Zdecydowanie nie wyszło. Zorientowała się po czasie, ale - lepiej (?) późno niż później.
A nie wyszło to, że... tak naprawdę się nie nawróciła. Nie tak, jak trzeba. Bóg ocalił jej życie, dlatego do Niego się zwróciła. Ale ewangeliczne nawrócenie nie na tym polega - jeśli się ktoś nawraca, to znaczy, że uznaje siebie za osobę, która według Prawa powinna ponieść śmierć z racji swych win, przyznaje się do tego, prosi o przebaczenie, i że przyjmuje śmierć Jezusa i Jego zmartwychwstanie jako jedyny ratunek
U niej tego nie było.
Starała się żyć według Dekalogu, słuchać Słowa (choć niezbyt wytrwale), chodzić do kościoła, nie popełniać z byt wielu grzechów. Starała się, siłą woli, wierzyć. Wierzyć w Boga, ale nie w Jezusa, bo to w sumie dziwna sprawa, gość dał się przybić do krzyża, ale co On ma wspólnego z Bogiem? Nie rozumiała wdzięczności, jaką wyrażali ludzie właśnie za to. Starała się. Zmieniła jednak taktykę - przeczytała gdzieś, że przekonanie o grzechu i potrzebie wybawienia daje Duch Boży. A że "ze względu na natręctwo wstanie i da mu, czego potrzebuje", postanowiła być natrętna, i prosić, prosić, prosić, pukać, szukać, pytać. Nawet jeśli nie ze względu na przyjaźń to ze względu na natręctwo Duch obdarzy ją wiarą, wierzyła w to. Nie chciała się godzić na pół-życie, niby z Bogiem, a jednak daleko od Niego. Chciała życia w pełni, z czymkolwiek to się miało wiązać. Bóg zrobił "pierwszy krok", przyznał się do niej. Więc póki jej starczy sił, będzie kołatać i szukać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz