wtorek, 24 lutego 2015

Bo w dużej dziewczynce...

Jeden ze znajomych z uporem nazywał ją dziewczynką. Czasem nawet grzeczną dziewczynką. Osoba zresztą przez nią lubiana i ceniona, choć nieco niepokorna, jak to muzyk około czterdziestki. Byli na stopie zdecydowanie koleżeńskiej, podobne poczucie humoru, podejście do życia, niezbyt wiele poza tym łączących spraw. Więc, no cóż, rozumiała, że różnica 15 lat nie jest mała, niemniej jednak do określania dziewczynką, i to grzeczną, nie uprawniało. Z tego powodu na uparte określanie uparcie się buntowała.
Do dziś.
Dziś była na sesji.
Takie tam, wyciągnie pięćset razy upranych brudów, do czego to ma żal do mamy. Jaki żal, gdzie żal? Coś tam jednak się znalazło. W międzyczasie wyszedł temat jak to "w wyważony sposób" w relacji z nią jest dorosłym i dzieckiem. Przybliżając, chodzi o teorię systemową, gdzie rodzina to system składający się z podsystemów: jednostek, diad, rodziców, dzieci, małżonków, dziadków, mężczyzn, kobiet. Konfiguracji jest wiele. Chodzi tu jednak o konfigurację małżonkowie/rodzice versus dzieci. W rodzinach, w których w pierwotnej diadzie coś szwankuje, np mąż pije, jest nieobecny, niezaangażowany, w każdym razie nie dający oparcia, często w jego roli obsadza się dziecko. Jeśli matka zwierza się ze swoich problemów córce, pyta o wychowanie innych dzieci, traktuje ją jak partnera - to niemal pewne, że robi z córki męża. I da się to objąć empatycznym rozumieniem, jednak trzeba powiedzieć jasno: to jest ZŁE. To zaburzenie funkcjonowania, nadmierne obciążenie, szkodzenie dziecku. Zwykle nieświadome.
Po przeprowadzce do domu rodziców znalazła się w skomplikowanej sytuacji. Jest dorosła, jest prawie psychologiem. W domu jest nastolatka w apogeum wieku buntu. Mama jest bez wsparcia taty i musi sobie z nią radzić. Pytanie brzmi: wejść w to? Czy nie wejść, i jak? Pozwolić, by kolejne dziecko miało pod górkę? Zostać z boku? Byś doradcą, czy być siostrą? Wybrała obie opcje. Podwójną odpowiedzialność. Dlaczego? Bo "trzeba dbać o uczucia innych". Znany schemat. Schemat, w którym zawsze wysłucha, będzie zawsze rozumieć, nie powie nic co może zranić. Bo inni mają gorzej, jej uczucia... pff, kto by się przejmował, zresztą jakie uczucia. Dziecko, które bało się powiedzieć byle słowo, bo to groziło awanturą pod tytułem "moje dzieci mnie nie kochają, ja miałam trudniej, wam się poprzewracało w głowach, jestem taka zraniona". Dorosła, która nie wyrazi sprzeciwu, bo boi się odrzucenia, zranienia czyichś uczuć, sprawienia bólu. Naprawdę dorosła?
Dorosła zamknięta w pułapce rozumienia. Padło dziś pytanie, czy przebaczyła swojej mamie. No chyba tak, chociaż no, może to nie to słowo, raczej rozumie to wszystko, jej trudną sytuację, brak złych intencji itp. Ale czy zdaje sobie sprawę, jakie skutki miało to wszystko, jaki wpływ wywarło na jej obecne życie? No hmm no tak, widziała analogie, no tak.
I w tym momencie z tyłu głowy refleksja: nie przebaczyła. Dlatego, że przebaczyć musi być co. Ona usprawiedliwia mamę, tatę, wszystkich, rozumiała ich trudne sytuacje. Nie miała im tego za złe. Nie ma czego przebaczać. Przynajmniej tak jej się wydaje.
I wreszcie wniosek końcowy łańcuszka refleksji. Przebaczenie Boga. Nie odczuwała potrzeby przebaczenia z Jego strony. Nie wiedziała czemu. Jest tak nieczuła, zero sumienia? Teraz chyba to zrozumiała. Nie potrzebowała przebaczać, bo czyny innych widziała jako zbieg nieszczęśliwych okoliczności. "Nie są niczemu winni". O dziwo w relacji z Bogiem mierzyła Go swoją miarą. Błędnie, bo On co prawda jest kochający i empatyczny, ale jest też potężny i sprawiedliwy. I stworzył Prawo. A Prawo to Prawo, co tu dyskutować.
Miała jednak mgliste przeczucie, że jednak musi przebaczyć. Że potrzebuje tego. To nie będzie łatwa droga, bo musi też tym samym uznać winę innych. A dotąd sądziła, że jeśli ktoś może być winien, to przecież tylko ona. Czeka ją więc remanent. I dorastanie, po raz enty. Póki co natomiast, postanowiła, przestanie się buntować na określanie jej dziewczynką. I to nawet grzeczną. Bo przecież nadal nią jest.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz