Bez znieczulenia.
To nie jest jak ucięcie sobie ręki. To rozcinanie samych wnętrzności.
Najgorzej, gdy uświadamiasz sobie jakim jesteś zjebem i że to tylko z twojej winy ludzie odchodzą. Albo nie przychodzą. Że mechanizmy rządzą twoim życiem, nie ty sam. Mówisz sobie "jestem ok" by za chwilę się ochrzanić, i tak wciąż i wciąż, naprzemiennie. Wiesz, że myślenie o sobie jak o psycholu i przypadku beznadziejnym tylko pogrąża, ale zamiast zacząć lepiej o sobie myśleć zaczynasz biczować się nie tylko za to, że nim jesteś, ale, też za to że tak się określasz. Nie widać końca.
Męczysz ludzi ciągłymi huśtawkami i niezdecydowaniem, a co najgorsze - uzależnianiem się od nich. Nie można ciągle kogoś ratować. Nie chcesz by ktoś cię ratował, zresztą. Ale ciągle biegasz do mamy, do przyjaciółki, do chłopaka. Taka nieporadność, żeby ktoś cie poniósł przez chwilę. Ale tak się nie da. To taka - nierzeczywistość.
sobota, 29 grudnia 2012
piątek, 28 grudnia 2012
Jak.
Są Dobre rzeczy i Dobre decyzje. Tak, istnieją. Powie to jeszcze 30 razy i w to uwierzy.
Taki tam żarcik. Nieśmieszny. Są Dobre rzeczy.
Problem polega na tym, by w wirze zdarzeń, w tym labiryncie i czasem walce żywiołów ROZEZNAĆ. Rozeznać prawidłowo. Proste? Ani trochę. Często chodzi o wybór między własnym szczęściem a czyimś, między tym co się widzi a tym co ktoś mówi, między subiektywnym i obiektywnym oglądem sytuacji, między uczuciem a rozumem, między tym co ludzkie i tym co boskie.
Może nie dość dobrze słuchała, co mówi Ten na górze.
Była zbyt miękka - tak też być może. Tak, osoba która jej nie zna mogłaby tak stwierdzić. Na zewnątrz nie widać statystyk rozegranych bitew wewnętrznych. Nie widać drogi jaką ktoś przeszedł. Jest taki cytat, który lubiła.
Jest siła i siła. Nie uważała, że można stwierdzić że ta jest więcej warta, a tamta mniej, tylko na podstawie tego co widać na pierwszy rzut oka.
Ciekawa była, co by powiedzieli ludzie wiedząc w czym tkwi. Trzymanie się dla wielu osób w jej sytuacji byłoby niemożliwe, tak podejrzewała. Jakoś... sama nie wiedziała w jaki sposób daje radę. Chyba tylko mocą Boga. Tylko dzięki niej. A może dlatego że miała jakiś kawałek masochistki w sobie.
Dzień przed Wigilią siedziała w kuchni z rodziną, przygotowując to i owo. Ogarnął ją wtedy taki niepokój, wielki niepokój. Jakieś takie rozedrganie wewnętrzne. Miała poczucie, że zbliża się katastrofa, taka życiowa, ale za nic nie była w stanie wyobrazić sobie czym miałaby ona być.
Trudna noc.
Miała ochotę na jakiś radykalny krok. No bo jak nie ma wyjścia to dla niej jedno pozostaje. Ale nie zrobiła tego. Żadnych głupich decyzji. Niestety usuwając to rozwiązanie z pola uwagi pozostała z niczym. I chyba tak to będzie wyglądało. Położyła się do łóżka i postanowiła nie wychodzić z niego póki nie zaczną się zajęcia na uczelni.
Aha. Święta były całkiem miłe.
Taki tam żarcik. Nieśmieszny. Są Dobre rzeczy.
Problem polega na tym, by w wirze zdarzeń, w tym labiryncie i czasem walce żywiołów ROZEZNAĆ. Rozeznać prawidłowo. Proste? Ani trochę. Często chodzi o wybór między własnym szczęściem a czyimś, między tym co się widzi a tym co ktoś mówi, między subiektywnym i obiektywnym oglądem sytuacji, między uczuciem a rozumem, między tym co ludzkie i tym co boskie.
Może nie dość dobrze słuchała, co mówi Ten na górze.
Była zbyt miękka - tak też być może. Tak, osoba która jej nie zna mogłaby tak stwierdzić. Na zewnątrz nie widać statystyk rozegranych bitew wewnętrznych. Nie widać drogi jaką ktoś przeszedł. Jest taki cytat, który lubiła.
Sile nie zawsze towarzyszy odwaga i odwrotnie, słabość nie musi być tchórzliwa.
Ciekawa była, co by powiedzieli ludzie wiedząc w czym tkwi. Trzymanie się dla wielu osób w jej sytuacji byłoby niemożliwe, tak podejrzewała. Jakoś... sama nie wiedziała w jaki sposób daje radę. Chyba tylko mocą Boga. Tylko dzięki niej. A może dlatego że miała jakiś kawałek masochistki w sobie.
Dzień przed Wigilią siedziała w kuchni z rodziną, przygotowując to i owo. Ogarnął ją wtedy taki niepokój, wielki niepokój. Jakieś takie rozedrganie wewnętrzne. Miała poczucie, że zbliża się katastrofa, taka życiowa, ale za nic nie była w stanie wyobrazić sobie czym miałaby ona być.
Trudna noc.
Miała ochotę na jakiś radykalny krok. No bo jak nie ma wyjścia to dla niej jedno pozostaje. Ale nie zrobiła tego. Żadnych głupich decyzji. Niestety usuwając to rozwiązanie z pola uwagi pozostała z niczym. I chyba tak to będzie wyglądało. Położyła się do łóżka i postanowiła nie wychodzić z niego póki nie zaczną się zajęcia na uczelni.
Aha. Święta były całkiem miłe.
wtorek, 4 grudnia 2012
Psychosomatyka
Nie mogła nic przełknąć. Na myśl o jedzeniu robiło jej się niedobrze.
Bardzo, bardzo się bała.
Bardzo, bardzo się zawiodła. Na sobie, na przyjaciołach, na swoich potrzebach, oczekiwaniach i zaufaniu.
Na szczęście miała dzień-w-biegu, brak czasu i na myślenie, i na jedzenie. Bóg w tym wszystkim był i czuwał, choćby myślała, że jej pęknie klatka piersiowa na pół. I choćby Go nie widziała. I ma plan - pewnie bardzo różny od jej planu, albo bardzo ambitny, Bóg w końcu jest ambitny, a ambicja często oznacza, że coś może być trudne do przyjęcia, ale na pewno owocne.
Bardzo trudno wybrać, co jest lepsze... być szczerą i uczciwą wobec siebie i innych i nie narażać swojej psyche na zniszczenie przez trzymanie, jak to mówiła jej ukochana terapeutka, trupków w szafie, czy zorientować się totalnie na potrzeby i rozumienie sytuacji innych? Chciała jednego i drugiego, ale chyba się nie da... NIE WIEDZIAŁA co ma robić, mogła naprzemiennie śmiać się i płakać, bo tak naprawdę nie ważne co by zrobiła - i tak będzie źle. Dla kogoś. Może dobrze, że wyjeżdżała teraz na parę dni. Może powinna urwać kontakt, ze wszystkimi. Szkoda, że to tylko Poznań, a nie Syberia
Bardzo, bardzo się zawiodła. Na sobie, na przyjaciołach, na swoich potrzebach, oczekiwaniach i zaufaniu.
Na szczęście miała dzień-w-biegu, brak czasu i na myślenie, i na jedzenie. Bóg w tym wszystkim był i czuwał, choćby myślała, że jej pęknie klatka piersiowa na pół. I choćby Go nie widziała. I ma plan - pewnie bardzo różny od jej planu, albo bardzo ambitny, Bóg w końcu jest ambitny, a ambicja często oznacza, że coś może być trudne do przyjęcia, ale na pewno owocne.
Bardzo trudno wybrać, co jest lepsze... być szczerą i uczciwą wobec siebie i innych i nie narażać swojej psyche na zniszczenie przez trzymanie, jak to mówiła jej ukochana terapeutka, trupków w szafie, czy zorientować się totalnie na potrzeby i rozumienie sytuacji innych? Chciała jednego i drugiego, ale chyba się nie da... NIE WIEDZIAŁA co ma robić, mogła naprzemiennie śmiać się i płakać, bo tak naprawdę nie ważne co by zrobiła - i tak będzie źle. Dla kogoś. Może dobrze, że wyjeżdżała teraz na parę dni. Może powinna urwać kontakt, ze wszystkimi. Szkoda, że to tylko Poznań, a nie Syberia
wtorek, 27 listopada 2012
Łk 1,26-38
Burze z piorunami. Kataklizmy. Co to były za dni.
Ale Bóg jest wielki. I ma sens to, co mówi. I ma sens rozmowa z Nim.
Nie była na zajęciach. Stwierdziła - po co, i tak nic nie umie, kolejny obszar w życiu, w którym okazuje się beznadziejna. Troszkę więc czasu miała, a jakże. Pomyślała - straszna dupa, parę nadprogramowych minut - może by się tak POMODLIĆ? Jak trwoga.., nie? Miała wprowadzać codzienne osobiste uwielbienie, tak. I szło jej to jak krew z nosa. Tego dnia się ogarnęła.
Tym razem postanowiła nieco odejść od dotychczasowego porządku i wziąć na warsztat losowy fragment. Padło na opis zwiastowania w Ewangelii Łukasza. Pomyślała: ech, nic ciekawego. No, kulą w płot. Tyle razy to przerabiałam, NUDA.
Po czym spojrzała:
I tak jej się dobrze zrobiło, że jest Ktoś kto ciągle czuwa, nawet gdy sytuacja przerasta i przeraża. Wciąż jest i pamięta, i broni, i obdarza, i napełnia, i KOCHA. Nie jakoś tak masowo-taśmowo, ale osobiście, wyjątkowo.
A kilka godzin później przyszła myśl, Jego myśl. Że to, co postrzega jako zmienione, to wciąż to samo. Jota w jotę. Że co, skoro jakiś szczegół się zmienił to i szerzej rozumiane podejście, zachowanie ma się zmienić? Czemu to, co było czyste ma przestać takie być? NIC SIĘ NIE ZMIENIŁO, więc przestań myśleć po ludzku.
I głaz znikł. Wrócił rozum i spokój. Bóg jest wielki.
Ale Bóg jest wielki. I ma sens to, co mówi. I ma sens rozmowa z Nim.
Nie była na zajęciach. Stwierdziła - po co, i tak nic nie umie, kolejny obszar w życiu, w którym okazuje się beznadziejna. Troszkę więc czasu miała, a jakże. Pomyślała - straszna dupa, parę nadprogramowych minut - może by się tak POMODLIĆ? Jak trwoga.., nie? Miała wprowadzać codzienne osobiste uwielbienie, tak. I szło jej to jak krew z nosa. Tego dnia się ogarnęła.
Tym razem postanowiła nieco odejść od dotychczasowego porządku i wziąć na warsztat losowy fragment. Padło na opis zwiastowania w Ewangelii Łukasza. Pomyślała: ech, nic ciekawego. No, kulą w płot. Tyle razy to przerabiałam, NUDA.
Po czym spojrzała:
"Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z tobą",I pomyślała, tak może trochę nieładnie: o kurna, jest Moc.
"Nie bój się...",
"Duch święty zstąpi na ciebie",
"Moc Najwyższego osłoni cię",
"Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego".
I tak jej się dobrze zrobiło, że jest Ktoś kto ciągle czuwa, nawet gdy sytuacja przerasta i przeraża. Wciąż jest i pamięta, i broni, i obdarza, i napełnia, i KOCHA. Nie jakoś tak masowo-taśmowo, ale osobiście, wyjątkowo.
A kilka godzin później przyszła myśl, Jego myśl. Że to, co postrzega jako zmienione, to wciąż to samo. Jota w jotę. Że co, skoro jakiś szczegół się zmienił to i szerzej rozumiane podejście, zachowanie ma się zmienić? Czemu to, co było czyste ma przestać takie być? NIC SIĘ NIE ZMIENIŁO, więc przestań myśleć po ludzku.
I głaz znikł. Wrócił rozum i spokój. Bóg jest wielki.
poniedziałek, 26 listopada 2012
Potrzebuję... a w sumie to nie wiem.
Ogarnęła ją znieczulica. Jakaś taka obojętność połączona z niechęcią do jakiegokolwiek działania. Tak zwana "wyjebka". Na studia, na jedzenie. Na relacje. Po co się starać. I TAK BĘDZIE ŹLE.
Wiedziała, że to jest równoznaczne z brakiem wiary w moc Boga. Ale nie miała siły, no nie miała.
Kolejny dzień siedziała wieczorem sama. Właściwie cały dzień. Nie było nikogo, z kim mogłaby szczerze porozmawiać. Nie no, może ktoś by się znalazł. Ale i tak traciła zdolność mówienia, werbalizowania. Tak jakby na jej klatce piersiowej leżał głaz. Lada chwila przestanie oddychać. Zanim to się jednak stanie, zdąży zrazić do siebie... wszystkich tych, którzy jeszcze są.
To, że miała problemy nie powinno stać się powodem i usprawiedliwieniem dla oczekiwania, że przyjaciele mogą coś z tym zrobić. Do wymuszania na nich rozmów, gdy sami nie są w najlepszym momencie życia. Nie czuła się sama na siłach, ale... to nic. Wiedziała, że "wyciąganie" kogoś z dołów psuje relacje. Psuje... powiedzmy, zniekształca. Wprowadza nierówność, szczególnie gdy mimo chęci nie mogła się odwdzięczyć, bo po prostu tej drugiej osobie nic nie było potrzeba, albo nie mówiła czego jej potrzeba.
I takie to próby wypośrodkowania. Między mówieniem i niemówieniem. Nie mówić byłoby lepiej dla relacji, ale trzymanie wszystkiego wewnątrz, to też nie najlepsze rozwiązanie.
Wiedziała, że to jest równoznaczne z brakiem wiary w moc Boga. Ale nie miała siły, no nie miała.
Kolejny dzień siedziała wieczorem sama. Właściwie cały dzień. Nie było nikogo, z kim mogłaby szczerze porozmawiać. Nie no, może ktoś by się znalazł. Ale i tak traciła zdolność mówienia, werbalizowania. Tak jakby na jej klatce piersiowej leżał głaz. Lada chwila przestanie oddychać. Zanim to się jednak stanie, zdąży zrazić do siebie... wszystkich tych, którzy jeszcze są.
To, że miała problemy nie powinno stać się powodem i usprawiedliwieniem dla oczekiwania, że przyjaciele mogą coś z tym zrobić. Do wymuszania na nich rozmów, gdy sami nie są w najlepszym momencie życia. Nie czuła się sama na siłach, ale... to nic. Wiedziała, że "wyciąganie" kogoś z dołów psuje relacje. Psuje... powiedzmy, zniekształca. Wprowadza nierówność, szczególnie gdy mimo chęci nie mogła się odwdzięczyć, bo po prostu tej drugiej osobie nic nie było potrzeba, albo nie mówiła czego jej potrzeba.
I takie to próby wypośrodkowania. Między mówieniem i niemówieniem. Nie mówić byłoby lepiej dla relacji, ale trzymanie wszystkiego wewnątrz, to też nie najlepsze rozwiązanie.
środa, 21 listopada 2012
Trudne to... zaufanie
Głowo-rozgardiasz, za jakimiś kratami, których nie da rady samemu pokonać.
Zobowiązanie i chęć pomocy, z równoważną niewiedzą co wolno, a raczej ciągłym przeświadczeniem, że "tego nie". Choć obiektywnie nie ma przeciwwskazań.
Musiała się bardziej skupić na nie sobie, wiedziała o tym. Tylko jak, skoro to naczynia połączone.
Czuła jakby miała wybuchnąć, przez ten konflikt dążenie-unikanie.
Ale tam, jeden wybuch mniej czy więcej.
Najgorzej jest, gdy czegoś nie można wypowiedzieć, uwolnić. To by się jeszcze gorzej skończyło. A może nie.
Znów ogarniała ją fala (auto)destrukcji. To zawsze było "wyjście" w sprawach nierozwiązywalnych.
No właśnie, "wyjście". Natomiast wyjście bez apostrofu to coś odrobinę innego. Jak zwykle - Ktoś, czyli Bóg. "Ale szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane". Przypadkiem usłyszany werset - idealny na ten moment. Po co się martwić o takie "niby-ważne" sprawy, one będą rozwiązane w odpowiednim momencie. Ech, człowiek jest taki słaby, tak łatwo przestaje ufać... a to kluczowa kwestia, przecież.
Zobowiązanie i chęć pomocy, z równoważną niewiedzą co wolno, a raczej ciągłym przeświadczeniem, że "tego nie". Choć obiektywnie nie ma przeciwwskazań.
Musiała się bardziej skupić na nie sobie, wiedziała o tym. Tylko jak, skoro to naczynia połączone.
Czuła jakby miała wybuchnąć, przez ten konflikt dążenie-unikanie.
Ale tam, jeden wybuch mniej czy więcej.
Najgorzej jest, gdy czegoś nie można wypowiedzieć, uwolnić. To by się jeszcze gorzej skończyło. A może nie.
Znów ogarniała ją fala (auto)destrukcji. To zawsze było "wyjście" w sprawach nierozwiązywalnych.
No właśnie, "wyjście". Natomiast wyjście bez apostrofu to coś odrobinę innego. Jak zwykle - Ktoś, czyli Bóg. "Ale szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane". Przypadkiem usłyszany werset - idealny na ten moment. Po co się martwić o takie "niby-ważne" sprawy, one będą rozwiązane w odpowiednim momencie. Ech, człowiek jest taki słaby, tak łatwo przestaje ufać... a to kluczowa kwestia, przecież.
niedziela, 18 listopada 2012
Ktoś obok
Patrzenie na cierpienie bliskiej osoby jest po stokroć bardziej bolesne niż własne problemy.
Niemożność, niewiedza jak pomóc, wesprzeć, wywołuje znacznie większą bezradność - bezsilność, niż w przypadku jakiś osobistych impasów.
Chciała, ale nie wiedziała co może, jak i co powinna zrobić. Żeby tak móc zabrać trochę tego bólu. Nie wiedziała, jak.
Gdyby to chociaż nie było komplikowane przez pewne dodatkowe czynniki, to no, pół biedy, a tak...
Jestem embrionem
W środku po cichu
Zwijam się jak
Ślimak
Nie krzyknę
Udam
Ufam że
To
Tylko
Sen który
W końcu odejdzie
Przestanie boleć
Nie-mnie
Niemożność, niewiedza jak pomóc, wesprzeć, wywołuje znacznie większą bezradność - bezsilność, niż w przypadku jakiś osobistych impasów.
Chciała, ale nie wiedziała co może, jak i co powinna zrobić. Żeby tak móc zabrać trochę tego bólu. Nie wiedziała, jak.
Gdyby to chociaż nie było komplikowane przez pewne dodatkowe czynniki, to no, pół biedy, a tak...
Jestem embrionem
W środku po cichu
Zwijam się jak
Ślimak
Nie krzyknę
Udam
Ufam że
To
Tylko
Sen który
W końcu odejdzie
Przestanie boleć
Nie-mnie
sobota, 17 listopada 2012
Nie pieniądz czyni człowieka
W ciągu ostatniej doby dwa razy przyszła jej do głowy pewna myśl: że pewnie ludzie myślą, no i w zasadzie tak, zdawała sobie z tego sprawę, mogą tak myśleć - że jest wariatką. Że totalnie jej odbiło, mader, i to nie tak ot sobie, depresja, CHAD czy coś, tylko konkretnie jakaś schizo, urojenia i tym podobne.
Pomyślała o tym przy okazji spotkania z siostrą. Widziały się przelotem, przy metrze, ona wracała do domu. Zapytała, gdzie się wybiera, i na jej odpowiedź, że do kościoła (na godzinę uwielbienia), zareagowała krótkim "o kurna". A później w tym kościele była, i czuła, że właśnie - tylko On się liczy, tylko Pan. I że nie potrzeba nic więcej, chociaż czasem by się chciało. Ani więcej pieniędzy, ani oparcia w ludziach. Nie potrzebowała, ba - tylko wybierając Jego mogła NAPRAWDĘ być szczęśliwa. Po swoim przebudzeniu, czy nawróceniu, jakkolwiek to nazwać, nie miała żadnego kłopotu z wybieraniem TYLKO Boga. I... to był najszczęśliwszy czas w jej życiu. Zawsze była jednym z tych wątpiących, nie wierzyła w chwilowe poczucie szczęścia. Zbyt wiele ją to kosztowało. Kontynuując - wielbiąc Pana pomyślała, że to naprawdę niesamowite, cudowne, czym On obdarza. I że wiara w to jest w dzisiejszym świecie passe, nie wiedzieć czemu. Znaczy - właściwie wiedzieć.
Bo króluje Mamona, namacalna i potężna. Z pozoru.
Pomyślała o tym przy okazji spotkania z siostrą. Widziały się przelotem, przy metrze, ona wracała do domu. Zapytała, gdzie się wybiera, i na jej odpowiedź, że do kościoła (na godzinę uwielbienia), zareagowała krótkim "o kurna". A później w tym kościele była, i czuła, że właśnie - tylko On się liczy, tylko Pan. I że nie potrzeba nic więcej, chociaż czasem by się chciało. Ani więcej pieniędzy, ani oparcia w ludziach. Nie potrzebowała, ba - tylko wybierając Jego mogła NAPRAWDĘ być szczęśliwa. Po swoim przebudzeniu, czy nawróceniu, jakkolwiek to nazwać, nie miała żadnego kłopotu z wybieraniem TYLKO Boga. I... to był najszczęśliwszy czas w jej życiu. Zawsze była jednym z tych wątpiących, nie wierzyła w chwilowe poczucie szczęścia. Zbyt wiele ją to kosztowało. Kontynuując - wielbiąc Pana pomyślała, że to naprawdę niesamowite, cudowne, czym On obdarza. I że wiara w to jest w dzisiejszym świecie passe, nie wiedzieć czemu. Znaczy - właściwie wiedzieć.
Bo króluje Mamona, namacalna i potężna. Z pozoru.
środa, 14 listopada 2012
Potrzebuję... odpocząć
Ostatnio dzieliła chwile na chwile wytchnienia i bez wytchnienia. Wytchnienia od codziennych spraw, studiów, nauki, obowiązków i co na ten moment najważniejsze, od szalejącej głowy.
Jak to jej ktoś powiedział, ważne, by miała choć godzinę w ciągu dnia wytchnienia właśnie. Spokoju, pokoju serca. Bez zadręczania się nie wiadomo czym, jakimiś błahostkami. Bez tego niepokoju, rosnącej w klatce piersiowej guli. Bez rozbieganego, zalęknionego spojrzenia. Bez strachu, bez złości na siebie, bez tego no, bólu. To właśnie jest to wytchnienie, odetchnięcie, ulga.
Ludzie mają różne sposoby, by zapomnieć na moment o troskach. Alkohol, imprezy, praca. A jej się najlepiej zapominało... na próbie służby muzycznej. Śpiewanie dla Boga, kto by pomyślał, nie? Dla Kogoś, Kogo nawet nie widać, właściwie nie wiadomo czy istnieje, ktoś powie. A jednak. To... takie odprężające. Jak masaż, tylko na duszy.
Nie wiedziała, ile czasu zajmie jej nauka normalności, ale w tej chwili nie zaprzątało to jej głowy. Znaczy, gdzieś w niej się pojawiało, ale nie absorbowało, nie powodowało jakichś silniejszych emocji.
Myślała o braku umiejętności wyrażania potrzeb. Doszła do wniosku, że w zasadzie trudno, żeby umiała wyrażać coś, z czego sama nie zdaje sobie sprawy. Czego potrzebuje? Jeśli nie jest usatysfakcjonowana, dajmy na to, rozmową z przyjaciółką, to oznacza właśnie niezaspokojenie jakiejś potrzeby, ale - jakiej? Ciężka sprawa. Weź i się dokop do czegoś, co tak starannie zostało zamaskowane... Lubiła słuchać, lubiła się skupiać na kimś, naprawdę sprawiało jej to przyjemność, ale ten dyskomfort po - coś oznaczał. Może to, że zapomniała o mówieniu o swoich sprawach. Może to, że nawet nie wiedziałaby, jak o nich mówić. A może to, że potrzebowała czegoś, czego potrzebować nie mogła. Bo ktoś zabronił, bo sama sobie zabroniła. Tak czy inaczej, doszła do wniosku, że to musi być strasznie denerwujące, jak ktoś nie potrafi powiedzieć, określić czego potrzebuje, nie umie prosić wprost, tylko komunikuje trudne uczucia. I miała dylemat, bo z jednej strony nie chciała nikogo irytować, wywoływać konsternacji, bezradności itp. Z drugiej - wiedziała, że nie mówiąc o uczuciach zaklajstruje się w nich, i naprawdę, naprawdę zwariuje do reszty.
czwartek, 8 listopada 2012
Słońce
Bóg działa. Naprawdę.
Kilka dni temu, jadąc pociągiem myślała sobie, że z Nim to jest jak ze słońcem: nawet jeśli zakrywają je chmury to i tak jest. JESTEM, jak to powiedział Bóg Mojżeszowi. Ale tak naprawdę jest jeden przejaw tego, że to słońce nie zniknęło. Światło. Przynajmniej w ciągu dnia. A w nocy są prawa astronomiczne, z którymi nie ma co się spierać.
Podczas tego dwudniowego koszmaru, wczoraj i przedwczoraj, było ciężko. Było masakrycznie, zresztą nadal czuła gdzieś niepokój, ale to już nie to samo. W każdym razie, przez ten czas udało jej się nie zapomnieć o Tym, który znosi wszelkie ciężary, z którym zawsze może się dzielić. Wiedziała, że dzięki Niemu była w stanie wstać z łóżka, ubrać się, nawet wyjść z domu. I to On postawił na jej drodze ludzi, poprzez których pokazał, że nie zapomniał. Lider służby muzycznej, pani promotor, młodsza siostra, koleżanka. Coś wspaniałego, tak jasna odpowiedź na jej prośby. I tak niespodziewana, znaczy, niespodziewanie dopasowana. Niełatwo wśród jakichś tam ludzi z zewnątrz znaleźć kogoś, kto jest szczerze... zatroskany. Kto widzi to, co niewidoczne. Kto czuje, nie tylko rozumie, ale też czuje o co chodzi. A jednak.
Kilka dni temu, jadąc pociągiem myślała sobie, że z Nim to jest jak ze słońcem: nawet jeśli zakrywają je chmury to i tak jest. JESTEM, jak to powiedział Bóg Mojżeszowi. Ale tak naprawdę jest jeden przejaw tego, że to słońce nie zniknęło. Światło. Przynajmniej w ciągu dnia. A w nocy są prawa astronomiczne, z którymi nie ma co się spierać.
Podczas tego dwudniowego koszmaru, wczoraj i przedwczoraj, było ciężko. Było masakrycznie, zresztą nadal czuła gdzieś niepokój, ale to już nie to samo. W każdym razie, przez ten czas udało jej się nie zapomnieć o Tym, który znosi wszelkie ciężary, z którym zawsze może się dzielić. Wiedziała, że dzięki Niemu była w stanie wstać z łóżka, ubrać się, nawet wyjść z domu. I to On postawił na jej drodze ludzi, poprzez których pokazał, że nie zapomniał. Lider służby muzycznej, pani promotor, młodsza siostra, koleżanka. Coś wspaniałego, tak jasna odpowiedź na jej prośby. I tak niespodziewana, znaczy, niespodziewanie dopasowana. Niełatwo wśród jakichś tam ludzi z zewnątrz znaleźć kogoś, kto jest szczerze... zatroskany. Kto widzi to, co niewidoczne. Kto czuje, nie tylko rozumie, ale też czuje o co chodzi. A jednak.
poniedziałek, 5 listopada 2012
Brak mnie niestety nie
Zniknęła na chwilę, mentalnie, jakby uniosła się i rozpłynęła w powietrzu. Na chwilę. Chciała na dłużej.
Czasem to pragnienie nieistnienia było tak przejmujące... to lęk, przejmujący jak zimno.
Miała wrażenie, że czego się nie dotknie, to spieprzy. Wszystko. I chciała się zapaść pod ziemię.
Ale - powiedziała sobie, że nie. I musiała się tego trzymać, znosząc dyskomfort... nie, za słabe słowo, kojarzy się z niewygodną kanapą. To było jakby wewnętrzne rozdzieranie, na pół, ćwierć, na milion kawałków, w chłodzie zimy rozdzieranie ciała, i duszy, na maleńkie kawałki, z których każdy krzyczy nie wydając głosu. I dusza w gardle, jak gula. I trzeba to znieść.
W imię nadziei, bez żadnej gwarancji, ani nawet pomysłu na co miałaby to być gwarancja.
Marzyła o tym, że w końcu te smutki się skończą. Wiara pozwalała jej inaczej spojrzeć, widzieć to co w środku, i to co przed nią. Ale uczucia wciąż pozostawały te same... z większym udziałem radości, może, częstszym. Nie wiedziała, czy za mało pracuje nad sobą? Czy za mało ufa? Ciągle i ciągle te huśtawki, i balansowanie między "nie odzywać się" - "powiedzieć wszystko co tylko się da", między "uciekać" i "pochłonąć", między "być" i "nie być", bo czasem to zahacza nawet o derealizację.
Czasem to pragnienie nieistnienia było tak przejmujące... to lęk, przejmujący jak zimno.
Miała wrażenie, że czego się nie dotknie, to spieprzy. Wszystko. I chciała się zapaść pod ziemię.
Ale - powiedziała sobie, że nie. I musiała się tego trzymać, znosząc dyskomfort... nie, za słabe słowo, kojarzy się z niewygodną kanapą. To było jakby wewnętrzne rozdzieranie, na pół, ćwierć, na milion kawałków, w chłodzie zimy rozdzieranie ciała, i duszy, na maleńkie kawałki, z których każdy krzyczy nie wydając głosu. I dusza w gardle, jak gula. I trzeba to znieść.
W imię nadziei, bez żadnej gwarancji, ani nawet pomysłu na co miałaby to być gwarancja.
Marzyła o tym, że w końcu te smutki się skończą. Wiara pozwalała jej inaczej spojrzeć, widzieć to co w środku, i to co przed nią. Ale uczucia wciąż pozostawały te same... z większym udziałem radości, może, częstszym. Nie wiedziała, czy za mało pracuje nad sobą? Czy za mało ufa? Ciągle i ciągle te huśtawki, i balansowanie między "nie odzywać się" - "powiedzieć wszystko co tylko się da", między "uciekać" i "pochłonąć", między "być" i "nie być", bo czasem to zahacza nawet o derealizację.
środa, 31 października 2012
Spółdzielnia serce-umysł
Między dobrem i złem
Między ziemią a niebem
Między swoim i twoim
Dzień w dzień
Lawiruję
Nieczucie i czucie
Słowa znikają
Tylko czekam
Walczę
Znów powrót do kuźni
Praca w pocie czoła
Przeprogramuj mózg
Reszta pójdzie za nim
By dwa słowa
Nigdy nie zaistniały
Między ziemią a niebem
Między swoim i twoim
Dzień w dzień
Lawiruję
Nieczucie i czucie
Słowa znikają
Tylko czekam
Walczę
Znów powrót do kuźni
Praca w pocie czoła
Przeprogramuj mózg
Reszta pójdzie za nim
By dwa słowa
Nigdy nie zaistniały
wtorek, 30 października 2012
Zobacz dobro
Szalona pogoda zaburzała rytm drgań powietrza. Ale nie tu, gdzieś po drugiej stronie kuli ziemskiej.
Nie musiała dziś nigdzie wychodzić. Chciało jej się spaceru, ale trampki... to nie najlepsze obuwie na roztapiający się śnieg. Chłonęły wodę jak człowiek dobre słowa.
Leniwy wtorkowy poranek, lubiła wtorki. Mogła bez pośpiechu zjeść jajko na miękko, z tostem, a nie, standardowo, ekspresowe płatki - zalewajki. I była szansa, że wypije kawę póki jest ciepła, a nie, jak to bywa najczęściej, po powrocie z uczelni.
Spokój, jest spokój. Lubiła spokój. Szczególnie ten w środku. Spokój zewnętrzny też był miły, tylko nie można pozwolić mu na zamianę w nudę. Na szczęście miała trochę zajęć w zanadrzu. Zrobić broszki filcowe, może jakieś kolczyki dla odmiany... Może. Napisać jeden podrozdział, a może ze 2 nawet. Poćwiczyć migowy, bardzo łatwo wypada z głowy.
Jej siostra wróciła z wojaży. Zły humor się rozpłynął. A w ich relacji znów była miłość, i to nawet nie taka sobie, ot, miłość, ale z lekkim fajerwerkiem. Zastanawiała się, czemu się popsuło. I tak, no nie wiedziała, wydawało jej się, że to kwestia zauważania tego, co ktoś robi? Na nią na przykład zupełnie nie działało, jak ktoś mówił, że nie zrobiła tego, i tego, i tamtego. Zupełnie jej to nie motywowało. Właściwie - demotywowało. Tak, że robiła jeszcze mniej. No bo skoro i tak jest beznadziejnie, to po co się starać. Ale wystarczyło jedno zwrócenie uwagi na to co JEST. Choćby na starania. Przy kiepskiej relacji bardzo dużo sił poświęcałam na przekonanie siebie, że zrobienie czegoś ma sens, że będzie docenione, coś zmieni, i w rezultacie niewiele ich zostawało na czynność właściwą. To echo zwyczajów z domu rodzinnego. Nie posprzątałaś stołu - awantura, posprzątałaś - brak reakcji. Dziecięce pragnienie akceptacji. Tak, była zewnątrzsterowna, w pewnych kwestiach. Choć bardziej rozumiała to tak, że motywuje się sama tym, co zewnętrzne. Czyli nie chodzi o to, że ktoś ma to z nią robić, tak jak niektórzy wymagają, aby mówić im, że mają zrobić to, i tamto. Jak dziecku. Nie. Wiedziała co na nią działa, te czynniki wychwytywała. W każdym razie, czasem niełatwo zauważyć co ktoś zrobił, gdy to czego nie wykonał jest w przytłaczającej większości. Ale mojej siostrze się udało. I machina ruszyła.
Trzeba zauważać, czasem doszukiwać się tego, co dobre. Ona to ona, ale jak tak obserwowała ludzi... wszyscy tego potrzebują. Jedni mniej, inni więcej.
Wczoraj już do reszty zwariowała, mianowicie po raz pierwszy od dobrych kilku lat wyprasowała pranie... całe pranie. Dwuosobowe. Bardzo ciekawe zajęcie, wreszcie nieumysłowe, ani nieartystyczne. Aż zaczęły jej się w głowie pojawiać jakieś dziwne rozkminy, na temat tego, przykładowo, czy kobiety w wojsku też muszą golić wąsy. Ym, tak. Albo włosy. Albo czy panie, które zrekrutowały się do policji, chcąc być aktywne, po czym posadzono je za biurkiem, jak to większość kobiet, czy nie czują się zawiedzione. No takie tam.
A dziś śniło jej się, że ma jeszcze jedną siostrę. Że dopiero co się urodziła, i jest jeszcze taką pomarszczoną "małpką". Stwierdziła, że musi zrobić jej zdjęcie i gdzieś wstawić, pokazać, pochwalić się. Ale zadzwonił telefon i się obudziła, choć jeszcze przez chwilę myślała, że faktycznie to maleństwo gdzieś tam jest. W ogóle, chodził za nią dzieciak. Znaczy, instynkt macierzyński. Ale to jeszcze nieprędko, no.
Nie musiała dziś nigdzie wychodzić. Chciało jej się spaceru, ale trampki... to nie najlepsze obuwie na roztapiający się śnieg. Chłonęły wodę jak człowiek dobre słowa.
Leniwy wtorkowy poranek, lubiła wtorki. Mogła bez pośpiechu zjeść jajko na miękko, z tostem, a nie, standardowo, ekspresowe płatki - zalewajki. I była szansa, że wypije kawę póki jest ciepła, a nie, jak to bywa najczęściej, po powrocie z uczelni.
Spokój, jest spokój. Lubiła spokój. Szczególnie ten w środku. Spokój zewnętrzny też był miły, tylko nie można pozwolić mu na zamianę w nudę. Na szczęście miała trochę zajęć w zanadrzu. Zrobić broszki filcowe, może jakieś kolczyki dla odmiany... Może. Napisać jeden podrozdział, a może ze 2 nawet. Poćwiczyć migowy, bardzo łatwo wypada z głowy.
Jej siostra wróciła z wojaży. Zły humor się rozpłynął. A w ich relacji znów była miłość, i to nawet nie taka sobie, ot, miłość, ale z lekkim fajerwerkiem. Zastanawiała się, czemu się popsuło. I tak, no nie wiedziała, wydawało jej się, że to kwestia zauważania tego, co ktoś robi? Na nią na przykład zupełnie nie działało, jak ktoś mówił, że nie zrobiła tego, i tego, i tamtego. Zupełnie jej to nie motywowało. Właściwie - demotywowało. Tak, że robiła jeszcze mniej. No bo skoro i tak jest beznadziejnie, to po co się starać. Ale wystarczyło jedno zwrócenie uwagi na to co JEST. Choćby na starania. Przy kiepskiej relacji bardzo dużo sił poświęcałam na przekonanie siebie, że zrobienie czegoś ma sens, że będzie docenione, coś zmieni, i w rezultacie niewiele ich zostawało na czynność właściwą. To echo zwyczajów z domu rodzinnego. Nie posprzątałaś stołu - awantura, posprzątałaś - brak reakcji. Dziecięce pragnienie akceptacji. Tak, była zewnątrzsterowna, w pewnych kwestiach. Choć bardziej rozumiała to tak, że motywuje się sama tym, co zewnętrzne. Czyli nie chodzi o to, że ktoś ma to z nią robić, tak jak niektórzy wymagają, aby mówić im, że mają zrobić to, i tamto. Jak dziecku. Nie. Wiedziała co na nią działa, te czynniki wychwytywała. W każdym razie, czasem niełatwo zauważyć co ktoś zrobił, gdy to czego nie wykonał jest w przytłaczającej większości. Ale mojej siostrze się udało. I machina ruszyła.
Trzeba zauważać, czasem doszukiwać się tego, co dobre. Ona to ona, ale jak tak obserwowała ludzi... wszyscy tego potrzebują. Jedni mniej, inni więcej.
Wczoraj już do reszty zwariowała, mianowicie po raz pierwszy od dobrych kilku lat wyprasowała pranie... całe pranie. Dwuosobowe. Bardzo ciekawe zajęcie, wreszcie nieumysłowe, ani nieartystyczne. Aż zaczęły jej się w głowie pojawiać jakieś dziwne rozkminy, na temat tego, przykładowo, czy kobiety w wojsku też muszą golić wąsy. Ym, tak. Albo włosy. Albo czy panie, które zrekrutowały się do policji, chcąc być aktywne, po czym posadzono je za biurkiem, jak to większość kobiet, czy nie czują się zawiedzione. No takie tam.
A dziś śniło jej się, że ma jeszcze jedną siostrę. Że dopiero co się urodziła, i jest jeszcze taką pomarszczoną "małpką". Stwierdziła, że musi zrobić jej zdjęcie i gdzieś wstawić, pokazać, pochwalić się. Ale zadzwonił telefon i się obudziła, choć jeszcze przez chwilę myślała, że faktycznie to maleństwo gdzieś tam jest. W ogóle, chodził za nią dzieciak. Znaczy, instynkt macierzyński. Ale to jeszcze nieprędko, no.
niedziela, 28 października 2012
A dziś.
Było jej źle.
Lekki niepokój, trochę smutku, trochę samotności.
Nie miała do kogo gęby otworzyć.
Rozpłynęła się, w nie-zachwycie, lecz niebycie, nie wiedzieć czemu.
Może za dużo uczuć i słów chowała w sobie, a nawet przed sobą, oszukując się... że jest inaczej.
Kolana ją bolały.
Nie miała butów, żeby pójść na nabożeństwo. Za to nadmiar wątpliwości i lęku. Coś tam jest nie tak, nie wiedziała co, coś niepokojącego... może zbyt duża pewność, ludzka pewność, że zna się Boga. Może też ta nadopiekuńczość. I to, że "na rzeczy" znają się tam mężczyźni, a kobiety... kobiety to żony. Niby równe, a jednak...
Nie wiedziała, boi się? Chyba. Tempa się bała. Zaangażowania, gdy wcale jej do tego nie ciągnęło. W bardzo różnych sferach.
Lekki niepokój, trochę smutku, trochę samotności.
Nie miała do kogo gęby otworzyć.
Rozpłynęła się, w nie-zachwycie, lecz niebycie, nie wiedzieć czemu.
Może za dużo uczuć i słów chowała w sobie, a nawet przed sobą, oszukując się... że jest inaczej.
Kolana ją bolały.
Nie miała butów, żeby pójść na nabożeństwo. Za to nadmiar wątpliwości i lęku. Coś tam jest nie tak, nie wiedziała co, coś niepokojącego... może zbyt duża pewność, ludzka pewność, że zna się Boga. Może też ta nadopiekuńczość. I to, że "na rzeczy" znają się tam mężczyźni, a kobiety... kobiety to żony. Niby równe, a jednak...
Nie wiedziała, boi się? Chyba. Tempa się bała. Zaangażowania, gdy wcale jej do tego nie ciągnęło. W bardzo różnych sferach.
sobota, 27 października 2012
Trochę o kochaniu
Dobra książka nie jest zła.
Wspaniała książka zmienia.
Księga Miłości otwiera, gdy zostaje otwarta.
Uczy życia i uczy jak kochać.
Chrześcijanie mają kochać. Nie znaczy to, że inni nie mogą, przeciwnie. Ale stwierdzenie "wierzę w Chrystusa" zobowiązuje. To jakby - naczelna zasada. Wierzysz - więc nie tylko możesz, ale zobowiązujesz się kochać. I to nie byle jak.
Nie za coś, za to że ktoś jest miły, bo mu coś zawdzięczasz, ale dlatego, że otrzymałeś bezwarunkową miłość od Ojca.
Miała dotąd takie podejście, że każdy ma w sobie dobro, a to, że robi źle, jest skutkiem przeżyć i błędnych schematów myślowych. Że szybki osąd, skreślenie człowieka to po prostu zła postawa, nie służąca szeroko pojętemu dobru.
Ale Pismo mówiło co innego - nie mamy "nie skreślać": mamy kochać. Nie mamy "nie zamykać się" na daną osobę - mamy się otwierać i wychodzić do niej, mamy dawać. To brzmi górnolotnie, nie umiała tego wytłumaczyć prosto, bo po prostu nie mieściło jej się to w głowie. Ile miłości musi mieć Ten, który dyktował te słowa?
To trochę tak jak matka, której dziecko sprawiło kłopot, może nawet przykrość. Czy dobre będzie, jeśli odpłaci mu tym samym? Jeśli dziecko ją uderzy, a ona mu odda? Tu chyba nie ma wątpliwości, miała nadzieję. Ale idąc dalej, czy dobre będzie, jeśli przestanie reagować na jego potrzeby? I jeszcze dalej - czy dobre będzie, jeśli owszem, będzie reagować, ale obojętnie, bez emocji? W sumie reaguje, to do czego tu się przyczepić?
... i jak to wychodzi bez uczuć?
Bóg kocha mimo wszystko, bezwarunkowo. I tego samego chce dla ludzi. Tylko, no, to nie jest łatwe. Ktoś ci działa na nerwy, i masz go, przepraszam, obdarzać miłymi uczuciami, na siłę? A twoja godność, poziom, itp? Ale jeśli się zaryzykuje ten szalony krok, to - to jest niesamowite. Jak jakiś wyższy poziom świadomości, tylko tu chodzi o miłość: do siebie i innych, o szczęście, prawdziwe, nie na chwilę, nie powierzchowne, ale naprawdę, naprawdę przenikające każdą komórkę... Może tylko tak - czy będąc dzieckiem zdarzyło się ci czuć dumę po zrobieniu czegoś według tego, co powiedzieli rodzice*? Czuć dumę... być nią przepełnionym, szczęśliwym, spełnionym? Dziecku niewiele wystarczy, dzieci często wiedzą lepiej, co ma wartość...
Mt 5, 38-48 (38) Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! (39) A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! (40) Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! (41) Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! (42) Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie. (43) Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. (44) A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; (45) tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. (46) Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? (47)I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? (48) Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.
Łk 6, 27-38 (27) Lecz powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; (28) błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. (29) Jeśli cię kto uderzy w policzek, nadstaw mu i drugi. Jeśli bierze ci płaszcz, nie broń mu i szaty. (30) Daj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje. (31) Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie! (32) Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują. (33) I jeśli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to dla was wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią. (34)Jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakaż za to dla was wdzięczność? I grzesznicy grzesznikom pożyczają, żeby tyleż samo otrzymać. (35) Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. (36) Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. (37) Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. (38) Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie.
Wspaniała książka zmienia.
Księga Miłości otwiera, gdy zostaje otwarta.
Uczy życia i uczy jak kochać.
Chrześcijanie mają kochać. Nie znaczy to, że inni nie mogą, przeciwnie. Ale stwierdzenie "wierzę w Chrystusa" zobowiązuje. To jakby - naczelna zasada. Wierzysz - więc nie tylko możesz, ale zobowiązujesz się kochać. I to nie byle jak.
Nie za coś, za to że ktoś jest miły, bo mu coś zawdzięczasz, ale dlatego, że otrzymałeś bezwarunkową miłość od Ojca.
Miała dotąd takie podejście, że każdy ma w sobie dobro, a to, że robi źle, jest skutkiem przeżyć i błędnych schematów myślowych. Że szybki osąd, skreślenie człowieka to po prostu zła postawa, nie służąca szeroko pojętemu dobru.
Ale Pismo mówiło co innego - nie mamy "nie skreślać": mamy kochać. Nie mamy "nie zamykać się" na daną osobę - mamy się otwierać i wychodzić do niej, mamy dawać. To brzmi górnolotnie, nie umiała tego wytłumaczyć prosto, bo po prostu nie mieściło jej się to w głowie. Ile miłości musi mieć Ten, który dyktował te słowa?
To trochę tak jak matka, której dziecko sprawiło kłopot, może nawet przykrość. Czy dobre będzie, jeśli odpłaci mu tym samym? Jeśli dziecko ją uderzy, a ona mu odda? Tu chyba nie ma wątpliwości, miała nadzieję. Ale idąc dalej, czy dobre będzie, jeśli przestanie reagować na jego potrzeby? I jeszcze dalej - czy dobre będzie, jeśli owszem, będzie reagować, ale obojętnie, bez emocji? W sumie reaguje, to do czego tu się przyczepić?
Bóg kocha mimo wszystko, bezwarunkowo. I tego samego chce dla ludzi. Tylko, no, to nie jest łatwe. Ktoś ci działa na nerwy, i masz go, przepraszam, obdarzać miłymi uczuciami, na siłę? A twoja godność, poziom, itp? Ale jeśli się zaryzykuje ten szalony krok, to - to jest niesamowite. Jak jakiś wyższy poziom świadomości, tylko tu chodzi o miłość: do siebie i innych, o szczęście, prawdziwe, nie na chwilę, nie powierzchowne, ale naprawdę, naprawdę przenikające każdą komórkę... Może tylko tak - czy będąc dzieckiem zdarzyło się ci czuć dumę po zrobieniu czegoś według tego, co powiedzieli rodzice*? Czuć dumę... być nią przepełnionym, szczęśliwym, spełnionym? Dziecku niewiele wystarczy, dzieci często wiedzą lepiej, co ma wartość...
Mt 5, 38-48 (38) Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! (39) A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! (40) Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! (41) Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! (42) Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie. (43) Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. (44) A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; (45) tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. (46) Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? (47)I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? (48) Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.
Łk 6, 27-38 (27) Lecz powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; (28) błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. (29) Jeśli cię kto uderzy w policzek, nadstaw mu i drugi. Jeśli bierze ci płaszcz, nie broń mu i szaty. (30) Daj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje. (31) Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie! (32) Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują. (33) I jeśli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to dla was wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią. (34)Jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakaż za to dla was wdzięczność? I grzesznicy grzesznikom pożyczają, żeby tyleż samo otrzymać. (35) Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. (36) Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. (37) Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. (38) Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie.
środa, 24 października 2012
Ludzka rzecz.
Wszystko było dobrze, póki ludzie nie wzięli i nie postanowili dzielić.
Ostatnio widziała obrazek z dwojgiem starszych ludzi. Podpis brzmiał:
Ale nie wszystkiego to dotyczyło. Ludzie wyrzucają, odłączają, dzielą, szczególnie w takich "dziedzinach" jak polityka czy religia. Tam, gdzie przewija się temat władzy i kasy.
Jest jeden Bóg.
Teoretycznie wszystko jedno w jakim Kościele się go wielbi.
Praktycznie wewnętrzne ustalenia bardzo to utrudniają, forsują w różnej formie własną wyższość, próbują ustalać czyjąś drogę, pozornie dając wolność wyboru.
Jeśli powie się katolikowi, iż Kościół Rzymskokatolicki zbłądził w różnych kwestiach, że część tez przez niego przyjętych jest wysoce niepewnych... Jeśli zapyta się protestanta jaki jest dowód na to, że Bóg nie objawia swojej woli nadal, nie ograniczając się do Pisma Świętego...
Był taki film, "Ostatni Mohikanin"? To o białym wychowanym wśród czerwonoskórych, który ostatecznie został odrzucony przez jednych i drugich, próbując żyć "pośrodku", widząc dobro i tu, i tu. Tak się czuła w tym momencie, między rodziną a wspólnotą. Może to ona błądziła. Modliła się Panie bądź moim Światłem, pokaż mi swoją drogę. Sprawy "boskie", w kogo wierzyć i czy, były dla niej jasne. Sprawy ludzkie, jak zwykle, stawały jej w gardle i mieszały w głowie.
Ostatnio widziała obrazek z dwojgiem starszych ludzi. Podpis brzmiał:
Jak to się stało że nadal jesteście razem?
Bo w naszych czasach nie wyrzucało się, tylko naprawiało.
Jest jeden Bóg.
Teoretycznie wszystko jedno w jakim Kościele się go wielbi.
Praktycznie wewnętrzne ustalenia bardzo to utrudniają, forsują w różnej formie własną wyższość, próbują ustalać czyjąś drogę, pozornie dając wolność wyboru.
Jeśli powie się katolikowi, iż Kościół Rzymskokatolicki zbłądził w różnych kwestiach, że część tez przez niego przyjętych jest wysoce niepewnych... Jeśli zapyta się protestanta jaki jest dowód na to, że Bóg nie objawia swojej woli nadal, nie ograniczając się do Pisma Świętego...
Był taki film, "Ostatni Mohikanin"? To o białym wychowanym wśród czerwonoskórych, który ostatecznie został odrzucony przez jednych i drugich, próbując żyć "pośrodku", widząc dobro i tu, i tu. Tak się czuła w tym momencie, między rodziną a wspólnotą. Może to ona błądziła. Modliła się Panie bądź moim Światłem, pokaż mi swoją drogę. Sprawy "boskie", w kogo wierzyć i czy, były dla niej jasne. Sprawy ludzkie, jak zwykle, stawały jej w gardle i mieszały w głowie.
niedziela, 21 października 2012
Współczesne przesłania
Na facebooku istny szał na nowy album Marii P.
"Teksty wchodzą do głowy"
"Słyszę swoje myśli w formie piosenki"
"Niesamowita, innowacyjna, szczera"
A dla niej... tylko smutna. I skłaniająca do modlitwy za tę panią.
Czemu teksty łatwo wchodzą do głowy? Raz - niektóre piosenki nawiązują bezpośrednio do osłuchanych już tekstów biblijnych, tyle że z partykułą "nie". Innowacja? Proste zaprzeczenie. I też w jakimś stopniu pójście na łatwiznę. Wiara wymaga wysiłku.
Podobno P. była w głębokiej depresji, z której wyszła dzięki sobie. Mieszanie Boga w podniesienie się, przeżycie, uważa za uwłaczające sile człowieka. Można myśleć i tak.
Trafia pewnie, szczególnie do młodych ludzi, w fazie buntu, i nie tylko do gimnazjalistów. I do ludzi, dla których ważna jest wygoda. No dobrze, piosenki nawiązujące do kwestii religijnych trudno może komentować, bezpiecznie komentować, nie będąc narażonym od razu na określenia typu "ty katolu", "każdy może wierzyć w co chce" albo nie, "ciemnogród" itp. Płynie stąd niebezpieczeństwo, tak jak z gier przemocowych - niekoniecznie od razu widać skutek w postaci wzrostu agresji czy czego tam, ale - znieczulica postępuje. Znieczulica i wewnętrzny rozpad, gdzieś ta struktura charakteru zostaje osłabiona.
Tak sądziła Dziewczyna z wersalki, nie każąc nikomu się ze sobą zgadzać. Była typem obserwatora, psychologia gdzieś tam jej w tym pomagała. Trochę widziała, miała nadzieję, że prawdziwie.
W każdym razie, już abstrahując od utworów "anty-Bóg". Ciekawe, że na jednej płycie z nimi autorka zawarła piosenkę antypatriotyczną. Ciekawe? Nie. Niepokojące. "Nie będę walczyć, sorry, nic dla mnie nie znaczysz ojczyzno przez małe o" (to nie cytat, a skrót myślowy, żeby nie było). W kontekście politycznych subtelnych, acz nieubłaganie zmierzających do osłabienia Polski działań Rosji, tak przykładowo, ta piosenka wydaje się... po prostu niebezpieczna. Mamy słabą Polskę od strony formalnej, ale to żadna nowość. Broniliśmy się zawsze dzięki honorowi, który co prawda zakrawał momentami o brawurę, ale mimo wszystko... pozwolił przetrwać, nie: przeżyć, a przetrwać. Bez utraty godności. A tu - ot, pioseneczka, nie ma wojny, można sobie deklarować. Jak śpiewa P., w razie wojny, ona chce sobie "być". I nie odda ani kropli krwi. Ciekawe jak ona to sobie wyobraża.
Tak czy inaczej - nie widziała w tej płycie niczego N-I-C-Z-E-G-O interesującego, nowatorskiego, porywającego, czy jakie tam jeszcze określenia były...
"Teksty wchodzą do głowy"
"Słyszę swoje myśli w formie piosenki"
"Niesamowita, innowacyjna, szczera"
A dla niej... tylko smutna. I skłaniająca do modlitwy za tę panią.
Czemu teksty łatwo wchodzą do głowy? Raz - niektóre piosenki nawiązują bezpośrednio do osłuchanych już tekstów biblijnych, tyle że z partykułą "nie". Innowacja? Proste zaprzeczenie. I też w jakimś stopniu pójście na łatwiznę. Wiara wymaga wysiłku.
Podobno P. była w głębokiej depresji, z której wyszła dzięki sobie. Mieszanie Boga w podniesienie się, przeżycie, uważa za uwłaczające sile człowieka. Można myśleć i tak.
Trafia pewnie, szczególnie do młodych ludzi, w fazie buntu, i nie tylko do gimnazjalistów. I do ludzi, dla których ważna jest wygoda. No dobrze, piosenki nawiązujące do kwestii religijnych trudno może komentować, bezpiecznie komentować, nie będąc narażonym od razu na określenia typu "ty katolu", "każdy może wierzyć w co chce" albo nie, "ciemnogród" itp. Płynie stąd niebezpieczeństwo, tak jak z gier przemocowych - niekoniecznie od razu widać skutek w postaci wzrostu agresji czy czego tam, ale - znieczulica postępuje. Znieczulica i wewnętrzny rozpad, gdzieś ta struktura charakteru zostaje osłabiona.
Tak sądziła Dziewczyna z wersalki, nie każąc nikomu się ze sobą zgadzać. Była typem obserwatora, psychologia gdzieś tam jej w tym pomagała. Trochę widziała, miała nadzieję, że prawdziwie.
W każdym razie, już abstrahując od utworów "anty-Bóg". Ciekawe, że na jednej płycie z nimi autorka zawarła piosenkę antypatriotyczną. Ciekawe? Nie. Niepokojące. "Nie będę walczyć, sorry, nic dla mnie nie znaczysz ojczyzno przez małe o" (to nie cytat, a skrót myślowy, żeby nie było). W kontekście politycznych subtelnych, acz nieubłaganie zmierzających do osłabienia Polski działań Rosji, tak przykładowo, ta piosenka wydaje się... po prostu niebezpieczna. Mamy słabą Polskę od strony formalnej, ale to żadna nowość. Broniliśmy się zawsze dzięki honorowi, który co prawda zakrawał momentami o brawurę, ale mimo wszystko... pozwolił przetrwać, nie: przeżyć, a przetrwać. Bez utraty godności. A tu - ot, pioseneczka, nie ma wojny, można sobie deklarować. Jak śpiewa P., w razie wojny, ona chce sobie "być". I nie odda ani kropli krwi. Ciekawe jak ona to sobie wyobraża.
Tak czy inaczej - nie widziała w tej płycie niczego N-I-C-Z-E-G-O interesującego, nowatorskiego, porywającego, czy jakie tam jeszcze określenia były...
środa, 17 października 2012
Flp 4,13
Była szczęśliwa
Mimo wszystko i tak właśnie, bo.
Każdy popełnia błędy, człowiek łatwo traci nadzieję skupiając się na tym, co obok. Ale - uczyła się. Wracała do normy szybciej, niż kiedyś, niż sama by się spodziewała.
Raptem miesiąc temu, po 6 latach wahań i ucieczek, uwierzyła w Boga. "Nagle". Zaczęła chodzić na nabo i szukać kim On jest. Dziwne? Jeśli się Go poczuje, NIE DA SIĘ inaczej. Próbowała właśnie od 5 minut do czegoś to porównać... nie umiała. To studnia bez dna, radość niewyczerpana (choć takie górnolotne stwierdzenia pewnie ciężko trafiają...). Mamy różne "sensy" w życiu, coś, co daje radość, spełnienie, czasem trafi się uczucie do jakiejś osoby, uskrzydlające, ale tak kruche... A tu - miała pewność. Ludzie odejdą, osądzą, zranią... On nie. Miała Ojca, chciała Go poznać.
Miała problem ze zbyt szybkim angażowaniem emocjonalnym w nic nieznaczące relacje, damsko - męskie znaczy. Ale Ktoś jej przysłał pomoc, dzięki której nauczyła się nabierać dystansu. "Nagle" stwierdzenia sprzed 2, 3 miesięcy straciły na znaczeniu. Jest inaczej, jest nowa jakość.
Dopiero co czuła się zawiedziona, zgnieciona i zapomniana - opuszczona. Ale już nie. Już nie. Ludzie są jacy są, każdy ze swoim bagażem, przeszłością, słabościami, troskami - przy czym nie obwiniała nikogo, bo aby mówić o winie konieczna jest świadomość potencjalnego sprawcy - przed "zajściem". Ale, pierwsze primo, byli też inni ludzie obok, dający siłę, rodzina genetyczna i duchowa, i po pierwszym uderzeniu, po odzyskaniu odrobiny rozumu - widziała ich. A drugie primo - był On. Dużo strasznie o tym gadała ostatnio, ale czy można przestać mówić o szczęściu, o Tym co spaja elementy układanki o Kluczu, który otwiera nowe perspektywy, o Radości, którą chce się obdarzać następnych, i następnych? W każdym razie - ludzie popełniają błędy, ona też często była nie w porządku. Ale to nie dyskwalifikowało ani jej, ani nikogo innego w oczach Boga. On nie osądza, nie żywi żalu, nie obwinia - jak mogłaby to robić, skoro chciała za Nim iść? On kocha i rozumie. I uczy ją tego samego.
Mimo wszystko i tak właśnie, bo.
Każdy popełnia błędy, człowiek łatwo traci nadzieję skupiając się na tym, co obok. Ale - uczyła się. Wracała do normy szybciej, niż kiedyś, niż sama by się spodziewała.
Raptem miesiąc temu, po 6 latach wahań i ucieczek, uwierzyła w Boga. "Nagle". Zaczęła chodzić na nabo i szukać kim On jest. Dziwne? Jeśli się Go poczuje, NIE DA SIĘ inaczej. Próbowała właśnie od 5 minut do czegoś to porównać... nie umiała. To studnia bez dna, radość niewyczerpana (choć takie górnolotne stwierdzenia pewnie ciężko trafiają...). Mamy różne "sensy" w życiu, coś, co daje radość, spełnienie, czasem trafi się uczucie do jakiejś osoby, uskrzydlające, ale tak kruche... A tu - miała pewność. Ludzie odejdą, osądzą, zranią... On nie. Miała Ojca, chciała Go poznać.
Miała problem ze zbyt szybkim angażowaniem emocjonalnym w nic nieznaczące relacje, damsko - męskie znaczy. Ale Ktoś jej przysłał pomoc, dzięki której nauczyła się nabierać dystansu. "Nagle" stwierdzenia sprzed 2, 3 miesięcy straciły na znaczeniu. Jest inaczej, jest nowa jakość.
Dopiero co czuła się zawiedziona, zgnieciona i zapomniana - opuszczona. Ale już nie. Już nie. Ludzie są jacy są, każdy ze swoim bagażem, przeszłością, słabościami, troskami - przy czym nie obwiniała nikogo, bo aby mówić o winie konieczna jest świadomość potencjalnego sprawcy - przed "zajściem". Ale, pierwsze primo, byli też inni ludzie obok, dający siłę, rodzina genetyczna i duchowa, i po pierwszym uderzeniu, po odzyskaniu odrobiny rozumu - widziała ich. A drugie primo - był On. Dużo strasznie o tym gadała ostatnio, ale czy można przestać mówić o szczęściu, o Tym co spaja elementy układanki o Kluczu, który otwiera nowe perspektywy, o Radości, którą chce się obdarzać następnych, i następnych? W każdym razie - ludzie popełniają błędy, ona też często była nie w porządku. Ale to nie dyskwalifikowało ani jej, ani nikogo innego w oczach Boga. On nie osądza, nie żywi żalu, nie obwinia - jak mogłaby to robić, skoro chciała za Nim iść? On kocha i rozumie. I uczy ją tego samego.
wtorek, 16 października 2012
Słowa kogoś mądrzejszego
Hymn pochwalny ocalonego
Wychwalać Cię będę, Panie, Królu,
i wysławiać Ciebie, Boga, Zbawiciela mego.
Wychwalać chcę imię Twoje,
ponieważ podporą i pomocnikiem stałeś się dla mnie.
Wychwalać Cię będę, Panie, Królu,
i wysławiać Ciebie, Boga, Zbawiciela mego.
Wychwalać chcę imię Twoje,
ponieważ podporą i pomocnikiem stałeś się dla mnie.
Ochroniłeś ciało moje od zguby,
od sieci oszczerczego języka
i od warg wypowiadających kłamstwo;
a wobec przeciwników
stałeś się pomocnikiem i wybawiłeś mię,
według wielkości miłosierdzia i Twego imienia,
od pokąsania przez tych, co są gotowi mnie połknąć,
od ręki szukających mej duszy,
z wielu utrapień, jakich doznałem,
od uduszenia w ogniu, który mnie otacza,
i z środka ognia, który nie ja zapaliłem,
z głębokich wnętrzności Szeolu,
od języka nieczystego i od słowa kłamliwego,
od oszczerstwa języka przewrotnego wobec króla.
Dusza moja zbliżyła się aż do śmierci,
a życie moje byli blisko Szeolu, na dole.
Ze wszystkich stron otoczyli mnie i nie znalazłem wspomożyciela,
rozglądałem się za pomocą od ludzi, ale nie przyszła.
Wówczas wspomniałem na miłosierdzie Twoje, Panie,
i na dzieła Twoje, te od wieków -
że wybawiasz tych, którzy cierpliwie czekają na Ciebie,
i wyzwalasz ich z ręki nieprzyjaciół.
Podniosłem z ziemi mój głos błagalny
i prosiłem o uwolnienie od śmierci.
Wzywałem Pana: "Ojcem moim jesteś
i mocarzem, który mnie wyzwoli.
Nie opuszczaj w dniach udręki,
a w czasie przewagi pysznych - bez pomocy!
Wychwalać będę bez przerwy Twoje imię
i opiewać je będę w uwielbieniu".
I prośba moja została wysłuchana.
Wybawiłeś mnie bowiem z zagłady
i wyrwałeś z przygody złowrogiej.
Dlatego będę Cię wielbił i wychwalał,
i błogosławił imieniu Pańskiemu.
Syr 51,1-12
poniedziałek, 15 października 2012
Nic, co ludzkie.
Brak odwagi do mówienia wprost. To niewątpliwie jej problem.
Czasem zwyczajnie czuła się nikim.
Czasem czuła się dziwna i inna, poniekąd bez praw do samodzielnego myślenia i czucia, i życia.
Czasem czuła się złą osobą, której działania by stać się kimś dobrym nie mają żadnego sensu.
A z drugiej strony - wiedziała, że działanie jej mózgu odbiega nieco od normy. "Nieprawidłowy wynik badania EEG" Osobowość nie do końca ukształtowana. Starała się z całych sił nakłonić mózg do rozwoju, ale - nie wiedziała, nie miała najmniejszej pewności, czy kiedykolwiek uda się to osiągnąć.
Spotkanie urodzinowe nadwyrężyło jej siły i mocno nadszarpnęło poczucie bycia ważną. Inaczej mówiąc - zasiało ból i wątpliwości, i lęk. Bardzo zależało jej na relacjach, ale chwilowo nie dawała rady inicjować, czegokolwiek.
Czasem zwyczajnie czuła się nikim.
Czasem czuła się dziwna i inna, poniekąd bez praw do samodzielnego myślenia i czucia, i życia.
Czasem czuła się złą osobą, której działania by stać się kimś dobrym nie mają żadnego sensu.
A z drugiej strony - wiedziała, że działanie jej mózgu odbiega nieco od normy. "Nieprawidłowy wynik badania EEG" Osobowość nie do końca ukształtowana. Starała się z całych sił nakłonić mózg do rozwoju, ale - nie wiedziała, nie miała najmniejszej pewności, czy kiedykolwiek uda się to osiągnąć.
Spotkanie urodzinowe nadwyrężyło jej siły i mocno nadszarpnęło poczucie bycia ważną. Inaczej mówiąc - zasiało ból i wątpliwości, i lęk. Bardzo zależało jej na relacjach, ale chwilowo nie dawała rady inicjować, czegokolwiek.
niedziela, 14 października 2012
Myśli nieuporządkowane
W jej świecie były pewne zasady. Zasady dotyczące pewnych zachowań w relacjach z innymi. Na przykład - możliwie jak najmniej się spóźniać, najlepiej wcale, nie wychodzić bez pożegnania, jeśli odpowiedziało się twierdząco na zaproszenie, ale coś wypadło - powiedzieć o tym, uprzedzić, dać znać. Szacunek, po prostu. Zasadą też było dla niej, że po imprezie pomaga się ogarnąć, z czystej życzliwości. Klub to klub, a zaproszenie od kogoś, z kim ma się "nieco" lepszą relację - to co innego.
Ludzie mają inne zasady. Trzeba się z tym pogodzić. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni.
Po latach terapii i studiach, na których uczono konstruowania i używania komunikatów JA ciężko jej było czasem znieść, że ktoś tego nie potrafi, żeby nie powiedzieć - nie próbuje się nauczyć. Znieść - w sensie, że miała niską na to odporność, i raz, reagowała lękiem, a dwa - złością. A co najważniejsze - chęcią ucieczki, odseparowania, znielubienia... znienawidzenia. Jednak - to nie była dobra droga. Trudne osoby są dane dla tym większego rozwoju. To dar - niełatwy, ale dar. Są ludzie "łatwi w obsłudze", łatwostrawni, to ważni ludzie, ale... Także - są ludzi lekkostrawni, są tacy, z którymi trzeba się "mierzyć" i dzięki temu wzrastać.
Ludzie mają inne zasady. Trzeba się z tym pogodzić. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni.
Po latach terapii i studiach, na których uczono konstruowania i używania komunikatów JA ciężko jej było czasem znieść, że ktoś tego nie potrafi, żeby nie powiedzieć - nie próbuje się nauczyć. Znieść - w sensie, że miała niską na to odporność, i raz, reagowała lękiem, a dwa - złością. A co najważniejsze - chęcią ucieczki, odseparowania, znielubienia... znienawidzenia. Jednak - to nie była dobra droga. Trudne osoby są dane dla tym większego rozwoju. To dar - niełatwy, ale dar. Są ludzie "łatwi w obsłudze", łatwostrawni, to ważni ludzie, ale... Także - są ludzi lekkostrawni, są tacy, z którymi trzeba się "mierzyć" i dzięki temu wzrastać.
piątek, 12 października 2012
Wigilijne stresy
Mimo niewątpliwego postępu przyznać musiała szczerze, że jeszcze długa droga przede nią, by ustabilizować samoocenę i pewność siebie.
Jedna osoba, fakt - nie przypadkowa, wystarczyła, by zwątpiła w zgodność danego działania z ogólnie przyjętymi normami. I zaczęła produkować w zastraszającym tempie kolejne projekcje. Powiedziała coś nie tak --> tylko ona nie wiedziała, że to coś nie tak --> inni wiedzą --> i na pewno już się krzywią --> i myślą, ale głupia, jak tak można, poracha... --> itd...
Uch. Stres przed jutrem. Organizowanie pierwszej w życiu samodzielnej większej "imprezy" to jednak... ciężka sprawa. Fajna, ale ciężka, szczególnie, gdy tak trudno uwierzyć, że jest się lubianym...
sobota, 6 października 2012
Jeszcze trochę o.
Z każdym dniem bardziej cieszyła się, że studiuje psychologię. Po pierwsze, chciała przekazać dalej to, co dostała, tę szansę, po drugie - to fascynująca dziedzina, po trzecie - bardzo życiowa. Co i raz przekonywała się, że te miliony opisywanych na zajęciach mechanizmów faktycznie funkcjonują w ludziach. Najwięcej widziała po sobie... chociaż nie, egocentryzm trochę blokował to samopoznanie. Ale to też mechanizm - ochrona ego :) Przecież lepiej coś wyprzeć niż stracić dobre mniemanie o sobie, nawet jeśli jest szczątkowe.
Jakoś przypomniał jej się jeden taki mechanizm, bardzo cenny o tyle, że jego uświadomienie dużo zmienia, zwiększa tolerancję i sposób myślenia o innych, o sobie. Mianowicie - istnieje coś takiego jak podstawowy błąd atrybucji. Dla tych którzy przypadkiem nie studiują kierunków nakierowanych na człowieka - pokrótce: polega on na tym, że w jakiejś sytuacji, np. konfliktu, ludzie są bardziej skłonni własne zachowanie tłumaczyć czynnikami zewnętrznymi, a czyimś przypisywać źródła charakterologiczne - wewnętrzne. On ma skłonność do agresji, ja się zdenerwowałam sytuacją, okolicznościami. Mówimy: on jest taki (to jego cecha: zapalczywy, leniwy, obrażalski, itd.), i niejako automatycznie zamykamy mu możliwość zmiany. Czasem zdarza się, że na przykład dziecko słyszące od małego, że jest złe i nieposłuszne, mimo początkowego braku zgody z taką opinią - dostosowuje się. Może samo w to uwierzyć, trochę z przekory: "chcecie, to taki/taka będę". A później cierpi. Faktycznie mogło być tak, że niedosłyszało polecenia, nie było skoncentrowane w tym momencie, nie widziało, że tak czy inaczej nie powinno odpowiedzieć itp. Czynniki sytuacyjne. A między dorosłymi? Jeśli myśli się, że ktoś jest "jakiś", to nie tylko utrudnia się mu zmianę, ale też blokuje możliwość rozwiązania danej sytuację. "On jest taki, nic nie poradzę, po co drążyć, spiszę to na straty, koniec relacji...". Łatwo jest nie brać pod uwagę dodatkowych okoliczności: tego, że ktoś ma naprawdę kiepski czas, albo że zadziałało przeniesienie (skojarzenie z inną, ważną - trudną osobą), albo, że był zmęczony, musiał wcześniej rozwiązać kilka konfliktów np. w pracy, albo jest zajęty jakimś własnym, wewnętrznym, co przecież równie wykańcza. Łatwo przejść na automat oceniania, tylko... do czego to prowadzi? Napotykamy mur, ot i tyle.
Myślenie, jak to dziecko, o sobie, że jest takie i owakie, też niszczy. Niszczy nas. Mnóstwo jest takich osób w aresztach - osób, które uwierzyły, że są złe i zaczęły same tak o sobie myśleć. I tak są złe, i tak najbliżsi i ci dalsi je potępili, więc Bóg też to zrobi, generalnie po co się starać. No, faktycznie. Och, to jest też to osławione "jestem beznadziejna", czyli: nierokująca, moje istnienie i działanie jest bez sensu, najlepsze co mogę zrobić dla świata to skoczyć z mostu. Uderzająco konstruktywna samokrytyka, nieprawdaż?To bezlitosne osądzanie siebie nie zawsze "równoważy" pobłażliwość wobec innych. Często jesteśmy dla innych tacy, jak dla siebie.
Oczywiście, temperament odgrywa jakąś rolę, to nie tylko okoliczności, ale kluczem jest chyba, jak zwykle, znalezienie złotego środka. A także... miłość. W sensie - bycie miłym, życzliwym, rozumiejącym zachowania, ale dążącym do zmiany. Miłość do siebie i do innych. I jeszcze - zaufanie Jemu. Bóg jest Miłością, cierpliwą, łaskawą, niepojętą, nieograniczoną. Jeśli przeciwnik podpowiada, że komu jak komu, ale mi wybaczyć się nie da, jeśli nie umiem siebie kochać, to może myśl, że kurka, ktoś takiego pokroju jak On potrafi, i to nie byle jak. Niepojęcie.
Człowiek jest nieszczęśliwy tylko dlatego, że nie wie, iż może być szczęśliwy.
/F. Dostojewski/
Nie ma złych ludzi, są tylko ludzie nieszczęśliwi.
/E. Ostrowska/
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje
/1Kor 13, 4-8
środa, 3 października 2012
Myśli rozsypane
Relacje to przyjemność i praca, przyjemność i praca, praca, praca... Czasem jedna relacja wpływa na drugą, tu się coś popsuje, rozejdzie szew, tam wypadnie guzik. Zaburzenia w harmonii, która musi istnieć, by obydwie relacje przetrwały. Trudne to.
Potrzeby miłości, szczególnie neurotycznej, nie da się zaspokoić poprzez ludzi. Ludzie są niesłowni, niedoskonali, zmienni, egoistyczni. Zawodni. Tacy są. Ale jest też Ktoś słowny, doskonały, stały, kochający. Niezawodny, choć działający czasem zupełnie "nie tak" - nie tak, jak sobie wyobraziliśmy. Czerpanie mocy z ludzi daje satysfakcję na krótką chwilę, to co wydawało się duże i pożywne to tylko wata... wata. Czerpanie mocy z Niego, przyjmowanie tego co zsyła, tego co łatwe i co trudne, zrozumiałe i niepojęte - to tylko prowadzi do życia w pełni. Do szczęścia.
Zakochujesz się, zawodzisz, przeklinasz, zakochujesz, obdarzasz zaufaniem, zawodzisz... i tak w kółko. Po co, skoro jest Ktoś, kto nigdy przenigdy nie zawiedzie, nie odejdzie. Ten, który zawsze kocha, który daje siłę, zamiast ją odbierać. I daje radość, i miłość do innych, zupełnie inną niż ta zwykła, ludzka. Tak jak smutek nie jest depresją, tak miłość nie jest Miłością.
Tylko trzeba zaufać, opuścić dobrze znane, wysiedziane schematy. Wiara, że On ma wszystko pod kontrolą jest trudna. Po latach spodziewania się niebezpieczeństwa z każdej możliwej strony mamy już odruch. Ale nie ma nic, czego nie da się zmienić. W tym sensie - wiara jest decyzją.
Ostatnio bywało, że czuła się zwyciężczynią. Dostała dobrą Broń, i z nią już niemal nic nie było jej straszne. Szła po mieście i miała Miłość. Do ludzi. Chęć czynienia dobra. To też tak, jakby wygrać bitwę dzięki Dowódcy-Strategowi. Oczywiście, ona walczyła, ale z Nim było bardziej prawdopodobne, że zwycięży. I z ludźmi u boku. Tak.
W wierze można kogoś prowadzić lub wskazywać drogę.
Prowadzi ten, kto zna drogę - każdy krawężnik, każdy zakręt, każdy kamień, każde niebezpieczeństwo. Podajesz rękę i dajesz mu się prowadzić, przebywając nawet nieświadomie jakieś fragmenty trasy, którą On pod Twoim kątem wybiera - by była najlepsza.
Wskazuje drogę ten, kto mniej więcej wie gdzie trzeba iść. Być może sam ją przebył, lub przebywa. Nie zna każdego wariantu prowadzącego do celu, nie zna szczegółów, może się mylić.
Prowadzi w wierze Duch Święty.
Wskazuje drogę człowiek. Rozsądny, pokorny człowiek wie, że prowadzić nie może, że nawet jeśli akurat uda mu się doprowadzić kogoś w miejsce, które, jak mniema, jest celem, uniemożliwia jego rozwój wewnętrzny i wzrastanie według indywidualnego planu, przygotowanego przez Kogoś mądrzejszego. To tak, jak ktoś, kto ma niewidome dziecko. Może je zawsze prowadzić, zawsze z nim chodzić. Albo nauczyć obsługi laski i odczytywania znaków, by mogło stać się samodzielne.
Potrzeby miłości, szczególnie neurotycznej, nie da się zaspokoić poprzez ludzi. Ludzie są niesłowni, niedoskonali, zmienni, egoistyczni. Zawodni. Tacy są. Ale jest też Ktoś słowny, doskonały, stały, kochający. Niezawodny, choć działający czasem zupełnie "nie tak" - nie tak, jak sobie wyobraziliśmy. Czerpanie mocy z ludzi daje satysfakcję na krótką chwilę, to co wydawało się duże i pożywne to tylko wata... wata. Czerpanie mocy z Niego, przyjmowanie tego co zsyła, tego co łatwe i co trudne, zrozumiałe i niepojęte - to tylko prowadzi do życia w pełni. Do szczęścia.
Zakochujesz się, zawodzisz, przeklinasz, zakochujesz, obdarzasz zaufaniem, zawodzisz... i tak w kółko. Po co, skoro jest Ktoś, kto nigdy przenigdy nie zawiedzie, nie odejdzie. Ten, który zawsze kocha, który daje siłę, zamiast ją odbierać. I daje radość, i miłość do innych, zupełnie inną niż ta zwykła, ludzka. Tak jak smutek nie jest depresją, tak miłość nie jest Miłością.
Tylko trzeba zaufać, opuścić dobrze znane, wysiedziane schematy. Wiara, że On ma wszystko pod kontrolą jest trudna. Po latach spodziewania się niebezpieczeństwa z każdej możliwej strony mamy już odruch. Ale nie ma nic, czego nie da się zmienić. W tym sensie - wiara jest decyzją.
Ostatnio bywało, że czuła się zwyciężczynią. Dostała dobrą Broń, i z nią już niemal nic nie było jej straszne. Szła po mieście i miała Miłość. Do ludzi. Chęć czynienia dobra. To też tak, jakby wygrać bitwę dzięki Dowódcy-Strategowi. Oczywiście, ona walczyła, ale z Nim było bardziej prawdopodobne, że zwycięży. I z ludźmi u boku. Tak.
W wierze można kogoś prowadzić lub wskazywać drogę.
Prowadzi ten, kto zna drogę - każdy krawężnik, każdy zakręt, każdy kamień, każde niebezpieczeństwo. Podajesz rękę i dajesz mu się prowadzić, przebywając nawet nieświadomie jakieś fragmenty trasy, którą On pod Twoim kątem wybiera - by była najlepsza.
Wskazuje drogę ten, kto mniej więcej wie gdzie trzeba iść. Być może sam ją przebył, lub przebywa. Nie zna każdego wariantu prowadzącego do celu, nie zna szczegółów, może się mylić.
Prowadzi w wierze Duch Święty.
Wskazuje drogę człowiek. Rozsądny, pokorny człowiek wie, że prowadzić nie może, że nawet jeśli akurat uda mu się doprowadzić kogoś w miejsce, które, jak mniema, jest celem, uniemożliwia jego rozwój wewnętrzny i wzrastanie według indywidualnego planu, przygotowanego przez Kogoś mądrzejszego. To tak, jak ktoś, kto ma niewidome dziecko. Może je zawsze prowadzić, zawsze z nim chodzić. Albo nauczyć obsługi laski i odczytywania znaków, by mogło stać się samodzielne.
piątek, 28 września 2012
WWJD
Dlaczego tak jest, że nie może się kulturalnie jedna rzecz zawalić, tylko od razu milion pięćset?
Komunikacja miejska. Jak to jest, że tak wykańcza, gdy źle funkcjonuje? Nie załatwiła przez to, i przez siebie, ważnej sprawy. Korki koreczki, sama przyjemność, może nic by się nie stało gdyby nie musiała się wracać do domu po jeden głupi świstek, którego nie chciało jej się wcześniej spakować... W międzyczasie skończyła jej się ważność konta telefonicznego, więc nawet nie mogła odpisać.. (ha, przynajmniej raz zaleta bycia nierozchwytywaną, ale lepiej nie poruszać tego niebezpiecznego wątku) ani sprawdzić nic w necie. Jakoś się dostała na ten koniec świata - Targówek Fabryczny, wysłuchując w międzyczasie jak to jakiś miejscowy, mówiąc 3x głośniej niż przeciętny śmiertelnik, świetnie kogoś załatwił, tak, że wyglądał jak zombie ("normalnie tak z nim tańczyłem..!"). Po czym pocałowała klamkę zamkniętą już od dobrych kilkudziesięciu minut. Była pewna że zamykają o 16, cóż za przemiła niespodzianka. W drodze powrotnej miała niezły trening panowania nad emocjami.
Idąc już od dworca pomyślała, pewnie zdziwi to tych, którzy jeszcze nie pogodzili się z tym że wierzy, pomyślała - a Dżizas, co by, kurka, zrobił na jej miejscu? Przecież to się można albo wściec, albo rozpłakać. A tymczasem przyszło jej do głowy zdanie dawno zapomniane i niezbyt lubiane: ora et labora, módl się i pracuj. I może racja. Praca nad sobą, nad planowaniem czasu, nad ponoszeniem konsekwencji, nad byciem dorosłym. I modlitwa, bo samemu, to chyba trudno.
Komunikacja miejska. Jak to jest, że tak wykańcza, gdy źle funkcjonuje? Nie załatwiła przez to, i przez siebie, ważnej sprawy. Korki koreczki, sama przyjemność, może nic by się nie stało gdyby nie musiała się wracać do domu po jeden głupi świstek, którego nie chciało jej się wcześniej spakować... W międzyczasie skończyła jej się ważność konta telefonicznego, więc nawet nie mogła odpisać.. (ha, przynajmniej raz zaleta bycia nierozchwytywaną, ale lepiej nie poruszać tego niebezpiecznego wątku) ani sprawdzić nic w necie. Jakoś się dostała na ten koniec świata - Targówek Fabryczny, wysłuchując w międzyczasie jak to jakiś miejscowy, mówiąc 3x głośniej niż przeciętny śmiertelnik, świetnie kogoś załatwił, tak, że wyglądał jak zombie ("normalnie tak z nim tańczyłem..!"). Po czym pocałowała klamkę zamkniętą już od dobrych kilkudziesięciu minut. Była pewna że zamykają o 16, cóż za przemiła niespodzianka. W drodze powrotnej miała niezły trening panowania nad emocjami.
Idąc już od dworca pomyślała, pewnie zdziwi to tych, którzy jeszcze nie pogodzili się z tym że wierzy, pomyślała - a Dżizas, co by, kurka, zrobił na jej miejscu? Przecież to się można albo wściec, albo rozpłakać. A tymczasem przyszło jej do głowy zdanie dawno zapomniane i niezbyt lubiane: ora et labora, módl się i pracuj. I może racja. Praca nad sobą, nad planowaniem czasu, nad ponoszeniem konsekwencji, nad byciem dorosłym. I modlitwa, bo samemu, to chyba trudno.
czwartek, 27 września 2012
A za 20 lat...
Lubiła obserwować ludzi, szczególnie w środkach komunikacji miejskiej, na dworcach, przystankach.
Zwykle jeździła sama. Słuchawki w uszach albo bez słuchawek, bo w końcu jakoś ograniczają odbiór wrażeń zmysłowych. Ale patrzenie to podstawa obserwacji. Lubiła dostrzegać różne szczegóły oraz je łączyć. Pozwalało to na snucie różnorakich historii, wyobrażanie sobie kim ci ludzie są, tak życiowo, stanowiło przyczynek do zastanowienia się nad... nad życiem, po prostu. Swoim, czyimś. Obserwowanie obcych ludzi może wiele dać. Niektórzy pewnie powiedzą, że wystarcza im krąg znajomych, ale według niej wyobrażeniowe pole do popisu jest tu nieco mniejsze. Pewnych rzeczy z bliska nie widać, zacierają się różnice między tym, co było i tym, co jest. Często pozostajemy na poziomie tego, co usłyszymy wprost, a nie trzeba chyba nikogo uświadamiać, że zachowania i własne, i innych, wobec osób bliskich, znajomych, i tych, których prawdopodobnie już się nie spotka, są nieraz bardzo różne. Nie twierdziła, że ktokolwiek robi tak ze złej woli. Po prostu tak było.
Tego dnia jechała metrem, dzień jak co dzień. Chociaż może nie, bo nawet miała miejsce siedzące. Więc siedziała. A naprzeciwko niej - rządek pań w wieku, powiedzmy, średnim. Nie była nigdy dobra w ocenie ile ktoś ma lat, strzelała więc - między 40 a 50. Czyli już niezbyt młode ale nadal na chodzie, a nawet - z klasą. Szczególnie jedna zwróciła jej uwagę. Odrobinę przy kości, luźna beżowa bluzka w kwiaty, beżowe baleriny, proste, nieźle skrojone dżinsy. Było widać, że uważa na to co na siebie wkłada. Co z tego, że nie jest gorącą 20tką, uroda ani figura już nie ta - przezierała przez nią Kobieta. A poza tym, co coraz rzadsze - miała zastanowienie w oczach. Jakąś powagę. Pomyślała - ona też była w moim wieku. Też była kiedyś na etapie lawirowania między projektowaniem życia, chęcią korzystania z niego, a rzeczywistością. Czy teraz jest usatysfakcjonowana? Czy uzyskała ocenę "wystarczającą" lub wyżej? Czy podjęła dobre decyzje, spełniła się? W porównaniu z siedzącymi obok paniami jako jedyna nie miała w sobie bierności, zrezygnowania, tylko powagę. Więc... może jej się udało. Udaje - bo to przecież tylko moment w historii, którą kształtuje się każdego dnia.
Pytanie, które zadzwoniło jej gdzieś w głowie, brzmiało: jaka będzie ona w tym wieku. Czy uda jej się osiągnąć kompromis z życiem na tyle, aby nie zagubić gdzieś tego, co teraz chce i ma. Godzenie realizmu z idealizmem to sztuka, w której, jak w zawodzie nauczyciela czy lekarza, nieustannie trzeba się dokształcać. Właśnie, w oczach tej kobiety było coś jeszcze, czego nie mogła wcześniej zidentyfikować - zdecydowanie. Takie bycie czołgiem, jak mówił jej przyjaciel: są trudności, ma się tego świadomość, ale mimo to decyduje się wciąż i wciąż je pokonywać.
Postanowiła żyć, więc będzie, najlepiej jak się da. Dla choćby krótkich chwil radości.
Może to tylko wyobrażenie o tej kobiecie, może gdyby ją znała wcale nie chciałaby być do niej kiedyś podobną. Ale błogosławieństwem było to, że jej nie znała. Życie to przedsięwzięcie. I jak każde przedsięwzięcie niesie pewne ryzyko, może nawet budzi strach, ale niesie też wiele możliwości. I może kiedyś - Nagrodę.
Zwykle jeździła sama. Słuchawki w uszach albo bez słuchawek, bo w końcu jakoś ograniczają odbiór wrażeń zmysłowych. Ale patrzenie to podstawa obserwacji. Lubiła dostrzegać różne szczegóły oraz je łączyć. Pozwalało to na snucie różnorakich historii, wyobrażanie sobie kim ci ludzie są, tak życiowo, stanowiło przyczynek do zastanowienia się nad... nad życiem, po prostu. Swoim, czyimś. Obserwowanie obcych ludzi może wiele dać. Niektórzy pewnie powiedzą, że wystarcza im krąg znajomych, ale według niej wyobrażeniowe pole do popisu jest tu nieco mniejsze. Pewnych rzeczy z bliska nie widać, zacierają się różnice między tym, co było i tym, co jest. Często pozostajemy na poziomie tego, co usłyszymy wprost, a nie trzeba chyba nikogo uświadamiać, że zachowania i własne, i innych, wobec osób bliskich, znajomych, i tych, których prawdopodobnie już się nie spotka, są nieraz bardzo różne. Nie twierdziła, że ktokolwiek robi tak ze złej woli. Po prostu tak było.
Tego dnia jechała metrem, dzień jak co dzień. Chociaż może nie, bo nawet miała miejsce siedzące. Więc siedziała. A naprzeciwko niej - rządek pań w wieku, powiedzmy, średnim. Nie była nigdy dobra w ocenie ile ktoś ma lat, strzelała więc - między 40 a 50. Czyli już niezbyt młode ale nadal na chodzie, a nawet - z klasą. Szczególnie jedna zwróciła jej uwagę. Odrobinę przy kości, luźna beżowa bluzka w kwiaty, beżowe baleriny, proste, nieźle skrojone dżinsy. Było widać, że uważa na to co na siebie wkłada. Co z tego, że nie jest gorącą 20tką, uroda ani figura już nie ta - przezierała przez nią Kobieta. A poza tym, co coraz rzadsze - miała zastanowienie w oczach. Jakąś powagę. Pomyślała - ona też była w moim wieku. Też była kiedyś na etapie lawirowania między projektowaniem życia, chęcią korzystania z niego, a rzeczywistością. Czy teraz jest usatysfakcjonowana? Czy uzyskała ocenę "wystarczającą" lub wyżej? Czy podjęła dobre decyzje, spełniła się? W porównaniu z siedzącymi obok paniami jako jedyna nie miała w sobie bierności, zrezygnowania, tylko powagę. Więc... może jej się udało. Udaje - bo to przecież tylko moment w historii, którą kształtuje się każdego dnia.
Pytanie, które zadzwoniło jej gdzieś w głowie, brzmiało: jaka będzie ona w tym wieku. Czy uda jej się osiągnąć kompromis z życiem na tyle, aby nie zagubić gdzieś tego, co teraz chce i ma. Godzenie realizmu z idealizmem to sztuka, w której, jak w zawodzie nauczyciela czy lekarza, nieustannie trzeba się dokształcać. Właśnie, w oczach tej kobiety było coś jeszcze, czego nie mogła wcześniej zidentyfikować - zdecydowanie. Takie bycie czołgiem, jak mówił jej przyjaciel: są trudności, ma się tego świadomość, ale mimo to decyduje się wciąż i wciąż je pokonywać.
Postanowiła żyć, więc będzie, najlepiej jak się da. Dla choćby krótkich chwil radości.
Może to tylko wyobrażenie o tej kobiecie, może gdyby ją znała wcale nie chciałaby być do niej kiedyś podobną. Ale błogosławieństwem było to, że jej nie znała. Życie to przedsięwzięcie. I jak każde przedsięwzięcie niesie pewne ryzyko, może nawet budzi strach, ale niesie też wiele możliwości. I może kiedyś - Nagrodę.
sobota, 22 września 2012
Grubo, smutno i samotno
Och jak cudownie. Chciałaby przespać całe życie.
Uwielbiała sny, w których matka mówiła jej, że widocznie przytyła, albo takie, w których była spasłą klientką programu dietetycznego, posiadającą na stołówce własne miejsce i zaczynającą posiłek później, żeby "dla innych starczyło", nazywaną w niewybredny sposób i traktowaną jak podgatunek. Tak. Miły początek dnia. Plus nieprzespana noc, ból głowy od rana i zawalenie wizyty w domu, czyli już wiedziała, jakiej atmosfery doczekać się, gdy wróci jej siostra, której zależało na moim przyjeździe. Chyba. Co prawda, po ostatnich swoich przejściach z nią wątpiła, że mogłaby czuć się swobodnie i być do niej przyjaźnie nastawiona, a to przecież niezbędne, gdy chce się spędzić razem jakiś czas. Niestety dość długo odczuwała dyskomfort w relacji, po tym jak została do niej skierowana duża ilość złości, a potem próbuje się "zapomnieć"...
Było jej źle, nie chciała nikogo widzieć, żadnych kontaktów.
Nieprawda, chciała. Nie chciała tylko ich inicjować, to na pewno.
Uwielbiała sny, w których matka mówiła jej, że widocznie przytyła, albo takie, w których była spasłą klientką programu dietetycznego, posiadającą na stołówce własne miejsce i zaczynającą posiłek później, żeby "dla innych starczyło", nazywaną w niewybredny sposób i traktowaną jak podgatunek. Tak. Miły początek dnia. Plus nieprzespana noc, ból głowy od rana i zawalenie wizyty w domu, czyli już wiedziała, jakiej atmosfery doczekać się, gdy wróci jej siostra, której zależało na moim przyjeździe. Chyba. Co prawda, po ostatnich swoich przejściach z nią wątpiła, że mogłaby czuć się swobodnie i być do niej przyjaźnie nastawiona, a to przecież niezbędne, gdy chce się spędzić razem jakiś czas. Niestety dość długo odczuwała dyskomfort w relacji, po tym jak została do niej skierowana duża ilość złości, a potem próbuje się "zapomnieć"...
Było jej źle, nie chciała nikogo widzieć, żadnych kontaktów.
Nieprawda, chciała. Nie chciała tylko ich inicjować, to na pewno.
czwartek, 20 września 2012
Nosisz okulary, więc jesteś mądry
Stereotypy to coś niszczącego. Zmaganie się z nimi, bycie w środku, jest nieporównanie trudniejsze, niż gdy tylko patrzy się na to z boku.
Schematy w postrzeganiu świata można podzielić z grubsza na kilka kategorii. Pierwsze zwykle przychodzą do głowy kwestie rasowe i narodowościowe. Dalej: dotyczące klasy, zawodu, wyglądu, i wreszcie płci. Z jednej strony przypisuje się danym osobom jakieś szczególne cechy czy też ich specyficzne konfiguracje, z drugiej prognozuje się, jaki kształt będą przyjmowały relacje między nimi. Żeby tylko prognozować.! Niestety często oznacza zamknięcie siebie i innych w pewnych ramach, nie przyjmując do wiadomości, że może być inaczej. A gdy wszystko na to wskazuje, węszy się podstęp i podejrzewa nieczyste zamiary. To częsty motyw z filmów. Afroamerykanie, szczególnie ci żyjący w dużych grupach, przyjaźnie nastawionego białego traktują jak szpiega, a jeśli któryś zdecyduje się nawiązać z nim kontakt, a już nie daj boże relację o pozytywnym wydźwięku - zostaje wykluczony.
Jeździła trochę po mieście i trochę widziała. Dzielnice burżu, dzielnice tych biedniejszych. W ramach praktyk przez 2 tygodnie miała okazję przebywać drogę
Schematy w postrzeganiu świata można podzielić z grubsza na kilka kategorii. Pierwsze zwykle przychodzą do głowy kwestie rasowe i narodowościowe. Dalej: dotyczące klasy, zawodu, wyglądu, i wreszcie płci. Z jednej strony przypisuje się danym osobom jakieś szczególne cechy czy też ich specyficzne konfiguracje, z drugiej prognozuje się, jaki kształt będą przyjmowały relacje między nimi. Żeby tylko prognozować.! Niestety często oznacza zamknięcie siebie i innych w pewnych ramach, nie przyjmując do wiadomości, że może być inaczej. A gdy wszystko na to wskazuje, węszy się podstęp i podejrzewa nieczyste zamiary. To częsty motyw z filmów. Afroamerykanie, szczególnie ci żyjący w dużych grupach, przyjaźnie nastawionego białego traktują jak szpiega, a jeśli któryś zdecyduje się nawiązać z nim kontakt, a już nie daj boże relację o pozytywnym wydźwięku - zostaje wykluczony.
Jeździła trochę po mieście i trochę widziała. Dzielnice burżu, dzielnice tych biedniejszych. W ramach praktyk przez 2 tygodnie miała okazję przebywać drogę
- z Mokotowa (rajbany, zielone grzywki, wartościowe = drogie, panienki wyglądają jakby bały się najmniejszego owada, oczywiście w tym sensie, by nie zabrudził im nowego białego płaszczyka, a poza tym są znudzone życiem i patrzą z góry na przeciętnych mieszkańców tego globu, średni szacowany na podstawie ciuchów odsetek mężczyzn o odmiennej orientacji ok. 70%, przy czym bardziej martwi fakt, że większość z nich to hetero...)
- na Pragę (dzieci rzucające kamieniami w tramwaj, mijane gdzieś po drodze zgliszcza samochodu, których dzień wcześniej nie było, poza tym multum "dresów", raczących się o 8 rano napojami zmieniającymi świadomość, trochę lasek z farbowanymi samodzielnie włosami, nierzadko pchających wózek z dzieckiem, sporo staruszków, ale generalnie dość pusto).
Nie rozumiała tego. Po co komu tyle niechęci, po co życzyć komuś złego,
złościć się bo jest inny? Sama też czasem ulegała stereotypom, ale
jednak - starała się. To jedno. A drugie i ważniejsze, kołaczące jej w głowie pytanie, związane z przeczącą schematom sytuacją-relacją, w której tkwiła, brzmiało: czy lepiej, będąc pewnym swoich czystych intencji i zysków, jakie czerpią dwie osoby będąc ze sobą w przyjaźni, oraz wiedząc, że obiektywnie nikomu nie powinno to szkodzić, budować ją nadal, czy bojąc się osądów i podejrzeń osób z zewnątrz zrezygnować z niej, i, poniekąd, z siebie? Będąc w mniejszości uważającej przyjaźń damsko - męską za możliwą pozostać przy swoim, czy poddać się zdaniu większości i - wycofać..?
poniedziałek, 17 września 2012
Dalej
I gdy pewnego dnia nadejdzie mrok
Gdy rygle drzwi
okien zatrzaśnięte znajdę
Podniosę głowę
Z myślą bezczelną
I wstanę
Błysk wiary
Nie pozwoli zbłądzić
Wystarczy iskra, by rozpalić ogień
By wywołać pożar
Żywioł strawi wszystko dokoła
ocalając to, co istotne
Zerwą się wichry, i uderzą,
ale to co bezbronne było
znalazło Obrońcę
Więc otwórz oczy
Spójrz prosto przed siebie
Wyostrz zmysły
I idź, ciągle idź
krok po kroku
rok po roku
Dalej
Gdy rygle drzwi
okien zatrzaśnięte znajdę
Podniosę głowę
Z myślą bezczelną
I wstanę
Błysk wiary
Nie pozwoli zbłądzić
Wystarczy iskra, by rozpalić ogień
By wywołać pożar
Żywioł strawi wszystko dokoła
ocalając to, co istotne
Zerwą się wichry, i uderzą,
ale to co bezbronne było
znalazło Obrońcę
Więc otwórz oczy
Spójrz prosto przed siebie
Wyostrz zmysły
I idź, ciągle idź
krok po kroku
rok po roku
Dalej
poniedziałek, 10 września 2012
Thank God, I'm alive
Wędrowała ulicami miasta. Patrzyła wokół.
Cieszyła się, że żyje.
W ciągu ostatnich kilku dni przeżyła tak skrajne stany i zdarzenia, że aż trudno to opisać.
Dotknęła swojej słabości, tracąc niewinność. Pozwoliła, by Id przejęło nad nią kontrolę. A może to nie było Id, tylko ktoś kto pragnie ludzkiego nieszczęścia. Ciąg wypadków, jaki potem nastąpił, przewrócił jej życie i sposób myślenia do góry nogami. Bezmyślna decyzja kosztowała tak wiele... Chciała powiedzieć dziewczynom, że niewinność to najpiękniejsza cecha. Że oddanie się komuś dlatego, że świat tak mówi, bo koleżanki już to zrobiły, oddanie się komuś, kto nie jest tego wart, nie ma sensu. Chcąc zyskać wartość można wiele stracić. Szczególnie - szacunek do siebie. Nie warto. I chciała powiedzieć chłopakom, że czasem "tak" dziewczyny trzeba zrozumieć jak "nie". Że mogą spowodować cierpienie nie do opisania, i jeżeli chcą być dobrymi ludźmi, to niech nie wykorzystują okazji.
Przekonała się, że szukanie szczęścia to bardzo niebezpieczne zajęcie. Łatwo można zagubić drogowskazy i pójść za tym, co głosi świat. Miała poczucie, że lata terapii zostały w jednej chwili wymazane z jej życia. Na szczęście, dzięki pomocy przyjaciół jakoś udało się je uratować, ale to nie był koniec.
Wieczór skończył się odratowywaniem po wzięciu dużej dawki leków. Po prostu nie mogła znieść myśli, że zaszkodziła związkowi przyjaciół; sądziła, że taki właśnie był skutek wcześniejszego udzielenia jej pomocy. Wydawało jej się, że zniszczyła wszystko, że wszyscy się od niej odwrócą (i słusznie), że po raz kolejny okazała się nie tylko bezużyteczna, ale i szkodliwa. Dała się ponieść fali wyobrażeń, które nie miały wiele wspólnego z rzeczywistością. Przekonałaby się o tym, gdyby poczekała.
Było jej wstyd. Dramatyzm w skali 10/10, niepotrzebne zamieszanie - całkowity regres. Nie była dumna z siebie. Ale przeżyła. I sądziła, że to był znak. Taki prztyczek. No dobrze, kopniak - na zamknięcie rozdziału pod tytułem "Impulsywność i autoagresja". Nie chciała, by ktokolwiek kiedykolwiek się o nią bał, nie chciała robić nic, co mogłoby spowodować cierpienie jej bliskich i przyjaciół, nie chciała patrzeć w ich oczy i widzieć łzy, wiedząc, że to ona jest ich sprawczynią. To Decyzja. Już czas.
Poza tym, ten znak... pojmowała go jako coś więcej, nie takie ot, zdarzenie. Tylko Znak. Drogowskaz mówiący "Patrzę na twoje życie, czuwam nad tobą, ale sama podejmujesz decyzje. Spójrz w dół tej przepaści, czy na pewno chcesz tam skoczyć? Ciągle trzymam cię za rękę, poczuj to. Jesteś bezpieczna. Otaczam cię opieką, przyjaciółmi, miłością, widzę co się z Tobą dzieje, i nie jest mi to obojętne. Zaufaj Mi. I, do cholery, nie rób już więcej głupstw"
Nie zrobi.
Cieszyła się, że żyje.
W ciągu ostatnich kilku dni przeżyła tak skrajne stany i zdarzenia, że aż trudno to opisać.
Dotknęła swojej słabości, tracąc niewinność. Pozwoliła, by Id przejęło nad nią kontrolę. A może to nie było Id, tylko ktoś kto pragnie ludzkiego nieszczęścia. Ciąg wypadków, jaki potem nastąpił, przewrócił jej życie i sposób myślenia do góry nogami. Bezmyślna decyzja kosztowała tak wiele... Chciała powiedzieć dziewczynom, że niewinność to najpiękniejsza cecha. Że oddanie się komuś dlatego, że świat tak mówi, bo koleżanki już to zrobiły, oddanie się komuś, kto nie jest tego wart, nie ma sensu. Chcąc zyskać wartość można wiele stracić. Szczególnie - szacunek do siebie. Nie warto. I chciała powiedzieć chłopakom, że czasem "tak" dziewczyny trzeba zrozumieć jak "nie". Że mogą spowodować cierpienie nie do opisania, i jeżeli chcą być dobrymi ludźmi, to niech nie wykorzystują okazji.
Przekonała się, że szukanie szczęścia to bardzo niebezpieczne zajęcie. Łatwo można zagubić drogowskazy i pójść za tym, co głosi świat. Miała poczucie, że lata terapii zostały w jednej chwili wymazane z jej życia. Na szczęście, dzięki pomocy przyjaciół jakoś udało się je uratować, ale to nie był koniec.
Wieczór skończył się odratowywaniem po wzięciu dużej dawki leków. Po prostu nie mogła znieść myśli, że zaszkodziła związkowi przyjaciół; sądziła, że taki właśnie był skutek wcześniejszego udzielenia jej pomocy. Wydawało jej się, że zniszczyła wszystko, że wszyscy się od niej odwrócą (i słusznie), że po raz kolejny okazała się nie tylko bezużyteczna, ale i szkodliwa. Dała się ponieść fali wyobrażeń, które nie miały wiele wspólnego z rzeczywistością. Przekonałaby się o tym, gdyby poczekała.
Było jej wstyd. Dramatyzm w skali 10/10, niepotrzebne zamieszanie - całkowity regres. Nie była dumna z siebie. Ale przeżyła. I sądziła, że to był znak. Taki prztyczek. No dobrze, kopniak - na zamknięcie rozdziału pod tytułem "Impulsywność i autoagresja". Nie chciała, by ktokolwiek kiedykolwiek się o nią bał, nie chciała robić nic, co mogłoby spowodować cierpienie jej bliskich i przyjaciół, nie chciała patrzeć w ich oczy i widzieć łzy, wiedząc, że to ona jest ich sprawczynią. To Decyzja. Już czas.
Poza tym, ten znak... pojmowała go jako coś więcej, nie takie ot, zdarzenie. Tylko Znak. Drogowskaz mówiący "Patrzę na twoje życie, czuwam nad tobą, ale sama podejmujesz decyzje. Spójrz w dół tej przepaści, czy na pewno chcesz tam skoczyć? Ciągle trzymam cię za rękę, poczuj to. Jesteś bezpieczna. Otaczam cię opieką, przyjaciółmi, miłością, widzę co się z Tobą dzieje, i nie jest mi to obojętne. Zaufaj Mi. I, do cholery, nie rób już więcej głupstw"
Nie zrobi.
sobota, 8 września 2012
Tak.
Chciała być dobrym człowiekiem.
Okazała się złą kobietą.
Chcąc być lepszą, straciła to, co naprawdę cenne.
Zwracając się do przyjaciela przysporzyła mu kłopotów.
Mimo, że chciała dobrze
Zraniła tylu ludzi podejmując jedną nieprzemyślaną decyzję.
Grunt usuwa jej się spod nóg,
Świat stracił ostrość.
Ostrość, to słowo
Przemawia jak starożytny bóg.
Kusi obietnicą
Znalezienia
Drogi na bezdrożu.
Lata nauk, czy pozwolą
Przetrwać kataklizm
Siebie.
Mamo mówiłaś
Bóg jest ucieczką i ostoją
Niech więc będzie.
Okazała się złą kobietą.
Chcąc być lepszą, straciła to, co naprawdę cenne.
Zwracając się do przyjaciela przysporzyła mu kłopotów.
Mimo, że chciała dobrze
Zraniła tylu ludzi podejmując jedną nieprzemyślaną decyzję.
Grunt usuwa jej się spod nóg,
Świat stracił ostrość.
Ostrość, to słowo
Przemawia jak starożytny bóg.
Kusi obietnicą
Znalezienia
Drogi na bezdrożu.
Lata nauk, czy pozwolą
Przetrwać kataklizm
Siebie.
Mamo mówiłaś
Bóg jest ucieczką i ostoją
Niech więc będzie.
środa, 5 września 2012
Przypadek - nieprzypadek
Czekała na jakiś znak, dowód, taki subiektywny, może nic nie znaczący dla innych. Nie wiedziała, czy to już nastąpiło, jej wiara i zdecydowanie były wyjątkowo chwiejne. Ale myślała... myślała i czuła, że Bóg jej sprzyja. Siedziała w psychologii, i chyba tylko oddziaływanie na tę sferę mogło ją mnie przekonać. Szczególnie na jeden problem, który wydawał się dotąd nierozwiązywalny, i coraz bardziej ją frustrował.
Miała takiego jednego znajomego, poznanego już jakiś czas temu. Co dość znamienne, od początku miała wrażenie, że już się spotkali. Tylko gdzie? Przeszukiwała obszary pamięci, bezskutecznie. Nic takiego nie miało miejsca. A jednak czuła, jakby się znali od lat. Są takie osoby, jak to ujęła jej siostra, które od razu "wchodzą pod skórę". Nie za naskórek, tylko pod skórę właściwą. Mają podobne fale, podobny rytm bicia serca, podobne szlaki neuronalne. I to się odczuwa. Jest mnóstwo innych ludzi, którzy pewnie też za bardzo się nie różnią, ale się ich nie zauważa, mija w Drodze, jakby nie istnieli.
Rozmowy z nim były różne. Czasem głupie i niepoważne, oczywiście. Bywały jednak i takie, które dotykały ważnych spraw, nawet "w skali światowej". I to w sposób, hmm, specyficzny, nieszablonowy. Taki on właśnie był. Momentami bardzo niedojrzały, jakby miał serce dziecka - albo nastolatka. Trudno nie spostrzec, że jego dom i dzieciństwo nie były idealne: czasem tracił kontrolę nad emocjami, zachowywał się tak, by zwrócić uwagę, denerwował się, gdy jej nie dostawał, chciał być ciągle doceniany i ważny. A czasem mówił jakby był kilka lat starszy niż jest naprawdę. Bardzo logicznie, poważnie, widać było, że jego wypowiedzi i poglądy są przemyślane, a wiedza w pewnych dziedzinach, na przykład religii - nie powierzchowna. Nie koniecznie kompleksowa i niepodważalna. Tego nie wiedziała, i właściwie... nie było to jakieś bardzo ważne. Ale i tak, jeśli chodzi o to - zagiął ją. Mówiąc o swojej drodze do wiary w chrześcijańskiego Boga użył argumentów paradoksalnych, ale logicznych, nie jakichś typu "zobacz, jakie cuda się działy i dzieją". Można powiedzieć, że przeprowadził procedury metodologiczne, dopuszczając falsyfikowalność twierdzenia, że to, co jest w Biblii, to prawda. Rozum w szukaniu wiary, tak, to zdecydowanie interesujące.
To było pierwsze poruszenie. Zaczęła dopuszczać myśl, że mogłaby uwierzyć. Zaczęła chcieć szukać.
Był obszar w jej psychice, którego nie umiała przerobić. Chodzi o przekonanie, że faceci nie mają uczuć. Zresztą, to ją hamowało w relacjach z nimi. Bo choć rozumowo wiedziała, że tak nie jest, to sercem nie mogła tego przyjąć. Jeszcze.
To nie przypadek, że go poznała. Miał emocje na dłoni - zarówno "pozytywne", jak i "negatywne". W kontekście modelu jaki miała dzięki ojcu, był wyjątkowo ludzki. Widać to po sile uczuć, jakimi darzył swoją dziewczynę, jak mu zależało na tym, by była szczęśliwa. Może nie zawsze robił to, co właściwe z psychologicznego punktu widzenia, czasem można by się spierać o to, czy powodowała nim troska o własne, czy o jej dobro - ale kto jest idealny? Najbardziej widać było, że chciał, i w tym chceniu był wytrwały. To jedna rzecz, w zasadzie konkretny przykład. Ale istotniejsze było to, że, jak sądziła, podobnie czują. Spotykała wielu chłopaków i widziała u nich emocje. Ale widzenie nie wystarczy. W rozmowach z siostrą nieraz mówiła, że musi to poczuć. Sądziła, że to by było możliwe tylko w związku. Okazało się jednak, że nie. Czuła to teraz. I czuła jak trybiki w jej głowie zaczynają się dopasowywać, tworząc całość, działający mechanizm.
Skąd tu Bóg? Ano, krążyło jej po głowie zdanie, że "ktoś go postawił na jej drodze". A ktoś musi być osobą. Postawić kojarzy się ze stawianiem pionka w grze w szachy. Ktoś większy wykonuje ten ruch. Wybiera "pionek" nieprzypadkowo, dopasowuje. To nie przypadek.
Dlatego myślała, że Ktoś jej sprzyja, pomagając rozprawić się z kolejnym bastionem schematów. Natomiast idąc dalej i parafrazując słowa Kartezjusza "Myślę, więc jestem" - ktoś jej sprzyjał, a więc JEST.
Miała takiego jednego znajomego, poznanego już jakiś czas temu. Co dość znamienne, od początku miała wrażenie, że już się spotkali. Tylko gdzie? Przeszukiwała obszary pamięci, bezskutecznie. Nic takiego nie miało miejsca. A jednak czuła, jakby się znali od lat. Są takie osoby, jak to ujęła jej siostra, które od razu "wchodzą pod skórę". Nie za naskórek, tylko pod skórę właściwą. Mają podobne fale, podobny rytm bicia serca, podobne szlaki neuronalne. I to się odczuwa. Jest mnóstwo innych ludzi, którzy pewnie też za bardzo się nie różnią, ale się ich nie zauważa, mija w Drodze, jakby nie istnieli.
Rozmowy z nim były różne. Czasem głupie i niepoważne, oczywiście. Bywały jednak i takie, które dotykały ważnych spraw, nawet "w skali światowej". I to w sposób, hmm, specyficzny, nieszablonowy. Taki on właśnie był. Momentami bardzo niedojrzały, jakby miał serce dziecka - albo nastolatka. Trudno nie spostrzec, że jego dom i dzieciństwo nie były idealne: czasem tracił kontrolę nad emocjami, zachowywał się tak, by zwrócić uwagę, denerwował się, gdy jej nie dostawał, chciał być ciągle doceniany i ważny. A czasem mówił jakby był kilka lat starszy niż jest naprawdę. Bardzo logicznie, poważnie, widać było, że jego wypowiedzi i poglądy są przemyślane, a wiedza w pewnych dziedzinach, na przykład religii - nie powierzchowna. Nie koniecznie kompleksowa i niepodważalna. Tego nie wiedziała, i właściwie... nie było to jakieś bardzo ważne. Ale i tak, jeśli chodzi o to - zagiął ją. Mówiąc o swojej drodze do wiary w chrześcijańskiego Boga użył argumentów paradoksalnych, ale logicznych, nie jakichś typu "zobacz, jakie cuda się działy i dzieją". Można powiedzieć, że przeprowadził procedury metodologiczne, dopuszczając falsyfikowalność twierdzenia, że to, co jest w Biblii, to prawda. Rozum w szukaniu wiary, tak, to zdecydowanie interesujące.
To było pierwsze poruszenie. Zaczęła dopuszczać myśl, że mogłaby uwierzyć. Zaczęła chcieć szukać.
Był obszar w jej psychice, którego nie umiała przerobić. Chodzi o przekonanie, że faceci nie mają uczuć. Zresztą, to ją hamowało w relacjach z nimi. Bo choć rozumowo wiedziała, że tak nie jest, to sercem nie mogła tego przyjąć. Jeszcze.
To nie przypadek, że go poznała. Miał emocje na dłoni - zarówno "pozytywne", jak i "negatywne". W kontekście modelu jaki miała dzięki ojcu, był wyjątkowo ludzki. Widać to po sile uczuć, jakimi darzył swoją dziewczynę, jak mu zależało na tym, by była szczęśliwa. Może nie zawsze robił to, co właściwe z psychologicznego punktu widzenia, czasem można by się spierać o to, czy powodowała nim troska o własne, czy o jej dobro - ale kto jest idealny? Najbardziej widać było, że chciał, i w tym chceniu był wytrwały. To jedna rzecz, w zasadzie konkretny przykład. Ale istotniejsze było to, że, jak sądziła, podobnie czują. Spotykała wielu chłopaków i widziała u nich emocje. Ale widzenie nie wystarczy. W rozmowach z siostrą nieraz mówiła, że musi to poczuć. Sądziła, że to by było możliwe tylko w związku. Okazało się jednak, że nie. Czuła to teraz. I czuła jak trybiki w jej głowie zaczynają się dopasowywać, tworząc całość, działający mechanizm.
Skąd tu Bóg? Ano, krążyło jej po głowie zdanie, że "ktoś go postawił na jej drodze". A ktoś musi być osobą. Postawić kojarzy się ze stawianiem pionka w grze w szachy. Ktoś większy wykonuje ten ruch. Wybiera "pionek" nieprzypadkowo, dopasowuje. To nie przypadek.
Dlatego myślała, że Ktoś jej sprzyja, pomagając rozprawić się z kolejnym bastionem schematów. Natomiast idąc dalej i parafrazując słowa Kartezjusza "Myślę, więc jestem" - ktoś jej sprzyjał, a więc JEST.
wtorek, 4 września 2012
Kilka pytań do Polski i świata
Czemu ludzie tak się nie szanują, oszukują by tylko jak najwięcej zyskać, czemu tracą czas na intrygi, co im z tego, że kogoś zniszczą?
Czemu ludzie u władzy tak mało mają miłości do bliźniego?
Nie mieściło jej się w głowie... dokąd to zmierza?
Jak można myśleć, że szczęście da się zbudować na czyimś nieszczęściu?
Nie rozumiała.
Z jej niedługich ale jednak intensywnych doświadczeń wynikało, że miłość jest największą siłą. Miłość, czyli otulające ciepło i akceptacja. Dzięki niej można zmieniać świat. Nie dzięki szachrajstwom, sile i nienawiści.
Nie wierzyła w Boga, choć go szukała. Wierzyła natomiast w Dobro i Prawdę. Wierzyła, że dawanie jest ważniejsze i przyjemniejsze niż branie.
Czy to archaiczne wartości, poglądy?
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Pani demolka
Czasem chciała wejść do kuchni i zwalić wszystkie naczynia na podłogę, tak, by rozbiły się w proch. Cisnąć telefonem by zostały z niego tylko bezużyteczne odłamki. I tak jest bezużyteczny. Widziała to w głowie, w wyobraźni, ale wiedziała, że nic z tego. Szkoda naczyń. Szkoda telefonu. Więc kisiła to sobie wieczorami, jak jesienne przetwory. Krzyczała bezgłośnie.
środa, 8 sierpnia 2012
Może jej mama miała rację.
Studentka psychologii biorąca antydepresanty - coś tu nie gra.
Może psychologia to tylko jej widzimisię, bez perspektyw na przyszłość, ot, niedojrzała decyzja.
Może branie leków to pójście na łatwiznę - by nie mierzyć się z rzeczywistością.
Może to wszystko nie jest warte złamanego grosza, a ona rzeczywiście wcale siebie nie zna?
Może... POWINNA:
Słuchać matki
Skończyć finanse
Nie wyprowadzać się - co tak obciąża rodzinę.
Nie chorować.
Nie mieć depresji.
Wziąć się w garść.
Studentka psychologii biorąca antydepresanty - coś tu nie gra.
Może psychologia to tylko jej widzimisię, bez perspektyw na przyszłość, ot, niedojrzała decyzja.
Może branie leków to pójście na łatwiznę - by nie mierzyć się z rzeczywistością.
Może to wszystko nie jest warte złamanego grosza, a ona rzeczywiście wcale siebie nie zna?
Może... POWINNA:
Słuchać matki
Skończyć finanse
Nie wyprowadzać się - co tak obciąża rodzinę.
Nie chorować.
Nie mieć depresji.
Wziąć się w garść.
wtorek, 7 sierpnia 2012
Emancypacja
Kobiety szpachlują.
Kobiety malują
Kobiety wybierają sprzęty.
Kobiety wybierają kolory.
Kobiety skaczą po drabinie.
Kobiety dźwigają ciężary.
Dzieci pomagają.
Rozśmieszają.
Mężczyźni...
Kobiety malują
Kobiety wybierają sprzęty.
Kobiety wybierają kolory.
Kobiety skaczą po drabinie.
Kobiety dźwigają ciężary.
Dzieci pomagają.
Rozśmieszają.
Mężczyźni...
niedziela, 5 sierpnia 2012
Odkryj wszystkie rany, by zyskać szczęście
Po dwóch dniach przeżytych w totalnym odrealnieniu, powróciła z nową siłą.
Siła ta to połączenie wiedzy, doświadczenia i nadziei.
Wiedza: czym jest neurotyczna potrzeba miłości - artykuł "przypadkiem" zamieszczony na jednym z portali właśnie wtedy, gdy z tym się zmagała.
Neurotycy mylą miłość z pragnieniem uchronienia się przed samotnością. Wynika to zwykle z lęku powstałego i niezaspokojonego w dzieciństwie, skłaniającego do poszukiwania bezpieczeństwa i bezgranicznego poświęcenia u partnera. Neurotyk szybko się "zakochuje", bardzo mocno angażuje emocjonalnie, oczekuje odwzajemnienia tego nawet w początkowym okresie znajomości, gdy tak naprawdę nie zna danej osoby.
Na szczęście nie jest się skazanym na taki model "miłości". Już sam fakt uświadomienia sobie, że jest się neurotykiem, pozwala na zdystansowanie, dalsza praca nad sobą i ciągły wgląd w uczucia, myśli i wyobrażenia może dać naprawdę dobre efekty. By stać się "normalnym" - albo szczęśliwym, jak kto woli.
Doświadczenie: zawsze była chwiejna emocjonalnie, teraz było lepiej, ale nie idealnie. Nie przerobiła problemu relacji z płcią niepiękną. W środę i czwartek była kompletnie załamana i rozważała powrót do terapii - niechętnie, odbierając to jak jakąś porażkę. Myślała w trybie uogólniania - już nigdy, zawsze tak się dzieje, nikt nie zwróci na nią uwagi, zawsze będzie nieszczęśliwa. Czuła się tak strasznie, że po prostu chciała umrzeć. Jednak w tym szaleństwie gdzieś błysnęła iskra pamięci - ostatnio było przecież tak dobrze. Złe dni mijają, jak w tej bajce: "to też minie". Tyle spraw już przepracowała, z tym też da sobie radę. A twierdzenie, że wie się jak będzie wyglądała przyszłość, zakrawa o absurd. Tak więc postanowiła nie poddawać się rozpaczy i zapanować nad rzeczywistością, przeprogramowując mózg.
No i nadzieja. Że to wszystko się uda. Że czuła się już szczęśliwa, czyli jest to możliwe. Dużo przeszła, więc i to... ułoży się.
Dużo pracy przed nią, ale w perspektywie było, coś o co zdecydowanie warto walczyć. Miłość.
Siła ta to połączenie wiedzy, doświadczenia i nadziei.
Wiedza: czym jest neurotyczna potrzeba miłości - artykuł "przypadkiem" zamieszczony na jednym z portali właśnie wtedy, gdy z tym się zmagała.
Neurotycy mylą miłość z pragnieniem uchronienia się przed samotnością. Wynika to zwykle z lęku powstałego i niezaspokojonego w dzieciństwie, skłaniającego do poszukiwania bezpieczeństwa i bezgranicznego poświęcenia u partnera. Neurotyk szybko się "zakochuje", bardzo mocno angażuje emocjonalnie, oczekuje odwzajemnienia tego nawet w początkowym okresie znajomości, gdy tak naprawdę nie zna danej osoby.
Na szczęście nie jest się skazanym na taki model "miłości". Już sam fakt uświadomienia sobie, że jest się neurotykiem, pozwala na zdystansowanie, dalsza praca nad sobą i ciągły wgląd w uczucia, myśli i wyobrażenia może dać naprawdę dobre efekty. By stać się "normalnym" - albo szczęśliwym, jak kto woli.
Doświadczenie: zawsze była chwiejna emocjonalnie, teraz było lepiej, ale nie idealnie. Nie przerobiła problemu relacji z płcią niepiękną. W środę i czwartek była kompletnie załamana i rozważała powrót do terapii - niechętnie, odbierając to jak jakąś porażkę. Myślała w trybie uogólniania - już nigdy, zawsze tak się dzieje, nikt nie zwróci na nią uwagi, zawsze będzie nieszczęśliwa. Czuła się tak strasznie, że po prostu chciała umrzeć. Jednak w tym szaleństwie gdzieś błysnęła iskra pamięci - ostatnio było przecież tak dobrze. Złe dni mijają, jak w tej bajce: "to też minie". Tyle spraw już przepracowała, z tym też da sobie radę. A twierdzenie, że wie się jak będzie wyglądała przyszłość, zakrawa o absurd. Tak więc postanowiła nie poddawać się rozpaczy i zapanować nad rzeczywistością, przeprogramowując mózg.
No i nadzieja. Że to wszystko się uda. Że czuła się już szczęśliwa, czyli jest to możliwe. Dużo przeszła, więc i to... ułoży się.
Dużo pracy przed nią, ale w perspektywie było, coś o co zdecydowanie warto walczyć. Miłość.
środa, 1 sierpnia 2012
Starcie tytanów
Nie miała ochoty na rozmowy. Znaczy, brak jej było słów.
Przejechała się znów na schemacie zachowania wobec nowo-poznanego-mężczyzny. Nie wiedziała, skąd to ma - irracjonalnie szybkie i silne zaangażowanie emocjonalne. Czuła, że to nie jest prawidłowe, tylko niszczące, bo właściwie nie ma szans na happy end. Po wczorajszym spotkaniu ze znajomymi miała wrażenie jakby ją ktoś rozpruł. Najgorsze było to, że tym kimś była ona sama.
Jak to powiedział jej przyjaciel "foczki trzeba oswajać". Żeby tylko istniał ktoś gotów się tego podjąć. Wiedziała, że sama powinna wykonać jakąś pracę - żeby te emocje nie miały charakteru czarno-białego, albo mega blisko, albo byle najdalej. W tym drugim była mistrzem - cytując wyżej wspomnianego kolegę "panią niewidzialną", uciekającym kurczakiem. Starała się, ale brak wiedzy kim jest mężczyzna, jak działa, a z drugiej niemal równie wielkie braki w postrzeganiu siebie jako kobiety, mocno hamują postępy.
Na ten moment, po 3 godzinach snu i mnóstwie wylanych łez, była zniechęcona sobą. Jakoś nie miała nadziei, nie miała pomysłu na Jutro, na to kim być, jak zdobywać szczęście bez tej drugiej osoby obok, i czy jest to możliwe.
Była introwertyczką, to chyba żadna nowość. Może na tym traciła, niknąc w towarzystwie. Nieśmiałość i wstyd bywa zabójczy, nie pozwala ryzykować i realizować pragnień. Bycie tłem to żadna przyjemność.
Nie chciała błagać o uwagę, o bliskość, zrozumienie. Jedyny znany jej sposób na to to kompletne wycofanie.
Poległa w starciu ze sobą.
Poległa w starciu ze sobą.
środa, 25 lipca 2012
Dawno temu...
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, wydarzyła się historia między chłopcem i dziewczyną. Była to naprawdę piękna historia. Ale nim zaczęła się naprawdę dziać, nastąpił jej koniec. Dla Niego nic to chyba nie znaczyło. Swoim zwyczajem odciął się od sprawy niezwykle dojrzale - milczeniem. Czym to było dla niej - tego nie wiedział nikt. A może wszyscy prócz niej. Godziny, dni, miesiące - nie mogła zapomnieć pierwszego w życiu pocałunku, który mógł nie znaczyć nic, choć chciała, by zapowiadał Wszystko. Od początku wiedziała, że niczego nie może oczekiwać, a jednak na coś liczyła.
I do remember that I already knew
it was the last time
the last time for first positions
the last time you'll be mine
it was the last time
the last time for first positions
the last time you'll be mine
Do you remember the scars I showed you
the stories I told you
the stories I told you
do you remember when we forgot
how to smile at each other
how to smile at each other
I do remember that I already knew
it was the last time...
it was the last time...
Jednak pewnego wieczoru dotarło do niej, że zakochała się tylko w wyidealizowanym wyobrażeniu Chłopca, który w rzeczywistości był zupełnie przeciętny - i narcystyczny. Ona też nie była nieskazitelna - jej główną wadą było nadmierne, wręcz pochłaniające oddanie. Ta miłość, pierwsza miłość, nie miała przyszłości. Dziewczyna mogła jednak dokonać wyboru jak ją zapisać w sercu i pamięci - jako niespełnione marzenie, czy jako jedno z wielu doświadczeń. Wybrała tę drugą opcję. I zasnęła spokojnie.
wtorek, 17 lipca 2012
Czym szczęście jest..?
Szczęście to nie stan, który można osiągnąć lub nie - to umiejętność dostrzegania drobnych przejawów sympatii wszechświata. To nie brak przeciwności, ale bycie wdzięcznym za szanse w nich ukryte.
Zbiegi okoliczności nie są przypadkowe, a jeśli nawet, to można nadać im sens.Miesiąc temu widziała tylko szarość i czerń, pomijając kompletnie iskry światła, dziś skupiała się na nich, podsycając tym samym ogień, przy którym ciemność może się schować. Było to jakoś zadziwiające. Mogła szerzej otwierać oczy i chłonąć świat... To naprawdę niewiarygodne. Cudowne.
Zbiegi okoliczności nie są przypadkowe, a jeśli nawet, to można nadać im sens.Miesiąc temu widziała tylko szarość i czerń, pomijając kompletnie iskry światła, dziś skupiała się na nich, podsycając tym samym ogień, przy którym ciemność może się schować. Było to jakoś zadziwiające. Mogła szerzej otwierać oczy i chłonąć świat... To naprawdę niewiarygodne. Cudowne.
środa, 27 czerwca 2012
Po najczarniejszej nocy przychodzi ranek
Więcej żyła. Może to kwestia leków, może nie. Zaczynała wierzyć w to, że może. Zdawała egzaminy. Rozmawiała z ludźmi. Zaliczała wpadki mniejsze czy większe, ale to nie spędzało jej snu z powiek. Już chyba ponad tydzień trzymała się bez autoagresji. Lubiła obserwować niebo o poranku i wieczorem, gdy zachodzi słońce. Patrzyła w lustro i nie miała mdłości na widok cellulitu. No, może troszkę. Ale nie jakoś bardzo. Myślała o innych. To chyba najbardziej znaczące.
Czas płynie.
Miała sen, sen dziwny, i ciekawy. Nie chciała go zapomnieć. Śniła jej się dziewczyna, która fizycznie dziewczyną nie była. Transwestytą, zdaje się (a może nie, nie znała się na tych dziwnych nazwach). Tylko twarz miała kobiecą. Znała słowa, które na tęczy przenosiły ludzi w inne miejsca. I miała w sobie słońce i radość. Szukała akceptacji, i w końcu ją znalazła, choć nie u tej osoby u której chciała. A ten chłopak później żałował. Byli ludzie którzy chcieli jej zaszkodzić złymi słowami, które zamiast zbliżać, tak jak jej, rozdzielały i siały smutek. Ale - i tak koniec końców była szczęśliwa.
Czas płynie.
Miała sen, sen dziwny, i ciekawy. Nie chciała go zapomnieć. Śniła jej się dziewczyna, która fizycznie dziewczyną nie była. Transwestytą, zdaje się (a może nie, nie znała się na tych dziwnych nazwach). Tylko twarz miała kobiecą. Znała słowa, które na tęczy przenosiły ludzi w inne miejsca. I miała w sobie słońce i radość. Szukała akceptacji, i w końcu ją znalazła, choć nie u tej osoby u której chciała. A ten chłopak później żałował. Byli ludzie którzy chcieli jej zaszkodzić złymi słowami, które zamiast zbliżać, tak jak jej, rozdzielały i siały smutek. Ale - i tak koniec końców była szczęśliwa.
niedziela, 10 czerwca 2012
Głowo umrzyj!
Nadchodzi taki dzień, gdy nie mieści się już w tobie nic z twojego życia. Nie chcesz mieć ani jednej myśli więcej. Nie chcesz się skupiać na sobie. Nie chcesz próbować budować na nowo, grzebiąc się w przeszłości, bez której to niemożliwe. Chcesz odpocząć. Chcesz pobyć chwilę w czyimś świecie, posłuchać o jego kłopotach, nie mówiąc ani słowa o sobie. Nie ujawniać się. Odpocząć. Zapomnieć, że istniejesz. Przeczekać czas, w którym musisz decydować - czy ciągnąć to dalej.
sobota, 19 maja 2012
Exhausted
Dłonie desperacko chwytają
Nitki łączące ze światem
Miały być ze stali
A to tylko spaghetti
Gotowane minutę zbyt długo
Spojrzenie
Miało biec za horyzont
Wróciło jak bumerang
Spadł deszcz
I zgasło
Serce miało płonąć
Chłonąć słońce i słotę
Lecz ogień je przemógł
Pozostał węgiel
Który mógł już tylko
Krzyczeć.
~ ~ ~
Było jej tak wstyd... Żeby tak nisko upaść, znów..! Żeby znów sięgnąć po autoagresję?
A jutro miały być pięćdziesiąte urodziny jej mamy. Jak do licha przetrwać na rodzinnym obiedzie Jak rozmawiać... uśmiechać się... życzyć szczęścia...
Zawsze uważała, że angielskie "exhausted" jest bardziej wymowne od polskiego "wyczerpany". Exhausted to tak, jakby się oddawało ostatni haust powietrza, ostatni oddech... albo ledwo go nabierało. Właśnie tak.
Nitki łączące ze światem
Miały być ze stali
A to tylko spaghetti
Gotowane minutę zbyt długo
Spojrzenie
Miało biec za horyzont
Wróciło jak bumerang
Spadł deszcz
I zgasło
Serce miało płonąć
Chłonąć słońce i słotę
Lecz ogień je przemógł
Pozostał węgiel
Który mógł już tylko
Krzyczeć.
~ ~ ~
Było jej tak wstyd... Żeby tak nisko upaść, znów..! Żeby znów sięgnąć po autoagresję?
A jutro miały być pięćdziesiąte urodziny jej mamy. Jak do licha przetrwać na rodzinnym obiedzie Jak rozmawiać... uśmiechać się... życzyć szczęścia...
Zawsze uważała, że angielskie "exhausted" jest bardziej wymowne od polskiego "wyczerpany". Exhausted to tak, jakby się oddawało ostatni haust powietrza, ostatni oddech... albo ledwo go nabierało. Właśnie tak.
poniedziałek, 7 maja 2012
Znów, i znów
Chciała powiedzieć tylko, że BĘDZIE PRÓBOWAĆ. Naprzeciw wszystkiemu: nieżyczliwym ludziom, przyjaciołom, którzy zawiedli; na przekór temu Komuś, komu odważyła się zaufać tylko po to, by zadał jej niesamowity ból; mimo braku sensu, siły i koncentracji. Irracjonalnie. Tak - na złość.
Była zła, że ktoś zbudował swoje szczęście na jej nieszczęściu, bez troski o to, bez szacunku. I dlatego postanowiła, że się NIE PODDA.
Była zła, że ktoś zbudował swoje szczęście na jej nieszczęściu, bez troski o to, bez szacunku. I dlatego postanowiła, że się NIE PODDA.
sobota, 5 maja 2012
Miasto głuchych aniołów
"Błądziła uliczkami miasta. Próbowała sobie przypomnieć dokąd tak naprawdę idzie, na próżno. Kolejne i kolejne budynki wydawały się tymi docelowymi, ale gdy podchodziła bliżej zmieniały swój wygląd. Każdy. Ambasady radości, troski, altruizmu, wiary... wszystkie, które dotąd szczyciły się złotymi jak Słońce flagami, teraz wywiesiły białe płachty. Wśród tej bieli straciła orientację, a w serce wkradła się panika. Chciała wrócić do punktu, gdy jeszcze wiedziała gdzie jest, lecz nie mogła go odnaleźć. Chciała spytać przechodniów, co się dzieje, co to za dziwna okupacja, i jak dojść do Pałacu Sensu. Ludzie odchodzili jednak w pośpiechu, zajęci własnymi sprawami, zbywali ją kilkoma słowami albo błędnie wskazywali drogę. Większość jednak po prostu nie słyszała. W końcu przestała pytać, przysiadła na krawężniku i cicho płakała."
czwartek, 3 maja 2012
Przepis na...
Na poważnie myślała o wzięciu urlopu dziekańskiego.
Ledwo poskładała cząstki mechanizmu, naoliwiła, zawiązała supły, gdy znów wszystko się rozsypało.
Walka z wiatrakami?
W internecie zapanowała moda - na przepisy. Przepis na najlepsze ciasto marchewkowe, przepis na idealny makijaż przy opadających powiekach, przepis na imprezę, o której będzie się wspominało latami, przepis na zgubienie 7 kg w 7 dni, przepis na niebiański orgazm, przepis na strój wyglądający na drogi, mimo że kosztował grosze. Są już chyba przepisy na wszystko. Brakuje tylko jednego, który akurat teraz by się przydał.
Przepis na przetrwanie.
Radość niektórych ludzi zakrawa o bezczelność.
Ledwo poskładała cząstki mechanizmu, naoliwiła, zawiązała supły, gdy znów wszystko się rozsypało.
Walka z wiatrakami?
W internecie zapanowała moda - na przepisy. Przepis na najlepsze ciasto marchewkowe, przepis na idealny makijaż przy opadających powiekach, przepis na imprezę, o której będzie się wspominało latami, przepis na zgubienie 7 kg w 7 dni, przepis na niebiański orgazm, przepis na strój wyglądający na drogi, mimo że kosztował grosze. Są już chyba przepisy na wszystko. Brakuje tylko jednego, który akurat teraz by się przydał.
Przepis na przetrwanie.
Radość niektórych ludzi zakrawa o bezczelność.
wtorek, 1 maja 2012
Czym jest... Sens
Wróciła z weekendu spędzonego w domu, u rodziców.
W pewnym stopniu odpoczęła. Nie całkiem.
Życie czasem stawia w takiej sytuacji, że każe tkwić w rozkroku między dwiema osobami, dwiema ważnymi osobami. Jest to ciężka sytuacja. Dzięki temu, że starała się jakoś załagodzić konflikt między nimi, oderwała się trochę od myślenia o sobie. To dobrze. Ale też... wyczerpująco. Rozumiała już, czemu psychologom odradza się ingerencje w rodzinę. Nie da się złapać dystansu.
Miała w sobie smutek. Nie wiedziała co dalej. Niepokoiła się o siostrę. Dotąd, gdy była w gorszej kondycji, wspominała coś o skończeniu ze sobą. Zawsze wydawało się to poważne, ale po czasie mówiła, że to tylko takie gadanie. Że nie mogłaby. Gdy teraz o tym mówiła... trudno było rozeznać. Z jednej strony, może to takie samo gadanie. A może nie. Gdy ona sama chciała umrzeć, to było takie proste, gdy ktoś... Czuła się bezradna.
Słońce ogrzewało twarz. Była sama na długim spacerze, bo nie miała z kim wyjść. Nie żałowała. Mijała po drodze kociół św. Anny, wstąpiła, posiedziała... Było miło, chłodno - bezpiecznie. Kilka łez poleciało. Ale nie nawróciła się jeszcze, co to, to nie. Pogadała chwilę z Bogiem, ale to nie znaczy, że wszystko co przeszłe poszło w niepamięć. Jeszcze nie teraz.
Miała w sobie spokój, mimo troski o siostrę. Gdyby miała zobrazować swój stan na dziś... to przestrzeń. Lekko błękitna przestrzeń. Z niewielkimi obłokami, które niczego nie zasłaniają, za to urozmaicają podróż. Czy coś poza tą przestrzenią jest? Czy istnieje jakiś sens tego wszystkiego, tych cierpień, zmagań, walki? Trudno powiedzieć. Z sensem jest jak z cudami. Wierzący twierdzą, że istnieją, niewierzący, że to przekręty. Pytanie brzmi kim się jest, i czy można to zmienić? Jeśli to kwestia wewnętrznej postawy... może można. Praca i praca, ciągle praca nad sobą. Sens się znajdzie, nawet jeśli nie będzie nim zbawienie ludzkości, czy cokolwiek tak wielkiego. Sens to małe chwile. Dla niej - gdy była potrzebna. Gdy się uśmiechała. Gdy ktoś się uśmiechał. Gdy miała energię. Gdy... gdy CZUŁA. Czym dla Ciebie jest sens?
Czasem gubiła gdzieś swój, świadectwem kilkanaście czy kilkadziesiąt ostatnich postów. Dziś go miała. Na chwilę, na dłużej, nie wiedziała. W jej życiu nie było czegoś na stałe. Szczególnie tych kluczowych rzeczy, stanów. Ale dziś... czuła się wolna.
Cieszyła się, że są ludzie, którzy w nią wierzą mimo, że ona traci nadzieję. Nie zawsze umiała przyjąć pomoc. To trudne, biorąc pod uwagę że "musiała" być samowystarczalna. Miała lekko opóźniony zapłon, ale robiła jednak z tej pomocy pożytek, czasem po cichu, ukradkiem.
Przepraszam.
Proszę.
Dziękuję.
W pewnym stopniu odpoczęła. Nie całkiem.
Życie czasem stawia w takiej sytuacji, że każe tkwić w rozkroku między dwiema osobami, dwiema ważnymi osobami. Jest to ciężka sytuacja. Dzięki temu, że starała się jakoś załagodzić konflikt między nimi, oderwała się trochę od myślenia o sobie. To dobrze. Ale też... wyczerpująco. Rozumiała już, czemu psychologom odradza się ingerencje w rodzinę. Nie da się złapać dystansu.
Miała w sobie smutek. Nie wiedziała co dalej. Niepokoiła się o siostrę. Dotąd, gdy była w gorszej kondycji, wspominała coś o skończeniu ze sobą. Zawsze wydawało się to poważne, ale po czasie mówiła, że to tylko takie gadanie. Że nie mogłaby. Gdy teraz o tym mówiła... trudno było rozeznać. Z jednej strony, może to takie samo gadanie. A może nie. Gdy ona sama chciała umrzeć, to było takie proste, gdy ktoś... Czuła się bezradna.
Słońce ogrzewało twarz. Była sama na długim spacerze, bo nie miała z kim wyjść. Nie żałowała. Mijała po drodze kociół św. Anny, wstąpiła, posiedziała... Było miło, chłodno - bezpiecznie. Kilka łez poleciało. Ale nie nawróciła się jeszcze, co to, to nie. Pogadała chwilę z Bogiem, ale to nie znaczy, że wszystko co przeszłe poszło w niepamięć. Jeszcze nie teraz.
Miała w sobie spokój, mimo troski o siostrę. Gdyby miała zobrazować swój stan na dziś... to przestrzeń. Lekko błękitna przestrzeń. Z niewielkimi obłokami, które niczego nie zasłaniają, za to urozmaicają podróż. Czy coś poza tą przestrzenią jest? Czy istnieje jakiś sens tego wszystkiego, tych cierpień, zmagań, walki? Trudno powiedzieć. Z sensem jest jak z cudami. Wierzący twierdzą, że istnieją, niewierzący, że to przekręty. Pytanie brzmi kim się jest, i czy można to zmienić? Jeśli to kwestia wewnętrznej postawy... może można. Praca i praca, ciągle praca nad sobą. Sens się znajdzie, nawet jeśli nie będzie nim zbawienie ludzkości, czy cokolwiek tak wielkiego. Sens to małe chwile. Dla niej - gdy była potrzebna. Gdy się uśmiechała. Gdy ktoś się uśmiechał. Gdy miała energię. Gdy... gdy CZUŁA. Czym dla Ciebie jest sens?
Czasem gubiła gdzieś swój, świadectwem kilkanaście czy kilkadziesiąt ostatnich postów. Dziś go miała. Na chwilę, na dłużej, nie wiedziała. W jej życiu nie było czegoś na stałe. Szczególnie tych kluczowych rzeczy, stanów. Ale dziś... czuła się wolna.
Cieszyła się, że są ludzie, którzy w nią wierzą mimo, że ona traci nadzieję. Nie zawsze umiała przyjąć pomoc. To trudne, biorąc pod uwagę że "musiała" być samowystarczalna. Miała lekko opóźniony zapłon, ale robiła jednak z tej pomocy pożytek, czasem po cichu, ukradkiem.
Przepraszam.
Proszę.
Dziękuję.
czwartek, 26 kwietnia 2012
wtorek, 24 kwietnia 2012
B jak Beethoven i jak bezsilność
Tyle terapii... Tyle nadziei..
Chciała, żeby blog służył tym, którzy się zabłąkali.
Wierzyła, że jej droga będzie miała szczęśliwe zakończenie.
Łza skapnęła do zielonej herbaty.
Ludwig van Beethoven rozbrzmiewał na skrzyżowaniu fal z głośników. Skrzyżowaniu w jej głowie.
I nie wzruszało jej już nic.
Sporządzała mentalne notatki - wykaz znajomości i tego, co się z nimi stało, a raczej - co z nimi zrobiła.
Terapia dała jej właśnie tyle, że miała mgliste pojęcie, że przyczyną może być ona. Pewnie najczęściej tak było. Przyczyną czego? Ano, rozpadu. Zmęczenia.
Cholerne zaburzenie organizacji osobowości, NIENAWIDZIŁA GO. Miała tyle woli walki, chęci zmiany, a tu ciągle te schematy, których nie wychwytywała, dotrzegała dopiero skutki.
Na tym koniec.
Nie miała pomysłu.
Tak bardzo potrzebowała kontaktu i opieki. Ale - nie mogła o to poprosić. Nie mogła zostać zdemaskowana.
To wyglądało jak jakieś patologiczne bolero. Od początku do końca ten sam motyw. Zmiany w natężeniu i okolicznościach, ale... wiecznie to samo. Nie wiedziała jak odkształcić tę spiralę. Mądrości z zachowywaniem spokoju i wiary, z niepoddawaniem się, z nieuleganiem słabości i pesymitycznym myślom... Mądrości o Jasnej Stronie Mocy. Wiedziała, że są sensowne, ale... Wiedziała co, mniej więcej, tylko - JAK?
Rano, gdy próbuje się zacisnąć dłoń w pięść, można poczuć swego rodzaju niemoc. To właśnie to.
Chciała, żeby blog służył tym, którzy się zabłąkali.
Wierzyła, że jej droga będzie miała szczęśliwe zakończenie.
Łza skapnęła do zielonej herbaty.
Ludwig van Beethoven rozbrzmiewał na skrzyżowaniu fal z głośników. Skrzyżowaniu w jej głowie.
I nie wzruszało jej już nic.
Sporządzała mentalne notatki - wykaz znajomości i tego, co się z nimi stało, a raczej - co z nimi zrobiła.
Terapia dała jej właśnie tyle, że miała mgliste pojęcie, że przyczyną może być ona. Pewnie najczęściej tak było. Przyczyną czego? Ano, rozpadu. Zmęczenia.
Cholerne zaburzenie organizacji osobowości, NIENAWIDZIŁA GO. Miała tyle woli walki, chęci zmiany, a tu ciągle te schematy, których nie wychwytywała, dotrzegała dopiero skutki.
Na tym koniec.
Nie miała pomysłu.
Tak bardzo potrzebowała kontaktu i opieki. Ale - nie mogła o to poprosić. Nie mogła zostać zdemaskowana.
To wyglądało jak jakieś patologiczne bolero. Od początku do końca ten sam motyw. Zmiany w natężeniu i okolicznościach, ale... wiecznie to samo. Nie wiedziała jak odkształcić tę spiralę. Mądrości z zachowywaniem spokoju i wiary, z niepoddawaniem się, z nieuleganiem słabości i pesymitycznym myślom... Mądrości o Jasnej Stronie Mocy. Wiedziała, że są sensowne, ale... Wiedziała co, mniej więcej, tylko - JAK?
Rano, gdy próbuje się zacisnąć dłoń w pięść, można poczuć swego rodzaju niemoc. To właśnie to.
piątek, 20 kwietnia 2012
Przeklęty perfekcjonizm i szczypta złości
Wiedziała, że to zaburzenia warunkują sposób, w jaki postrzega świat. On wcale nie jest taki straszny. Życie da się przeżyć, a nawet z niego cieszyć. Nie była w tragicznej sytuacji. Jeszcze nie dostała pisma z informacją o skreśleniu z listy studentów. Raczej nie nastąpi to w najbliższym czasie - chyba że... jakoś to sprowokuje, na co NAPRAWDĘ miała ochotę. By troszkę odetchnąć.
Co z tego że od zarania dziejów była sama (chłopak w gimnazjum się nie liczy - całe 3 dni), jak ciągle słyszała - bo Ty to spotkasz faceta na całe życie, takiego wartościowego, odpowiedzialnego etc. Może i tak, ale...
Wiedziała swoje. To musi być jakiś defekt. Pewnie po prostu nie dopuszcza do bliskości, taki ot mechanizm. Chętnie by go zmieniła... ale uno - musiałaby go odkryć, a to nie łatwe, due - obawiała się, że zmiana mogłaby nieść ze sobą ryzyko, np. wiązać się z koniecznością częstszych kontaktów z nieznajomymi, poznawaniem - tylko o tym myślała, a już czuła silny dyskomfort. Może potrzebowała nie faceta, tylko nowego krzesła?
Ciągle słyszała: to przesilenie wiosenne, to gorsza chwila, każdy tak ma, to minie... Mijał 4 miesiąc gdy jest źle, 3 tydzień gdy jest tragicznie i płacze z byle powodu. Ty sobie poradzisz. A mnie strzela kurwica, bo inaczej tego nie można nazwać. Nie, k****, ciągle liczyła, że to tylko kilka dni, a kończy się na liczeniu argumentów przeciwko temu, by pożegnać się z tym światem. Bohater "Oskara i pani Róży" skarży się, że ludzie głuchną, gdy słyszą o umieraniu. Coś w tym jest. Może nie głuchną, ale chyba źle słyszą. Nie "chcę umrzeć" tylko na przykład "mam chandrę", "źle mi idzie w szkole", "boli mnie głowa".
Wytrącało z równowagi to pragnienie bycia idealną. Nie pragnienie. Bo to... warunek konieczny, tak to postrzegała. Idealny post, idealny komentarz, idealnie napisane kolokwium, idealnie dobrany makijaż. Idealne wyczucie chwili, takt, zawsze do powiedzenia to, co ktoś chciałby usłyszeć. Inaczej jest beznadziejnie, samoocena szybuje w dół z prędkością światła (Chciałbym żeby światło nie było takie szybkie). A często idzie coś nie tak, więc... Siostra już się z niej śmieje, i puka w czoło, gdy słyszy, że ma do przygotowania prezentację na zajęcia. Wie, że zajmie jej to cały dzień i pół nocy. Bo musi być perfect.
Co z tego że od zarania dziejów była sama (chłopak w gimnazjum się nie liczy - całe 3 dni), jak ciągle słyszała - bo Ty to spotkasz faceta na całe życie, takiego wartościowego, odpowiedzialnego etc. Może i tak, ale...
Wiedziała swoje. To musi być jakiś defekt. Pewnie po prostu nie dopuszcza do bliskości, taki ot mechanizm. Chętnie by go zmieniła... ale uno - musiałaby go odkryć, a to nie łatwe, due - obawiała się, że zmiana mogłaby nieść ze sobą ryzyko, np. wiązać się z koniecznością częstszych kontaktów z nieznajomymi, poznawaniem - tylko o tym myślała, a już czuła silny dyskomfort. Może potrzebowała nie faceta, tylko nowego krzesła?
Ciągle słyszała: to przesilenie wiosenne, to gorsza chwila, każdy tak ma, to minie... Mijał 4 miesiąc gdy jest źle, 3 tydzień gdy jest tragicznie i płacze z byle powodu. Ty sobie poradzisz. A mnie strzela kurwica, bo inaczej tego nie można nazwać. Nie, k****, ciągle liczyła, że to tylko kilka dni, a kończy się na liczeniu argumentów przeciwko temu, by pożegnać się z tym światem. Bohater "Oskara i pani Róży" skarży się, że ludzie głuchną, gdy słyszą o umieraniu. Coś w tym jest. Może nie głuchną, ale chyba źle słyszą. Nie "chcę umrzeć" tylko na przykład "mam chandrę", "źle mi idzie w szkole", "boli mnie głowa".
Wytrącało z równowagi to pragnienie bycia idealną. Nie pragnienie. Bo to... warunek konieczny, tak to postrzegała. Idealny post, idealny komentarz, idealnie napisane kolokwium, idealnie dobrany makijaż. Idealne wyczucie chwili, takt, zawsze do powiedzenia to, co ktoś chciałby usłyszeć. Inaczej jest beznadziejnie, samoocena szybuje w dół z prędkością światła (Chciałbym żeby światło nie było takie szybkie). A często idzie coś nie tak, więc... Siostra już się z niej śmieje, i puka w czoło, gdy słyszy, że ma do przygotowania prezentację na zajęcia. Wie, że zajmie jej to cały dzień i pół nocy. Bo musi być perfect.
czwartek, 19 kwietnia 2012
Uciec chcę nie mogę
Chciała zapomnieć co było i jest, chciała, by "będzie" nie było.
Monotonia tego stanu wykańczała - ją, i, jak sądziła, wszystkich którzy mieli z nią do czynienia.
Nie dziwiła się temu, też wolałaby trzymać się z dala od takiej trucizny, po co marnować energię na próbę pobycia w tym ze nią.
Gdyby ktoś zechciał wejrzeć w jej wnętrze zobaczyłby dziecko trzęsące się ze strachu, śmiertelnie przerażone w obliczu rzeczywistości, która przerasta, w rozgorączkowaniu szukające drogi wyjścia, sposobu - którego nie ma, matki - która dawno temu odeszła. Jak ktoś przyłapany przez burzę w miejscu, gdzie nie ma gdzie się skryć.
Umieram w środku.
Czy nie słyszysz wołania?
Monotonia tego stanu wykańczała - ją, i, jak sądziła, wszystkich którzy mieli z nią do czynienia.
Nie dziwiła się temu, też wolałaby trzymać się z dala od takiej trucizny, po co marnować energię na próbę pobycia w tym ze nią.
Gdyby ktoś zechciał wejrzeć w jej wnętrze zobaczyłby dziecko trzęsące się ze strachu, śmiertelnie przerażone w obliczu rzeczywistości, która przerasta, w rozgorączkowaniu szukające drogi wyjścia, sposobu - którego nie ma, matki - która dawno temu odeszła. Jak ktoś przyłapany przez burzę w miejscu, gdzie nie ma gdzie się skryć.
Umieram w środku.
Czy nie słyszysz wołania?
wtorek, 10 kwietnia 2012
Klęska żywiołowa
Drogi Mózgu,
Piszę z uprzejmą prośbą, by raczył Pan zaprzestać bombardowania mnie myślami dotyczącymi samounicestwienia. Po uprzedniej interwencji ich ilość znacznie się zmniejszyła, lecz w ostatnim czasie przedostają się one do mojej świadomości zdecydowanie zbyt często. Skutkiem tego jest stopniowe zamykanie fabryk wiary i nadziei (o miłości nie wspomniawszy), przez co na rynku brakuje marzeń, pragnień, celów, uśmiechów. Sens jest towarem deficytowym i nie można go już nigdzie dostać. Swoją prośbę motywuję faktem, że obserwowane zjawiska nieuchronnie prowadzą do decyzji o pośrednim zamknięciu również Pańskiej instytucji, co, jak sądzę, nikogo nie usatysfakcjonuje.
Proszę o pozytywne rozpatrzenie mojej prośby.
Z poważaniem.
sobota, 7 kwietnia 2012
Panie Tato
Kochany Tato,
Zaczynam w ten sposób list, mimo że nie darzę Ciebie tym pięknym uczuciem jakim podobno jest miłość. I mimo że czasem nachodzą mnie wątpliwości, czy rzeczywiście nim, ojcem, jesteś. Tak niewiarygodnym zdaje mi się Twój brak uczuć, że nieraz wolałabym myśleć o Tobie jako kimś obcym, że to dlatego.
Jest Sobota Wielkanocna. Przyjechałam do domu, i może dlatego tak mi się narzuca Twoja obecność. Jesteś, a jednak Cię nie ma. Zwykle staram się zapomnieć, zadziwiająco łatwo mi to przychodzi. Nigdy nie byłeś obecny w moim życiu, więc właściwie czemu miałbyś nagle zacząć..?
Znajomi opowiadają mi nieraz o swoich rodzicach, o wspólnych wyjściach, uprawianych razem sportach. O tym, że ojciec nauczył ich tego i owego, że dzięki niemu są tacy a nie inni. O tym że odszedł, okazał się niedojrzałym łajdakiem, od którego teraz z trudem mogą wyegzekwować alimenty i ciągają się po sądach. Ty nie byłeś przy nas, przy mnie, mimo że nie odszedłeś. I to jest jeszcze gorsze.
Gdybym mogła chociaż z czystym sumieniem część poczucia winy przenieść na Ciebie, obciążyć Cię, tak, by było to oczywiste, jasne, klarowne. A nie mogę. Niby-ojciec.
Jest jedna rzecz, na pewno, którą Ci zawdzięczam. Skrzywiony wizerunek mężczyzny. Mężczyzny, który niby jest, który niby czuje, niby się opiekuje, niby się troszczy. Niby kocha. A tak naprawdę kocha tylko siebie. Który na dłuższą metę jest nieobliczalny, niewyraźny i właściwie groźny. Inna sprawa, że dzięki Mamie sądzę, że bez niego nic nie mogę, nie jestem nic warta. Ale, czy wiesz co to dla mnie oznacza? Czy znasz ten lęk, czy znasz to rozdarcie między "to mój ojciec" a "to obcy człowiek"? Nic nie wiesz o mnie, ja nie chcę nic wiedzieć o Tobie, ale muszę znosić to że jesteś, plączesz się po domu, zadajesz dziwaczne pytania, jakbyś to Ty był dzieckiem. Chciałabym Cię nienawidzić, naprawdę, a nie mogę... bo mi Ciebie żal. Bo to nie Twoja wina że masz popsuty mózg produkujący urojenia. Ale to takie straszne... Nie móc oczekiwać, nie móc się zezłościć, tylko dlatego, że jesteś chory. I to chory w taki sposób, że wszyscy myślą że jesteś zdrowy, wszyscy z zewnątrz.
Co więc chcę Ci powiedzieć? Nie wiem, chyba tylko to że cierpię.
Choć i tak wiem że tego nie zrozumiesz, bo Ty nie czujesz.
Zaczynam w ten sposób list, mimo że nie darzę Ciebie tym pięknym uczuciem jakim podobno jest miłość. I mimo że czasem nachodzą mnie wątpliwości, czy rzeczywiście nim, ojcem, jesteś. Tak niewiarygodnym zdaje mi się Twój brak uczuć, że nieraz wolałabym myśleć o Tobie jako kimś obcym, że to dlatego.
Jest Sobota Wielkanocna. Przyjechałam do domu, i może dlatego tak mi się narzuca Twoja obecność. Jesteś, a jednak Cię nie ma. Zwykle staram się zapomnieć, zadziwiająco łatwo mi to przychodzi. Nigdy nie byłeś obecny w moim życiu, więc właściwie czemu miałbyś nagle zacząć..?
Znajomi opowiadają mi nieraz o swoich rodzicach, o wspólnych wyjściach, uprawianych razem sportach. O tym, że ojciec nauczył ich tego i owego, że dzięki niemu są tacy a nie inni. O tym że odszedł, okazał się niedojrzałym łajdakiem, od którego teraz z trudem mogą wyegzekwować alimenty i ciągają się po sądach. Ty nie byłeś przy nas, przy mnie, mimo że nie odszedłeś. I to jest jeszcze gorsze.
Gdybym mogła chociaż z czystym sumieniem część poczucia winy przenieść na Ciebie, obciążyć Cię, tak, by było to oczywiste, jasne, klarowne. A nie mogę. Niby-ojciec.
Jest jedna rzecz, na pewno, którą Ci zawdzięczam. Skrzywiony wizerunek mężczyzny. Mężczyzny, który niby jest, który niby czuje, niby się opiekuje, niby się troszczy. Niby kocha. A tak naprawdę kocha tylko siebie. Który na dłuższą metę jest nieobliczalny, niewyraźny i właściwie groźny. Inna sprawa, że dzięki Mamie sądzę, że bez niego nic nie mogę, nie jestem nic warta. Ale, czy wiesz co to dla mnie oznacza? Czy znasz ten lęk, czy znasz to rozdarcie między "to mój ojciec" a "to obcy człowiek"? Nic nie wiesz o mnie, ja nie chcę nic wiedzieć o Tobie, ale muszę znosić to że jesteś, plączesz się po domu, zadajesz dziwaczne pytania, jakbyś to Ty był dzieckiem. Chciałabym Cię nienawidzić, naprawdę, a nie mogę... bo mi Ciebie żal. Bo to nie Twoja wina że masz popsuty mózg produkujący urojenia. Ale to takie straszne... Nie móc oczekiwać, nie móc się zezłościć, tylko dlatego, że jesteś chory. I to chory w taki sposób, że wszyscy myślą że jesteś zdrowy, wszyscy z zewnątrz.
Co więc chcę Ci powiedzieć? Nie wiem, chyba tylko to że cierpię.
Choć i tak wiem że tego nie zrozumiesz, bo Ty nie czujesz.
poniedziałek, 26 marca 2012
Chrapanie w nocy
Czym są sny?
Marzenia, lęki, myśli niedokończone za dnia, zwiastuny przyszłości, nieświadomość...
Pewnie wszystko po trochu.
Stała przy oknie w budynku przypominającym szkołę albo szpital. Wiedziała, że do miasta zbliża się wichura o potężnej sile. Wiedziała, ale łudziła się nadzieją, że to pomyłka, nieprawda, nic się nie stanie, przecież to niemożliwe. Znajdowała się na piętrze tego ceglanego budynku, przewidując, że nie wytrzyma on w starciu z żywiołem. Przez szybę patrzyła w miasto w poszukiwaniu bezpieczniejszego schronienia, jednak niczego takiego nie było. W oddali widziała nadchodzący huragan, wiedziała, że istnieją bardzo niewielkie szanse by budynek, w którym jest, ją ochronił. Ale mogła tylko czekać.
Marzenia, lęki, myśli niedokończone za dnia, zwiastuny przyszłości, nieświadomość...
Pewnie wszystko po trochu.
Stała przy oknie w budynku przypominającym szkołę albo szpital. Wiedziała, że do miasta zbliża się wichura o potężnej sile. Wiedziała, ale łudziła się nadzieją, że to pomyłka, nieprawda, nic się nie stanie, przecież to niemożliwe. Znajdowała się na piętrze tego ceglanego budynku, przewidując, że nie wytrzyma on w starciu z żywiołem. Przez szybę patrzyła w miasto w poszukiwaniu bezpieczniejszego schronienia, jednak niczego takiego nie było. W oddali widziała nadchodzący huragan, wiedziała, że istnieją bardzo niewielkie szanse by budynek, w którym jest, ją ochronił. Ale mogła tylko czekać.
piątek, 23 marca 2012
Fizyczna ciemna strona Mocy
Piękny dzień, piękna pogoda, idealny czas żeby... zdjąć zimową kurtkę i przekonać się że TO co pod spodem jest okropne i nie do zniesienia. Nie do dotknięcia.
Nigdy, przez nikogo.
Nie miała ochoty wychodzić z domu.
Być przez kogokolwiek widziana.
Spotykać się z ludźmi, którzy są "młodzi, piękni, radośni"
Po co to ciało.
wtorek, 20 marca 2012
Ludzie przychodzą i odchodzą...
Kilka dni temu spotkała się ze znajomą z terapii. Rozmawiały o różnych sprawach, błahych, i ważniejszych. W pewnym momencie zapytała, jak to jest, że z ludźmi z terapii tak łatwo i dobrze może się dogadać, a przyjaźnie z osobami neutralnymi, "spoza", jakoś nie wychodzą...
Dziś jej się to przypomniało. Wracała z zajęć ze znajomymi, z którymi jeszcze miesiąc temu regularnie się spotykała, dogadywała, rozumiała - tworzyli naprawdę fajną paczkę. Ale faktem jest też, że w tym czasie dopadały ją duże wahania nastroju. Bądź co bądź, nie było już tak jak wtedy. W zasadzie ledwo rozmawiali, nie było tej bliskości (czy kiedykolwiek była?). Czemu? Tak myślała, myślała... bo to też jakoś przykre dla niej, gdy rozpadały się relacje, pierwsze co to zaczynała to winić siebie, wyrzucać co źle zrobiła, jak mogła inaczej coś rozegrać... jakby to była gra. No ale, wymyśliła. To się nie mogło udać.
Są znajomi do lubienia, do imprez, do śmiechu.
I tacy, którzy powiedzą i wysłuchają, którzy mają taką specyficzną wrażliwość, którzy zniosą, to, co mówi - zrozumieją gorszy nastrój, mechanizmy, że to nie są przelewki. Wiedziała, że czasem trywializuje swoje zaburzenia, a gdy się aktywizują to zmiatają z powierzchni wszystko co napotka, ale oni są w stanie ją przejrzeć, chwała im za to.
Pomyliła te dwie grupy.
Gdy ktoś jest na początku drogi to nie można od niego wymagać, by miał tę wrażliwość, i cierpliwość. Doświadczenie. Zaangażowanie. To przychodzi z czasem, albo - przez kształtowanie siebie, przez terapię, czy inną drogę wzrostu.
Doszło to do niej. Uspokoiła się.
Może to i dobrze. Mogła patrzeć w inną stronę, w przód. Dalej. Czuła, że coś się zmienia, że ona przejmuj stery. Zawiść i ból na bok. Dojrzałość... gdzież ona jest, mogła szukać, próbować nowych wyjść i wejść. Podejmowała nowe działania, o których w życiu by nie pomyślała. Zawrzeć rozejm z wrogiem... przełamywać opór. Czuła, że to nie stałoby się bez rozpadu super-ekipy. Rozpad może dać energię. A ona mogła z niej skorzystać.
Dziś jej się to przypomniało. Wracała z zajęć ze znajomymi, z którymi jeszcze miesiąc temu regularnie się spotykała, dogadywała, rozumiała - tworzyli naprawdę fajną paczkę. Ale faktem jest też, że w tym czasie dopadały ją duże wahania nastroju. Bądź co bądź, nie było już tak jak wtedy. W zasadzie ledwo rozmawiali, nie było tej bliskości (czy kiedykolwiek była?). Czemu? Tak myślała, myślała... bo to też jakoś przykre dla niej, gdy rozpadały się relacje, pierwsze co to zaczynała to winić siebie, wyrzucać co źle zrobiła, jak mogła inaczej coś rozegrać... jakby to była gra. No ale, wymyśliła. To się nie mogło udać.
Są znajomi do lubienia, do imprez, do śmiechu.
I tacy, którzy powiedzą i wysłuchają, którzy mają taką specyficzną wrażliwość, którzy zniosą, to, co mówi - zrozumieją gorszy nastrój, mechanizmy, że to nie są przelewki. Wiedziała, że czasem trywializuje swoje zaburzenia, a gdy się aktywizują to zmiatają z powierzchni wszystko co napotka, ale oni są w stanie ją przejrzeć, chwała im za to.
Pomyliła te dwie grupy.
Gdy ktoś jest na początku drogi to nie można od niego wymagać, by miał tę wrażliwość, i cierpliwość. Doświadczenie. Zaangażowanie. To przychodzi z czasem, albo - przez kształtowanie siebie, przez terapię, czy inną drogę wzrostu.
Doszło to do niej. Uspokoiła się.
Może to i dobrze. Mogła patrzeć w inną stronę, w przód. Dalej. Czuła, że coś się zmienia, że ona przejmuj stery. Zawiść i ból na bok. Dojrzałość... gdzież ona jest, mogła szukać, próbować nowych wyjść i wejść. Podejmowała nowe działania, o których w życiu by nie pomyślała. Zawrzeć rozejm z wrogiem... przełamywać opór. Czuła, że to nie stałoby się bez rozpadu super-ekipy. Rozpad może dać energię. A ona mogła z niej skorzystać.
czwartek, 15 marca 2012
Nauka... to potęgi klucz
Ciągle się uczyła.
Dni strachu i zaprzeczania przeplatała dniami wiary i spokoju.
Jeszcze poprzedniego dnia nie chciała przyjąć do wiadomości niczego mądrego, żadnych wskazówek. Widziała tylko zło, nie mogła przyjąć pomocy.
Teraz wprowadzała rady w życie. Nie zaprzeczała. Korzystała z dostępności rozumu, póki jest.
Pierwszy sukces - powstrzymanie lawiny samobiczowania, beznadziei i rozpaczy, uruchomionej przez kilka zdarzeń - zaliczony. Przeżyła, rozwiązała.
Była zadowolona.
Każdy dzień to nowa nauka. Jacy są ludzie, jak funkcjonują.
Zbierała informacje o tym, jak działają. Analiza każdego, nawet jeśli łączyła się z zawiedzeniem czy jakimś bólem, prowadziła ją (przynajmniej tak sądziła) w stronę poznania, jak poskładać kawałki siebie. Zrozumie na czym polegają uczucia innych - ujrzy je też w sobie. Zrozumie reakcje - sprawdzi, które są efektywne i akceptowalne społecznie - przeniesie je na własny system zachowań. Zrozumie relacje i zasady nimi rządzące - spróbuje sama je tworzyć. Każdy dzień, każda godzina, każda minuta. Bliżej.
Nikt nie jest niezastąpiony. Samotność nie musi być zła. Jeśli można się na czymś oprzeć, to trzeba tego szukać w sobie, nie na zewnątrz. Mówienie o uczuciach uwalnia.
Dni strachu i zaprzeczania przeplatała dniami wiary i spokoju.
Jeszcze poprzedniego dnia nie chciała przyjąć do wiadomości niczego mądrego, żadnych wskazówek. Widziała tylko zło, nie mogła przyjąć pomocy.
Teraz wprowadzała rady w życie. Nie zaprzeczała. Korzystała z dostępności rozumu, póki jest.
Pierwszy sukces - powstrzymanie lawiny samobiczowania, beznadziei i rozpaczy, uruchomionej przez kilka zdarzeń - zaliczony. Przeżyła, rozwiązała.
Była zadowolona.
Każdy dzień to nowa nauka. Jacy są ludzie, jak funkcjonują.
Zbierała informacje o tym, jak działają. Analiza każdego, nawet jeśli łączyła się z zawiedzeniem czy jakimś bólem, prowadziła ją (przynajmniej tak sądziła) w stronę poznania, jak poskładać kawałki siebie. Zrozumie na czym polegają uczucia innych - ujrzy je też w sobie. Zrozumie reakcje - sprawdzi, które są efektywne i akceptowalne społecznie - przeniesie je na własny system zachowań. Zrozumie relacje i zasady nimi rządzące - spróbuje sama je tworzyć. Każdy dzień, każda godzina, każda minuta. Bliżej.
Nikt nie jest niezastąpiony. Samotność nie musi być zła. Jeśli można się na czymś oprzeć, to trzeba tego szukać w sobie, nie na zewnątrz. Mówienie o uczuciach uwalnia.
środa, 14 marca 2012
I'm not a good person
Oswajanie z samotnością na własne życzenie.
Ujrzała w sobie złe rzeczy.
Manipulacje.
Instrumentalne traktowanie ludzi.
Może to tylko niewiedza kim oni są.
Jak działają.
Może ból popycha do nieefektywnych działań.
Czy znajdzie odpowiedź?
Chciała przeprosić wszystkich. Za chłód, za żale, za odrzucenie.
Była nasączona toksyczną substancją.
Ujrzała w sobie złe rzeczy.
Manipulacje.
Instrumentalne traktowanie ludzi.
Może to tylko niewiedza kim oni są.
Jak działają.
Może ból popycha do nieefektywnych działań.
Czy znajdzie odpowiedź?
Chciała przeprosić wszystkich. Za chłód, za żale, za odrzucenie.
Była nasączona toksyczną substancją.
piątek, 9 marca 2012
Rozmyślania na fali spokoju
Warszawa nocą jest inna niż w dzień.
Wieje wiatr, chłód barwi różem policzki.
Piątek zbiera żniwo - ludzie którzy nie wiedzą jak zmienić swe życie, zmieniają stan świadomości. Walka z wiatrakami, cieszyła się, że to wie. Że to co daje szybki efekt nie jest właściwą drogą i prędzej czy później mija - albo popycha w dół.
Szkoda jej ich było. Czuła się w jakiś sposób odpowiedzialna.
Co mogła zrobić?
"Chcesz zmienić świat - zacznij od siebie"
Gdyby każdy tak pomyślał... świat byłby lepszy. Zdrowszy. Szczęśliwszy.
Dziś była szczęśliwa. Nie tym szczęściem "hurra!", tylko tym płynącym.
Lubiła ten stan, stan słonecznego spokoju.
Nawet jeśli "to też minie".
Godziła się na to.
Wieje wiatr, chłód barwi różem policzki.
Piątek zbiera żniwo - ludzie którzy nie wiedzą jak zmienić swe życie, zmieniają stan świadomości. Walka z wiatrakami, cieszyła się, że to wie. Że to co daje szybki efekt nie jest właściwą drogą i prędzej czy później mija - albo popycha w dół.
Szkoda jej ich było. Czuła się w jakiś sposób odpowiedzialna.
Co mogła zrobić?
"Chcesz zmienić świat - zacznij od siebie"
Gdyby każdy tak pomyślał... świat byłby lepszy. Zdrowszy. Szczęśliwszy.
Dziś była szczęśliwa. Nie tym szczęściem "hurra!", tylko tym płynącym.
Lubiła ten stan, stan słonecznego spokoju.
Nawet jeśli "to też minie".
Godziła się na to.
niedziela, 4 marca 2012
Myslowitz i "lepsze czasy"
A w tak zwanym międzyczasie... nowe zmienne w polu widzenia, nowe wnioski, hipotezy, nowe nadzieje.
Powiał wiosenny wiatr.
Czas zatacza kręgi, tworzy pętle... To co niemożliwe, staje się możliwe, choć nie pewne.
Gdy twierdzisz, że wiesz co będzie, co przyniosą kolejne dni - mylisz się. Nikt tego nie wie. Można tylko balansować między przeprowadzaniem własnych planów a akceptacją tego co się dzieje... Między walką a zgodą z losem. I, jak to ostatnio usłyszała: między pewnością a pokorą.
Popełniaj błędy i naprawiaj je
Gdy dotkniesz dna odbijaj się
Wykorzystaj czas
Drugiego nie wiesz czy będziesz miał
~ ~ ~
Zachowam uśmiech na lepsze czasy
Powiał wiosenny wiatr.
Czas zatacza kręgi, tworzy pętle... To co niemożliwe, staje się możliwe, choć nie pewne.
Gdy twierdzisz, że wiesz co będzie, co przyniosą kolejne dni - mylisz się. Nikt tego nie wie. Można tylko balansować między przeprowadzaniem własnych planów a akceptacją tego co się dzieje... Między walką a zgodą z losem. I, jak to ostatnio usłyszała: między pewnością a pokorą.
Popełniaj błędy i naprawiaj je
Gdy dotkniesz dna odbijaj się
Wykorzystaj czas
Drugiego nie wiesz czy będziesz miał
~ ~ ~
Zachowam uśmiech na lepsze czasy
Przechowam go troskliwie
Owinę w trzysta pieluch
Nie dostrzeże go nikt
Wrogowie na darmo będą szukać
Przyjaciele zniknęli, nie odczują braku
Rzucę zaklęcie
Serce zamieni się w głaz
Powstrzymam łzy
Umarli nie czują
czwartek, 1 marca 2012
Zgubnych schematów ciąg dalszy
Chore wytwory umysłu:
Jak tu ze sobą wytrzymać..?
Najgorsze w huśtawkach wewnętrznych jest to, że wychodzą na zewnątrz. I dotykają osób, na których najbardziej zależy.
Ktoś nie odpisze od razu... rozmowa się nie klei... niemal zawsze ona zaczyna rozmowę... i dół gotowy. A jak był dół, to sobie myślała "pewnie mnie nienawidzi, no tak, to zrozumiałe, chociaż straszne", chciałaby zapytać czy tak jest, czy męczy, czy jest tak że już nie może jej znieść, tylko o tym nie mówi... w końcu stwierdzała, że lepiej nic nie mówić, bo to też męczy, lepiej się zamknąć, odciąć... mimo pragnienia, by wcale ta relacja się nie skończyła.
Ale się kończy.
Niezawodny scenariusz.
Chciała go zmienić. Ale nie umiała.
Tyle zostało z postanowień poprawy i pracy nad sobą.
Jak tu ze sobą wytrzymać..?
Najgorsze w huśtawkach wewnętrznych jest to, że wychodzą na zewnątrz. I dotykają osób, na których najbardziej zależy.
Ktoś nie odpisze od razu... rozmowa się nie klei... niemal zawsze ona zaczyna rozmowę... i dół gotowy. A jak był dół, to sobie myślała "pewnie mnie nienawidzi, no tak, to zrozumiałe, chociaż straszne", chciałaby zapytać czy tak jest, czy męczy, czy jest tak że już nie może jej znieść, tylko o tym nie mówi... w końcu stwierdzała, że lepiej nic nie mówić, bo to też męczy, lepiej się zamknąć, odciąć... mimo pragnienia, by wcale ta relacja się nie skończyła.
Ale się kończy.
Niezawodny scenariusz.
Chciała go zmienić. Ale nie umiała.
Tyle zostało z postanowień poprawy i pracy nad sobą.
wtorek, 28 lutego 2012
Po co..?
Po co mówić, gdy ktoś nie słucha?
Po co się otwierać, gdy ktoś nie chce zajrzeć do środka?
Po co budzić uczucia, jeśli nie można ich zaspokoić?
Po co szukać, jeśli już się znalazło, i straciło?
Po co rozumieć, jeśli nikomu nie jest to potrzebne?
Po co komunikować wprost potrzeby, jeśli i tak ktoś tego nie zauważa?
Po cóż się przywiązywać, jeśli zawsze wybiera się nieodpowiednie osoby?
Nie umiała rozmawiać, może. Może za bardzo chciała.
Czy wiesz że do Ciebie mówię..?
Pewnie nie...
Po co się otwierać, gdy ktoś nie chce zajrzeć do środka?
Po co budzić uczucia, jeśli nie można ich zaspokoić?
Po co szukać, jeśli już się znalazło, i straciło?
Po co rozumieć, jeśli nikomu nie jest to potrzebne?
Po co komunikować wprost potrzeby, jeśli i tak ktoś tego nie zauważa?
Po cóż się przywiązywać, jeśli zawsze wybiera się nieodpowiednie osoby?
Nie umiała rozmawiać, może. Może za bardzo chciała.
Czy wiesz że do Ciebie mówię..?
Pewnie nie...
niedziela, 26 lutego 2012
Podniosę się jeszcze raz i pójdę dalej
A może nie.
Znów panika zakradła się do jej serducha. I dewaloryzacja. Inaczej zwana nienawiścią.
Nie.
Praca, praca, tylko praca.
Kiedyś usłyszała od terapeutki, że nigdy by się tego nie spodziewała, ale widzi w niej jakąś niezłomność, i siłę. I to nie byle jaką, bo potrafiącą wydobyć się ze strasznej ciemnej głębiny, i jeszcze pociągnąć za sobą całą rodzinę, i kogoś jeszcze, po drodze. Jak wiewiórka, która chcąc ocalić rodzinę odgryza sobie łapki. To było miłe.
Brzmi jak przechwałka? Nie... Tu nie ma nic do chwalenia. Nie ona zdecydowałam o tym, co ma w środku, ale mogła to wydobywać, podlewać, wzmacniać, trenować.
I będzie. Nie chciała okazać się niegodną tych dobrych słów.
A swoją drogą - tęskniła. To też coś, czego zbyt często nie czuła...
Tęsknota, ale z możliwością oddechu.
Bez paniki.
Znów panika zakradła się do jej serducha. I dewaloryzacja. Inaczej zwana nienawiścią.
Nie.
Praca, praca, tylko praca.
Kiedyś usłyszała od terapeutki, że nigdy by się tego nie spodziewała, ale widzi w niej jakąś niezłomność, i siłę. I to nie byle jaką, bo potrafiącą wydobyć się ze strasznej ciemnej głębiny, i jeszcze pociągnąć za sobą całą rodzinę, i kogoś jeszcze, po drodze. Jak wiewiórka, która chcąc ocalić rodzinę odgryza sobie łapki. To było miłe.
Brzmi jak przechwałka? Nie... Tu nie ma nic do chwalenia. Nie ona zdecydowałam o tym, co ma w środku, ale mogła to wydobywać, podlewać, wzmacniać, trenować.
I będzie. Nie chciała okazać się niegodną tych dobrych słów.
A swoją drogą - tęskniła. To też coś, czego zbyt często nie czuła...
Tęsknota, ale z możliwością oddechu.
Bez paniki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
