niedziela, 28 lipca 2013

I w górę, serce.

Wyjście ponad stan minusowy, a nawet zerowy, po kilku - kilkunastu dniach totalnego załamania i wariactwa było zawsze takie zaskakujące. Nie nagłe, ale jednak dopiero po chwili orientowała się, że ŻYJE. Tak jak z bólem. Miewała czasem silne bóle brzucha, trwające kilka godzin. Umieranie, dosłownie. Nic nie mogła zrobić. Tylko czekać, myśląc że nie doczeka następnego dnia. Było kilka etapów tego bólu, czy raczej postawy wobec niego: ugłaskiwanie, walka, poddanie. W takiej kolejności. A ponieważ ugłaskiwanie zawodziło, a walka męczyła, poddanie było najlepsze. Taki stan pół - snu. I tak leżała sobie wtedy bezwładnie, zupełnie już pogodzona, że boli i będzie boleć... i nagle otwierała oczy i orientowała się, że nie boli. Totalne zdziwienie. Tak samo zresztą przy migrenach. I przy tych "depresjach".
Grunt, że żyła. Spotkanie ze znajomą, rozmowa z kolegą, robótki, dobry film, i wreszcie śpiewanie w uwielbieniu. Małe rzeczy które jakoś tam napełniały ten pusty woreczek.
Miała kilka spraw, które musiała rozwiązać. I to było takie ostateczne muszenie i chcenie. Jedną sprawę na pewno, w trybie priorytetowym. Nie wiedziała jeszcze jak. Dystans jest dobry, ale raczej jako leczenie objawowe. Pytanie czy umiała dotrzeć do samego źródła, czy na razie lepiej przy tym zostać, może nawet tę odległość zwiększyć - i dosłownie, i czasowo. Zmienić miejsca, w których bywała... to pierwsze co jej przyszło do głowy, ale też nie bardzo odpowiadało. Czekała ją praca, na którą wreszcie miała trochę siły. Myślała, że ją ma, w każdym razie. Co stanowiło już jakąś szansę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz