niedziela, 26 października 2008

Co nie zabija to...

Nic się nie zmieni. Nigdy. Podobno co nie zabija, to wzmacnia. Ale to nie prawda. Co nie zabija, to zabija później. Powoli ale nieubłaganie. Takie jest życie, przynajmniej jej.

Próbowała jakoś nabrać optymizmu, rozwiać te smętne myśli. Szła do kina, na imprezy, oglądała filmy w domu, słuchała optymistycznej muzyki, odzywała się do dawnych znajomych. Ale to nie działało. Wszystko miało skutek odwrotny od zamierzonego, sprawiało, że 100x mocniej odczuwała samotność i bezsilność. Na imprezy przestała chodzić, bo to najgorzej działało. Kiedy widziała jak jest brzydka, niewystarczająca, niezauważalna, obca, inna. Niepełnosprawna. Psychicznie. Tak, właśnie tak to czuła. Próbowała oglądać filmy z happy endem, ale one tym bardziej uświadamiały jej, że jej nigdy szczęście nie spotka. Zawsze to ona o kogoś zabiegała, bez skutku. Nie była warta czyjegoś spojrzenia.

Co miała zrobić, żeby przestać to czuć? Co miała zrobić? Z kim mogła porozmawiać? Nie miała siły już szukać, nie miała siły w tym żyć, na nic nie miała siły. Chciała tylko umrzeć, tylko o tym marzyła, a nie mogła. Nie wiedziała, czy może. Kto jej powie, co mam robić? Kto ją wysłucha, potrzyma za rękę, obejmie i powie, że może jej pomóc? Powie, że jest normalna, że razem to przejdą? I - komu by na to pozwoliła? Tak, była jedna osoba. Ale nieosiągalna. I to było najbardziej przygnębiające - znalazła tego kogoś, ale on nie znalazł jej. Jak zwykle.

Bez sensu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz