Widziała w sobie tendencje do oczekiwania, że to ktoś coś za nią zrobi - podejmie decyzję, znajdzie rozwiązanie. Miała poczucie, że sama nie może tego zrobić. Strasznie kombinowała - tak, że nie zauważała prostych wyjść, szczególnie, jeśli wiązałoby się to z pytaniem "czy można?"- jeśli potrzebowałaby do tego innych ludzi, lub nie była pewna, czy będzie to zgodne z jakimiś zasadami. Bała się prosić, wyrażać potrzeby, z obawy, że zostanie to skrytykowane, odrzucone. Lęk był taki, że bała się nawet pomyśleć, wymyślić cokolwiek, i zostawała z niczym.
Na terapii wynikła kwestia blizn. Właściwie zaczęła o tym mówić, ale nie wiedziała po co, w jakim celu, co chce uzyskać. I w którymś momencie totalnie się zagubiła. Wyszła z terapii rozbita, zniechęcona i zdezorientowana. Tym bardziej, że ktoś rzucił pomysł, by pójść wykąpać się w rzece. I oczywiście zaczęła rozkminiać - czy chce iść i być z ludźmi na których jej zależy, ale z drugiej strony, jak zareagują na widok jej pociętych ud? No to może pójdzie tylko się poopalać - ale jakoś nie widać słońca- bez sensu. Trybiki poszły w ruch. Ale w pewnym momencie pomyślała - basta! Raz kozie śmierć! I poszła, i kąpałam się, i nie żałowała! Prosta decyzja - i najlepsza.
I tak między bogiem a prawdą widziała, że jakoś wyolbrzymia problem, który był w sumie niewielki... To że miała jakiś kompleks nie znaczy, że wszyscy wokół patrzyli właśnie na to, krytykowali, nie byli zdolni do zrozumienia. Jej obraz innych był dziwny, miejscami wręcz krzywdzący chyba, nie miała do nich zaufania i oczekiwała wszystkiego, co najgorsze. Ale to już inny temat.
Bilans dnia? Dodatni, pomniejszony o wiele lęków.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz