Myślenie czasem boli. Tak samo jak głupota. Czasem daje nieźle w kość. Zawsze zazdrościła ekstrawertykom tego, że umieją być bardziej skupieni na zewnętrzu niż na wnętrzu. Pewnie też umieją być bardziej skupieni na innych niż na sobie... choć może tak naprawdę nie są skupieni na niczym jakoś szczególnie. Uogólniając, rzecz jasna.
Myślała sobie tak, dziś. Że Bóg nie każe się kochać, ale każe być sobie posłusznym. Posłuszeństwo nie zawsze jest przyjemnością, fajnie gdy jest, ale trudno liczyć na to, że może to być permanentny stan.
Nie miała szczególnych uczuć do Niego, przynajmniej ostatnio. Więcej, nie miała też zrozumienia dla pewnych bądź co bądź fundamentalnych spraw. Typu: co ma śmierć Jezusa do ocalenia od śmierci, skąd wiadomo (jakie są przesłanki logiczne) że taką miała/ma funkcję, i dalej - skąd wiadomo, że "karą za grzech jest śmierć"? Jednak nie była znawcą Pisma, nie czyta go tyle, ile powinna, i wierzyła, że po prostu do tych informacji się nie dokopała. Tak czy inaczej, chodzi o posłuszeństwo Prawu, czy się chce, czy nie, w ten sposób właśnie sprawdza się wierność. Bóg nagradza posłusznych, a nie tych, którzy żywią względem Niego gorące uczucia.
Tknęło ją, że choć te wypisane wyżej pytania bez odpowiedzi miała od zawsze, to nie dołożyła starań, by na nie odpowiedzieć. To doprawdy dziwne. I głupie, hamujące. Sama sobie wykopała przez to dołek.
Była ostatnio na nabożeństwie. Nie było łatwo. Przemogła się do przebywania w grupie ludzi, ale to ciężka sprawa, bardzo, bardzo męcząca, w gruncie rzeczy wyczerpująca siły witalne. Może to taki czas, byleby był krótszy niż dłuższy. Leci 4 rok studiów, zawalenie go byłoby bardzo niemile widziane.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz