Przedwczoraj wracając ze spotkania z innym znajomym, była właśnie przepełniona wdzięcznością. I dziś, po rozmowie z nim właśnie utwierdziła się, że jest on dla niej darem bożym.
Gdy przyszła po raz pierwszy po nawróceniu na nabożeństwo wiedziała, że za ocalenie życia chce Bogu dziękować. Jak? Zawsze ciągnęło ją do śpiewania. Nie była żadnym cudem w tej dziedzinie, ale tak właśnie było. Po drugim czy trzecim nabożeństwie podjęła decyzję i zaczęła chodzić na spotkania służby uwielbienia, czy jak mi to lepiej brzmi, muzycznych. Tam poznała X, lidera. Nie pamiętała jak to się stało, że zaczęli rozmawiać o depresji i tych wszystkich dołkach. Od słowa do słowa okazało się, że on także się z tym zmaga, łącznie z lekami i terapią. To była druga osoba poznana w zborze. Przypadek?
Minęło 2,5 roku odkąd tam chodziło, to jest czas, w którym były momenty jasności i okresy czerni. Zaburzenia nastroju są strasznie kiepskie jeśli chodzi o wiarę, bo podważają, a przynajmniej zakrywają jej sens. Będąc w ciemności myślała zawsze o tym że:
- jest samotna
- jest nic nie warta
- nikogo nie interesuje jej los
- miłość nie istnieje
- jest inna niż wszyscy
- nic się nie zmieni
- jest źle nie przez okoliczności/złego/złe funkcjonowanie mózgowe, tylko dlatego, że taki jej los/jest wybrakowana
- i tym podobne
Rozmowy z X ją budują. Wie jak to jest. Wie jak z tym walczyć.
I za to jest wdzięczna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz