sobota, 7 kwietnia 2012

Panie Tato

Kochany Tato,

Zaczynam w ten sposób list, mimo że nie darzę Ciebie tym pięknym uczuciem jakim podobno jest miłość. I mimo że czasem nachodzą mnie wątpliwości, czy rzeczywiście nim, ojcem, jesteś. Tak niewiarygodnym zdaje mi się Twój brak uczuć, że nieraz wolałabym myśleć o Tobie jako kimś obcym, że to dlatego. 

Jest Sobota Wielkanocna. Przyjechałam do domu, i może dlatego tak mi się narzuca Twoja obecność. Jesteś, a jednak Cię nie ma. Zwykle staram się zapomnieć, zadziwiająco łatwo mi to przychodzi. Nigdy nie byłeś obecny w moim życiu, więc właściwie czemu miałbyś nagle zacząć..?
Znajomi opowiadają mi nieraz o swoich rodzicach, o wspólnych wyjściach, uprawianych razem sportach. O tym, że ojciec nauczył ich tego i owego, że dzięki niemu są tacy a nie inni. O tym że odszedł, okazał się niedojrzałym łajdakiem, od którego teraz z trudem mogą wyegzekwować alimenty i ciągają się po sądach. Ty nie byłeś przy nas, przy mnie, mimo że nie odszedłeś. I to jest jeszcze gorsze. 

Gdybym mogła chociaż z czystym sumieniem część poczucia winy przenieść na Ciebie, obciążyć Cię, tak, by było to oczywiste, jasne, klarowne. A nie mogę. Niby-ojciec.

Jest jedna rzecz, na pewno, którą Ci zawdzięczam. Skrzywiony wizerunek mężczyzny. Mężczyzny, który niby jest, który niby czuje, niby się opiekuje, niby się troszczy. Niby kocha. A tak naprawdę kocha tylko siebie. Który na dłuższą metę jest nieobliczalny, niewyraźny i właściwie groźny. Inna sprawa, że dzięki Mamie sądzę, że bez niego nic nie mogę, nie jestem nic warta. Ale, czy wiesz co to dla mnie oznacza? Czy znasz ten lęk, czy znasz to rozdarcie między "to mój ojciec" a "to obcy człowiek"? Nic nie wiesz o mnie, ja nie chcę nic wiedzieć o Tobie, ale muszę znosić to że jesteś, plączesz się po domu, zadajesz dziwaczne pytania, jakbyś to Ty był dzieckiem. Chciałabym Cię nienawidzić, naprawdę, a nie mogę... bo mi Ciebie żal. Bo to nie Twoja wina że masz popsuty mózg produkujący urojenia. Ale to takie straszne... Nie móc oczekiwać, nie móc się zezłościć, tylko dlatego, że jesteś chory. I to chory w taki sposób, że wszyscy myślą że jesteś zdrowy, wszyscy z zewnątrz. 

Co więc chcę Ci powiedzieć? Nie wiem, chyba tylko to że cierpię.
Choć i tak wiem że tego nie zrozumiesz, bo Ty nie czujesz.

2 komentarze:

  1. Strasznie przejmujące to co napisałaś. Nie znam Cię, bo dopiero trafiłam na Twojego bloga(właśnie wtedy, kiedy go zawieszasz..) i nie wiem ile fikcji a ile rzeczywistości na nim, ale można odczytać spore pokłady cierpienia w tym co piszesz. Wiem jednak, że ktoś kto jest tak wrażliwy i tak pięknie pisze, czasem o "mniej_pięknych" uczuciach poradzi sobie na pewno, może będzie się poddawał i upadał, ale poradzi sobie na pewno.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ile tu fikcji a ile rzeczywistości? To zależy czym dla Ciebie one są. Mogę powiedzieć tylko tyle, że to co piszę to to, co czuję i myślę, jak widzę świat w który zostałam rzucona - ale granice rzeczywistości dla mnie samej są dość płynne...
    Bardzo dziękuję za to co napisałaś. W tym zamglonym czasie, to dla mnie szczególnie ważne

    OdpowiedzUsuń