Przeglądając tę prezentację doszła jednak do dwóch wniosków: że podeszły do niej w taki właśnie, mało odkrywczy sposób, ujmując tylko główne jej postaci. Wtedy jednak jeszcze nie wiedziała, że to, z czym się wielu ludzi zmaga, jest oddzielną jednostką chorobową. Teraz bardziej by się przyłożyła
Drugi wniosek przyszedł jej na myśl na widok slajdu, na którym umieściły wizerunki sławnych osób, które przyznały się do depresji. "Przyznały się". To słowo klucz. Osób tych było naprawdę dużo, aż dziwne.
Niewątpliwie medycyna, w tym psychiatria, idzie do przodu, również w aspekcie uświadamiania i oswajania niektórych pojęć w kulturze. Kiedyś pójście do psychologa było ujmą na honorze, i musiało oznaczać totalną porażkę. Dziś... Chciałoby się powiedzieć, że jest zupełnie inaczej, ale to byłoby kłamstwo. Być może jest zupełnie inaczej z punktu widzenia osób zdrowych. Ale z drugiej strony, ze strony osoby chorej, czy coś jest inaczej? Czy łatwiej jest się przyznać - PRZYZNAĆ, ten wyraz sam w sobie wywołuje poczucie winy - osobie chorej, że sobie nie radzi?
A jeśli jest studentem psychologii, albo, tym gorzej, absolwentem tego kierunku? Czy jeśli przyzna się do choroby, to nie przypieczętuje powszechnego poglądu, że na psychologię idą ludzie, którzy chcą rozwiązać swoje problemy, albo po prostu mają nie po kolei w głowie? Czy jeśli przyzna się do choroby, to nie będzie wykluczony z branżowego środowiska?
A jeśli ma za sobą lata terapii, i znów ma nawrót, to czy to nie znaczy, że za mało się starał?
A jeśli nie ma typowej depresji, nie spełnia przepisowych 2 tygodni i nigdy nie miał problemów ze snem, to czy to w ogóle jest depresja, którą można uznać, czy wydumany problem? Sama pisząc to NIE WIEM. Może ludzie po prostu tak mają, że płaczą i czasem chcą się zabić. Może to normalne, kwestią charakteru jest natomiast, co z tym robią.
Przyznanie się do depresji, gdy się ją przeżyło i zakończyło to zupełnie co innego, niż przyznanie się do niej, będąc pod jej wpływem. Gwiazdy medialne zazwyczaj występują właśnie w tej pierwszej roli, pokazując, że z depresją da się wygrać. O osobach, którym ciągle jest pod górkę, jakoś nie słychać.
W ciągu tego tygodnia zdecydowała się "zeznawać" kilku osobom. Promotorce, bo bez jej pomocy nie da rady napisać pracy w obecnym stanie. Znajomemu, bo tak wyszło. Koleżance, bo zadała to znienawidzone pytanie "Co u ciebie? Wyglądasz strasznie smutno". Szczerze, gdyby nie prostota tego przekazu, nie powiedziałaby. Innej koleżance, bo przyłapała ją, gdy z trudem hamowała łzy po zajęciach.
Nie żałuje, bo potraktowały to poważnie. Zadziwiająco poważnie, nie tego się spodziewała. Raczej słów "Ale serio? Haha, żartujesz chyba". To było zaskakujące. Pokrzepiające. Dobre.
To takie iskierki w ciemności, w której na pytania "Jak minęły święta" odpowiada zdawkowo, zmienia temat, albo pyta "Jak tobie?". Prawda jest dobra. Nie zawsze, ale jest lepsza niż tkwienie we własnej, zgniłej norce. Wychylając się z niej można ryzykować atak drapieżnika, można jednak też nabrać świeżego powietrza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz