poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Szczęśliwa wyliczanka

Kiedy była naprawdę szczęśliwa? Podjęła wyzwanie. Postanowiła na to odpowiedzieć.
Kiedyś powiedziałaby, że nie wie co to znaczy. A teraz?
Teraz właściwie ciągle czuła się szczęśliwa. Może dlatego, że po prostu dobrze się ze sobą czuja i siebie polubiła. To baza - ale były jeszcze elementy "ekstra", kiedy szczęście z niej wręcz wyłaziło - to wtedy gdy:
  • odkrywała nową muzykę i dawała się jej porwać
  • obserwowała światła miasta nocą;
  • była w towarzystwie osób którym ufała i które jej ufały, wiedziała, że takie istnieją, i zaistnieją;
  • myślała o przyszłości i pracy jaką zamierzała podjąć - po studiach;
  • siedziała w kuchni z bratem, siostrą, mamą - rozmawiając
  • mogła komuś pomóc w zgodzie ze sobą;
  • tworzyła biżuterię i wychodziło coś, w czym można wyjść na ulicę
  • widziała radość, której była źródłem
  • i tak dalej, i tak dalej..
Wtedy była NAPRAWDĘ szczęśliwa, choć właściwie jak można być nie - naprawdę szczęśliwym? Szczęście jest różne, nagłe i intensywne, delikatne jak fale oceanu, kołyszące i stałe, w drobnostkach i w wielkich rzeczach, składających się z drobnostek. Nie ma co za nim gonić, ale można je czerpać w niemal każdej chwili... jeśli się tego nauczy.
Była szczęśliwa, bo wiedziała, co ją uszczęśliwia, skąd to brać i jak nie dopuścić do zbyt dużego niedoboru.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Obroń mnie, nie umiem

Jej pancerz był jeszcze zbyt słaby: jak to w pewnej książce przeczytała, nie umiała odpowiednio szybko i szczelnie zamknąć bram przed atakiem. No i nie umiała, i co. Tragedii nie ma. No, chwilami ciężko było żyć pod jednym dachem z emocjonalnym wampirem... Ale co miała zrobić? Próbowała grać uczciwie i asertywnie, w miarę rozsądnie. Złość się pojawiała, a jakże, ale umiała ją okiełznać i wypuścić w cywilizowany sposób. Tylko to bez sensu. Zbijała jeden argument, a nagle okazywało się, że to coś kompletnie odwrotnego, i to z niej próbuje się zrobić tę głupią... Tę gorszą - wobec mamy? Czyżby znów siostrzana rywalizacja? Ale jeśli ona wcale nie chciała w niej uczestniczyć? Już jej to nie bawiło, znała swoje mechanizmy, wiedziała, że do niczego nie prowadzą. Jednak była tylko jedną stroną w konflikcie, a na drugą nie miała wpływu.
Trudno. Podobno ćwiczenie czyni mistrza- więc sądząc po częstotliwości "treningów", niedługo miała się nim stać - mistrzem chowania się, samokontroli, samotności i poczucia niesprawiedliwości. I uciekania przed kontaktem z wampirem. Jak najdalej

wtorek, 24 sierpnia 2010

Głosy w głowie

Cichy, trujący szept.

...Nie możesz być zadowolona z siebie, no weź popatrz, znów przytyłaś!
...Myślisz, że jak udało Ci się pozbyć 10 kilo, to już na zawsze? 
...Myślisz, że to wystarczy? 
...Jesteś na granicy normy, i naprawdę łudzisz się, że wyglądasz dobrze?
...Jesteś aż tak ślepa? 
...Tam wałeczek i tu, znikasz w tym, roztapiasz się. 
...Nikt cię nie zauważy.
...Nikt cię nie polubi.
...Nikt nie pokocha

piątek, 20 sierpnia 2010

Mamo, zaopiekować się Tobą?

Mijały kolejne godziny wakacji... Traciła już rachubę, który to dzień? Czas niezauważalnie prześlizgiwał się przez palce. Nawet jej to odpowiadało, powiedzmy. Wiadomo, wolałaby rozróżniać dni dzięki spotkaniom z ludźmi, jakimś ciekawym, różnym zajęciom. Ale nie spinała się. To jej naczelna zasada: po co niepotrzebnie zużywać energię na martwienie się, buntowanie etc.

Wyrosła już ze spędzania czasu z mamą. Nie bawiło jej to. Było na swój sposób cenne, ale nie wystarczające. Chciała się sprawdzić w relacjach równych, jednoznacznych, nie zdeterminowanych więzami rodzinnymi. Może gdyby jej rodzina była zdrowsza... Jednak tu każdy był jakoś uzależniony od kogoś innego, miał jakieś metody, wyobrażenia, schematy działania. Powinności.

Pewnego dnia doszła do wniosku, że trudności, jakie napotyka w relacji z mamą, jej konflikt wewnętrzny, to nic innego jak dylemat. Dylemat: czy ma zastąpić jej męża: dać oparcie, wysłuchać, wynagrodzić to, co z nim przeszła, czy może być Dzieckiem. Kiedy mama chce się wyżalić, wygadać, wylać emocje, które w niej kipią - jak zareagować? Mogła pomóc jej albo obronić siebie.
Jedną z rzeczy których nie lubiła w sobie było przejmowanie cudzych emocji. Taka skrzywiona empatia. Zamiast rozumieć czyjeś uczucia i na nie reagować, ona je absorbowała. Czyli to nie było na przykład współczucie, tylko uczucie beznadziejności i przymus pomocy.
Ale może to też był jakiś Sposób.

Z ojcem była inna sprawa. Uderzając w mamę, uderzał w całą rodzinę. Naczynia połączone. A to znaczy, że uderzał też we nią, do czego długo nie chciała się przyznać. Jak rozwiązać problem, do którego nie chce się przyznać, któremu się zaprzecza? A przecież zaprzeczanie go nie wymaże, nie sprawi, że zniknie. Podświadomość dalej funkcjonowała. Radziła sobie jak umiała - np: zmuszała do rozwiązania tego problemu jako problemu kogoś. Łatwo jest doradzać innym jak wychować dziecko, ciężej zrobić to ze swoim "wewnętrznym". Ale czasem... można w ten sposób pomóc i sobie. Przygotować się do ostatecznego starcia.
Twarzą w twarz.

sobota, 14 sierpnia 2010

Teatr lalek

Manipulacja.
Większość ludzi zapytanych, czy myślą, że reklamy na nich działają powie, że nie. Mimo że wiedzą jaka jest siła reklam, wiedzą, że ludzie im ulegają, uważają siebie za wyjątki. Za osoby, które nie dają się zmanipulować.
Nie każdy wie, co to znaczy.
Podobno ludzie z zaburzeniami osobowości to mistrzowie manipulacji.
Czy mistrzowie, eksperci, może niekoniecznie aż tak. Niektórzy są "lepsi", inni "gorsi". Niektórzy mają to we krwi, inni nie. Niektórzy korzystają z manipulacji celowo, inni podświadomie.

Długo nie zdawała sobie, że pewne jej zachowania miały na celu osiągnięcie czegoś. A czasem wiedziała "co zadziała". Jakich słów użyć, by otrzymać to, na czym jej zależało. Dopiero spojrzawszy z dystansu dostrzegała zniszczenia jakich dokonała. Wiedziała, że utrudniła drogę kilku osobom. Uderzanie w czuły punkt jest korzystne tylko przez chwilę. A właściwie wydaje się takie, bo nie jest wcale dobre. Trzeba nie mieć uczuć, by nie widzieć tego bólu.

Kiedy ktoś i tak doświadczony przez życie, właściwie balansujący na krawędzi być i nie być, nie otrzymuje wsparcia, tylko kolejne ciosy.

Gdy ktoś ledwo wchodzący w życie uczy się, że nie ma szans wygrać, że musi ustąpić. I to wrasta w jego charakter.

Teraz bardziej niż kiedyś odczuwała, jak to jest być poddanym manipulacjom. Przez osobę zdolniejszą niż ona. Osobę, która stawiała pod ścianą wiele osób i działała na wiele frontach. Podporządkowywała sobie ludzi. Chciałoby się wierzyć, że robi to nieświadomie - ale to by było oszukiwanie się. Bo manipulacja może być różna: można jej nawet nie zauważać, a może się wwiercać w mózg bez znieczulenia. Lekka to po prostu kierowanie, ciężka - to tyrania. Lekka to wtedy, gdy pod wpływem kogoś stwierdzasz "tak powinienem zrobić", a ciężka, to gdy wiesz, że jest to złe - ale nie masz wyjścia. Chcesz zachować relację, ale chcesz też zachować siebie, swoją autonomię, zdrowie. Ale musisz wybrać. Co wybrać?To bolesne doświadczenie. Zdecydowała się wybrać siebie. Bo albo straci tę relację (tylko prawdopodobnie) albo będzie w tej relacji usychać, i tak żadnego pożytku z niej nie będzie.
Było tylko jedno wyjście.

środa, 11 sierpnia 2010

Trudne dobre słowa

Chciała mieć jakiś cel, wymierne efekty działań, możliwość ich zmierzenia. Albo inaczej: szukała potwierdzenia, że sens, który ona widzi, jest dostrzegany również przez innych. Jej własne, rodzone- wieczne porównywanie, odnoszenie do innych, zasługiwanie na uwagę było oczywiście momentami dość kłopotliwe i utrudniało jej życie, może powinna robić coś bardziej dla siebie? Jednak musiała dla innych, bo potrzebowała usłyszeć: to dobrze, że to/ tak robisz. Z jednej strony to ciągła potrzeba akceptacji, z drugiej chyba też zdroworozsądkowe podejście, by nie zagubić się w bezsensownych działaniach.
Powoli odchodziła od modelu, gdy krytyka jednej osoby powodowała koniec świata. Ale usłyszeć słowa "dobrze robisz"- bezcenne. Dzięki nim to co robiła - nie, nie nabierało sensu, bo sens już był, ale stawał się on bardziej wyraźny, barwniejszy.
Słowa "doceniam", "podziwiam", "lubię w Tobie", "jest ok", "dziękuję"- tak proste, ile kosztuje wypowiedzenie ich? Czemu tak ciężko przechodzą przez gardło tylu ludziom? Nieraz zapomniane, a przecież mogą rozświetlić pochmurny poranek, mogą rozniecić iskrę, pomóc... O ile świat byłby lepszy, gdybyśmy potrafili je wypowiadać- i o ile, gdybyśmy też potrafili je przyjąć..?

piątek, 6 sierpnia 2010

Następny etap

Nie mogła spać. W głowie kłębiły się miliony myśli. Tyle rzeczy do zrobienia, tyle spraw do przemyślenia, tyle szczegółów, które trzeba dopracować.
Coraz trudniej było jej mówić na terapii, coraz mniej miała do powiedzenia. Nie to, że nie chciała, nie miała zaufania, albo coś chciała ukryć. Chyba po prostu coś się skończyło.
Tak jak wychodząc z 7F w Krakowie miała poczucia zamknięcia jakiegoś etapu, tak i teraz myślała, że czas na zmiany.
Rozmowy z terapeutką niewiele już dawały, potrzebowała czegoś innego.
Kraków to było wprowadzenie do tematu - wylazła ze skorupki, z owodni, która zaczęła już jełczeć. Przekonała się, że ma wpływ na swoje życie, że to ona podejmuje decyzje. Że nie ma co się cackać, tylko trzeba brać się żwawo do roboty. To był taki prztyczek w nos.
Terapia z p. K. utwierdziła ją w tym, dała poczucie zaopiekowania i większy wgląd w relacje rodzinne. Nazwałaby to momentem stabilizacji. Poczuła, że może czuć się bezpiecznie z psychologiem, że terapia przynosi efekty. Ale jednak relacja tylko z terapeutą była dość ograniczająca. Mogła mówić mu, jakby nie było, tylko to, co chciała i tak jak chciała - on postrzegał to tylko tak, jak mu przychodziło do głowy, bez zewnętrznej weryfikacji. Nawet bez świadomości mogła go oszukać. A on był tylko człowiekiem, nie jasnowidzem.
Nadszedł już czas na terapię grupową. Regularną, z RR.- jej znienawidzoną ulubioną terapeutką, z nowymi ludźmi. Drugiej szansy nie chciała już przepuścić tak łatwo, jak wcześniej.