Lecz nie. Rzeczywistość kontynuowała swój plan z niezachwianą systematycznością, dając jej czasem kilka, niekiedy kilkadziesiąt godzin wytchnienia. Nie więcej.
Przyzwyczaiła się do tego. To była codzienność.
Gdy jednak codzienność zmieniła się z szarości w czerń wdzierającą się w jej wolę, uznała, że to moment, by coś zrobić.
Tak jak Hiob chciała umrzeć, czy może raczej przestać żyć, ale tę kwestię postanowiła oddać temu, który życie jej dał.
Miła lekarka, z zafrasowaną miną powiedziała:
- To nie depresja. To zaburzenie osobowości.
I jej świat zachwiał się w posadach. Nie dlatego, że była to nowość. Dlatego, że już to znała. Nadzieja, że przez lata dojrzała gdzieś zniknęła.
Nadzieja, że nawiąże lepsze kontakty, że to kwestia okazji, też osłabła.
Usiadła na brzegu łóżka w swoim pokoju. Od kilku miesięcy większość czasu spędzała właśnie tu, śpiąc, wpatrując się w ekran laptopa, licząc, że ktoś nawiąże z nią kontakt. Patrząc w ekran telefonu, zastanawiając się czy i co odpisać. Leżąc ze wzrokiem utkwionym w suficie, z myślami o tym, czego nie ma, i czego prawdopodobnie nie będzie mieć.
Relacje zawsze były dla niej bardzo ważne. I bardzo niełatwe.
Bała się. Bała się straszliwie. Czego? Opuszczenia. Zapomnienia. Bylejakości. Wzgardzenia. Niezrozumienia.
Rozum czasem dochodził do głosu, ale na krótko i ze znikomą siłą. Na tym polegają zaburzenia osobowości.
Przyzwyczaiła się do tego stanu.
Nic więc dziwnego, że gdy na terapii słyszała słowo "motywacja do zmiany" jej serce zaczynało szybciej bić. Ze strachu. Chciała. Chyba chciała. A może nie chciała zmian? Nie mogła się zdecydować. Dotychczasowy stan był jej znany, to było życie, może marne, ale jednak. Co będzie bez tego? Kim się stanie? Czy kimś w ogóle będzie? Czy zniknie?
Bała się.
Chciała, żeby ktoś ją zwyczajnie wziął za rękę i poprowadził.
Potrzebowała po prostu taty. Ale go nie było.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz