Dowiadywanie się o sobie nowych (albo prawie nowych) informacji to coś, co chyba nie ma granic. Nie ma, że skończyłeś 25 lat, nie ma, że ileś tam czasu spędziłeś na rozmowach i analizach. Po prostu niektóre sprawy umykają.
Dowiedziała się, że ma "zawyżone standardy osobiste", i że cechuje ją "hiperkrytycyzm". No tak, nic nowego, mega duże wymagania od siebie, przy byle pomyłce, byle słowie wypowiedzianym nie w porę lub niepotrzebnie, byle dźwięku nie trafionym w punkt, byle szczególe - od razu obwinianie i oskarżanie siebie. Tak tak, znała to nie od dziś. A inni ludzie? Też ich tak oceniasz? Inni? Nieeee, inni są niewinni, no może czasem drażnił ją nie wyłączony telefon na nabożeństwie, ale to sporadyczne przypadki.
We wtorek była tego jeszcze pewna. Po tygodniu zweryfikowała nieco ten pogląd. A nawet całkowicie.
Jest bardzo krytyczna, tak, że to aż przeraża. Kiedyś siostra zapytała ją, czemu nie chcesz się nauczyć jeździć na rolkach, albo ćwiczyć przy innych. No, to nie tak, że nie chciała (nawet próbowała), tylko, no jak się na przykład wywrócę, i wszyscy będą się śmiać... Naprawdę? Ale co w tym śmiesznego, że chcesz mieć lepszą kondycję, to chyba dobrze... A Ty co byś pomyślała jakbyś zobaczyła taki widok? No... serio? że tłuścioch i łamaga w dodatku...
Taka chwila szczerości. To było już parę lat temu, teraz odpowiedziałaby trochę inaczej, niemniej jednak.
Jej mama zawsze twierdziła, że pewne rzeczy wiadomo, że wszyscy to wiedzą, że coś należy, a coś nie (np. że nie przyjąć komunii na pogrzebie rodzica albo ślubie kogoś z rodziny to wstyd, że jak mama leży to znaczy że ma straszliwą migrenę i trzeba chodzić na palcach, że obowiązek to priorytet, i wszyscy którzy chcą coś osiągnąć odkładają własne potrzeby do najniższej szuflady). Dziewczyna z wersalki dziwnym trafem tego nie wiedziała, jak i jej rodzeństwo, ale to nie zmieniało wymagań. Bo powinni wiedzieć, a skoro nie wiedzieli, to ich wina.
Jak to się mówi, wzięła mamę z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Są pewne priorytety, dla których mogła wiele zrobić. Dostosować swoje plany np. do planów związanych z kościołem, spotkaniami biblijnymi, czy w związku z nauką. Mogła zaniedbać kontakty z innymi, nawet z rodziną, by tamte sprawy nie ucierpiały, mogła wracać do domu o północy, nawet jeśli następnego dnia miała na 8. I to samo kierowała do innych, oczywiście niesłusznie i błędnie, bo ona to ona, a inni to inni. A potem tylko niepotrzebnie się denerwowała. Bo chciałaby, żeby inni taką samą wagę przykładali do ważnych z jej punktu widzenia rzeczy (no bo to przecież najważniejsze, wiadomo). Gdyby jeszcze mogła się bez nich obyć... ale nie zawsze było to możliwe. W każdym razie, kończyło się to tak, że była rozczarowana i rozdrażniona, a inni nie wiedzieli o co chodzi, albo patrzyli i pukali się w czoło.
Tyle niepotrzebnych emocji, i po co?
Takich rzeczy dowiadywała się ostatnio o sobie. Nie jest to miłe, ba, zawstydziła się, że jest taka surowa. Szczególnie po wydarzeniach z ostatniego tygodnia, w którym (dziwnym trafem) została wystawiona na próbę, jeśli chodzi o "przepełnione miłością podejście do ludzi". Przykra sprawa, ale też bodziec, by nie spocząć na laurach, tylko pracować nad sobą. Bo podstawą zmiany jest samoświadomość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz