Były w jej życiu rzeczy dobre i takie, za które była wdzięczna.
Mamie, że urodziła jej Siostrę. Nie wiedziała, czy tak może to ująć, bo zrobiła to na 2 lata przed jej pojawieniem się na świecie. Była więc wdzięczna po prostu za to, że tę Siostrę ma. Trochę ta wdzięczność należała się właściwie samej siostrze. Bo to, że ją miała nie było równoważne z tym, że była. Bo bycie (w sensie - bycie obecną w czyimś życiu) zależało tylko od niej, od jej wyboru, decyzji, chęci.
Przez długi czas otaczała ją mgła. Nie widziała ludzi wokół, byli tylko cieniami. Relacje rodzinne i ciepłe uczucia kierowane do niej z tej strony jakoś marginalizowała (bo to rodzina, bo oni muszą, itd.). Był okres że nie czuła, nie chciała. Mimo to ktoś zawsze przy niej był.
Nawiedziła 3 szpitale, 4 oddziały. Jej siostra dotarła na każdy z nich, i to nie raz. Chociaż sama miała problemy, choć niezbyt entuzjastycznie była przyjmowana, jakoś jej to nie przeszkadzało. Siostra miała naprawdę znaczny udział w tym, że ona przeżyła, nie poddała się, że przetrwała te kiepskie lata. I że przetrwała nich relacja
To tak a'propos przeszłości.
A dziś? Nadal była dla niej. I w jakimś stopniu odwrotnie.
Nieraz rozumiały się bez słów (może telepatia istnieje?). Były różne, ale bardzo podobne. Były dla siebie. To takie fajne, mieć przyjaciółkę bez cienia rywalizacji. Przeżyły już kłótnie i wyścigi o chwiejną uwagę mamy. Teraz nawzajem mogły się nią obdarzyć. To takie... bezpieczne. Kiedy o niej myślała, czuła ciepło w sercu. Wiedziała że ją wybieram, i że ona ją wybiera, codziennie. I doceniała to.
Siostra była wobec niej szczera i ona też mogła się otworzyć.
Była dla niej ważną osobą, może najważniejszą, na ten moment.
Była jej światełkiem w tunelu.
Bardzo się cieszyła, że ją ma.
Bardzo się cieszyła, że ją ma.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz