środa, 5 września 2012

Przypadek - nieprzypadek

Czekała na jakiś znak, dowód, taki subiektywny, może nic nie znaczący dla innych. Nie wiedziała, czy to już nastąpiło, jej wiara i zdecydowanie były wyjątkowo chwiejne. Ale myślała... myślała i czuła, że Bóg jej sprzyja. Siedziała w psychologii, i chyba tylko oddziaływanie na tę sferę mogło ją mnie przekonać. Szczególnie na jeden problem, który wydawał się dotąd nierozwiązywalny, i coraz bardziej ją frustrował.

Miała takiego jednego znajomego, poznanego już jakiś czas temu. Co dość znamienne, od początku miała wrażenie, że już się spotkali. Tylko gdzie? Przeszukiwała obszary pamięci, bezskutecznie. Nic takiego nie miało miejsca. A jednak czuła, jakby się znali od lat. Są takie osoby, jak to ujęła jej siostra, które od razu "wchodzą pod skórę". Nie za naskórek, tylko pod skórę właściwą. Mają podobne fale, podobny rytm bicia serca, podobne szlaki neuronalne. I to się odczuwa. Jest mnóstwo innych ludzi, którzy pewnie też za bardzo się nie różnią, ale się ich nie zauważa, mija w Drodze, jakby nie istnieli.
Rozmowy z nim były różne. Czasem głupie i niepoważne, oczywiście. Bywały jednak i takie, które dotykały ważnych spraw, nawet "w skali światowej". I to w sposób, hmm, specyficzny, nieszablonowy. Taki on właśnie był. Momentami bardzo niedojrzały, jakby miał serce dziecka - albo nastolatka. Trudno nie spostrzec, że jego dom i dzieciństwo nie były idealne: czasem tracił kontrolę nad emocjami, zachowywał się tak, by zwrócić uwagę, denerwował się, gdy jej nie dostawał, chciał być ciągle doceniany i ważny. A czasem mówił jakby był kilka lat starszy niż jest naprawdę. Bardzo logicznie, poważnie, widać było, że jego wypowiedzi i poglądy są przemyślane, a wiedza w pewnych dziedzinach, na przykład religii - nie powierzchowna. Nie koniecznie kompleksowa i niepodważalna. Tego nie wiedziała, i właściwie... nie było to jakieś bardzo ważne. Ale i tak, jeśli chodzi o to - zagiął ją. Mówiąc o swojej drodze do wiary w chrześcijańskiego Boga użył argumentów paradoksalnych, ale logicznych, nie jakichś typu "zobacz, jakie cuda się działy i dzieją". Można powiedzieć, że przeprowadził procedury metodologiczne, dopuszczając falsyfikowalność twierdzenia, że to, co jest w Biblii, to prawda. Rozum w szukaniu wiary, tak, to zdecydowanie interesujące.
To było pierwsze poruszenie. Zaczęła dopuszczać myśl, że mogłaby uwierzyć. Zaczęła chcieć szukać.

Był obszar w jej psychice, którego nie umiała przerobić. Chodzi o przekonanie, że faceci nie mają uczuć. Zresztą, to ją hamowało w relacjach z nimi. Bo choć rozumowo wiedziała, że tak nie jest, to sercem nie mogła tego przyjąć. Jeszcze.
To nie przypadek, że go poznała. Miał emocje na dłoni - zarówno "pozytywne", jak i "negatywne". W kontekście modelu jaki miała dzięki ojcu, był wyjątkowo ludzki. Widać to po sile uczuć, jakimi darzył swoją dziewczynę, jak mu zależało na tym, by była szczęśliwa. Może nie zawsze robił to, co właściwe z psychologicznego punktu widzenia, czasem można by się spierać o to, czy powodowała nim troska o własne, czy o jej dobro - ale kto jest idealny? Najbardziej widać było, że chciał, i w tym chceniu był wytrwały. To jedna rzecz, w zasadzie konkretny przykład. Ale istotniejsze było to, że, jak sądziła, podobnie czują.  Spotykała wielu chłopaków i widziała u nich emocje. Ale widzenie nie wystarczy. W rozmowach z siostrą nieraz mówiła, że musi to poczuć. Sądziła, że to by było możliwe tylko w związku. Okazało się jednak, że nie. Czuła to teraz. I czuła jak trybiki w jej głowie zaczynają się dopasowywać, tworząc całość, działający mechanizm.

Skąd tu Bóg? Ano, krążyło jej po głowie zdanie, że "ktoś go postawił na jej drodze". A ktoś musi być osobą. Postawić kojarzy się ze stawianiem pionka w grze w szachy. Ktoś większy wykonuje ten ruch. Wybiera "pionek" nieprzypadkowo, dopasowuje. To nie przypadek.
Dlatego myślała, że Ktoś jej sprzyja, pomagając rozprawić się z kolejnym bastionem schematów. Natomiast idąc dalej i parafrazując słowa Kartezjusza "Myślę, więc jestem" - ktoś jej sprzyjał, a więc JEST.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz