Po maturze pojechała na dwutygodniowy turnus terapeutyczny. Terapeutka stwierdziła na nim, że wyleczy się w ciągu kilkunastu miesięcy. Ale ona wiedziała, że to się nigdy nie skończy.
Tęskniła za czasem, gdy umiała być szczęśliwa, choć dokładnie nie wiedziała, kiedy to było.
Tak naprawdę nie rozumiała tego, nie umiała się przyzwyczaić.
Za 5 dni miał minąć rok, odkąd pierwszy raz próbowała odejść. Nadal żałowała, że nie udało jej się to ani wtedy, ani w 2 kolejnych próbach. W tej ostatniej, lipcowej, uświadomiła sobie, że to jej jedyne gorące pragnienie. O tym śniła, o tym marzyła. A jednocześnie była świadoma, że nie powinna. Dlatego zamieszkała w Warszawie i opiekowała się niepełnosprawną dziewczyną. Chciałaby być wolna, ale wiedziała, że to odbije się na innych. Pomyślała więc - jeśli czyjaś egzystencja będzie od niej zależała, nie odejdzie, nie pozwoli sobie na to. Póki co, miała rację. Choć już nie raz pluła sobie w brodę, że taką decyzję podjęła.
Czasem przez dłuższy czas przyglądała się bliznom. Te lipcowe już bledły, dla niej to sygnał do funkcji "odśwież", ale usilnie starała się za nim nie iść.
Ciągle zastanawiała się czy to dla niej. Chciała rzucić wszystko. Jeśli nie na dobre, to chociaż okresowo. Zgłosić się do psychiatryka i pozwolić sobie wyłączyć myślenie. Ale teraz nie mogła. To pierwszy rok studiów. Może na drugim... chyba ze do tego czasu się obudzi i okaże się, że to tylko zły sen.
Nie wiedziała co ma robić. Nie miała sił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz