sobota, 6 lipca 2013

Wierzę, że...

Była na dniu skupienia, katolickim. Trochę śpiewania, trochę słuchania jakiegoś gościa, modlitwa. Standard. I były też modlitwy o uzdrowienie. Pal sześć, że w KRK ma to postać wywołującą w niej jakiś niepokój. Może tego nie rozumiała, no ale nie to jest ważne. Był taki moment modlitwy o własne wyzdrowienie, a później o drugą osobę. Czy to odniosło skutek, nie wiedziała. Zauważyła natomiast wielki rozdźwięk u siebie, co do wiary w odniesieniu do siebie i kogoś. Wiara w to, że ktoś inny może zostać uzdrowiony mocą Chrystusa przyszła sama, była mocna - nie miała wątpliwości, że On może to uczynić. Nieco inaczej rzecz się miała w odniesieniu do siebie. Nie była w stanie uwierzyć, że On ją od tego uwolni. Chciała, starała się... i nic. Nie znajdowała w sobie ani krzty wiary. Ani odrobiny.
Mijał piąty rok, odkąd zaczęły się jej terapie. W różnych momentach doły były głębsze lub płytsze, dłuższe lub krótsze. Teraz były krótkie, ale głębokie jak rów mariański... albo i głębsze, bo on nie sięga samego środka. Ale były też okresy dołków niezbyt częstych, krótkich i stosunkowo łatwych do przebrnięcia. Znajomy zapytał, czy widzi poprawę. Widziała pewne zmiany. Zmiany o naturze raczej nieprzewidywalnej, krzywoliniowej, nieregularnej. Poprawa... patrząc na surowe wskaźniki typu osiągnięcia edukacyjne, pobyty w szpitalu czy np. cięcie się - była poprawa. Co do bardziej osobistych aspektów, typu bliskie relacje i umiejętności interpersonalne, albo takich wewnętrznych impulsów, jak myśli samobójcze - nie było poprawy. I mnóstwo innych kryteriów, co do których nie pasowała żadna opcja.
Schematy się powtarzały. Nawiązywała relację, nie umiała udawać, że jest dobrze gdy nie było, mówiła o tym, co ze względu na częstość i zwykle brak widocznych doraźnych skutków pomocy było dla drugiej osoby męczące. A dalej, to ta osoba się odsuwała, albo ona sama się odsuwała od niej z lęku, że ta osoba się odsunie. Plus jeszcze, ze względu na to, że nie łatwo było jej zaufać, zwykle były to jedna/dwie osoby w tym samym czasie. Czyli obciążenie było duże. Chyba osaczające. I chyba robiła wszystko, żeby ta osoba odeszła. Nie miała innego scenariusza.
Bóg jej uratował życie, więc chyba miał w tym cel, jest jakiś sens. Ale jaki. Jaki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz