sobota, 29 czerwca 2013

Co i z kim.

Chrzest przyjęty.
Praca licencjacka oddana i obroniona.
Pierwszy stopień edukacji uniwersyteckiej zakończony.

Wdzięczność, szczęście i satysfakcja. Po tych dwóch ostatnich nie ma już śladu. Bo NIE MA Z KIM DZIELIĆ TEJ RADOŚCI.

W przypadku chrztu miała na myśli rodzinę. Katolicy, mniej lub bardziej wierzący. To dla nich trudne do przełknięcia, że go przyjęła, choć przecież nawet oficjalnie nie zmieniła wyznania... Było to dość bolesne, miała sporo znajomych z KRK, którzy byli bardzo pozytywnie nastawieni. A rodzina nie. Choć to ten sam Bóg, to samo Pismo. Może to kwestia braku dystansu, rodzina rządzi się innymi prawami. A może kwestia czasu. Też możliwe. W każdym razie miała jakieś zrozumienie i zgodę na to - ale: to nie znosi bólu...

A licencjat. Poza tym, że to koniec jakiegoś koniecznego etapu, i że jak na nią to osiągnięcie (skończyć coś). Poza tym, że rodzina była ze niej dumna (bo wreszcie coś skończyła). Poza tym, że przyjaciółka cieszyła się z nią. I poza tym, że 85 osób polubiło jej facebookowy status na ten temat (ta ilość kazała jej przypuszczać, że naprawdę się tego nie spodziewali). Pozostawała kwestia kogoś, kogo wciąż nie było. Tej części, która według planu Boga pozwala dwojgu stać się jednym. Kogoś, kto by się cieszył i nie byłby przy tym matką, siostrą, bratem, przyjaciółką. Dla niej to była różnica. I odczuwała brak. I lęk, że ten brak nigdy nie zostanie wypełniony.

Ktoś kiedyś stwierdził, że wymyśla sobie problemy, których tak naprawdę nie ma. Może. Może.
Nie umiała przestać, i to ją dobijało. I sprawiało, że naprawdę ciężko jej było ze sobą wytrzymać... Wytrzymać z tym ciałem, tym umysłem. Z tą pułapką. Czuła się jak w potrzasku i była zupełnie zdezorientowana.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz