Między dobrem i złem
Między ziemią a niebem
Między swoim i twoim
Dzień w dzień
Lawiruję
Nieczucie i czucie
Słowa znikają
Tylko czekam
Walczę
Znów powrót do kuźni
Praca w pocie czoła
Przeprogramuj mózg
Reszta pójdzie za nim
By dwa słowa
Nigdy nie zaistniały
środa, 31 października 2012
wtorek, 30 października 2012
Zobacz dobro
Szalona pogoda zaburzała rytm drgań powietrza. Ale nie tu, gdzieś po drugiej stronie kuli ziemskiej.
Nie musiała dziś nigdzie wychodzić. Chciało jej się spaceru, ale trampki... to nie najlepsze obuwie na roztapiający się śnieg. Chłonęły wodę jak człowiek dobre słowa.
Leniwy wtorkowy poranek, lubiła wtorki. Mogła bez pośpiechu zjeść jajko na miękko, z tostem, a nie, standardowo, ekspresowe płatki - zalewajki. I była szansa, że wypije kawę póki jest ciepła, a nie, jak to bywa najczęściej, po powrocie z uczelni.
Spokój, jest spokój. Lubiła spokój. Szczególnie ten w środku. Spokój zewnętrzny też był miły, tylko nie można pozwolić mu na zamianę w nudę. Na szczęście miała trochę zajęć w zanadrzu. Zrobić broszki filcowe, może jakieś kolczyki dla odmiany... Może. Napisać jeden podrozdział, a może ze 2 nawet. Poćwiczyć migowy, bardzo łatwo wypada z głowy.
Jej siostra wróciła z wojaży. Zły humor się rozpłynął. A w ich relacji znów była miłość, i to nawet nie taka sobie, ot, miłość, ale z lekkim fajerwerkiem. Zastanawiała się, czemu się popsuło. I tak, no nie wiedziała, wydawało jej się, że to kwestia zauważania tego, co ktoś robi? Na nią na przykład zupełnie nie działało, jak ktoś mówił, że nie zrobiła tego, i tego, i tamtego. Zupełnie jej to nie motywowało. Właściwie - demotywowało. Tak, że robiła jeszcze mniej. No bo skoro i tak jest beznadziejnie, to po co się starać. Ale wystarczyło jedno zwrócenie uwagi na to co JEST. Choćby na starania. Przy kiepskiej relacji bardzo dużo sił poświęcałam na przekonanie siebie, że zrobienie czegoś ma sens, że będzie docenione, coś zmieni, i w rezultacie niewiele ich zostawało na czynność właściwą. To echo zwyczajów z domu rodzinnego. Nie posprzątałaś stołu - awantura, posprzątałaś - brak reakcji. Dziecięce pragnienie akceptacji. Tak, była zewnątrzsterowna, w pewnych kwestiach. Choć bardziej rozumiała to tak, że motywuje się sama tym, co zewnętrzne. Czyli nie chodzi o to, że ktoś ma to z nią robić, tak jak niektórzy wymagają, aby mówić im, że mają zrobić to, i tamto. Jak dziecku. Nie. Wiedziała co na nią działa, te czynniki wychwytywała. W każdym razie, czasem niełatwo zauważyć co ktoś zrobił, gdy to czego nie wykonał jest w przytłaczającej większości. Ale mojej siostrze się udało. I machina ruszyła.
Trzeba zauważać, czasem doszukiwać się tego, co dobre. Ona to ona, ale jak tak obserwowała ludzi... wszyscy tego potrzebują. Jedni mniej, inni więcej.
Wczoraj już do reszty zwariowała, mianowicie po raz pierwszy od dobrych kilku lat wyprasowała pranie... całe pranie. Dwuosobowe. Bardzo ciekawe zajęcie, wreszcie nieumysłowe, ani nieartystyczne. Aż zaczęły jej się w głowie pojawiać jakieś dziwne rozkminy, na temat tego, przykładowo, czy kobiety w wojsku też muszą golić wąsy. Ym, tak. Albo włosy. Albo czy panie, które zrekrutowały się do policji, chcąc być aktywne, po czym posadzono je za biurkiem, jak to większość kobiet, czy nie czują się zawiedzione. No takie tam.
A dziś śniło jej się, że ma jeszcze jedną siostrę. Że dopiero co się urodziła, i jest jeszcze taką pomarszczoną "małpką". Stwierdziła, że musi zrobić jej zdjęcie i gdzieś wstawić, pokazać, pochwalić się. Ale zadzwonił telefon i się obudziła, choć jeszcze przez chwilę myślała, że faktycznie to maleństwo gdzieś tam jest. W ogóle, chodził za nią dzieciak. Znaczy, instynkt macierzyński. Ale to jeszcze nieprędko, no.
Nie musiała dziś nigdzie wychodzić. Chciało jej się spaceru, ale trampki... to nie najlepsze obuwie na roztapiający się śnieg. Chłonęły wodę jak człowiek dobre słowa.
Leniwy wtorkowy poranek, lubiła wtorki. Mogła bez pośpiechu zjeść jajko na miękko, z tostem, a nie, standardowo, ekspresowe płatki - zalewajki. I była szansa, że wypije kawę póki jest ciepła, a nie, jak to bywa najczęściej, po powrocie z uczelni.
Spokój, jest spokój. Lubiła spokój. Szczególnie ten w środku. Spokój zewnętrzny też był miły, tylko nie można pozwolić mu na zamianę w nudę. Na szczęście miała trochę zajęć w zanadrzu. Zrobić broszki filcowe, może jakieś kolczyki dla odmiany... Może. Napisać jeden podrozdział, a może ze 2 nawet. Poćwiczyć migowy, bardzo łatwo wypada z głowy.
Jej siostra wróciła z wojaży. Zły humor się rozpłynął. A w ich relacji znów była miłość, i to nawet nie taka sobie, ot, miłość, ale z lekkim fajerwerkiem. Zastanawiała się, czemu się popsuło. I tak, no nie wiedziała, wydawało jej się, że to kwestia zauważania tego, co ktoś robi? Na nią na przykład zupełnie nie działało, jak ktoś mówił, że nie zrobiła tego, i tego, i tamtego. Zupełnie jej to nie motywowało. Właściwie - demotywowało. Tak, że robiła jeszcze mniej. No bo skoro i tak jest beznadziejnie, to po co się starać. Ale wystarczyło jedno zwrócenie uwagi na to co JEST. Choćby na starania. Przy kiepskiej relacji bardzo dużo sił poświęcałam na przekonanie siebie, że zrobienie czegoś ma sens, że będzie docenione, coś zmieni, i w rezultacie niewiele ich zostawało na czynność właściwą. To echo zwyczajów z domu rodzinnego. Nie posprzątałaś stołu - awantura, posprzątałaś - brak reakcji. Dziecięce pragnienie akceptacji. Tak, była zewnątrzsterowna, w pewnych kwestiach. Choć bardziej rozumiała to tak, że motywuje się sama tym, co zewnętrzne. Czyli nie chodzi o to, że ktoś ma to z nią robić, tak jak niektórzy wymagają, aby mówić im, że mają zrobić to, i tamto. Jak dziecku. Nie. Wiedziała co na nią działa, te czynniki wychwytywała. W każdym razie, czasem niełatwo zauważyć co ktoś zrobił, gdy to czego nie wykonał jest w przytłaczającej większości. Ale mojej siostrze się udało. I machina ruszyła.
Trzeba zauważać, czasem doszukiwać się tego, co dobre. Ona to ona, ale jak tak obserwowała ludzi... wszyscy tego potrzebują. Jedni mniej, inni więcej.
Wczoraj już do reszty zwariowała, mianowicie po raz pierwszy od dobrych kilku lat wyprasowała pranie... całe pranie. Dwuosobowe. Bardzo ciekawe zajęcie, wreszcie nieumysłowe, ani nieartystyczne. Aż zaczęły jej się w głowie pojawiać jakieś dziwne rozkminy, na temat tego, przykładowo, czy kobiety w wojsku też muszą golić wąsy. Ym, tak. Albo włosy. Albo czy panie, które zrekrutowały się do policji, chcąc być aktywne, po czym posadzono je za biurkiem, jak to większość kobiet, czy nie czują się zawiedzione. No takie tam.
A dziś śniło jej się, że ma jeszcze jedną siostrę. Że dopiero co się urodziła, i jest jeszcze taką pomarszczoną "małpką". Stwierdziła, że musi zrobić jej zdjęcie i gdzieś wstawić, pokazać, pochwalić się. Ale zadzwonił telefon i się obudziła, choć jeszcze przez chwilę myślała, że faktycznie to maleństwo gdzieś tam jest. W ogóle, chodził za nią dzieciak. Znaczy, instynkt macierzyński. Ale to jeszcze nieprędko, no.
niedziela, 28 października 2012
A dziś.
Było jej źle.
Lekki niepokój, trochę smutku, trochę samotności.
Nie miała do kogo gęby otworzyć.
Rozpłynęła się, w nie-zachwycie, lecz niebycie, nie wiedzieć czemu.
Może za dużo uczuć i słów chowała w sobie, a nawet przed sobą, oszukując się... że jest inaczej.
Kolana ją bolały.
Nie miała butów, żeby pójść na nabożeństwo. Za to nadmiar wątpliwości i lęku. Coś tam jest nie tak, nie wiedziała co, coś niepokojącego... może zbyt duża pewność, ludzka pewność, że zna się Boga. Może też ta nadopiekuńczość. I to, że "na rzeczy" znają się tam mężczyźni, a kobiety... kobiety to żony. Niby równe, a jednak...
Nie wiedziała, boi się? Chyba. Tempa się bała. Zaangażowania, gdy wcale jej do tego nie ciągnęło. W bardzo różnych sferach.
Lekki niepokój, trochę smutku, trochę samotności.
Nie miała do kogo gęby otworzyć.
Rozpłynęła się, w nie-zachwycie, lecz niebycie, nie wiedzieć czemu.
Może za dużo uczuć i słów chowała w sobie, a nawet przed sobą, oszukując się... że jest inaczej.
Kolana ją bolały.
Nie miała butów, żeby pójść na nabożeństwo. Za to nadmiar wątpliwości i lęku. Coś tam jest nie tak, nie wiedziała co, coś niepokojącego... może zbyt duża pewność, ludzka pewność, że zna się Boga. Może też ta nadopiekuńczość. I to, że "na rzeczy" znają się tam mężczyźni, a kobiety... kobiety to żony. Niby równe, a jednak...
Nie wiedziała, boi się? Chyba. Tempa się bała. Zaangażowania, gdy wcale jej do tego nie ciągnęło. W bardzo różnych sferach.
sobota, 27 października 2012
Trochę o kochaniu
Dobra książka nie jest zła.
Wspaniała książka zmienia.
Księga Miłości otwiera, gdy zostaje otwarta.
Uczy życia i uczy jak kochać.
Chrześcijanie mają kochać. Nie znaczy to, że inni nie mogą, przeciwnie. Ale stwierdzenie "wierzę w Chrystusa" zobowiązuje. To jakby - naczelna zasada. Wierzysz - więc nie tylko możesz, ale zobowiązujesz się kochać. I to nie byle jak.
Nie za coś, za to że ktoś jest miły, bo mu coś zawdzięczasz, ale dlatego, że otrzymałeś bezwarunkową miłość od Ojca.
Miała dotąd takie podejście, że każdy ma w sobie dobro, a to, że robi źle, jest skutkiem przeżyć i błędnych schematów myślowych. Że szybki osąd, skreślenie człowieka to po prostu zła postawa, nie służąca szeroko pojętemu dobru.
Ale Pismo mówiło co innego - nie mamy "nie skreślać": mamy kochać. Nie mamy "nie zamykać się" na daną osobę - mamy się otwierać i wychodzić do niej, mamy dawać. To brzmi górnolotnie, nie umiała tego wytłumaczyć prosto, bo po prostu nie mieściło jej się to w głowie. Ile miłości musi mieć Ten, który dyktował te słowa?
To trochę tak jak matka, której dziecko sprawiło kłopot, może nawet przykrość. Czy dobre będzie, jeśli odpłaci mu tym samym? Jeśli dziecko ją uderzy, a ona mu odda? Tu chyba nie ma wątpliwości, miała nadzieję. Ale idąc dalej, czy dobre będzie, jeśli przestanie reagować na jego potrzeby? I jeszcze dalej - czy dobre będzie, jeśli owszem, będzie reagować, ale obojętnie, bez emocji? W sumie reaguje, to do czego tu się przyczepić?
... i jak to wychodzi bez uczuć?
Bóg kocha mimo wszystko, bezwarunkowo. I tego samego chce dla ludzi. Tylko, no, to nie jest łatwe. Ktoś ci działa na nerwy, i masz go, przepraszam, obdarzać miłymi uczuciami, na siłę? A twoja godność, poziom, itp? Ale jeśli się zaryzykuje ten szalony krok, to - to jest niesamowite. Jak jakiś wyższy poziom świadomości, tylko tu chodzi o miłość: do siebie i innych, o szczęście, prawdziwe, nie na chwilę, nie powierzchowne, ale naprawdę, naprawdę przenikające każdą komórkę... Może tylko tak - czy będąc dzieckiem zdarzyło się ci czuć dumę po zrobieniu czegoś według tego, co powiedzieli rodzice*? Czuć dumę... być nią przepełnionym, szczęśliwym, spełnionym? Dziecku niewiele wystarczy, dzieci często wiedzą lepiej, co ma wartość...
Mt 5, 38-48 (38) Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! (39) A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! (40) Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! (41) Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! (42) Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie. (43) Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. (44) A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; (45) tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. (46) Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? (47)I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? (48) Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.
Łk 6, 27-38 (27) Lecz powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; (28) błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. (29) Jeśli cię kto uderzy w policzek, nadstaw mu i drugi. Jeśli bierze ci płaszcz, nie broń mu i szaty. (30) Daj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje. (31) Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie! (32) Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują. (33) I jeśli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to dla was wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią. (34)Jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakaż za to dla was wdzięczność? I grzesznicy grzesznikom pożyczają, żeby tyleż samo otrzymać. (35) Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. (36) Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. (37) Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. (38) Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie.
Wspaniała książka zmienia.
Księga Miłości otwiera, gdy zostaje otwarta.
Uczy życia i uczy jak kochać.
Chrześcijanie mają kochać. Nie znaczy to, że inni nie mogą, przeciwnie. Ale stwierdzenie "wierzę w Chrystusa" zobowiązuje. To jakby - naczelna zasada. Wierzysz - więc nie tylko możesz, ale zobowiązujesz się kochać. I to nie byle jak.
Nie za coś, za to że ktoś jest miły, bo mu coś zawdzięczasz, ale dlatego, że otrzymałeś bezwarunkową miłość od Ojca.
Miała dotąd takie podejście, że każdy ma w sobie dobro, a to, że robi źle, jest skutkiem przeżyć i błędnych schematów myślowych. Że szybki osąd, skreślenie człowieka to po prostu zła postawa, nie służąca szeroko pojętemu dobru.
Ale Pismo mówiło co innego - nie mamy "nie skreślać": mamy kochać. Nie mamy "nie zamykać się" na daną osobę - mamy się otwierać i wychodzić do niej, mamy dawać. To brzmi górnolotnie, nie umiała tego wytłumaczyć prosto, bo po prostu nie mieściło jej się to w głowie. Ile miłości musi mieć Ten, który dyktował te słowa?
To trochę tak jak matka, której dziecko sprawiło kłopot, może nawet przykrość. Czy dobre będzie, jeśli odpłaci mu tym samym? Jeśli dziecko ją uderzy, a ona mu odda? Tu chyba nie ma wątpliwości, miała nadzieję. Ale idąc dalej, czy dobre będzie, jeśli przestanie reagować na jego potrzeby? I jeszcze dalej - czy dobre będzie, jeśli owszem, będzie reagować, ale obojętnie, bez emocji? W sumie reaguje, to do czego tu się przyczepić?
Bóg kocha mimo wszystko, bezwarunkowo. I tego samego chce dla ludzi. Tylko, no, to nie jest łatwe. Ktoś ci działa na nerwy, i masz go, przepraszam, obdarzać miłymi uczuciami, na siłę? A twoja godność, poziom, itp? Ale jeśli się zaryzykuje ten szalony krok, to - to jest niesamowite. Jak jakiś wyższy poziom świadomości, tylko tu chodzi o miłość: do siebie i innych, o szczęście, prawdziwe, nie na chwilę, nie powierzchowne, ale naprawdę, naprawdę przenikające każdą komórkę... Może tylko tak - czy będąc dzieckiem zdarzyło się ci czuć dumę po zrobieniu czegoś według tego, co powiedzieli rodzice*? Czuć dumę... być nią przepełnionym, szczęśliwym, spełnionym? Dziecku niewiele wystarczy, dzieci często wiedzą lepiej, co ma wartość...
Mt 5, 38-48 (38) Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! (39) A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! (40) Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! (41) Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! (42) Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie. (43) Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. (44) A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; (45) tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. (46) Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? (47)I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? (48) Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.
Łk 6, 27-38 (27) Lecz powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; (28) błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. (29) Jeśli cię kto uderzy w policzek, nadstaw mu i drugi. Jeśli bierze ci płaszcz, nie broń mu i szaty. (30) Daj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje. (31) Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie! (32) Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują. (33) I jeśli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to dla was wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią. (34)Jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakaż za to dla was wdzięczność? I grzesznicy grzesznikom pożyczają, żeby tyleż samo otrzymać. (35) Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. (36) Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. (37) Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. (38) Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie.
środa, 24 października 2012
Ludzka rzecz.
Wszystko było dobrze, póki ludzie nie wzięli i nie postanowili dzielić.
Ostatnio widziała obrazek z dwojgiem starszych ludzi. Podpis brzmiał:
Ale nie wszystkiego to dotyczyło. Ludzie wyrzucają, odłączają, dzielą, szczególnie w takich "dziedzinach" jak polityka czy religia. Tam, gdzie przewija się temat władzy i kasy.
Jest jeden Bóg.
Teoretycznie wszystko jedno w jakim Kościele się go wielbi.
Praktycznie wewnętrzne ustalenia bardzo to utrudniają, forsują w różnej formie własną wyższość, próbują ustalać czyjąś drogę, pozornie dając wolność wyboru.
Jeśli powie się katolikowi, iż Kościół Rzymskokatolicki zbłądził w różnych kwestiach, że część tez przez niego przyjętych jest wysoce niepewnych... Jeśli zapyta się protestanta jaki jest dowód na to, że Bóg nie objawia swojej woli nadal, nie ograniczając się do Pisma Świętego...
Był taki film, "Ostatni Mohikanin"? To o białym wychowanym wśród czerwonoskórych, który ostatecznie został odrzucony przez jednych i drugich, próbując żyć "pośrodku", widząc dobro i tu, i tu. Tak się czuła w tym momencie, między rodziną a wspólnotą. Może to ona błądziła. Modliła się Panie bądź moim Światłem, pokaż mi swoją drogę. Sprawy "boskie", w kogo wierzyć i czy, były dla niej jasne. Sprawy ludzkie, jak zwykle, stawały jej w gardle i mieszały w głowie.
Ostatnio widziała obrazek z dwojgiem starszych ludzi. Podpis brzmiał:
Jak to się stało że nadal jesteście razem?
Bo w naszych czasach nie wyrzucało się, tylko naprawiało.
Jest jeden Bóg.
Teoretycznie wszystko jedno w jakim Kościele się go wielbi.
Praktycznie wewnętrzne ustalenia bardzo to utrudniają, forsują w różnej formie własną wyższość, próbują ustalać czyjąś drogę, pozornie dając wolność wyboru.
Jeśli powie się katolikowi, iż Kościół Rzymskokatolicki zbłądził w różnych kwestiach, że część tez przez niego przyjętych jest wysoce niepewnych... Jeśli zapyta się protestanta jaki jest dowód na to, że Bóg nie objawia swojej woli nadal, nie ograniczając się do Pisma Świętego...
Był taki film, "Ostatni Mohikanin"? To o białym wychowanym wśród czerwonoskórych, który ostatecznie został odrzucony przez jednych i drugich, próbując żyć "pośrodku", widząc dobro i tu, i tu. Tak się czuła w tym momencie, między rodziną a wspólnotą. Może to ona błądziła. Modliła się Panie bądź moim Światłem, pokaż mi swoją drogę. Sprawy "boskie", w kogo wierzyć i czy, były dla niej jasne. Sprawy ludzkie, jak zwykle, stawały jej w gardle i mieszały w głowie.
niedziela, 21 października 2012
Współczesne przesłania
Na facebooku istny szał na nowy album Marii P.
"Teksty wchodzą do głowy"
"Słyszę swoje myśli w formie piosenki"
"Niesamowita, innowacyjna, szczera"
A dla niej... tylko smutna. I skłaniająca do modlitwy za tę panią.
Czemu teksty łatwo wchodzą do głowy? Raz - niektóre piosenki nawiązują bezpośrednio do osłuchanych już tekstów biblijnych, tyle że z partykułą "nie". Innowacja? Proste zaprzeczenie. I też w jakimś stopniu pójście na łatwiznę. Wiara wymaga wysiłku.
Podobno P. była w głębokiej depresji, z której wyszła dzięki sobie. Mieszanie Boga w podniesienie się, przeżycie, uważa za uwłaczające sile człowieka. Można myśleć i tak.
Trafia pewnie, szczególnie do młodych ludzi, w fazie buntu, i nie tylko do gimnazjalistów. I do ludzi, dla których ważna jest wygoda. No dobrze, piosenki nawiązujące do kwestii religijnych trudno może komentować, bezpiecznie komentować, nie będąc narażonym od razu na określenia typu "ty katolu", "każdy może wierzyć w co chce" albo nie, "ciemnogród" itp. Płynie stąd niebezpieczeństwo, tak jak z gier przemocowych - niekoniecznie od razu widać skutek w postaci wzrostu agresji czy czego tam, ale - znieczulica postępuje. Znieczulica i wewnętrzny rozpad, gdzieś ta struktura charakteru zostaje osłabiona.
Tak sądziła Dziewczyna z wersalki, nie każąc nikomu się ze sobą zgadzać. Była typem obserwatora, psychologia gdzieś tam jej w tym pomagała. Trochę widziała, miała nadzieję, że prawdziwie.
W każdym razie, już abstrahując od utworów "anty-Bóg". Ciekawe, że na jednej płycie z nimi autorka zawarła piosenkę antypatriotyczną. Ciekawe? Nie. Niepokojące. "Nie będę walczyć, sorry, nic dla mnie nie znaczysz ojczyzno przez małe o" (to nie cytat, a skrót myślowy, żeby nie było). W kontekście politycznych subtelnych, acz nieubłaganie zmierzających do osłabienia Polski działań Rosji, tak przykładowo, ta piosenka wydaje się... po prostu niebezpieczna. Mamy słabą Polskę od strony formalnej, ale to żadna nowość. Broniliśmy się zawsze dzięki honorowi, który co prawda zakrawał momentami o brawurę, ale mimo wszystko... pozwolił przetrwać, nie: przeżyć, a przetrwać. Bez utraty godności. A tu - ot, pioseneczka, nie ma wojny, można sobie deklarować. Jak śpiewa P., w razie wojny, ona chce sobie "być". I nie odda ani kropli krwi. Ciekawe jak ona to sobie wyobraża.
Tak czy inaczej - nie widziała w tej płycie niczego N-I-C-Z-E-G-O interesującego, nowatorskiego, porywającego, czy jakie tam jeszcze określenia były...
"Teksty wchodzą do głowy"
"Słyszę swoje myśli w formie piosenki"
"Niesamowita, innowacyjna, szczera"
A dla niej... tylko smutna. I skłaniająca do modlitwy za tę panią.
Czemu teksty łatwo wchodzą do głowy? Raz - niektóre piosenki nawiązują bezpośrednio do osłuchanych już tekstów biblijnych, tyle że z partykułą "nie". Innowacja? Proste zaprzeczenie. I też w jakimś stopniu pójście na łatwiznę. Wiara wymaga wysiłku.
Podobno P. była w głębokiej depresji, z której wyszła dzięki sobie. Mieszanie Boga w podniesienie się, przeżycie, uważa za uwłaczające sile człowieka. Można myśleć i tak.
Trafia pewnie, szczególnie do młodych ludzi, w fazie buntu, i nie tylko do gimnazjalistów. I do ludzi, dla których ważna jest wygoda. No dobrze, piosenki nawiązujące do kwestii religijnych trudno może komentować, bezpiecznie komentować, nie będąc narażonym od razu na określenia typu "ty katolu", "każdy może wierzyć w co chce" albo nie, "ciemnogród" itp. Płynie stąd niebezpieczeństwo, tak jak z gier przemocowych - niekoniecznie od razu widać skutek w postaci wzrostu agresji czy czego tam, ale - znieczulica postępuje. Znieczulica i wewnętrzny rozpad, gdzieś ta struktura charakteru zostaje osłabiona.
Tak sądziła Dziewczyna z wersalki, nie każąc nikomu się ze sobą zgadzać. Była typem obserwatora, psychologia gdzieś tam jej w tym pomagała. Trochę widziała, miała nadzieję, że prawdziwie.
W każdym razie, już abstrahując od utworów "anty-Bóg". Ciekawe, że na jednej płycie z nimi autorka zawarła piosenkę antypatriotyczną. Ciekawe? Nie. Niepokojące. "Nie będę walczyć, sorry, nic dla mnie nie znaczysz ojczyzno przez małe o" (to nie cytat, a skrót myślowy, żeby nie było). W kontekście politycznych subtelnych, acz nieubłaganie zmierzających do osłabienia Polski działań Rosji, tak przykładowo, ta piosenka wydaje się... po prostu niebezpieczna. Mamy słabą Polskę od strony formalnej, ale to żadna nowość. Broniliśmy się zawsze dzięki honorowi, który co prawda zakrawał momentami o brawurę, ale mimo wszystko... pozwolił przetrwać, nie: przeżyć, a przetrwać. Bez utraty godności. A tu - ot, pioseneczka, nie ma wojny, można sobie deklarować. Jak śpiewa P., w razie wojny, ona chce sobie "być". I nie odda ani kropli krwi. Ciekawe jak ona to sobie wyobraża.
Tak czy inaczej - nie widziała w tej płycie niczego N-I-C-Z-E-G-O interesującego, nowatorskiego, porywającego, czy jakie tam jeszcze określenia były...
środa, 17 października 2012
Flp 4,13
Była szczęśliwa
Mimo wszystko i tak właśnie, bo.
Każdy popełnia błędy, człowiek łatwo traci nadzieję skupiając się na tym, co obok. Ale - uczyła się. Wracała do normy szybciej, niż kiedyś, niż sama by się spodziewała.
Raptem miesiąc temu, po 6 latach wahań i ucieczek, uwierzyła w Boga. "Nagle". Zaczęła chodzić na nabo i szukać kim On jest. Dziwne? Jeśli się Go poczuje, NIE DA SIĘ inaczej. Próbowała właśnie od 5 minut do czegoś to porównać... nie umiała. To studnia bez dna, radość niewyczerpana (choć takie górnolotne stwierdzenia pewnie ciężko trafiają...). Mamy różne "sensy" w życiu, coś, co daje radość, spełnienie, czasem trafi się uczucie do jakiejś osoby, uskrzydlające, ale tak kruche... A tu - miała pewność. Ludzie odejdą, osądzą, zranią... On nie. Miała Ojca, chciała Go poznać.
Miała problem ze zbyt szybkim angażowaniem emocjonalnym w nic nieznaczące relacje, damsko - męskie znaczy. Ale Ktoś jej przysłał pomoc, dzięki której nauczyła się nabierać dystansu. "Nagle" stwierdzenia sprzed 2, 3 miesięcy straciły na znaczeniu. Jest inaczej, jest nowa jakość.
Dopiero co czuła się zawiedziona, zgnieciona i zapomniana - opuszczona. Ale już nie. Już nie. Ludzie są jacy są, każdy ze swoim bagażem, przeszłością, słabościami, troskami - przy czym nie obwiniała nikogo, bo aby mówić o winie konieczna jest świadomość potencjalnego sprawcy - przed "zajściem". Ale, pierwsze primo, byli też inni ludzie obok, dający siłę, rodzina genetyczna i duchowa, i po pierwszym uderzeniu, po odzyskaniu odrobiny rozumu - widziała ich. A drugie primo - był On. Dużo strasznie o tym gadała ostatnio, ale czy można przestać mówić o szczęściu, o Tym co spaja elementy układanki o Kluczu, który otwiera nowe perspektywy, o Radości, którą chce się obdarzać następnych, i następnych? W każdym razie - ludzie popełniają błędy, ona też często była nie w porządku. Ale to nie dyskwalifikowało ani jej, ani nikogo innego w oczach Boga. On nie osądza, nie żywi żalu, nie obwinia - jak mogłaby to robić, skoro chciała za Nim iść? On kocha i rozumie. I uczy ją tego samego.
Mimo wszystko i tak właśnie, bo.
Każdy popełnia błędy, człowiek łatwo traci nadzieję skupiając się na tym, co obok. Ale - uczyła się. Wracała do normy szybciej, niż kiedyś, niż sama by się spodziewała.
Raptem miesiąc temu, po 6 latach wahań i ucieczek, uwierzyła w Boga. "Nagle". Zaczęła chodzić na nabo i szukać kim On jest. Dziwne? Jeśli się Go poczuje, NIE DA SIĘ inaczej. Próbowała właśnie od 5 minut do czegoś to porównać... nie umiała. To studnia bez dna, radość niewyczerpana (choć takie górnolotne stwierdzenia pewnie ciężko trafiają...). Mamy różne "sensy" w życiu, coś, co daje radość, spełnienie, czasem trafi się uczucie do jakiejś osoby, uskrzydlające, ale tak kruche... A tu - miała pewność. Ludzie odejdą, osądzą, zranią... On nie. Miała Ojca, chciała Go poznać.
Miała problem ze zbyt szybkim angażowaniem emocjonalnym w nic nieznaczące relacje, damsko - męskie znaczy. Ale Ktoś jej przysłał pomoc, dzięki której nauczyła się nabierać dystansu. "Nagle" stwierdzenia sprzed 2, 3 miesięcy straciły na znaczeniu. Jest inaczej, jest nowa jakość.
Dopiero co czuła się zawiedziona, zgnieciona i zapomniana - opuszczona. Ale już nie. Już nie. Ludzie są jacy są, każdy ze swoim bagażem, przeszłością, słabościami, troskami - przy czym nie obwiniała nikogo, bo aby mówić o winie konieczna jest świadomość potencjalnego sprawcy - przed "zajściem". Ale, pierwsze primo, byli też inni ludzie obok, dający siłę, rodzina genetyczna i duchowa, i po pierwszym uderzeniu, po odzyskaniu odrobiny rozumu - widziała ich. A drugie primo - był On. Dużo strasznie o tym gadała ostatnio, ale czy można przestać mówić o szczęściu, o Tym co spaja elementy układanki o Kluczu, który otwiera nowe perspektywy, o Radości, którą chce się obdarzać następnych, i następnych? W każdym razie - ludzie popełniają błędy, ona też często była nie w porządku. Ale to nie dyskwalifikowało ani jej, ani nikogo innego w oczach Boga. On nie osądza, nie żywi żalu, nie obwinia - jak mogłaby to robić, skoro chciała za Nim iść? On kocha i rozumie. I uczy ją tego samego.
wtorek, 16 października 2012
Słowa kogoś mądrzejszego
Hymn pochwalny ocalonego
Wychwalać Cię będę, Panie, Królu,
i wysławiać Ciebie, Boga, Zbawiciela mego.
Wychwalać chcę imię Twoje,
ponieważ podporą i pomocnikiem stałeś się dla mnie.
Wychwalać Cię będę, Panie, Królu,
i wysławiać Ciebie, Boga, Zbawiciela mego.
Wychwalać chcę imię Twoje,
ponieważ podporą i pomocnikiem stałeś się dla mnie.
Ochroniłeś ciało moje od zguby,
od sieci oszczerczego języka
i od warg wypowiadających kłamstwo;
a wobec przeciwników
stałeś się pomocnikiem i wybawiłeś mię,
według wielkości miłosierdzia i Twego imienia,
od pokąsania przez tych, co są gotowi mnie połknąć,
od ręki szukających mej duszy,
z wielu utrapień, jakich doznałem,
od uduszenia w ogniu, który mnie otacza,
i z środka ognia, który nie ja zapaliłem,
z głębokich wnętrzności Szeolu,
od języka nieczystego i od słowa kłamliwego,
od oszczerstwa języka przewrotnego wobec króla.
Dusza moja zbliżyła się aż do śmierci,
a życie moje byli blisko Szeolu, na dole.
Ze wszystkich stron otoczyli mnie i nie znalazłem wspomożyciela,
rozglądałem się za pomocą od ludzi, ale nie przyszła.
Wówczas wspomniałem na miłosierdzie Twoje, Panie,
i na dzieła Twoje, te od wieków -
że wybawiasz tych, którzy cierpliwie czekają na Ciebie,
i wyzwalasz ich z ręki nieprzyjaciół.
Podniosłem z ziemi mój głos błagalny
i prosiłem o uwolnienie od śmierci.
Wzywałem Pana: "Ojcem moim jesteś
i mocarzem, który mnie wyzwoli.
Nie opuszczaj w dniach udręki,
a w czasie przewagi pysznych - bez pomocy!
Wychwalać będę bez przerwy Twoje imię
i opiewać je będę w uwielbieniu".
I prośba moja została wysłuchana.
Wybawiłeś mnie bowiem z zagłady
i wyrwałeś z przygody złowrogiej.
Dlatego będę Cię wielbił i wychwalał,
i błogosławił imieniu Pańskiemu.
Syr 51,1-12
poniedziałek, 15 października 2012
Nic, co ludzkie.
Brak odwagi do mówienia wprost. To niewątpliwie jej problem.
Czasem zwyczajnie czuła się nikim.
Czasem czuła się dziwna i inna, poniekąd bez praw do samodzielnego myślenia i czucia, i życia.
Czasem czuła się złą osobą, której działania by stać się kimś dobrym nie mają żadnego sensu.
A z drugiej strony - wiedziała, że działanie jej mózgu odbiega nieco od normy. "Nieprawidłowy wynik badania EEG" Osobowość nie do końca ukształtowana. Starała się z całych sił nakłonić mózg do rozwoju, ale - nie wiedziała, nie miała najmniejszej pewności, czy kiedykolwiek uda się to osiągnąć.
Spotkanie urodzinowe nadwyrężyło jej siły i mocno nadszarpnęło poczucie bycia ważną. Inaczej mówiąc - zasiało ból i wątpliwości, i lęk. Bardzo zależało jej na relacjach, ale chwilowo nie dawała rady inicjować, czegokolwiek.
Czasem zwyczajnie czuła się nikim.
Czasem czuła się dziwna i inna, poniekąd bez praw do samodzielnego myślenia i czucia, i życia.
Czasem czuła się złą osobą, której działania by stać się kimś dobrym nie mają żadnego sensu.
A z drugiej strony - wiedziała, że działanie jej mózgu odbiega nieco od normy. "Nieprawidłowy wynik badania EEG" Osobowość nie do końca ukształtowana. Starała się z całych sił nakłonić mózg do rozwoju, ale - nie wiedziała, nie miała najmniejszej pewności, czy kiedykolwiek uda się to osiągnąć.
Spotkanie urodzinowe nadwyrężyło jej siły i mocno nadszarpnęło poczucie bycia ważną. Inaczej mówiąc - zasiało ból i wątpliwości, i lęk. Bardzo zależało jej na relacjach, ale chwilowo nie dawała rady inicjować, czegokolwiek.
niedziela, 14 października 2012
Myśli nieuporządkowane
W jej świecie były pewne zasady. Zasady dotyczące pewnych zachowań w relacjach z innymi. Na przykład - możliwie jak najmniej się spóźniać, najlepiej wcale, nie wychodzić bez pożegnania, jeśli odpowiedziało się twierdząco na zaproszenie, ale coś wypadło - powiedzieć o tym, uprzedzić, dać znać. Szacunek, po prostu. Zasadą też było dla niej, że po imprezie pomaga się ogarnąć, z czystej życzliwości. Klub to klub, a zaproszenie od kogoś, z kim ma się "nieco" lepszą relację - to co innego.
Ludzie mają inne zasady. Trzeba się z tym pogodzić. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni.
Po latach terapii i studiach, na których uczono konstruowania i używania komunikatów JA ciężko jej było czasem znieść, że ktoś tego nie potrafi, żeby nie powiedzieć - nie próbuje się nauczyć. Znieść - w sensie, że miała niską na to odporność, i raz, reagowała lękiem, a dwa - złością. A co najważniejsze - chęcią ucieczki, odseparowania, znielubienia... znienawidzenia. Jednak - to nie była dobra droga. Trudne osoby są dane dla tym większego rozwoju. To dar - niełatwy, ale dar. Są ludzie "łatwi w obsłudze", łatwostrawni, to ważni ludzie, ale... Także - są ludzi lekkostrawni, są tacy, z którymi trzeba się "mierzyć" i dzięki temu wzrastać.
Ludzie mają inne zasady. Trzeba się z tym pogodzić. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni.
Po latach terapii i studiach, na których uczono konstruowania i używania komunikatów JA ciężko jej było czasem znieść, że ktoś tego nie potrafi, żeby nie powiedzieć - nie próbuje się nauczyć. Znieść - w sensie, że miała niską na to odporność, i raz, reagowała lękiem, a dwa - złością. A co najważniejsze - chęcią ucieczki, odseparowania, znielubienia... znienawidzenia. Jednak - to nie była dobra droga. Trudne osoby są dane dla tym większego rozwoju. To dar - niełatwy, ale dar. Są ludzie "łatwi w obsłudze", łatwostrawni, to ważni ludzie, ale... Także - są ludzi lekkostrawni, są tacy, z którymi trzeba się "mierzyć" i dzięki temu wzrastać.
piątek, 12 października 2012
Wigilijne stresy
Mimo niewątpliwego postępu przyznać musiała szczerze, że jeszcze długa droga przede nią, by ustabilizować samoocenę i pewność siebie.
Jedna osoba, fakt - nie przypadkowa, wystarczyła, by zwątpiła w zgodność danego działania z ogólnie przyjętymi normami. I zaczęła produkować w zastraszającym tempie kolejne projekcje. Powiedziała coś nie tak --> tylko ona nie wiedziała, że to coś nie tak --> inni wiedzą --> i na pewno już się krzywią --> i myślą, ale głupia, jak tak można, poracha... --> itd...
Uch. Stres przed jutrem. Organizowanie pierwszej w życiu samodzielnej większej "imprezy" to jednak... ciężka sprawa. Fajna, ale ciężka, szczególnie, gdy tak trudno uwierzyć, że jest się lubianym...
sobota, 6 października 2012
Jeszcze trochę o.
Z każdym dniem bardziej cieszyła się, że studiuje psychologię. Po pierwsze, chciała przekazać dalej to, co dostała, tę szansę, po drugie - to fascynująca dziedzina, po trzecie - bardzo życiowa. Co i raz przekonywała się, że te miliony opisywanych na zajęciach mechanizmów faktycznie funkcjonują w ludziach. Najwięcej widziała po sobie... chociaż nie, egocentryzm trochę blokował to samopoznanie. Ale to też mechanizm - ochrona ego :) Przecież lepiej coś wyprzeć niż stracić dobre mniemanie o sobie, nawet jeśli jest szczątkowe.
Jakoś przypomniał jej się jeden taki mechanizm, bardzo cenny o tyle, że jego uświadomienie dużo zmienia, zwiększa tolerancję i sposób myślenia o innych, o sobie. Mianowicie - istnieje coś takiego jak podstawowy błąd atrybucji. Dla tych którzy przypadkiem nie studiują kierunków nakierowanych na człowieka - pokrótce: polega on na tym, że w jakiejś sytuacji, np. konfliktu, ludzie są bardziej skłonni własne zachowanie tłumaczyć czynnikami zewnętrznymi, a czyimś przypisywać źródła charakterologiczne - wewnętrzne. On ma skłonność do agresji, ja się zdenerwowałam sytuacją, okolicznościami. Mówimy: on jest taki (to jego cecha: zapalczywy, leniwy, obrażalski, itd.), i niejako automatycznie zamykamy mu możliwość zmiany. Czasem zdarza się, że na przykład dziecko słyszące od małego, że jest złe i nieposłuszne, mimo początkowego braku zgody z taką opinią - dostosowuje się. Może samo w to uwierzyć, trochę z przekory: "chcecie, to taki/taka będę". A później cierpi. Faktycznie mogło być tak, że niedosłyszało polecenia, nie było skoncentrowane w tym momencie, nie widziało, że tak czy inaczej nie powinno odpowiedzieć itp. Czynniki sytuacyjne. A między dorosłymi? Jeśli myśli się, że ktoś jest "jakiś", to nie tylko utrudnia się mu zmianę, ale też blokuje możliwość rozwiązania danej sytuację. "On jest taki, nic nie poradzę, po co drążyć, spiszę to na straty, koniec relacji...". Łatwo jest nie brać pod uwagę dodatkowych okoliczności: tego, że ktoś ma naprawdę kiepski czas, albo że zadziałało przeniesienie (skojarzenie z inną, ważną - trudną osobą), albo, że był zmęczony, musiał wcześniej rozwiązać kilka konfliktów np. w pracy, albo jest zajęty jakimś własnym, wewnętrznym, co przecież równie wykańcza. Łatwo przejść na automat oceniania, tylko... do czego to prowadzi? Napotykamy mur, ot i tyle.
Myślenie, jak to dziecko, o sobie, że jest takie i owakie, też niszczy. Niszczy nas. Mnóstwo jest takich osób w aresztach - osób, które uwierzyły, że są złe i zaczęły same tak o sobie myśleć. I tak są złe, i tak najbliżsi i ci dalsi je potępili, więc Bóg też to zrobi, generalnie po co się starać. No, faktycznie. Och, to jest też to osławione "jestem beznadziejna", czyli: nierokująca, moje istnienie i działanie jest bez sensu, najlepsze co mogę zrobić dla świata to skoczyć z mostu. Uderzająco konstruktywna samokrytyka, nieprawdaż?To bezlitosne osądzanie siebie nie zawsze "równoważy" pobłażliwość wobec innych. Często jesteśmy dla innych tacy, jak dla siebie.
Oczywiście, temperament odgrywa jakąś rolę, to nie tylko okoliczności, ale kluczem jest chyba, jak zwykle, znalezienie złotego środka. A także... miłość. W sensie - bycie miłym, życzliwym, rozumiejącym zachowania, ale dążącym do zmiany. Miłość do siebie i do innych. I jeszcze - zaufanie Jemu. Bóg jest Miłością, cierpliwą, łaskawą, niepojętą, nieograniczoną. Jeśli przeciwnik podpowiada, że komu jak komu, ale mi wybaczyć się nie da, jeśli nie umiem siebie kochać, to może myśl, że kurka, ktoś takiego pokroju jak On potrafi, i to nie byle jak. Niepojęcie.
Człowiek jest nieszczęśliwy tylko dlatego, że nie wie, iż może być szczęśliwy.
/F. Dostojewski/
Nie ma złych ludzi, są tylko ludzie nieszczęśliwi.
/E. Ostrowska/
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje
/1Kor 13, 4-8
środa, 3 października 2012
Myśli rozsypane
Relacje to przyjemność i praca, przyjemność i praca, praca, praca... Czasem jedna relacja wpływa na drugą, tu się coś popsuje, rozejdzie szew, tam wypadnie guzik. Zaburzenia w harmonii, która musi istnieć, by obydwie relacje przetrwały. Trudne to.
Potrzeby miłości, szczególnie neurotycznej, nie da się zaspokoić poprzez ludzi. Ludzie są niesłowni, niedoskonali, zmienni, egoistyczni. Zawodni. Tacy są. Ale jest też Ktoś słowny, doskonały, stały, kochający. Niezawodny, choć działający czasem zupełnie "nie tak" - nie tak, jak sobie wyobraziliśmy. Czerpanie mocy z ludzi daje satysfakcję na krótką chwilę, to co wydawało się duże i pożywne to tylko wata... wata. Czerpanie mocy z Niego, przyjmowanie tego co zsyła, tego co łatwe i co trudne, zrozumiałe i niepojęte - to tylko prowadzi do życia w pełni. Do szczęścia.
Zakochujesz się, zawodzisz, przeklinasz, zakochujesz, obdarzasz zaufaniem, zawodzisz... i tak w kółko. Po co, skoro jest Ktoś, kto nigdy przenigdy nie zawiedzie, nie odejdzie. Ten, który zawsze kocha, który daje siłę, zamiast ją odbierać. I daje radość, i miłość do innych, zupełnie inną niż ta zwykła, ludzka. Tak jak smutek nie jest depresją, tak miłość nie jest Miłością.
Tylko trzeba zaufać, opuścić dobrze znane, wysiedziane schematy. Wiara, że On ma wszystko pod kontrolą jest trudna. Po latach spodziewania się niebezpieczeństwa z każdej możliwej strony mamy już odruch. Ale nie ma nic, czego nie da się zmienić. W tym sensie - wiara jest decyzją.
Ostatnio bywało, że czuła się zwyciężczynią. Dostała dobrą Broń, i z nią już niemal nic nie było jej straszne. Szła po mieście i miała Miłość. Do ludzi. Chęć czynienia dobra. To też tak, jakby wygrać bitwę dzięki Dowódcy-Strategowi. Oczywiście, ona walczyła, ale z Nim było bardziej prawdopodobne, że zwycięży. I z ludźmi u boku. Tak.
W wierze można kogoś prowadzić lub wskazywać drogę.
Prowadzi ten, kto zna drogę - każdy krawężnik, każdy zakręt, każdy kamień, każde niebezpieczeństwo. Podajesz rękę i dajesz mu się prowadzić, przebywając nawet nieświadomie jakieś fragmenty trasy, którą On pod Twoim kątem wybiera - by była najlepsza.
Wskazuje drogę ten, kto mniej więcej wie gdzie trzeba iść. Być może sam ją przebył, lub przebywa. Nie zna każdego wariantu prowadzącego do celu, nie zna szczegółów, może się mylić.
Prowadzi w wierze Duch Święty.
Wskazuje drogę człowiek. Rozsądny, pokorny człowiek wie, że prowadzić nie może, że nawet jeśli akurat uda mu się doprowadzić kogoś w miejsce, które, jak mniema, jest celem, uniemożliwia jego rozwój wewnętrzny i wzrastanie według indywidualnego planu, przygotowanego przez Kogoś mądrzejszego. To tak, jak ktoś, kto ma niewidome dziecko. Może je zawsze prowadzić, zawsze z nim chodzić. Albo nauczyć obsługi laski i odczytywania znaków, by mogło stać się samodzielne.
Potrzeby miłości, szczególnie neurotycznej, nie da się zaspokoić poprzez ludzi. Ludzie są niesłowni, niedoskonali, zmienni, egoistyczni. Zawodni. Tacy są. Ale jest też Ktoś słowny, doskonały, stały, kochający. Niezawodny, choć działający czasem zupełnie "nie tak" - nie tak, jak sobie wyobraziliśmy. Czerpanie mocy z ludzi daje satysfakcję na krótką chwilę, to co wydawało się duże i pożywne to tylko wata... wata. Czerpanie mocy z Niego, przyjmowanie tego co zsyła, tego co łatwe i co trudne, zrozumiałe i niepojęte - to tylko prowadzi do życia w pełni. Do szczęścia.
Zakochujesz się, zawodzisz, przeklinasz, zakochujesz, obdarzasz zaufaniem, zawodzisz... i tak w kółko. Po co, skoro jest Ktoś, kto nigdy przenigdy nie zawiedzie, nie odejdzie. Ten, który zawsze kocha, który daje siłę, zamiast ją odbierać. I daje radość, i miłość do innych, zupełnie inną niż ta zwykła, ludzka. Tak jak smutek nie jest depresją, tak miłość nie jest Miłością.
Tylko trzeba zaufać, opuścić dobrze znane, wysiedziane schematy. Wiara, że On ma wszystko pod kontrolą jest trudna. Po latach spodziewania się niebezpieczeństwa z każdej możliwej strony mamy już odruch. Ale nie ma nic, czego nie da się zmienić. W tym sensie - wiara jest decyzją.
Ostatnio bywało, że czuła się zwyciężczynią. Dostała dobrą Broń, i z nią już niemal nic nie było jej straszne. Szła po mieście i miała Miłość. Do ludzi. Chęć czynienia dobra. To też tak, jakby wygrać bitwę dzięki Dowódcy-Strategowi. Oczywiście, ona walczyła, ale z Nim było bardziej prawdopodobne, że zwycięży. I z ludźmi u boku. Tak.
W wierze można kogoś prowadzić lub wskazywać drogę.
Prowadzi ten, kto zna drogę - każdy krawężnik, każdy zakręt, każdy kamień, każde niebezpieczeństwo. Podajesz rękę i dajesz mu się prowadzić, przebywając nawet nieświadomie jakieś fragmenty trasy, którą On pod Twoim kątem wybiera - by była najlepsza.
Wskazuje drogę ten, kto mniej więcej wie gdzie trzeba iść. Być może sam ją przebył, lub przebywa. Nie zna każdego wariantu prowadzącego do celu, nie zna szczegółów, może się mylić.
Prowadzi w wierze Duch Święty.
Wskazuje drogę człowiek. Rozsądny, pokorny człowiek wie, że prowadzić nie może, że nawet jeśli akurat uda mu się doprowadzić kogoś w miejsce, które, jak mniema, jest celem, uniemożliwia jego rozwój wewnętrzny i wzrastanie według indywidualnego planu, przygotowanego przez Kogoś mądrzejszego. To tak, jak ktoś, kto ma niewidome dziecko. Może je zawsze prowadzić, zawsze z nim chodzić. Albo nauczyć obsługi laski i odczytywania znaków, by mogło stać się samodzielne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)