóg jej uratował życie, więc chyba miał w tym cel, jest jakiś sens. Ale jaki. Jaki.

sobota, 29 czerwca 2013

Co i z kim.

Chrzest przyjęty.
Praca licencjacka oddana i obroniona.
Pierwszy stopień edukacji uniwersyteckiej zakończony.

Wdzięczność, szczęście i satysfakcja. Po tych dwóch ostatnich nie ma już śladu. Bo NIE MA Z KIM DZIELIĆ TEJ RADOŚCI.

W przypadku chrztu miała na myśli rodzinę. Katolicy, mniej lub bardziej wierzący. To dla nich trudne do przełknięcia, że go przyjęła, choć przecież nawet oficjalnie nie zmieniła wyznania... Było to dość bolesne, miała sporo znajomych z KRK, którzy byli bardzo pozytywnie nastawieni. A rodzina nie. Choć to ten sam Bóg, to samo Pismo. Może to kwestia braku dystansu, rodzina rządzi się innymi prawami. A może kwestia czasu. Też możliwe. W każdym razie miała jakieś zrozumienie i zgodę na to - ale: to nie znosi bólu...

A licencjat. Poza tym, że to koniec jakiegoś koniecznego etapu, i że jak na nią to osiągnięcie (skończyć coś). Poza tym, że rodzina była ze niej dumna (bo wreszcie coś skończyła). Poza tym, że przyjaciółka cieszyła się z nią. I poza tym, że 85 osób polubiło jej facebookowy status na ten temat (ta ilość kazała jej przypuszczać, że naprawdę się tego nie spodziewali). Pozostawała kwestia kogoś, kogo wciąż nie było. Tej części, która według planu Boga pozwala dwojgu stać się jednym. Kogoś, kto by się cieszył i nie byłby przy tym matką, siostrą, bratem, przyjaciółką. Dla niej to była różnica. I odczuwała brak. I lęk, że ten brak nigdy nie zostanie wypełniony.

Ktoś kiedyś stwierdził, że wymyśla sobie problemy, których tak naprawdę nie ma. Może. Może.
Nie umiała przestać, i to ją dobijało. I sprawiało, że naprawdę ciężko jej było ze sobą wytrzymać... Wytrzymać z tym ciałem, tym umysłem. Z tą pułapką. Czuła się jak w potrzasku i była zupełnie zdezorientowana.


czwartek, 13 czerwca 2013

O tym, co ciągle.

http://www.nadzieja.webd.pl/dojrzala.php

Mimo przebytej drogi, momentami miała takie przeświadczenie, od którego nie wiadomo jak się odsunąć - że samobójstwo jest tak naprawdę jedynym sposobem, by wreszcie zaznać spokoju, a przynajmniej, żeby to rozchwianie się skończyło. Że prędzej czy później będzie musiała się do niego uciec, żeby wreszcie uciszyć rozdygotane neurony. Broniła się przed tymi myślami rękami i nogami, ale... Jeśli Bóg jej nie uwolni, nie ochroni - to nie wiedziała czy da radę, raczej... mało prawdopodobne.
Za dwa dni chrzest. Z tego co słyszała wokół - czas przed chrztem jest czasem narażenia na działanie złego, chcącego odwieść od tej decyzji. Słuchając opowiadań znajomych wyobrażała sobie, że jedyne co może ją spotkać to jakieś "dziwne" sytuacje, zdarzenia. I z lekką satysfakcją stwierdzała, że jej nic takiego się nie przydarza. Do czasu. Bo przeciwnik wie co jest naszą słabością, wie gdzie uderzyć. Ją uderzył właśnie tak - zwątpieniem, bólem, krytycznymi myślami, nienawiścią do siebie. Bólem. Bólem. Bólem. I rozchwianiem.

sobota, 8 czerwca 2013

Rzecz o zielonych roślinkach.

Przychodziły jej do głowy różne refleksje. Refleksje dotyczące różnych rozmów - z siostrą, znajomą, znajomym.
W ostatnim czasie było tak, że niewiele spała i dużo pracowała, a poza tym przestała się malować, co wszystko razem wzięte powodowało coraz częstsze uwagi różnych ludzi, że wygląda na wyczerpaną. Różnych ludzi, ale nie jej siostry. I właśnie ostatnio w Dziewczynie z wersalki zaczęły pojawiać się wobec siostry jakieś uczucia, emocje, których źródła nie mogła zlokalizować. Wreszcie doszło do niej, że to kwestia odmiennych oczekiwań wobec znajomych i jej siostry, oraz odmiennych rzeczy jakie od nich dostawała.

O ile od obcych nie oczekiwała w zasadzie niczego, o tyle w siostrze chciała mieć wsparcie. I o ile nawet dalsi znajomi dawali jej wsparcie, o tyle od siostry słyszała tylko pretensje, że więcej czasu poświęca nauce niż jej. I to ją bolało. Kiedyś siostra powiedziała jej, że jest dla niej ważne, gdy ktoś zauważa na przykład gdy jest smutna (gdy ona była smutna mogła liczyć tylko na wypowiedź typu "co znowu"). I tak pomyślała, że to jest właśnie ważne. Zauważać - nie komentować, interpretować, oceniać - tylko zauważać, okazywać uwagę.

Druga rozmowa ze znajomym dotyczyła chrztu, który chciała niebawem przyjąć i świadectwa, które przy okazji musiała powiedzieć. Trochę się tym denerwowała, bo miało być nagrywane. W każdym razie na ostatnim spotkaniu modlitewnym podzieliła się z ludźmi małą, krótką historią, w której zauważyła działanie Boga. I właśnie ten znajomy, koordynujący przygotowania do chrztu, gdzieś tam w rozmowie telefonicznej powiedział, że no właśnie, dobrze sobie poradziła z mówieniem przed ludźmi. Niby nic. A jednak. Kilka słów zauważenia, że ktoś zrobił coś dobrze i obdarowania go tym spostrzeżeniem. Nie tym, co można poprawić, co nie zostało zrobione - tylko tym, co było dobrze. To się chyba nazywa pochwała, ale chwalenie w psychologii ostatnio nie jest dobrze oceniane, to też niech zostanie spostrzeganie i obdarowywanie.

Gdy koleżanka zauważyła z troską że wygląda mizernie poczuła się jak roślinka, na której liść spadła kropla deszczu, i która dzięki temu może się wyprostować. Gdy znajomy stwierdził, że dobrze sobie poradziła z mówieniem przed ludźmi, roślinka ta dostrzegła słońce i zapragnęła się do niego zbliżyć, rosnąć. I tak to działało. Konstruktywna krytyka czasem jest ważna, ale niekonstruktywną i niekoniecznie życzliwą powinno się chować głęboko. Każdy sam dla siebie jest bardziej czy mniej drobiazgowym krytykiem, po co słyszeć to samo jeszcze od kogoś? Mówmy sobie dobre rzeczy, zauważajmy siebie nawzajem, to wymaga tak mało, a daje tak dużo.

piątek, 3 maja 2013

Pokaż kotku, co masz w środku.

Zaczynała dostrzegać subtelne pozytywy. Takie myślowe lekkie powiewy, wkradającą się niepostrzeżenie świeżość. Pierwszy, przy okazji ćwiczeń emisji głosu, prób wydobycia CAŁEGO głosu, przyniósł refleksje: kim jest? kim chce być? czemu nie sobą? co by się stało, gdyby zachowywała się zgodnie z tym, co czuje, a nie zgodnie z tym, czego ktoś (jak sobie wyobrażała, często błędnie) oczekuje? Miała jakieś wewnętrzne modele tego, jaka powinna być koleżanka, przyjaciółka, dziewczyna, kobieta, studentka, córka, siostra, modele, z którymi nieustannie się porównywała. Nie miała tu na myśli ideałów, ale poczucie powinności. Doszła do wniosku, że gdzieś po drodze od ostatniej terapii zgubiła te podstawowe przykazanie Czubka - wnikać w siebie. Nie: patrzeć na zachcianki, skupiać egocentrycznie na sobie, ale wnikać - głęboko, aż do nad-pragnień, nad-motywacji. Tak jak to właśnie jest z głosem - aby wydobył się cały, musi sięgnąć przepony. Nie jest to proste. Śpiewając łatwo jest zapomnieć o napinaniu brzucha, żyjąc łatwo jest zapomnieć siebie. Wiedziała dobrze, zapominała o swoich znajomych, miała z tego powodu poczucie winy, zapominając siebie - jakoś nie. Tak więc pierwszy krok - dotrzeć do tego, odnaleźć siebie, poznać się znów. Kim jest?. Drugi krok - decyzja. Ma być jak dotąd, "bezpiecznie" w całym tym rozhuśtaniu, czy ma być naprawdę dobrze? Będzie siedzieć ze znajomymi, gdy ewidentnie pozbawia ją to energii? Będzie nagadywała na siebie w duchu, gdy nie ma nic do powiedzenia (bo przecież ludzie mówią)? Właśnie to nagadywanie było najgorsze BO DO NICZEGO NIE PROWADZIŁO, do niczego poza depresją. To nie motywowało do zmian, było tylko bezproduktywnym narzekaniem i biczowaniem. NIE.
Chciała móc powiedzieć, że od teraz będzie miała w nosie czyjeś oczekiwania i że nie będzie się już nigdy porównywać. Zmienianie ciała jest trudne, zmienianie toru myślenia tym bardziej. Treningi z Ewą Chodakowską biją furorę, ona miała trening sama ze sobą. Jak na ringu.
Bardzo chciała zostać zupełnie sobą, bez dążenia, by być jak ktoś. Bez myślenia "ona to to, a ja..?".
Oczywiście. Oczywiście. Trening ona vs. ona, ale z trenerem. Miała Trenera. Boga z Jego miłością. Boga, który ocalił jej życie i za nią umarł. Boga, któremu zależy. Wierzyła, że jest ciągle przy niej i jej pomaga.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Na jednym ze spotkań służby muzycznej wywiązała się rozmowa o sensie trudnych zdarzeń w życiu. Wynikłz niej wniosek, że nie ma sensu pytanie "dlaczego?" i dużo bardziej na miejscu, bardziej budujące jest pytanie "po co?" połączone z pewnością, że to owszem, ma sens. Ale zdarzenia to jedno, a o zrąbanej osobowości nie było mowy.
 I nie wiedziała. Nie wiedziała po co. Żyła, walczyła z myślami "s", ale nie wiedziała po co.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Boże, co to za pomysł..?

Koniec tego, co niepotrzebne, niewłaściwe, bezsensowne.

We wrześniu potrzebowała wstrząsu, żeby odnaleźć Boga. W kwietniu wydarzył się inny, uwalniający - ale co po nim, nie miała pojęcia. Na razie pozwolił jej odnaleźć głównie pustkę, niepokój, rozbicie. I pytania.

Po raz kolejny popełnione błędy, niszczące (niestety) nie tylko ją, ale i innych, pójście za zaburzonymi instynktami i "chceniami", mimo protestów rozsądku - wszystko to wywoływało refleksję: po co? Bóg stworzył tyle pięknych rzeczy, tylu wspaniałych ludzi. Co ona robi między nimi?
Błądziła, znów ciemność i nienawiść do siebie. Wiedziała, że skoro Bóg ją kocha, to ona tym bardziej powinna... ale nie umiała. Nie można kochać czegoś tak ułomnego. Kogoś, kto niby wydaje się spoko, a tak naprawdę niszczy i rani, niszczy i rani, w kółko, bez końca. Kogoś, kto tak naprawdę jest skoncentrowany tylko na sobie.
Nie można też nikogo zmusić do miłości. Myślała, że można. I znów popełniła błąd, grożący utratą przyjaciół.

Nienawidziła siebie. Z całego serca.
I brzydziła się sobą.

Boże, co to za pomysł, by pozwolić urodzić się komuś takiemu?

środa, 3 kwietnia 2013

Dyscyplina

Dzięki świętom nabrała siły i determinacji do zmian w życiu.
Raz - odwrócenie od grzechu, zupełne, praca nad zaufaniem Bogu oraz totalną szczerością wobec Niego i ludzi.
Dwa - wstrzemięźliwość, jakkolwiek można to rozumieć.
Trzy - praca nad ciałem.
Porządkowanie głowy i serca trzeba zacząć od zrobienia porządku z fizycznym aspektem ja. Rygor i konsekwencja, tego chciała się trzymać.
Po powrocie do Warszawy po Wielkanocy stanęła na wagę i zrobiło jej się smutno. Ale postanowiła, że nie usiądzie i nie będzie biadolić. Poszła biegać. Ograniczyła jedzenie. Robiła pompki, brzuchy i tym podobne wygibasy. I było lepiej. Miała cel. Jak się uda, to się uda.
W ostatnim czasie przez zbieg wydarzeń gdzieś zapodziała kobiecość, wewnętrzne poczucie kobiecości. Atrakcyjności jako kobiety, zarówno wewnętrznej jak i zewnętrznej. Postanowiła to zmienić.

Fajerwerków różne oblicza

Święta święta, i po świętach...
Tegoroczne były chyba najbardziej poruszającymi w całym jej życiu. Właściwie, nic w tym dziwnego, to pierwsza Wielkanoc po nawróceniu. Kiedyś nieraz słyszała, że to święta ważniejsze od Bożego Narodzenia, niby brała to na rozum, ale nie czuła... Co jest ciekawego w świętach, podczas których je się tylko mnóstwo jajek, ale nie ma prezentów, nie ma świecidełek na choince, nie ma tej całej otoczki, tylko dużo chodzenia do kościoła. Co w tym atrakcyjnego? Jeszcze skupianie się na takich nieprzyjemnych sprawach jak śmierć. No jest niby zmartwychwstanie, ale to temat który trudno przyjąć w 100%, bo kłóci się z ludzkim myśleniem. Nie wynagradza tego, na czym się skupiamy w Wielki Piątek. A jednak. To są święta wiary, dotykają samego sedna chrześcijaństwa. I właśnie piątek... piątek porusza. Ją poruszył, najbardziej w ciągu tych dni. To jest niepojęte, naprawdę - umrzeć za człowieka, za nią, żeby ona nie musiała, a przecież powinna. Przecież to ona robi mnóstwo niewłaściwych, nie dobrych rzeczy. A umarł Ktoś bez skazy. To jedno. Ale zatrzymanie się na tym nie jest wystarczające. Jak to mówi Paweł w liście do Koryntian:
A przypominam wam, bracia, ewangelię, którą wam zwiastowałem, którą też przyjęliście i w której trwacie, i przez którą zbawieni jesteście, jeśli ją tylko zachowujecie tak, jak wam ją zwiastowałem, chyba że nadaremnie uwierzyliście. Najpierw bowiem podałem wam to, co i ja przejąłem, że Chrystus umarł za grzechy nasze według Pism i że został pogrzebany, i że dnia trzeciego został z martwych wzbudzony według Pism (...) A jeśli się o Chrystusie opowiada, że został z martwych wzbudzony, jakże mogą mówić niektórzy między wami, że zmartwychwstania nie ma? Bo jeśli nie ma zmartwychwstania, to i Chrystus nie został wzbudzony; a jeśli Chrystus nie został wzbudzony, tedy i kazanie nasze daremne, daremna też wasza wiara; wówczas też byliśmy fałszywymi świadkami Bożymi, bo świadczyliśmy o Bogu, że Chrystusa wzbudził, którego nie wzbudził, skoro umarli nie bywają wzbudzeni. Jeśli bowiem umarli nie bywają wzbudzeni, to i Chrystus nie został wzbudzony; a jeśli Chrystus nie został wzbudzony, daremna jest wiara wasza; jesteście jeszcze w swoich grzechach. Zatem i ci, którzy zasnęli w Chrystusie, poginęli. Jeśli tylko w tym życiu pokładamy nadzieję w Chrystusie, jesteśmy ze wszystkich ludzi najbardziej pożałowania godni. A jednak Chrystus został wzbudzony z martwych i jest pierwiastkiem tych, którzy zasnęli." [1 Kor 15:1-4,12-20]
W sobotę chciała poczytać Pismo, ale nie wiedziała za bardzo... co czytać. Więc stwierdziła - przeczytam rozdział na chybił trafił. Trafiła na ten, piętnasty w Pierwszym Liście do Koryntian. Idealny do rozważań nad zmartwychwstaniem... Co też jakoś ją uderzyło i utwierdziło, że to nie był przypadek, że ten fragment został jej wskazany - na nabożeństwie tego dnia pastor właśnie na nim oparł kazanie. Chyba można sobie wyobrazić jej zadziwienie - w pociągu czytała fragment Pisma, a po godzinie o nim słyszała... Jednak zdarzają się fajerwerki podczas Wielkanocy. Poza fajerwerkami w duszy, oczywiście.

niedziela, 24 marca 2013

Kilka słów o zastępnikach - zapychaczach

Nałóg to taki paskudny stan. Stan? A może proces?

Zaczyna się niepozornie. Czasem od pojedynczych, nawet niezbyt przyjemnych epizodów, prób. W którymś momencie zauważasz, że mimo tej "nieprzyjemności" dany czynnik daje coś, czego nie znalazłeś dotąd nigdzie. Zaspokojenie potrzeb, które wydawały się dotąd niezaspokajalne. Wypełnienie pustki. Rozładowanie stresu. Spokój. I w tym miejscu stajesz na rozstaju dróg, z których jedna oznacza rozsądek i umiar, druga - niefrasobliwość zawartą w powiedzeniu "carpe diem", jestem odporny na takie rzeczy, to przecież nie może szkodzić, to jest przecież DOBRE.
Ale nie jest. Jeśli zapomnisz rozumu...
Potrzebujesz wciąż więcej i więcej. Raz w tygodniu, trzy razy w tygodniu, codziennie. Nałóg to egocentryk, ale i sprytny strateg. Im więcej chcesz, tym mniej daje. Mówi się, że w związku "władzę" ma ta osoba, której mniej zależy. Ona decyduje co i jak.
Poświęcasz się temu jak kochanej osobie. Ale to nie jest miłość - to zniszczenie.
Pół biedy, gdy zorientujesz się dokąd to prowadzi i będziesz w stanie zerwać. Czemu pół?
Bo to dopiero początek. Nie ma gwarancji, że się powiedzie. Po jakimś czasie rozłąki myślisz "już mi minęło, a tak tęsknię... co szkodzi spróbować". I to jest błąd. Bo nie minęło. Czy w ogóle mija? Czy po jednorazowym kontakcie z czynnikiem uzależniającym można nie chcieć z nim dalszego kontaktu, nie czuć pociągu, potrzeby, czy możliwe jest tylko powstrzymanie się przed pójściem za tą potrzebą, dzięki silnej woli?

Może zawsze tak było, ale tak jej się czasem zdawało, że dzisiejsza rzeczywistość charakteryzuje się szczególnie szerokim wachlarzem uzależnień. Alkohol, narkotyki, tytoń, praca, komputer, zakupy, seks, jedzenie. Ludzie.
Jakoś naturalnie przychodziły jej do opisania procesu uzależniania słowa i porównania kojarzące się z relacją - zerwanie, rozłąka, związek, tęsknota. Bo może to jest sedno: potrzeba stabilnej, bezpiecznej, satysfakcjonującej relacji. Wszystko inne jest zapychaczem. Ale ludzie też uzależniają, to przecież też relacje... Tak. Ale nie: stabilne, nie: bezpieczne, i częstokroć nie: satysfakcjonujące. Relacje z człowiekiem nie zaspokoją wszystkiego. To pewnie oczywista oczywistość dla wielu osób, może dla wszystkich, poza nią. Dla niej było to odkrycie. Odkrycie, że jest tylko jedna Relacja, która to wszystko daje, jedna Osoba.

Mówi się "wszystko jest dla ludzi". W głowie pojawiały jej się dwa skojarzenia. Pierwsze skojarzenie: hasło "wszystko dla ludzi" jako motto promujące niewłaściwy stosunek do ludzi. Chyba całkiem sporo osób się nim posługuje nie wiedząc o tym. I drugie, że faktycznie w większości "obiekty" uzależnienia nie są jednoznacznie złe. To my czynimy z nich zło, stawiając na miejscu wyższym niż im przynależne, wynosząc niejako na ołtarze, kłaniając się im i podporządkowując im całe życie. A jedynym, który jest tego godzien i którego Droga prowadzi do szczęścia, jest Bóg. Tylko za Nim nie stoi żaden przemysł, tylko On nie niszczy zdrowia, tylko On chce czynnie uczestniczyć w naszym życiu i zależy Mu na naszym Dobru. Całkowicie bezinteresownie.

piątek, 22 marca 2013

niedziela, 17 marca 2013

I rób, co postanowiłaś.

Utrzymanie się w powziętych decyzjach to ciężka praca, szczególnie gdy
a) ich główną treścią jest rezygnacja z czegoś, co chce się robić, do czego "ciągnie"
b) wiąże się to z koniecznością rezygnacji również z innych, cennych spraw, czynności, w jakimś stopniu też ludzi.
Trzeba znaleźć różnego rodzaju alternatywy, zbudować sobie stelaż, który choć na moment zastąpi dotychczasowe wsparcie. Stelaż oparty na Bogu i ludziach, którzy mogą pomóc w budowaniu relacji z Nim. I modlić się, z wiarą, że On ma plan dla mnie, ciągle czuwa i prowadzi najlepszą drogą.

Dziś na nabo była mowa między innymi o tym, by modlić się z wiarą. Że Bóg zawsze nas słucha (co nie jest równoznaczne z wysłuchiwaniem konkretnych próśb), ale konieczne jest zaufanie Mu, oddanie danej sprawy CAŁKOWICIE w Jego ręce. Trzeba zapomnieć o własnym wkładzie - choć to nie oznacza kompletnej  życiowej bierności. Jednak, w pewnych sprawach to jest jedyne wyjście, gdy już nie wie się co robić, każdy kolejny ruch okazuje się pomyłką - nie ma innej opcji, jak tylko zostawić to Jemu. Skoczyć z okna płonącego domu wierząc, że wpadnie się w Jego ręce. Nie jest to łatwe, ale innej drogi NIE MA.

poniedziałek, 11 marca 2013

Będę kochać każdego człowieka, którego spotkam.

Warsztaty rozwoju w oparciu o łaskę. W oparciu o wiarę w Boga, duchowość. Było tam poruszanych sporo tematów, ale chyba najważniejszym była miłość. To dość naturalne, prawda?
Ale miłość jako decyzja i działanie w życiu wobec każdego. Jako podstawa postawy chrześcijańskiej. Było o miłości bliźniego, Boga i wobec siebie. Było o tym, że miłość, wbrew katolickim tendencjom, to niekoniecznie umartwianie się, ciągłe dawanie i poświęcanie, ale by dobrze kochać trzeba też brać. To nie tylko głaskanie i mówienie tego co dobre, ale też czasem kopniak. A czasem odsunięcie się - by okazać brak akceptacji dla jakiś postaw czy zachowań, lub po to, by dać wolność. Bo dobra miłość, prawdziwa chrześcijańska miłość nie odbiera wolności ani sobie, ani kochanemu człowiekowi.
W ciągu ostatnich dni doszła wreszcie do tego, że jej miłość nie jest zdrowa. Że doprowadza się do zniszczenia w imię dobra drugiej osoby. Co gorsza, mając na względzie ją, a swoje potrzeby spychając (nieudolnie) gdzieś do ciemnego zaułka, wcale nie daje jej tej miłości. Nie da się dać tego, czego się nie ma. Doszło to do miejsca, gdy sama nie miała już siły i traciła równowagę wewnętrzną, co oddziaływało destrukcyjnie i destabilizująco na tę drugą osobę. I na inne, bo to odbijało się na wszystkich wokół. To taka spirala prowadząca donikąd, błędne koło, które zabija. To nie jest miłość, której uczy Chrystus.
Czego potrzebowała do otrząśnięcia? Trochę bezosobowego potraktowania. Czyichś mądrych słów. Czyjejś serdeczności. Niestety, trochę późno zorientowała się, co robi. Na tyle późno, że chyba jedyną drogą do zwrócenia wolności stało się odsunięcie. Totalne odsunięcie. Miłość była nadal, owszem, oczywiście - ale wzbogacona o trzeźwe myślenie, wejrzenie w siebie i, co najważniejsze, w zaufanie Bogu.

Na tych warsztatach ktoś odniósł się do historii zaczerpniętej z książki George'a Ritchie "Powrót z jutra".

"Tym sposobem poznałem Wild Bili Cody. Nie było to jego prawdziwe nazwisko, które składało się z siedmiu nie do wypowiedzenia polskich sylab. Miał ogrom­ne obwisłe wąsy, jak bohater z dzikiego Zachodu na starych amerykańskich obrazach. Amerykańscy żołnierze nazwali go więc Dziki Bili.
Był jednym z więźniów tego obozu, ale oczywiście nie mógł tu być długo; jego postawa była bezbłędna, oczy świecące; niespożyta energia. Ponieważ tak samo biegle władał angielskim, francuskim, niemieckim, rosyjskim, jak swoim polskim językiem, stał się nieoficjalnym tłumaczem w obozie.
Przychodziliśmy do niego z problemami wszelkiego rodzaju. Praca administracyjna przyprawiała nas co­dziennie o zawrót głowy, kiedy usiłowaliśmy wysyłać do domów ludzi, których całe rodziny, a czasem całe rodzinne miasta znikły z powierzchni ziemi. Zadziwiają­ce jednak było to, że pomimo iż Wild Bili pracował piętnaście i szesnaście godzin na dobę, to nie wykazywał w ogóle zmęczenia. Podczas gdy reszta z nas opadała z sił, on wydawał się rosnąć w siłę.
- Mamy jeszcze chwilę czasu dla tych starych druhów. Czekają na nas cały dzień - mawiał.
Współczucie dla współtowarzyszy jaśniało na jego twarzy i to była ta jasność, której szukałem, kiedy czułem się załamany. Jakież było moje zdziwienie, kiedy pewnego dnia przedłożono nam dokumenty Dzikiego Billa i jak się okazało, ten człowiek przebywał w obozie Wuppertalu od 1939 roku! Przez sześć lat był tak samo wygłodzony jak inni, spał w tych samych dusznych, chorobotwórczych bara­kach, i to bez najmniejszego uszczerbku na zdrowiu tak fizycznym, jak i psychicznym!
Być może jeszcze bardziej zadziwiające było to, że wszystkie grupy w obozie traktowały go jak swojego przyjaciela. Był tym, któremu powierzano rozstrzyganie sporów pomiędzy więźniami.
Już po krótkim pobycie zauważyłem, że ten kocioł więźniów różnych narodowości nienawidził się prawie tak samo, jak nienawidził swych ciemiężycieli Niemców A Niemców nienawidzono tak dalece, że w pewnym obozie po wyzwoleniu zdrowsi więźniowie pochwycili za broń, pobiegli do najbliższej wioski i wystrzelali pierwszych napotkanych po drodze Niemców. Byliśmy zobowiązani do zabezpieczenia przed tego rodzaju ekscesami, i znowu Wild Bili był naszym nieocenionym pomocnikiem, rozmawiał z różnymi grupami, nakłaniając ich do przebaczania.
- Dla wielu z nich nie jest łatwo zapomnieć - powiedział pewnego dnia, kiedy przygotowywaliśmy herbatę w kuchni. - Niektórzy utracili wszystkich członków rodziny. Wild Bili usiadł na krześle i wolno popijał kawę. - Mieszkaliśmy w żydowskiej dzielnicy Warszawy - rozpoczął spokojnie. Były to pierwsze słowa, jakie mówił o sobie. - Z żoną, dwiema córkami i trzema chłopcami. Kiedy Niemcy doszli do naszej ulicy, postawili wszystkich pod ścianę i rozstrzelali z karabinów maszynowych Błagałem ich, aby rozstrzelali mnie razem z rodziną, ale ponieważ mówiłem po niemiecku, dołączyli mnie do grupy robotników. Przerwał na chwilę, być może ujrzał znowu żonę i pięcioro dzieci. — W tym momencie stanąłem przed decyzją — kontynuował — czy mogę pozwolić sobie na znienawidzenie żołnierzy, którzy tego dokonali. Była to naprawdę niełatwa decyzja. Byłem prawnikiem. W mojej praktyce zbyt często widziałem, co może nienawiść dokonać z umysłem i ciałem. Nienawiść przecież zabiła sześć osób, które były dla mnie najważniejsze na świecie. Zdecydowałem się wreszcie spędzić resztę mojego życia - czy to ma być kilka dni, czy wiele lat - kochając każdą osobę, z którą się spotkam. Kochanie każdej osoby... to była ta siła, która trzymała człowieka w formie pomimo jego przeżyć.

To jest ta miłość, do której mamy dążyć. Pomimo wszystko. Miłość jest decyzją. I dobrem. W każdych warunkach.

czwartek, 28 lutego 2013

Pietruszka

Niewyraźna mina.
Czy coś cię boli?
Nie.
Czy boli cię życie?
Boli..? Nie, nawet nie.

Trudno nazwać bólem coś, co jest tylko chłodem. Obojętnością. Spisaniem na straty.
Po nocach śniła, że ktoś ją obejmuje i przytula, i tak zasypiają. 
Budziła się sama. 
Chodziła na uczelnię sama. Na zajęciach siedziała sama. Sama robiła zakupy, sama jadła i samotnie spędzała wieczory. Wśród ludzi, lecz nie z nimi.
Staczała się w ponurość myślenia, traciła radość, tak, na własne życzenie. Może chciała... chciała wyłączyć się z życia. Zaangażowanie jest fajne, jeśli przynosi skutki, ale jeśli włożysz zbyt wiele emocji w coś co nie daje efektu... Marzyła o tym, by wyłączyło się wszystko. Póki co udało się wymazać zainteresowanie i entuzjazm, może za niedługo pozbędzie się też tych głębszych uczuć. I będzie jak warzywo. Jak seler albo pietruszka. Nudne, ale odporne.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Marzenie

Rozmywa się
Beznamiętność
Marszczę brew usiłując zrozumieć

Myśli
Jedna na drugiej
Jedna pod drugą
Trzy obok siebie
Wszystkie oddalone

Kim jesteś?
Wiem - nie wiem
Znam - nie znam
Introspekcja w dżungli neuronów

Pozory
Pazury rozrywające skórę
Bliskość niefizyczna
Nędzna namiastka
Tego co prawdziwe
Papier zamiast chleba

Czy wiesz?
Czy wiesz kim jesteś?
Czy widzisz swój obraz?
Czy możesz go zmieniać?

W galerii portretów
Znaleźć swój
Upewnić się, że istnieje

Marzenie

piątek, 15 lutego 2013

Przyszłości nie było

Chciała się zahibernować.


Na półce stała książka. John Powell "Jak kochać i być kochanym".

Okrutna kpina. Na to nie było przepisu. Albo nadajesz się do kochania, albo nie. Albo umiesz kochać, albo nie. Albo ktoś, ktokolwiek, może cię pokochać, albo nie. Psychologiczne gadki - szmatki, twierdzące, że można to zmienić to bzdura. Jesteś felerna, to jesteś.

wtorek, 22 stycznia 2013

Samokontrola

Zadziwiało ją czasem to dopasowanie - a to słów pastora, a to przeczytanego fragmentu Biblii, a to tematu Kid Stuff'u albo grupy studenckiej... Szła sobie, z jakimś problemem, bez nawet nieśmiało przemykającej myśli o rozwiązaniu, i bach! Jakby jej ktoś tuż przed nosem postawił znak drogowy. Chociaż właściwie, czy to takie dziwne... odkąd uwierzyła coraz mniej ją dziwiło.

W tym miesiącu właśnie to pojęcie - samokontrola, było przybliżane dzieciom w kościele.
Samokontrola, czyli przedkładanie tego, co się powinno nad to, czego się chce.

Oczywiście, w kontekście psychologicznym brzmi to strasznie patologicznie. Znaczy: można tak to usłyszeć. Ale jeśli pod "to, co powinno się" podstawi się "to, co dobre i budujące, nie zawsze przyjemne", a pod "to, czego się chce" - "zachcianki" - wygląda to już inaczej. 
Samokontrola wymaga zdecydowania, siły. Przynosi owoce, rozwój, spokój, ale nie od razu. Czasem trzeba zrezygnować z czegoś nie wiedząc, co będzie dalej, nie umiejąc sobie tego nawet wyobrazić. Ale pierwsze potwierdzenia, że był to dobry krok, wzmacniają - charakter i decyzję. Pozwalają kontynuować działania, które się rozpoczęło/zaprzestało/ograniczyło, mimo wahań, które, rzecz jasna, gdzieś po drodze się zdarzają.
Najtrudniej jest zacząć, dać dojść do głosu myśli, że to ja jestem odpowiedzialna/y za swoje życie, za swój czas, za wybory, za to czy wzrastam czy się cofam. Uświadomić sobie, że nawrócenie to nie tylko powiedzenie Bogu - kocham Cię. Tak jak powiedział Jezus do kobiety przyłapanej na cudzołóstwie: "Idź, a od tej chwili już nie grzesz!" (J 8,11). Miłość to nie tylko uczucie, ale i postawy. Jeśli mówi się kocham, to trzeba być też świadomym tego konsekwencji i zobowiązania. Nie można być wiernym mężem zdradzając na prawo i lewo. Nawrócenie - to odwrócenie się od tego co złe. Niestety, to co gubi, często bywa to też przyjemne, fajne, powierzchownie. Ale nie ma odwrotu. Trzeba być zimnym albo gorącym.

Samokontrola to wzięcie sterów życia w swoje ręce i zamiast bezwolnego dryfowania - nakierowanie go na Cel. To trzymanie ciągle tych sterów, nieprzerwane czuwanie, uważność na wskazówki i przeszkody. To niełatwa sprawa. Ale dobra.

czwartek, 17 stycznia 2013

Najłatwiejsze wyjście

Niektórzy twierdzą, że samobójstwo to pójście na łatwiznę. Że to ucieczka przed odpowiedzialnością i dojrzałością, przed trudnościami codzienności. Samobójstwo - właściwie w ten sposób mówi się o tych, którzy próbowali, ale im się nie udało. Oni to już w ogóle mają przechlapane, bo nie dość, że uciekają, to jeszcze nieudolnie... A ci, co już przestali, no, uznaje się, że po prostu wrócili na dobrą drogę. Ale i tak są porąbani, no bo przecież to nie znika.
Denerwowały ją takie osądy. Ze swojej perspektywy natomiast mogła tylko powiedzieć, że:

  1. Podjęcie decyzji o zrobieniu sobie krzywdy, odebraniu sobie szansy na lepsze życie, nie jest prostą sprawą. Pomijając kwestie, że myśli się o reakcji rodziny, autodestrukcja jest WBREW naturze, jest mnóstwo mechanizmów obronnych. Poza tym, każdy kto się na to decyduje ma choć mglisty przebłysk, że jest możliwe, że gdyby tego nie zrobił to, przynajmniej hipotetycznie, mógłby lepiej żyć. I że ucina sobie drogę. Tyle, że w rozrachunku przebłysk vs ciemność - ta druga okazuje się wyżej punktowana. To nie jest łatwa decyzja. Nie zasługuje na uznanie - chodzi tylko o to, że nie jest to takie najprostsze rozwiązanie.
  2. Ci, którzy tylko próbowali. Oddzielna kwestia. I ryzykowna decyzja. Dla wielu ludzi nie śmierć jest celem - jest nim skierowanie na siebie uwagi otoczenia, zyskanie pomocy, powiedzenie "nie wiem już co robić, ale może wy coś zróbcie". Ryzyko polega tu na cienkiej granicy między tym i drugim światem. Chcąc otrzymać pomoc ryzykują życie, muszą to brać pod uwagę. Często się z nich drwi. Że jak można być tak nieskutecznym, podsuwa się im metody skuteczne, i notabene skłania przez to (często) do bardziej radykalnych działań. Jeśli naprawdę jesteś taki nieszczęśliwy, to proszę, jest pociąg. Nie chcesz? Ha, wiedziałem że jesteś zwykłym histerykiem, symulantem. Nie cierpisz naprawdę. I znów - nie jest to dobra metoda, ale każdy posługuje się tym, co ma. Ile razy zdarzyło przy braku młotka używa się kombinerek? jakość nie ta sama, ale efekt podobny, albo - przynajmniej jakiś. Ktoś, kto popełnia próbę (nie: samobójstwo) wie, że może się liczyć z trudnym odbiorem otoczenia, ale potrzeba uwagi jest zbyt duża. Przegrywa z nią, nieraz pojawia się poczucie porażki, lęk przed innymi. Ale jeśli nie umiesz inaczej - zdecydujesz się na to. To też nie jest łatwe.
  3. I ostatnia kategoria. Ci, którzy samobójstwa się wyrzekli. Może dostrzegli, że jest dobro w świecie, że mają szansę, że mogą przejść różnego rodzaju trudności. Pięknie, łatwo i przyjemnie? Pozory. Tu jest dopiero trudność, może nie u wszystkich, ale u części na pewno. Mówi się tak: "można wybaczyć, ale nie zapomnieć". A w pewnym filmie bohaterka mówiła, że jeśli ten pomysł zaistnieje w głowie jako wyjście, to już nim pozostanie. Co to oznacza? Że w każdej trudnej sytuacji, poszukując drogi wyjścia, on się pojawia. Trudnych sytuacji jest bez liku. I za każdym razem trzeba podejmować najbardziej wyczerpującą walkę - z samym sobie. To jest nieustanne zmaganie się, którego sens potwierdzają czasem bardzo krótkie i rzadkie chwile szczęścia. Ale jednak zdecydowałeś, więc unosisz głowę, zaciskasz zęby i idziesz wciąż i wciąż, przedzierasz się przez tą dżunglę... Mówi się czasem o kimś, że ma siłę charakteru i wolę walki. Ale w odniesieniu do kogoś po próbach? Nie... on się po prostu poprawił, ale słabym był, jest i będzie.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

To działa!

Modlitwa naprawdę ma moc..!
Strach pomyśleć, co by było, gdyby rzeczywiście codziennie czytała Pismo. Ale postanowiła, że zacznie, będzie, to trudne, jednakże widziała taaakie działanie Boga za każdym razem, gdy do niego sięgała, że, no nie miała wyjścia.
Szła dziś na zajęcia pewna katastrofy. Na migowym miała zostać prześwięcona za nadwyżkę nieobecności i, delikatnie mówiąc, niezbyt dobrą znajomość znaków. Przed wyjściem miała się jeszcze pouczyć, ale tak jakoś pomyślała - "raz kozie śmierć, pomodlę się". Niewiele zrozumiała z fragmentu na który trafiła, ale - mówi się trudno. Po przyjściu na uczelnię okazało się, że jest egzamin, taka niespodzianka. Dla usprawiedliwienia, nikt o tym nie wiedział. Co ciekawe jednak, zdawany był w grupach i koniec końców - zaliczyła. I to tak, że była bardzo szczęśliwa. Później prowadzenie ćwiczeń z treningu samodzielności, też na zaliczenie. Jakoś poszło. To akurat nieważne. I jeszcze jedna cudowna niespodzianka po powrocie - mail od prowadzącego ćwiczenia ze społecznej, że nie będzie musiała w ramach odpracowania nieobecności pisać dużej i trudnej pracy, jak wcześniej zapowiadał, a tylko przygotować się z jednego z tych tematów i przyjść do niego na dyżur... Może to nie brzmi jak wielkie udogodnienie, ale w kontekście ilości przedmiotów na dwóch kierunkach i pisania pracy dyplomowej - to NAPRAWDĘ duża rzecz. Ulga, po prostu. Wróciło jej poczucie, że może to zrobić - zaliczyć kolejną podwójną sesję. Nie odpuszczała.
Zdarzyło się też w godzinach porannych coś, co wywołało uśmiech na jej twarzy. SMS: "Już nie siedzę i nie narzekam. Wziąłem los w swoje ręce. Dzięki Tobie." Coś, czego brakowało jej od bardzo dawna.
Krótkie poranne uwielbienie i lektura Pisma. I tyle wspaniałych rzeczy. Chyba za każdym razem gdy tak zaczynała dzień działy się niezwykłe rzeczy.

Przy okazji zajęć, na których jedno z ćwiczeń pokazywało opory przed dotykiem - uświadomiła sobie, jak daleką drogę w tym przeszła. Dwa, trzy lata temu na dotyk reagowała jak na wrzątek, o przytuleniu nie było mowy. Teraz nieraz sama wychodziła z inicjatywą, i było to tak naturalne, że nawet tej zmiany nie zauważyła.

sobota, 12 stycznia 2013

Zło kica po świecie, powiem Myśliwemu.

W którą stronę idzie świat? Jak zmieniają się ludzi i ich wartości?

Był taki czas, gdy bardzo się bała. Po prostu widziała dużo zła. Właściwie, dostrzegła wcześniej pomijane i bagatelizowane miejsca, w których miewa siedlisko, gdzie jest lokowane. Muzyka, media, show biznes, a dalej - różnego rodzaju produkty i mody na stosowanie pewnych symboli, które nie każdy rozumie, co nie zmienia faktu, że są groźne. Do pewnego momentu i ona twierdziła, że jak to, że to nie może być złe, no przecież jakie działanie może mieć kilka przecinających się kresek? Albo układ palców? Jakieś tam liczby, figury... no przecież co w tym złego? A jednak. Przestała tak myśleć. Czemu? Po części to kwestia uzyskania informacji, po części po prostu odczucie tego zła. Nie umiała tego wyjaśnić, podobnie jak tego, jak to się stało, że uwierzyła. Dla niej było to oczywiste, ale nie umiała tego wytłumaczyć. W każdym razie zauważenie tego zła sprawiło, że zaczęła się bać. Wydawało się, że może ono wniknąć w każdą sferę życia, prowadząc do zepsucia i zapadnięcia się wszelkiego dobra... Wydawało jej się, że nie sposób się nie ugiąć w starciu z taką siłą, i że wiara w Boga czy po prostu dążenie do bycia dobrym, moralnym, z zasadami to coś co lada chwila zaniknie... Kilka dni przeżyła w permanentnym stresie, dopóki nie otrzymała spokoju i zwyczajnie nie zaufała, że ma wystarczającego Obrońcę.
To było kilka miesięcy temu. A teraz? Zaskakujące okazało się, jak wielu ma wokół siebie ludzi, z przeróżnych środowisk, którzy głęboko wierzą. Rozmawiała z kimś, kto NAPRAWDĘ nie wyglądał jak stereotypowy katolik (tj. oazowicz/moher/golf/spódnica do kostek), i gdzieś w międzyczasie słyszała jego historii, nieraz naprawdę niezwykłej, albo okazywało się, że kieruje się radykalnymi zasadami w życiu... Że czuje, że jest kochany, i sam z tym wychodzi do ludzi. Naprawdę, serce rośnie i można z nadzieją patrzeć do przodu.
Nie zaczęła myśleć, że zła nie ma - było, przekonywała się o tym każdego dnia - a to artykuł o pochodzeniu Hell-o Kitty, a to kolejny obejrzany teledysk Rihanny czy Lady Gagi, a to jakiś wywiad, newsy i tak dalej. Ale poza tym jest potężniejsza Siła. Rachunek wychodzi na plus - oczywiście nie tak ot sobie. Ciągle jest mnóstwo ludzi którzy nie wiedzą (nie wierzą), i tak naprawdę zadaniem tych, którzy już zostali "dotknięci" jest wychodzenie do nich. To prowadzi do dobra - uświadamianie i kochanie - nie bycie tylko dla siebie. W sumie złemu teraz o to chodzi, żeby siedzieć w swoim, martwić się o siebie, zostawić resztę świata swojemu losowi. Tak, to niezły pomysł. Ale nie można mu się dać. Za to - trzeba dać, dawać - świadectwo, czas, zrozumienie, akceptację, wiedzę. I wiele więcej. I tak się zwróci.

czwartek, 10 stycznia 2013

Myśli różne

Już po północy.
Powinna była spać, nazajutrz kolokwium na zaliczenie jednego z miliona przedmiotów. Ale jakoś... czekała. Nie spała i czekała na coś, nie wiedziała na co.
Myślała, poruszając się w jakimś niebycie.
Myślała, że ma niesamowite szczęście do ludzi. Nagle niepokojące sytuacje czy stany rozwiązują się dzięki, wydawałoby się, zupełnie obcym ludziom, spotykanym raz w tygodniu na próbie, z którymi tak naprawdę nie udało jej się jeszcze nawiązać kontaktu. A jednak. Ktoś czuwa.
Myślała, że czasem też ma pecha do relacji. Może ich nie rozumie. Może to kwestia cierpliwości. Albo zdecydowania.
Myślała o tym, czy miłość ma jedno oblicze czy też wiele. Czy jest kontrolowalna, a jeśli nie, to dlaczego - z niedostatku woli czy też ze względu na wysoki stopień "prawdziwości". Czy można wykluczyć z niej jakiś czynnik.
Myślała o tym... i owym.
O tym, jak role przyjmowane w dzieciństwie wpływają na zachowanie w dorosłości, na charakter czy osobowość, jak zwał tak zwał.
Myślała, na ile  się odsłania, znów.
Myślała o tym, że po drugiej stronie sieci ktoś jest, i kim są ci ludzie.
Myślała o globalnym ociepleniu i tym, że podobno to wcale nie tak. Wiele zresztą spraw jest tak naprawdę "nie tak". Tylko my je rozumiemy w jakiś sposób, ale to niepełne rozumienie, jak ogarnąć całościowo globalne zjawiska, albo człowieka, albo relacje? Zawsze zostanie coś nieodkrytego...
Myślała też... że jednak pora odpocząć.