Ale miłość jako decyzja i działanie w życiu wobec każdego. Jako podstawa postawy chrześcijańskiej. Było o miłości bliźniego, Boga i wobec siebie. Było o tym, że miłość, wbrew katolickim tendencjom, to niekoniecznie umartwianie się, ciągłe dawanie i poświęcanie, ale by dobrze kochać trzeba też brać. To nie tylko głaskanie i mówienie tego co dobre, ale też czasem kopniak. A czasem odsunięcie się - by okazać brak akceptacji dla jakiś postaw czy zachowań, lub po to, by dać wolność. Bo dobra miłość, prawdziwa chrześcijańska miłość nie odbiera wolności ani sobie, ani kochanemu człowiekowi.
W ciągu ostatnich dni doszła wreszcie do tego, że jej miłość nie jest zdrowa. Że doprowadza się do zniszczenia w imię dobra drugiej osoby. Co gorsza, mając na względzie ją, a swoje potrzeby spychając (nieudolnie) gdzieś do ciemnego zaułka, wcale nie daje jej tej miłości. Nie da się dać tego, czego się nie ma. Doszło to do miejsca, gdy sama nie miała już siły i traciła równowagę wewnętrzną, co oddziaływało destrukcyjnie i destabilizująco na tę drugą osobę. I na inne, bo to odbijało się na wszystkich wokół. To taka spirala prowadząca donikąd, błędne koło, które zabija. To nie jest miłość, której uczy Chrystus.
Czego potrzebowała do otrząśnięcia? Trochę bezosobowego potraktowania. Czyichś mądrych słów. Czyjejś serdeczności. Niestety, trochę późno zorientowała się, co robi. Na tyle późno, że chyba jedyną drogą do zwrócenia wolności stało się odsunięcie. Totalne odsunięcie. Miłość była nadal, owszem, oczywiście - ale wzbogacona o trzeźwe myślenie, wejrzenie w siebie i, co najważniejsze, w zaufanie Bogu.
Na tych warsztatach ktoś odniósł się do historii zaczerpniętej z książki George'a Ritchie "Powrót z jutra".
"Tym sposobem poznałem Wild Bili Cody. Nie było to jego prawdziwe nazwisko, które składało się z siedmiu nie do wypowiedzenia polskich sylab. Miał ogromne obwisłe wąsy, jak bohater z dzikiego Zachodu na starych amerykańskich obrazach. Amerykańscy żołnierze nazwali go więc Dziki Bili.
Był jednym z więźniów tego obozu, ale oczywiście nie mógł tu być długo; jego postawa była bezbłędna, oczy świecące; niespożyta energia. Ponieważ tak samo biegle władał angielskim, francuskim, niemieckim, rosyjskim, jak swoim polskim językiem, stał się nieoficjalnym tłumaczem w obozie.
Przychodziliśmy do niego z problemami wszelkiego rodzaju. Praca administracyjna przyprawiała nas codziennie o zawrót głowy, kiedy usiłowaliśmy wysyłać do domów ludzi, których całe rodziny, a czasem całe rodzinne miasta znikły z powierzchni ziemi. Zadziwiające jednak było to, że pomimo iż Wild Bili pracował piętnaście i szesnaście godzin na dobę, to nie wykazywał w ogóle zmęczenia. Podczas gdy reszta z nas opadała z sił, on wydawał się rosnąć w siłę.
- Mamy jeszcze chwilę czasu dla tych starych druhów. Czekają na nas cały dzień - mawiał.
Współczucie dla współtowarzyszy jaśniało na jego twarzy i to była ta jasność, której szukałem, kiedy czułem się załamany. Jakież było moje zdziwienie, kiedy pewnego dnia przedłożono nam dokumenty Dzikiego Billa i jak się okazało, ten człowiek przebywał w obozie Wuppertalu od 1939 roku! Przez sześć lat był tak samo wygłodzony jak inni, spał w tych samych dusznych, chorobotwórczych barakach, i to bez najmniejszego uszczerbku na zdrowiu tak fizycznym, jak i psychicznym!
Być może jeszcze bardziej zadziwiające było to, że wszystkie grupy w obozie traktowały go jak swojego przyjaciela. Był tym, któremu powierzano rozstrzyganie sporów pomiędzy więźniami.
Już po krótkim pobycie zauważyłem, że ten kocioł więźniów różnych narodowości nienawidził się prawie tak samo, jak nienawidził swych ciemiężycieli Niemców A Niemców nienawidzono tak dalece, że w pewnym obozie po wyzwoleniu zdrowsi więźniowie pochwycili za broń, pobiegli do najbliższej wioski i wystrzelali pierwszych napotkanych po drodze Niemców. Byliśmy zobowiązani do zabezpieczenia przed tego rodzaju ekscesami, i znowu Wild Bili był naszym nieocenionym pomocnikiem, rozmawiał z różnymi grupami, nakłaniając ich do przebaczania.
- Dla wielu z nich nie jest łatwo zapomnieć - powiedział pewnego dnia, kiedy przygotowywaliśmy herbatę w kuchni. - Niektórzy utracili wszystkich członków rodziny. Wild Bili usiadł na krześle i wolno popijał kawę. - Mieszkaliśmy w żydowskiej dzielnicy Warszawy - rozpoczął spokojnie. Były to pierwsze słowa, jakie mówił o sobie. - Z żoną, dwiema córkami i trzema chłopcami. Kiedy Niemcy doszli do naszej ulicy, postawili wszystkich pod ścianę i rozstrzelali z karabinów maszynowych Błagałem ich, aby rozstrzelali mnie razem z rodziną, ale ponieważ mówiłem po niemiecku, dołączyli mnie do grupy robotników. Przerwał na chwilę, być może ujrzał znowu żonę i pięcioro dzieci. — W tym momencie stanąłem przed decyzją — kontynuował — czy mogę pozwolić sobie na znienawidzenie żołnierzy, którzy tego dokonali. Była to naprawdę niełatwa decyzja. Byłem prawnikiem. W mojej praktyce zbyt często widziałem, co może nienawiść dokonać z umysłem i ciałem. Nienawiść przecież zabiła sześć osób, które były dla mnie najważniejsze na świecie. Zdecydowałem się wreszcie spędzić resztę mojego życia - czy to ma być kilka dni, czy wiele lat - kochając każdą osobę, z którą się spotkam. Kochanie każdej osoby... to była ta siła, która trzymała człowieka w formie pomimo jego przeżyć.
To jest ta miłość, do której mamy dążyć. Pomimo wszystko. Miłość jest decyzją. I dobrem. W każdych warunkach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz