Jakoś przypomniał jej się jeden taki mechanizm, bardzo cenny o tyle, że jego uświadomienie dużo zmienia, zwiększa tolerancję i sposób myślenia o innych, o sobie. Mianowicie - istnieje coś takiego jak podstawowy błąd atrybucji. Dla tych którzy przypadkiem nie studiują kierunków nakierowanych na człowieka - pokrótce: polega on na tym, że w jakiejś sytuacji, np. konfliktu, ludzie są bardziej skłonni własne zachowanie tłumaczyć czynnikami zewnętrznymi, a czyimś przypisywać źródła charakterologiczne - wewnętrzne. On ma skłonność do agresji, ja się zdenerwowałam sytuacją, okolicznościami. Mówimy: on jest taki (to jego cecha: zapalczywy, leniwy, obrażalski, itd.), i niejako automatycznie zamykamy mu możliwość zmiany. Czasem zdarza się, że na przykład dziecko słyszące od małego, że jest złe i nieposłuszne, mimo początkowego braku zgody z taką opinią - dostosowuje się. Może samo w to uwierzyć, trochę z przekory: "chcecie, to taki/taka będę". A później cierpi. Faktycznie mogło być tak, że niedosłyszało polecenia, nie było skoncentrowane w tym momencie, nie widziało, że tak czy inaczej nie powinno odpowiedzieć itp. Czynniki sytuacyjne. A między dorosłymi? Jeśli myśli się, że ktoś jest "jakiś", to nie tylko utrudnia się mu zmianę, ale też blokuje możliwość rozwiązania danej sytuację. "On jest taki, nic nie poradzę, po co drążyć, spiszę to na straty, koniec relacji...". Łatwo jest nie brać pod uwagę dodatkowych okoliczności: tego, że ktoś ma naprawdę kiepski czas, albo że zadziałało przeniesienie (skojarzenie z inną, ważną - trudną osobą), albo, że był zmęczony, musiał wcześniej rozwiązać kilka konfliktów np. w pracy, albo jest zajęty jakimś własnym, wewnętrznym, co przecież równie wykańcza. Łatwo przejść na automat oceniania, tylko... do czego to prowadzi? Napotykamy mur, ot i tyle.
Myślenie, jak to dziecko, o sobie, że jest takie i owakie, też niszczy. Niszczy nas. Mnóstwo jest takich osób w aresztach - osób, które uwierzyły, że są złe i zaczęły same tak o sobie myśleć. I tak są złe, i tak najbliżsi i ci dalsi je potępili, więc Bóg też to zrobi, generalnie po co się starać. No, faktycznie. Och, to jest też to osławione "jestem beznadziejna", czyli: nierokująca, moje istnienie i działanie jest bez sensu, najlepsze co mogę zrobić dla świata to skoczyć z mostu. Uderzająco konstruktywna samokrytyka, nieprawdaż?To bezlitosne osądzanie siebie nie zawsze "równoważy" pobłażliwość wobec innych. Często jesteśmy dla innych tacy, jak dla siebie.
Oczywiście, temperament odgrywa jakąś rolę, to nie tylko okoliczności, ale kluczem jest chyba, jak zwykle, znalezienie złotego środka. A także... miłość. W sensie - bycie miłym, życzliwym, rozumiejącym zachowania, ale dążącym do zmiany. Miłość do siebie i do innych. I jeszcze - zaufanie Jemu. Bóg jest Miłością, cierpliwą, łaskawą, niepojętą, nieograniczoną. Jeśli przeciwnik podpowiada, że komu jak komu, ale mi wybaczyć się nie da, jeśli nie umiem siebie kochać, to może myśl, że kurka, ktoś takiego pokroju jak On potrafi, i to nie byle jak. Niepojęcie.
Człowiek jest nieszczęśliwy tylko dlatego, że nie wie, iż może być szczęśliwy.
/F. Dostojewski/
Nie ma złych ludzi, są tylko ludzie nieszczęśliwi.
/E. Ostrowska/
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje
/1Kor 13, 4-8
Co do zaufania to niestety nadal mam pewne opory, co do miłości to warunkowo mogę przystać. Chyba jeszcze nie doświadczyłem na serio takiej codziennej, bezwarunkowej wobec siebie. Chociaż z mojej strony ofiarowanie takiego uczucia przychodzi zdecydowanie zbyt łatwo.
OdpowiedzUsuńTakże pierwszy cytat zdecydowanie trafny. Drugi- zło i okrucieństwo nie jest brakiem szczęścia, to zupełnie inne produkty. (moim zdaniem)
Trzeci uwielbiam, stosuję się (ile tylko sił starczy) i zgadzam się w całej rozciągłości. Chciałbym realnie poczuć coś takiego wobec siebie i oczywiście z wzajemnoscią z mojej strony. I to pomimo tego że z teologicznego punktu widzenia ten cytat odnosi się to tylko i wyłącznie do Miłości Boga wobec nas... :) Pozdrawiam! :)
link 1) czytałem. Jednak u mnie jest troszkę inaczej- w stałym związku jestem facetem idealnym (nie jest to moja opinia). Jedynie początki mam średnio udane... Żaden z moich związków nie rozpadł się przez mój egoizm czy widzimisię...
OdpowiedzUsuńad2. Wiesz co to znaczy Izrael? To imię biblijnego Jakuba, oznacza walczącego z Bogiem. I tak trochę się czuję. Nie twierdzę w żadnym wypadku, że Boga nie ma- bo jest. W moim przypadku jest to wiedza empiryczna. Mam chyba problem z dostrzeżeniem sensu tego wszystkiego co mnie spotyka, pewnie wówczas byłoby prościej... a tak się szarpię, szukam, pytam, próbuje. Może chcę, żeby w końcu coś MI się udało samemu, stworzyć COŚ z KIMŚ samemu? Mieć takie wewnętrzne poczucie- aaa, udało ci się, dobra robota stary! To chyba ważne nie liczyć na innych (B^) a działać samemu?
1. Mało kto może wytrzymać z kimś idealnym, i co to znaczy w ogóle idealny partner. Taki który się idealnie dopasowuje, dba itd.? Egoizm, widzimisię, jak nie lubię tych słów, wydają się takie jednoznaczne i pejoratywne...
OdpowiedzUsuń2. Wiem co to znaczy. Widzisz, co do sensu... Sama z siebie mam huśtawki, odkąd Bóg dał mi się dotknąć - nie mam z tym problemu. Wydajesz się postępować wybiórczo, tu Bóg może być, tam nie, ja sam. Może dlatego się szarpiesz. Nie mówiąc o tym, że On nie wyręcza - ale daje wsparcie:) Samemu... to się nie da.
1) Daje z siebie wszystko- co najlepsze. Może się to sprowadzić do tego, że moja kobieta jest moją księżniczką... no i jestem cholernie staroświecko-honorowo-romantyczny. Wy, kobiety szukacie skurwieli (in general) którym ja nigdy nie będę- nie umiem :)
OdpowiedzUsuń2) Tu zapewne masz rację... Tylko da się samemu- chociaż jest to zupełnie nieekonomiczne, nieefektywne i w gruncie rzeczy bezcelowe. Ale podam przykład tego o co mi chodzi ( w mniejszej skali) Robię coś z ojcem (bio). Zawsze mówi co i jak robić i jest awantura jak chcę coś zrobic inaczej, po swojemu. On chce dobrze a koniec końców drze na mnie ryja jak coś zrobie po swojemu (niekonieczie źle*)i całą wspólną robotę ch*j strzela za przeproszeniem. Stąd moje dążenie do autonomii. Jak zrobię sam to zrobię sam... bez nieporozumień.
*jakieś 98% synów ma ten problem z ojcami... a przynajmniej zdecydowana większość tych, których znam.
1. Szukamy solidnego oparcia, o adekwatnym poczuciu własnej wartości, nie misia. Ale dość o tym. To nie terapia związków, w ogóle nie terapia.
OdpowiedzUsuń2. Mam nadzieję, że będzie Ci dane poczuć Jego miłość i obecność, tak jak mi na to pozwolił. Wtedy zrozumiesz, że, przynajmniej w dobie kryzysu ojcostwa, porównywanie Go z własnym tatą, w ogóle z człowiekiem, no... mija się z celem.
Pozdr.
On był człowiekiem- 100%owym ;)
OdpowiedzUsuńpozdr ;)
Bóg Ojciec?
OdpowiedzUsuńZastanawiam się, czy piszę niezrozumiale i nie rozumiesz, czy tak po prostu, albo może to ja nie rozumiem.
OdpowiedzUsuńJeśli Bóg jest 100% człowiekiem, to tylko z adnotacją, że 100% oznacza ideał, nie naszą normę.
Ni wiem o co pytasz :)
OdpowiedzUsuńJezus na ziemi jako człowiek był nim w pełni, odczuwał te same pokusy, ból, może nawet zwątpienie? "Eli, Eli, lama sabachthani?"
Niedoskonałość- taki nasz przywilej.
Przecież to nie za doskonałych Jezus umarł na krzyżu...
To nie pytanie, a odpowiedź.
OdpowiedzUsuńCoraz bardziej odbiegasz od tematu więc czas zamknąć wątek.
Zamykaj... i dziękuję za dyskusję :)
OdpowiedzUsuń