Siedziała w pokoju.
Po świętach, pięknych, ciepłych świętach z rodziną przyszedł kac. Po pięknych dniach, gdy radość przeważała nad smutkiem, wróciła szaro - czarna codzienność.
Co chrześcijanie sądzą o smutku, o przewlekłym przygnębieniu? Nie miała depresji, to wiadomo nie od dziś. Ale czy to, co miała, było skutkiem zaniedbania duchowego, życiowego marazmu, czy połączeń w jej głowie? Czy ktokolwiek może jej na to odpowiedzieć?
Dzień wcześniej w rozmowie mama próbowała jej uzmysłowić, że jej myśli to podszepty złego, ale nie mogła w to uwierzyć. To, co o sobie myśli, to po prostu rzeczywistość.
A myśli, że w przyszłej pracy nie będzie miała nic do zaoferowania. Nic nie umie, osobowość ma do bani, żadnych użytecznych pasji. I taka jest prawda, no kurczę.
Wyjęła koraliki z myślą, żeby coś stworzyć, jakieś kolczyki, cokolwiek. Inwencji brak. To wszystko jest takie bez wartości, bez sensu.
poniedziałek, 29 grudnia 2014
niedziela, 21 grudnia 2014
Taka dziura
Piękny koncert. TGD w kolędowym wydaniu, mnóstwo ludzi, atmosfera modlitwy. Radość z czyjejś radości, radość sama w sobie, bo z urodzeniem Jezusa mrok na ziemi zaczął się rozjaśniać. A potem powrót do domu i powrót mroku. Dziura w sercu, pełna samotności, poczucia bycia nikim i bezsensu, na nowo otwarta. Jak to jest? Co zrobiła źle?
piątek, 19 grudnia 2014
Kiedyś w życiu mi nie wyszło...
Zdecydowanie nie wyszło. Zorientowała się po czasie, ale - lepiej (?) późno niż później.
A nie wyszło to, że... tak naprawdę się nie nawróciła. Nie tak, jak trzeba. Bóg ocalił jej życie, dlatego do Niego się zwróciła. Ale ewangeliczne nawrócenie nie na tym polega - jeśli się ktoś nawraca, to znaczy, że uznaje siebie za osobę, która według Prawa powinna ponieść śmierć z racji swych win, przyznaje się do tego, prosi o przebaczenie, i że przyjmuje śmierć Jezusa i Jego zmartwychwstanie jako jedyny ratunek
U niej tego nie było.
Starała się żyć według Dekalogu, słuchać Słowa (choć niezbyt wytrwale), chodzić do kościoła, nie popełniać z byt wielu grzechów. Starała się, siłą woli, wierzyć. Wierzyć w Boga, ale nie w Jezusa, bo to w sumie dziwna sprawa, gość dał się przybić do krzyża, ale co On ma wspólnego z Bogiem? Nie rozumiała wdzięczności, jaką wyrażali ludzie właśnie za to. Starała się. Zmieniła jednak taktykę - przeczytała gdzieś, że przekonanie o grzechu i potrzebie wybawienia daje Duch Boży. A że "ze względu na natręctwo wstanie i da mu, czego potrzebuje", postanowiła być natrętna, i prosić, prosić, prosić, pukać, szukać, pytać. Nawet jeśli nie ze względu na przyjaźń to ze względu na natręctwo Duch obdarzy ją wiarą, wierzyła w to. Nie chciała się godzić na pół-życie, niby z Bogiem, a jednak daleko od Niego. Chciała życia w pełni, z czymkolwiek to się miało wiązać. Bóg zrobił "pierwszy krok", przyznał się do niej. Więc póki jej starczy sił, będzie kołatać i szukać.
A nie wyszło to, że... tak naprawdę się nie nawróciła. Nie tak, jak trzeba. Bóg ocalił jej życie, dlatego do Niego się zwróciła. Ale ewangeliczne nawrócenie nie na tym polega - jeśli się ktoś nawraca, to znaczy, że uznaje siebie za osobę, która według Prawa powinna ponieść śmierć z racji swych win, przyznaje się do tego, prosi o przebaczenie, i że przyjmuje śmierć Jezusa i Jego zmartwychwstanie jako jedyny ratunek
U niej tego nie było.
Starała się żyć według Dekalogu, słuchać Słowa (choć niezbyt wytrwale), chodzić do kościoła, nie popełniać z byt wielu grzechów. Starała się, siłą woli, wierzyć. Wierzyć w Boga, ale nie w Jezusa, bo to w sumie dziwna sprawa, gość dał się przybić do krzyża, ale co On ma wspólnego z Bogiem? Nie rozumiała wdzięczności, jaką wyrażali ludzie właśnie za to. Starała się. Zmieniła jednak taktykę - przeczytała gdzieś, że przekonanie o grzechu i potrzebie wybawienia daje Duch Boży. A że "ze względu na natręctwo wstanie i da mu, czego potrzebuje", postanowiła być natrętna, i prosić, prosić, prosić, pukać, szukać, pytać. Nawet jeśli nie ze względu na przyjaźń to ze względu na natręctwo Duch obdarzy ją wiarą, wierzyła w to. Nie chciała się godzić na pół-życie, niby z Bogiem, a jednak daleko od Niego. Chciała życia w pełni, z czymkolwiek to się miało wiązać. Bóg zrobił "pierwszy krok", przyznał się do niej. Więc póki jej starczy sił, będzie kołatać i szukać.
czwartek, 4 grudnia 2014
Duch wieje
Jest ciemno. Zapada się w zwątpienie i czarną dziurę samotności. Bóg o niej zapomniał. A może się nią rozczarował? Nie zdziwiłaby się. Sama jest sobą rozczarowana. Może to wszystko, ta wiara jest bez sensu? Może ona w niej jest bez sensu?
Z takimi myślami szła w pewien czwartek na spotkanie modlitewne "Czwartek z Duchem Świętym" w SCH Północ. Z takimi myślami zmagała się podczas jego trwania. Może po prostu nie jest w gronie wybranych? Może jest "córką żmij" i nie może żyć w Duchu? W końcu nie doświadczyła chrztu w Duchu, nigdy nie mówiła językami ani nic. Stała tam i płakała. Nic nie działało. Była bezradna i sfrustrowana, a On nie przychodził. Czuła, że jeszcze chwila, a nie wytrzyma i po prostu wyjdzie.
W pewnym momencie pastor zaprosił ludzi, którzy uważają, że potrzebują modlitwy, by wyszli na środek i o tym powiedzieli. Wiedziała, że potrzebuje, ale wychodzić na środek? Bez sensu. A jak znów nic się nie stanie? W końcu powiedziała w myślach "Boże, jeśli mnie słyszysz, spraw, żeby ktoś do mnie podszedł i się nade mną pomodlił, albo powiedział mi coś od Ciebie. Ja już nie mam siły się dopominać i próbować wierzyć. POTRZEBUJĘ wyraźnego znaku". I czekała. Zamknęła oczy i czekałam.
I nagle poczuła czyjąś dłoń na plecach. I usłyszała słowa skierowane do niej - nie pamiętała jakie, wspierające, coś o tym, że Bóg widzi jej ból i by ufała. Potem pastor odszedł, ale nie minęło 5 minut, gdy wrócił i powiedział: "Mam jeszcze słowo dla Ciebie. Bóg mówi: nie lękaj się, Ja jestem Twoim Bogiem" .
Nie odmieniło jej to całkowicie, ale dało znak, konkretny znak, że jest ważna, że jest Jego. I tego się trzyma.
Z takimi myślami szła w pewien czwartek na spotkanie modlitewne "Czwartek z Duchem Świętym" w SCH Północ. Z takimi myślami zmagała się podczas jego trwania. Może po prostu nie jest w gronie wybranych? Może jest "córką żmij" i nie może żyć w Duchu? W końcu nie doświadczyła chrztu w Duchu, nigdy nie mówiła językami ani nic. Stała tam i płakała. Nic nie działało. Była bezradna i sfrustrowana, a On nie przychodził. Czuła, że jeszcze chwila, a nie wytrzyma i po prostu wyjdzie.
W pewnym momencie pastor zaprosił ludzi, którzy uważają, że potrzebują modlitwy, by wyszli na środek i o tym powiedzieli. Wiedziała, że potrzebuje, ale wychodzić na środek? Bez sensu. A jak znów nic się nie stanie? W końcu powiedziała w myślach "Boże, jeśli mnie słyszysz, spraw, żeby ktoś do mnie podszedł i się nade mną pomodlił, albo powiedział mi coś od Ciebie. Ja już nie mam siły się dopominać i próbować wierzyć. POTRZEBUJĘ wyraźnego znaku". I czekała. Zamknęła oczy i czekałam.
I nagle poczuła czyjąś dłoń na plecach. I usłyszała słowa skierowane do niej - nie pamiętała jakie, wspierające, coś o tym, że Bóg widzi jej ból i by ufała. Potem pastor odszedł, ale nie minęło 5 minut, gdy wrócił i powiedział: "Mam jeszcze słowo dla Ciebie. Bóg mówi: nie lękaj się, Ja jestem Twoim Bogiem" .
Nie odmieniło jej to całkowicie, ale dało znak, konkretny znak, że jest ważna, że jest Jego. I tego się trzyma.
poniedziałek, 24 listopada 2014
Myślę i myślę
Myślenie czasem boli. Tak samo jak głupota. Czasem daje nieźle w kość. Zawsze zazdrościła ekstrawertykom tego, że umieją być bardziej skupieni na zewnętrzu niż na wnętrzu. Pewnie też umieją być bardziej skupieni na innych niż na sobie... choć może tak naprawdę nie są skupieni na niczym jakoś szczególnie. Uogólniając, rzecz jasna.
Myślała sobie tak, dziś. Że Bóg nie każe się kochać, ale każe być sobie posłusznym. Posłuszeństwo nie zawsze jest przyjemnością, fajnie gdy jest, ale trudno liczyć na to, że może to być permanentny stan.
Nie miała szczególnych uczuć do Niego, przynajmniej ostatnio. Więcej, nie miała też zrozumienia dla pewnych bądź co bądź fundamentalnych spraw. Typu: co ma śmierć Jezusa do ocalenia od śmierci, skąd wiadomo (jakie są przesłanki logiczne) że taką miała/ma funkcję, i dalej - skąd wiadomo, że "karą za grzech jest śmierć"? Jednak nie była znawcą Pisma, nie czyta go tyle, ile powinna, i wierzyła, że po prostu do tych informacji się nie dokopała. Tak czy inaczej, chodzi o posłuszeństwo Prawu, czy się chce, czy nie, w ten sposób właśnie sprawdza się wierność. Bóg nagradza posłusznych, a nie tych, którzy żywią względem Niego gorące uczucia.
Tknęło ją, że choć te wypisane wyżej pytania bez odpowiedzi miała od zawsze, to nie dołożyła starań, by na nie odpowiedzieć. To doprawdy dziwne. I głupie, hamujące. Sama sobie wykopała przez to dołek.
Była ostatnio na nabożeństwie. Nie było łatwo. Przemogła się do przebywania w grupie ludzi, ale to ciężka sprawa, bardzo, bardzo męcząca, w gruncie rzeczy wyczerpująca siły witalne. Może to taki czas, byleby był krótszy niż dłuższy. Leci 4 rok studiów, zawalenie go byłoby bardzo niemile widziane.
Myślała sobie tak, dziś. Że Bóg nie każe się kochać, ale każe być sobie posłusznym. Posłuszeństwo nie zawsze jest przyjemnością, fajnie gdy jest, ale trudno liczyć na to, że może to być permanentny stan.
Nie miała szczególnych uczuć do Niego, przynajmniej ostatnio. Więcej, nie miała też zrozumienia dla pewnych bądź co bądź fundamentalnych spraw. Typu: co ma śmierć Jezusa do ocalenia od śmierci, skąd wiadomo (jakie są przesłanki logiczne) że taką miała/ma funkcję, i dalej - skąd wiadomo, że "karą za grzech jest śmierć"? Jednak nie była znawcą Pisma, nie czyta go tyle, ile powinna, i wierzyła, że po prostu do tych informacji się nie dokopała. Tak czy inaczej, chodzi o posłuszeństwo Prawu, czy się chce, czy nie, w ten sposób właśnie sprawdza się wierność. Bóg nagradza posłusznych, a nie tych, którzy żywią względem Niego gorące uczucia.
Tknęło ją, że choć te wypisane wyżej pytania bez odpowiedzi miała od zawsze, to nie dołożyła starań, by na nie odpowiedzieć. To doprawdy dziwne. I głupie, hamujące. Sama sobie wykopała przez to dołek.
Była ostatnio na nabożeństwie. Nie było łatwo. Przemogła się do przebywania w grupie ludzi, ale to ciężka sprawa, bardzo, bardzo męcząca, w gruncie rzeczy wyczerpująca siły witalne. Może to taki czas, byleby był krótszy niż dłuższy. Leci 4 rok studiów, zawalenie go byłoby bardzo niemile widziane.
poniedziałek, 30 czerwca 2014
Powrót do domu rodzinnego oznaczał jedno. Płacz i zgrzytanie zębów.
W zasadzie była zaskoczona, ale czuła się tam STRASZNIE. Nawet nie tam, bo już w pociągu nie mogła powstrzymać łez.
Powrót w miejsca z dzieciństwa, do ludzi, z których żaden nie był dla niej przyjacielem, ani nawet kumplem. Będzie skazana na rodziców i młodsze rodzeństwo, już bez siostry, dzięki której tyle przetrwała. Miała takie poczucie, jakby budziły się wszystkie dawno uśpione demony, i opanowywały jej głowę, i nie pozwalały oddychać, i wysysały każdą kroplę radości.
Musiała żyć. Niezbyt przyjemna perspektywa. Ludzie mają sens w życiu, jakiś cel. Jej celem było nie zabić się, bo nie wolno.
W zasadzie była zaskoczona, ale czuła się tam STRASZNIE. Nawet nie tam, bo już w pociągu nie mogła powstrzymać łez.
Powrót w miejsca z dzieciństwa, do ludzi, z których żaden nie był dla niej przyjacielem, ani nawet kumplem. Będzie skazana na rodziców i młodsze rodzeństwo, już bez siostry, dzięki której tyle przetrwała. Miała takie poczucie, jakby budziły się wszystkie dawno uśpione demony, i opanowywały jej głowę, i nie pozwalały oddychać, i wysysały każdą kroplę radości.
Musiała żyć. Niezbyt przyjemna perspektywa. Ludzie mają sens w życiu, jakiś cel. Jej celem było nie zabić się, bo nie wolno.
Pułapki, codzienne, tygodniowe, miesięczne, roczne, wieczne pułapki życiowe, z których nie ma wyjścia. Gdy wszyscy oczekują, że będzie normalna, ułożona, rozsądna, szczęśliwa. A ona jest zmartwiona, nieszczęśliwa, zagubiona, zdezorientowana i nade wszystko zmęczona ciągłą walką. Bez przerwy. Bez chwili wytchnienia, by móc chociażby poświęcić się innym. To jest przekleństwo, które nie wiedząc o tym wzięła na siebie. Zobaczymy, jak daleko dojdzie.
wtorek, 24 czerwca 2014
Delete
Chciała skasować myśl i zapowiedź, że będzie lepiej.
Bo nie było.
To znaczy, czasem nie było, a czasem było. Czyli tak naprawdę bez większych zmian, poza tą, że, upraszczając, wiedziała, że nie może się zabić, bo to nie ona dysponuje swoim życiem.
Poza tym nie było zmian, a pod pewnymi względami było nawet gorzej.
Ale jej "przyjaciele" o tym nie wiedzieli, więc ciii... ani słowa. Taktyka godna nagrody darwina, ale przynajmniej ograniczająca poczucie upokorzenia. Taktyka zupełnie zgodna z osobowością unikającą.
Starała się zaktywizować. Tu festiwal, tu warsztaty, śpiewała, czyli robiła to, co kochała. Wyjeżdżała, załatwiała wszystko samodzielnie. Właśnie. Samodzielnie. Sama. Sama. Sama.
Płakała sama.
Spędzała czas sama.
Uczyła się sama.
Jadła sama.
Jest Bóg, tak. Ale to trochę nierealna dla niej postać. Istniejąca, ale krytyczna, a nie kochająca. Trudno się wierzy z takim przeświadczeniem. I trudno się żyje. Bo to ostatnia Osoba, na którą może... mogła... chciała móc liczyć.
sobota, 1 lutego 2014
w pudełku od zapałek
uśmiech leczy mówią
spójrz na innych mówią
nie pokazuj mówią
zamknij w sobie
ból i lęk
to wymysły
słabi się nie liczą
pozorna siła
pozorne jest dobrze
a w pudełku wciąż rośnie
odkrycie dla detektywa
kto za usmiechem szerokim
kto za słowem kojącym
kto za gestem krzepiącym
zobaczy
usłyszy
poczuje?
detektywów brak
dziś każdy jest w sobie
spójrz na innych mówią
nie pokazuj mówią
zamknij w sobie
ból i lęk
to wymysły
słabi się nie liczą
pozorna siła
pozorne jest dobrze
a w pudełku wciąż rośnie
odkrycie dla detektywa
kto za usmiechem szerokim
kto za słowem kojącym
kto za gestem krzepiącym
zobaczy
usłyszy
poczuje?
detektywów brak
dziś każdy jest w sobie
niedziela, 19 stycznia 2014
kryzys na froncie
Minęło półtora roku, odkąd się nawróciła. Nie minął jeszcze nawet rok od dnia jej powtórnego chrztu. I nadszedł moment, gdy musiała przyznać - była daleko od Niego. Bardzo daleko. Prawie tak, jak przed paru laty. Brakowało jej energii na podtrzymanie tej Relacji. Nie wiedziała co teraz... naprawdę nie wiedziała. Robiła z nią to samo, co z każdą inną relacją - trochę więcej zajęć, i nie miała dla nikogo czasu. Chwila braku kontaktu, i już o danej osobie zapominała.. a przynajmniej coraz trudniej było wrócić.
Wyprowadzka do mieszkania pełnego obcych ludzi miało swoje plusy - budziła się w niej tęsknota za rodziną. I coraz lepiej rozumiała to, co mówiła jej Siostra - że tak naprawdę tylko na rodzinie można polegać, i że to o nich trzeba dbać, bo reszta... przez chwilę jest, a później znika.
Wyprowadzka do mieszkania pełnego obcych ludzi miało swoje plusy - budziła się w niej tęsknota za rodziną. I coraz lepiej rozumiała to, co mówiła jej Siostra - że tak naprawdę tylko na rodzinie można polegać, i że to o nich trzeba dbać, bo reszta... przez chwilę jest, a później znika.
Subskrybuj:
Posty (Atom)