Od półtora miesiąca mieszkała w Warszawie. W domu z nikim nie mogła pogadać. Bliscy uważali depresję za objaw lenistwa, egoizmu i niewystarczającej ilości modlitwy. Albo za coś, czym chce przyciągnąć uwagę innych. Ale przecież gdyby mogła wybierać, to chciałaby być wesoła, szczęśliwa, kto by nie chciał? Tak czy inaczej, myślała, że tu w Warszawie znajdzie kogoś, komu powie, kto ją zrozumie. Ale... Nie było nikogo. Bo kto chciałby słuchać o tym, jak komuś jest ciężko, jakie ma schizy, kto jest w stanie wytrzymać z kimś niestałym emocjonalnie, płaczącym nad rozlaną herbatą i biorącym wszystko do siebie?
To nie przysparza przyjaciół. Żeby mieć przyjaciół, trzeba być szczęśliwym.
Wcześniej łudziła się że nie jest sama. Teraz wiedziała, że tylko wtedy, gdy udaje że jest ok.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz