Czasem to pragnienie nieistnienia było tak przejmujące... to lęk, przejmujący jak zimno.
Miała wrażenie, że czego się nie dotknie, to spieprzy. Wszystko. I chciała się zapaść pod ziemię.
Ale - powiedziała sobie, że nie. I musiała się tego trzymać, znosząc dyskomfort... nie, za słabe słowo, kojarzy się z niewygodną kanapą. To było jakby wewnętrzne rozdzieranie, na pół, ćwierć, na milion kawałków, w chłodzie zimy rozdzieranie ciała, i duszy, na maleńkie kawałki, z których każdy krzyczy nie wydając głosu. I dusza w gardle, jak gula. I trzeba to znieść.
W imię nadziei, bez żadnej gwarancji, ani nawet pomysłu na co miałaby to być gwarancja.
Marzyła o tym, że w końcu te smutki się skończą. Wiara pozwalała jej inaczej spojrzeć, widzieć to co w środku, i to co przed nią. Ale uczucia wciąż pozostawały te same... z większym udziałem radości, może, częstszym. Nie wiedziała, czy za mało pracuje nad sobą? Czy za mało ufa? Ciągle i ciągle te huśtawki, i balansowanie między "nie odzywać się" - "powiedzieć wszystko co tylko się da", między "uciekać" i "pochłonąć", między "być" i "nie być", bo czasem to zahacza nawet o derealizację.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz