Utrzymanie się w powziętych decyzjach to ciężka praca, szczególnie gdy
a) ich główną treścią jest rezygnacja z czegoś, co chce się robić, do czego "ciągnie"
b) wiąże się to z koniecznością rezygnacji również z innych, cennych spraw, czynności, w jakimś stopniu też ludzi.
Trzeba znaleźć różnego rodzaju alternatywy, zbudować sobie stelaż, który choć na moment zastąpi dotychczasowe wsparcie. Stelaż oparty na Bogu i ludziach, którzy mogą pomóc w budowaniu relacji z Nim. I modlić się, z wiarą, że On ma plan dla mnie, ciągle czuwa i prowadzi najlepszą drogą.
Dziś na nabo była mowa między innymi o tym, by modlić się z wiarą. Że Bóg zawsze nas słucha (co nie jest równoznaczne z wysłuchiwaniem konkretnych próśb), ale konieczne jest zaufanie Mu, oddanie danej sprawy CAŁKOWICIE w Jego ręce. Trzeba zapomnieć o własnym wkładzie - choć to nie oznacza kompletnej życiowej bierności. Jednak, w pewnych sprawach to jest jedyne wyjście, gdy już nie wie się co robić, każdy kolejny ruch okazuje się pomyłką - nie ma innej opcji, jak tylko zostawić to Jemu. Skoczyć z okna płonącego domu wierząc, że wpadnie się w Jego ręce. Nie jest to łatwe, ale innej drogi NIE MA.
A u mnie dziś na kazaniu mówiono o tym, że tylko Bóg może uporać się ze złymi mocami, które próbują nami zawładnąć..
OdpowiedzUsuń