sobota, 31 lipca 2010

Na horyzoncie mury uczelni

Myśl, że od października będzie miała indeks i status studenta dobrze na nią wpływała. Ogarniała ją radość, będzie robić to, co kocha! Wiedziała czego chce, dla odmiany, i było to takie przyjemne... nowe. To był jej  wybór, brała to z całym dobrodziejstwem inwentarza, mając świadomość, że konsekwencje również ona będzie odczuwać.
Ale nie bała się. Szła do przodu.

piątek, 23 lipca 2010

Zabawa w aktorstwo

Czasem myślała, że już tyle za nią. Gdzieś tam zostawiła ześwirowane myślenie, wiedziała, że jest nieprawidłowe. Wydawało jej się, że wie już wszystko o sobie, no niech będzie, że prawie wszystko - ale margines niepewności zostawiała tylko dla zasady.
I wtedy ktoś mówił coś, co dawało jej do myślenia, co odsłaniało to, co zgrabnie przykryła, ukryła, zapomniała - a może tylko próbowała zapomnieć?
Została po prostu zapytana - czy uważa, że jest coś warta, a jeśli tak - to ile? Ale tylko według niej, bez odniesienia do innych.
Powinna odpowiedzieć: no tak, lubię siebie, jestem wartościową osobą samą w sobie.
Ale jej odpowiedź zabrzmiała: no... chyba jestem coś warta. Podobno każdy jest.
Tyle że nie czuła tego i nie umiała oddzielić poczucia własnej wartości od porównań, odniesień do innych ludzi.
Nie mogła czuć się inteligentna, bo a nuż okażę się najgłupsza w jakimś środowisku?
Nie mogła czuć się ładna, bo może to tylko jej zdanie, a inni uważają ją może za szkaradę?
Nie mogła.
I nie wiedziała jak przejść z tym dalej. Takie myślenie było silniejsze od niej, po prostu NIE MIAŁA innej możliwości.
Kiedy była sama, czuła się dobrze z sobą, ale nie mogła jakoś przeciągnąć tego na sytuacje towarzyskie, nie mogła być pewna siebie, że jest ok - bo może ktoś pomyśli... ktoś osądzi.
Robiła dobrą minę do złej gry, ale to była ciągle gra.

poniedziałek, 19 lipca 2010

To już koniec...

Na szczęście tylko turnusu terapeutycznego. Jechała autokarem, jakże inaczej to teraz wyglądało! Terapia ma to do siebie, że poznaje się ludzi o wiele szybciej, mniej powierzchownie. Tworzy się bliskość, gdzieś zanikają bariery, maski, udawanie. Nie do końca, każdy przecież ma swoją bańkę mydlaną, ale jest już dużo bardziej przejrzysta niż na początku. I jest coś takiego, że każdy jest szczery, mówi co mu leży na sercu, bez zbędnego łagodzenia czy cynizmu. A jeśli nawet to łatwiej to przyjąć, bo wiadomo, że to tylko dla czyjegoś dobra. Żeby dotarło. Tak jak usłyszała raz od Terapeutki: "nie mam nic do ciebie, jesteś ok, ale dla twoich świrów nie będzie taryfy ulgowej"

Był ostatni dzień ze spotkaniem grupowym. Dzień informacji zwrotnych, gorącego krzesła.
Mówiło się każdemu po kolei wszystko, co było z nim związane: wyobrażenia, uczucia, wspomnienia, to, co chciało się przekazać, rzeczy dobre i trudne - bez oceny i dawać rad.
Przy pierwszej osobie, której miała coś powiedzieć, wrócił do niej obraz obozu sprzed dwóch lat... niemiłe wspomnienie. Kiedy usłyszała niewiele, a zapamiętała tylko przykre rzeczy. Między innymi to, że ocenia ludzi i wypowiada mocno autorytarne osądy. I tak ją to spięło, że ledwo wydukała dwa zdania... Żeby nie powiedzieć nic źle. Bo ciężko było jej zauważyć, kiedy zaczyna oceniać, nie rozróżniała tego za bardzo. Później zaczęła się zastanawiać- czego - kogo się boi tak naprawdę? Co się stanie jeśli kogoś, niecelowo przecież, oceni? Powie jej że go ocenia, i co? Armageddon? Zostanie potępiona? Ktoś przestanie ją lubić - ktoś, z kim będzie miała kontakt jeszcze dobę?
Bała się na wyrost. Od grupy dostała wiele pozytywów i komunikatów, które dały jej do myślenia. A Terapeutka, jak to ona - zawsze potrafiła ją zaskoczyć. Tym razem pozytywnie. Powiedziała to co było potrzebne, kilka rzeczy, z którymi się nie zgadzała i zostawiała je, bo terapeutka też jest człowiekiem i może się mylić, choć nie można wykluczać, że coś w tym było. Odczuła z jej strony akceptację, jakieś uznanie, trochę dezorientacji i niezrozumienia - nic co zwaliłoby ją z nóg, to raczej stawiało ją na nie i dawało impuls do działania.

Nie zmarnuje tego.

sobota, 17 lipca 2010

Pokażę im

Widziała w sobie tendencje do oczekiwania, że to ktoś coś za nią zrobi - podejmie decyzję, znajdzie rozwiązanie. Miała poczucie, że sama nie może tego zrobić. Strasznie kombinowała - tak, że nie zauważała prostych wyjść, szczególnie, jeśli wiązałoby się to z pytaniem "czy można?"- jeśli potrzebowałaby do tego innych ludzi, lub nie była pewna, czy będzie to zgodne z jakimiś zasadami. Bała się prosić, wyrażać potrzeby, z obawy, że zostanie to skrytykowane, odrzucone. Lęk był taki, że bała się nawet pomyśleć, wymyślić cokolwiek, i zostawała z niczym.

Na terapii wynikła kwestia blizn. Właściwie zaczęła o tym mówić, ale nie wiedziała po co, w jakim celu, co chce uzyskać. I w którymś momencie totalnie się zagubiła. Wyszła z terapii rozbita, zniechęcona i zdezorientowana. Tym bardziej, że ktoś rzucił pomysł, by pójść wykąpać się w rzece. I oczywiście zaczęła rozkminiać - czy chce iść i być z ludźmi na których jej zależy, ale z drugiej strony, jak zareagują na widok jej pociętych ud? No to może pójdzie tylko się poopalać - ale jakoś nie widać słońca- bez sensu. Trybiki poszły w ruch. Ale w pewnym momencie pomyślała - basta! Raz kozie śmierć! I poszła, i kąpałam się, i nie żałowała! Prosta decyzja - i najlepsza.
I tak między bogiem a prawdą widziała, że jakoś wyolbrzymia problem, który był w sumie niewielki... To że miała jakiś kompleks nie znaczy, że wszyscy wokół patrzyli właśnie na to, krytykowali, nie byli zdolni do zrozumienia. Jej obraz innych był dziwny, miejscami wręcz krzywdzący chyba, nie miała do nich zaufania i oczekiwała wszystkiego, co najgorsze. Ale to już inny temat.

Bilans dnia? Dodatni, pomniejszony o wiele lęków.

piątek, 9 lipca 2010

Pani jest moją matką

Oczywiście okazało się, że to wszystko pochodzi z jej głowy. Tzn jest skutkiem jej problemów. Zagmatwane wypowiedzi to obraz zagubienia w środku. Pretensje do terapeutki o nierówne traktowanie i nierozumienie, przekręcanie i błędne interpretowanie jej wypowiedzi- to wszystko tak bolało, bo była szczególnie wyczulona na jej opinię. Inni nieraz mogli mówić co chcą, ale jej słowa liczyły się najbardziej. Zastanawiała się dlaczego i dostrzegła, że po prostu przypominała jej matkę. Mając w pamięci to, jak z siostrą na zmianę bywały "tą dobrą" i "tą złą" córką, z dużą wrażliwością rejestrowała to, jak terapeutka traktuje innych: czy tak samo, czy jest jakaś niesprawiedliwość, czy ją lubi, czy akceptuje. Od tego uzależniała własną samoocenę.

czwartek, 8 lipca 2010

Powiedz jej kim jest

Dzień pod znakiem zaufania i szczerości. Dwa ćwiczenia, które pokazały relacje i wyobrażenia.

Pierwsze nie było dla niej trudne, póki to ona mówiła, czy komuś ufa czy nie. Bała się za to- co usłyszy, ale właściwie lęk okazał się niezbyt uzasadniony. Zdziwiła się, gdy od dwóch dość bliskich osób usłyszała słowa 'nie wiem', ale otrzymała uzasadnienie - trudność w zaufaniu jej sprawia niejasność w komunikowaniu uczuć, rozdźwięki miedzy słowami a sygnałami niewerbalnymi, to że wygląda, jakby więziła w sobie uczucia.

Drugie ćwiczenie polegało na powiedzeniu, co jest barierą w nawiązaniu kontaktu z druga osoba. Bała się tego ze względu na pamięć tego, co było 2 lata temu.
Wtedy usłyszała dużo przykrych rzeczy, choć się ich nie spodziewała.
Teraz spodziewała się negatywów, a było ich niewiele. To, że nie uważa się za ładną, mówi coś, by uzyskać zaprzeczenie, komunikuje potrzeby pośrednio. Że ciężko ją zrozumieć, bo miesza pojęcia uczuć, wyobrażeń, myśli, gmatwa je i myli. Ale to tylko tyle. Wszystko do przepracowania.

środa, 7 lipca 2010

Uparte serce

Mijał już drugi dzień terapii. Jak na razie czuła, że idzie do przodu. Widziała różnice między tym, co było dwa lata wcześniej a tym, jak było teraz. Nie była na szarym końcu, zyskała sporo pewności siebie. Ludzie inaczej ją postrzegali, to dawało siłę. Realizowała plan... Może nie plan, ale jakąś normę dzienną, która ją satysfakcjonowała. Poprzedniego dnia ruszyła kwestię poczucia winy w związku z 2letnim opóźnieniem w nauce. Ciągle to we niej siedziało. Rozum łapie zmianę myślenia, a serce nadal to samo. Jest uparte..! Nie umiała sobie wybaczyć. Może dlatego się z tym borykała, bo nie przebaczyła. Nie pokazała sercu drogi. Jak ma zmienić kierunek bez drogowskazu? Skąd ma wiedzieć: dokąd? Nie była jeszcze gotowa by to zrobić. Nie tak ot. Bo serce tego nie zarejestruje.

Ten dzień upłynął pod znakiem relacji damsko-męskich. To był dla niej bardzo trudny temat. Ciągle nie umiała siebie zaakceptować, czuła się nieatrakcyjna i nie dość dobra dla facetów, którzy mieścili się w jej sicie. Dotąd miała tendencje do użalania się na swój los. Nie szukała winy na zewnątrz, w facetach, ale tez nie miała poczucia, ze to ona coś robi źle, jakoś specjalnie. Teraz już wiedziała, że ma do tego złe podejście - ambicjonalne. To, czy zdobędzie chłopaka miało potwierdzić jej wartość jako kobiety. Uzależniała się od tego, czy umie zdobyć. To trudne, niezbyt chwalebne podejście, ale sądziła, że uświadomienie sobie własnych pobudek już jest krokiem naprzód.

poniedziałek, 5 lipca 2010

Bieszczady vol.2

Znów jechała w Bieszczady, na turnus terapeutyczny. Po co? To chyba taka forma sprawdzenia się. Jak bardzo będzie się ten wyjazd różnił od tamtego? Czy rzeczywiście się zmieniła, i na ile jest to trwałe?
Dopiero jechała pociągiem, a już czuła, że ma problemy towarzyskie. Poziom lęku i niepewności gwałtownie skakał, huśtawka. Czy ją zaakceptują? Czy znów będzie żebrać o uwagę? Chciała doświadczyć tego, że to ktoś chce się ze nią przyjaźnić. Trudno jej było uwierzyć trwale w swoją wartość, jeśli nie otrzymała potwierdzenia tego ze strony innych. Mama, brat, ciotka... To nie jest czysta gra, są jakieś hamulce i przyzwyczajenia. Dopiero obca osoba, bez zobowiązań społecznych, się liczy. Tylko czy rzeczywiście to jej pomoże? Mówi się, że nie można wziąć z zewnątrz czegoś, jeśli w środku tego nie ma. Ale jeśli coś jest, taka mała roślinka, a z zewnątrz potrzebuje tylko nawozu? Jeśli jej poczucie wartości to biegacz, a opinia z zewnątrz to wystrzał z pistoletu?

sobota, 3 lipca 2010

Społeczna użyteczność

Na terapii dostała zadanie, by znajdować sukces w każdym dniu. Nawet mały, byle by był.
Wydawało się proste.
Ale nie potrafiła tak. W jednym momencie wydawało jej się, że zrobiła coś dobrze, cieszyła się, a po chwili podważała to. Przez kilka dni była u ciotki. Została sama po śmierci babci, więc trzeba było jej pomóc. We wtorek przyjechała, w środę była impreza - obiad dla babek, które odmawiały różaniec przez tydzień po pogrzebie. Jeżeli o to chodzi, to wiedziała, że sporo pomogła, coś ugotowała, i nawet smakowało. Ale następne dni? No niby rwała truskawki, grabiła siano, pieliła ogródek... A nie miała poczucia, żeby dużo, wystarczająco dużo zrobiła.
12kg truskawek? Nieźle, ale co to znaczy przy 36 ciotki?
Siano zgarnęła, i od razu obtarła sobie dłonie.
Z ogródka uciekła jak tylko pojawiły się komary. Nie miała poczucia, że bardzo się przydała - a to tylko ma znaczenie, co jest bardzo.