Głowo-rozgardiasz, za jakimiś kratami, których nie da rady samemu pokonać.
Zobowiązanie i chęć pomocy, z równoważną niewiedzą co wolno, a raczej ciągłym przeświadczeniem, że "tego nie". Choć obiektywnie nie ma przeciwwskazań.
Musiała się bardziej skupić na nie sobie, wiedziała o tym. Tylko jak, skoro to naczynia połączone.
Czuła jakby miała wybuchnąć, przez ten konflikt dążenie-unikanie.
Ale tam, jeden wybuch mniej czy więcej.
Najgorzej jest, gdy czegoś nie można wypowiedzieć, uwolnić. To by się jeszcze gorzej skończyło. A może nie.
Znów ogarniała ją fala (auto)destrukcji. To zawsze było "wyjście" w sprawach nierozwiązywalnych.
No właśnie, "wyjście". Natomiast wyjście bez apostrofu to coś odrobinę innego. Jak zwykle - Ktoś, czyli Bóg. "Ale szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane". Przypadkiem usłyszany werset - idealny na ten moment. Po co się martwić o takie "niby-ważne" sprawy, one będą rozwiązane w odpowiednim momencie. Ech, człowiek jest taki słaby, tak łatwo przestaje ufać... a to kluczowa kwestia, przecież.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz