czwartek, 9 września 2010

Czasomierzenie

Między młotem a kowadłem.
Scyllą a Charybdą.
Jakkolwiek to nazwać, było smutne.
Czuła, że coś, kogoś traci, ale wiedziała też, że próby ratowania będą daremne.
Rzeka popłynęła już dalej, nie dogoni miejsca, w które raz weszła. A jeśli nawet, to nie będzie już takie samo.
Ale szkoda, po prostu.

Zbierała siły. Już nie było wszystko na nie, pojawiła się pewna ambiwalencja, która co prawda nie była stanem pożądanym, ale zawsze lepsze to, niż NIC.
Chyba śmiesznie to wyglądało, najpierw mówiła o szczęściu, później nieomal podcinała sobie żyły, by za chwilę dojść do wniosku, że w sumie jest ok. Choć ta chwila w różnych momentach jej życia trwała różnie. 2 lata temu to by pewnie był miesiąc, dwa, 2 miesiące temu takie chwile trwały godzinę, teraz trzepnęło ją na kilka dni, może ze względu na kaliber. Ale tak naprawdę to nie wierzyła, że istnieją ludzie bez takich chwil. Że można żyć zawsze trochę "na haju", chyba że naprawdę jest to haj:) Ale też mija, prędzej czy później.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz