Chciała zapomnieć co było i jest, chciała, by "będzie" nie było.
Monotonia tego stanu wykańczała - ją, i, jak sądziła, wszystkich którzy mieli z nią do czynienia.
Nie dziwiła się temu, też wolałaby trzymać się z dala od takiej trucizny, po co marnować energię na próbę pobycia w tym ze nią.
Gdyby ktoś zechciał wejrzeć w jej wnętrze zobaczyłby dziecko trzęsące się ze strachu, śmiertelnie przerażone w obliczu rzeczywistości, która przerasta, w rozgorączkowaniu szukające drogi wyjścia, sposobu - którego nie ma, matki - która dawno temu odeszła. Jak ktoś przyłapany przez burzę w miejscu, gdzie nie ma gdzie się skryć.
Umieram w środku.
Czy nie słyszysz wołania?
jesteś...
OdpowiedzUsuńniestety.
OdpowiedzUsuńmoże dla Ciebie "niestety", a ja cieszę się, bo - choć nie znamy się - zmartwiłam się, kiedy napisałaś, że zawieszasz pisanie bloga...
OdpowiedzUsuńMyślę,że większość osobistych tragedii bierze się z tego, że mamy w sobie niedojrzałe dziecko. Coś się nie wykształciło albo czegoś nie puściłyśmy wolno i teraz tam siedzi, jak te dzieci z horrorów i niszczy powoli naszą kobiecość.
OdpowiedzUsuńCzasami każdy bywa trucizną dla drugiego, ale czasami też bywa balsamem dla jego duszy, więc nikt niczyjej energii w świecie nie marnuje, a już na pewno nie Ty.
To prawda. Czy ono kiedyś dojrzeje?
OdpowiedzUsuńDziękuję